Naciśnij enter, aby zobaczyć wyniki lub esc, aby anulować.

Islam po afrykańsku

Islam niejedno ma imię. Wersję bliskowschodnią z reguły znamy dość dobrze z telewizji i wiemy, czego się po niej spodziewać. Islam czarnej Afryki to już zupełnie inna religia. Koran miesza się w niej z magią, a grzech z fundamentalizmem.

Niewiele jest miejsc, w których otwarcie popiera się, a nawet wielbi, Osamę bin Ladena. W Senegalu jego podobiznę można zobaczyć ot tak sobie na ulicy, np. przyklejoną na samochodzie. I to w różnych wersjach – z samolotem w tle, z World Trade Center, z flagą USA, czy też wyciętą z gazety i przylepioną na szybie taksówki w sposób, w jaki niektórzy Polacy przyczepiają sobie święte obrazki (vide zdjęcie powyżej).

Senegal to kraj, do którego islam docierał bardzo wcześnie, bo już w XI wieku. Nie wszystkie plemiona równie chętnie przyjmowały nową religię, więc Afryka Zachodnia aż do początków XX wieku (czyli do okresu ostatecznego podboju przez Europejczyków) była areną wielu dżihadów. Na przestrzeni czasu gdzieniegdzie powstawały i upadały małe murzyńskie kalifaty, które ścierały się tak z Europejczykami jak i z innymi plemiennymi państewkami – islamskimi i pogańskimi. Dzisiaj jako muzułmanie deklaruje się 90% mieszkańców Senegalu i Gambii oraz znaczna część Nigerii i innych państw regionu.

Jednak islam czarnej Afryki zatrwożyłby serce niejednego Araba.  Koran to nie tylko święta księga, ale też uniwersalny materiał do wyrobu magicznych talizmanów. W zależności od plemienia nazywa się je dżu-dżu lub gri-gri. Jest to najczęściej karteczka zapisana stosownym fragmentem z Koranu, umieszczona w bransoletce, pasku lub naszyjniku. W zależności od brzmienia strofy zyskuje konkretną magiczną moc. Może to być ochrona przed duchami, wypadkiem samochodowym, urokiem, a nawet… ciosem maczety czy zranieniem z broni palnej. Ta ostatnia właściwość jest szczególnie praktyczna, ponieważ miejscowi naprawdę wierzą w magiczną moc amuletów i nawet nie będą próbowali skrzywdzić kogoś, kto ma stosowne dżu-dżu. To trochę jak z placebo. W sąsiednim państewku – Gwinei Bissau – od lat pogrążonym w wojnie domowej, żył swego czasu pewien generał. Rozgłosił, że ma tak potężne dżu-dżu, że nie można go zabić ani maczetą ani pistoletem. Nie przypadkiem jednak użyłem formy przeszłej „żył”. Miał najwyraźniej o jedno dżu-dżu za mało – żołnierze wroga zaczaili się i zatłukli go… kijami.

Co by nie było, dżu-dżu dobra rzecz. Mój Afrykański przewodnik – nota bene Mahomet –  miał trzy. Dwa na sobie, a jedno – najpotężniejsze – schowane na wypadek jakiegoś konfliktu. Namówił też mnie (i moją dziewczynę) do zrobienia sobie podobnych. W tym celu udaliśmy się do marabuta. To tytuł przysługujący w islamie duchowemu przywódcy, który jest uznawany przez miejscową społeczność za świętego mędrca. Jest uczony w piśmie (zna Koran) i co pośrednio z tego wynika – ma zdolności nadprzyrodzone. Dlatego może wytwarzać dżu-dżu, udzielać rad, uzdrawiać. Wioskowy marabut chwilę z nami pogadał, zapytał czego na trzeba w życiu, wyjął brudnawą kartkę papieru, zapisał na niej jakieś niejasne znaki, coś pomruczał pod nosem i zawinął wnętrze tego talizmanu w pasek skóry. Po pół godziny dżu-dżu były gotowe i odtąd miały chronić naszą miłość (znaczy moją i mojej dziewczyny). Niestety swego czasu zgubiłem swoje i dzisiaj nie jesteśmy już razem. Ale w Afryce okazało się niezastąpione. Noszone w widocznym miejscu skutecznie budziły respekt w tubylcach i odstraszały potencjalnych natrętów, którym przychodziło czasem do głowy próbować naciągać białych.

Marabut marabutowi jednak nierówny. Włócząc się pewnego dnia po targowisku usłyszałem dziwne odgłosy dobiegające z głównej ulicy wioski. Muzyka, bębny, śpiewy. Niewiele myśląc wybiegłem na ulice i wyskoczyłem przed ten kolorowy tłum chcąc zrobić zdjęcie. W tym momencie mój afrykański przewodnik chwycił mnie za rękę wołając „no good, no good”. Okazało się, że przemierzałem się do zrobienia zdjęcia najważniejszemu marabutowi w okolicy, który mógł poczuć się tym dotknięty. A wraz z nim jego wyznawcy tłumnie go otaczający. Wysłałem więc swojego znajomego z prośbą, by spytał się świty marabuta, czy mógłbym jednak zrobić to zdjęcie. Odpowiedź była pozytywna, a ja idąc za ciosem załapałem się na prywatną audiencję.

 

 

Na przedzie korowodu jechał samochód, którym wieziony był ów święty przywódca. Zaproszony przez lokalną szkołę koraniczną przyjechał aż z Gambii, by nauczać. Śpiewy były właśnie na powitanie go. Za pojazdem szli uczniowie i wyznawcy ustrojeni w przaśne szaty. Cały ten widowiskowy korowód bębnił, śpiewał i tańczył, co jest o tyle ciekawe, że muzyka i taniec są w islamie zakazane. Ostatecznie orszak dotarł do Daara, miejscowej szkoły koranicznej. Tam w największej sali marabut nauczał swoich najwierniejszych wyznawców.

 

 

Spotkał nas zaszczyt i zaproszona nas na audiencję. Ja, moja dziewczyna i nasz afrykański przewodnik zostaliśmy wprowadzeni do ciemnej sali wypełnionej uczniami. Na środku na krześle siedział marabut, koło niego jego syn – przyszły następca oraz najważniejsi dostojnicy. Mahomet – przewodnik – po raz kolejny z nabożną czcią i wielką radością ucałował rękę świętobliwego ojca. Potem całą naszą trójkę posadzono przed nim na ziemi wśród pozostałych zebranych i marabut rozpoczął nas ewangelizować (a w zasadzie to „koranizować”). Opowiadał nam dość uniwersalne slogany o tym, że islam to religia pokoju i że wszyscy ludzie powinni czynić dobro. Skoro miałem już marabuta, tłumacza i salę pełną słuchaczy, nie mogłem nie skorzystać i nie wsadzić kija w mrowisko.

A Osama bin Laden, jest dobrym muzułmaninem? – spytałem przez tłumacza.

Tu nastąpiła chwila konsternacji. Pytanie zgromadzonym najwidoczniej wydało się ciekawe, bo wszyscy przysunęli się uważnie czekając na odpowiedź.

Zabijanie ludzi jest złem i należy go unikać – starał się wybrnąć marabut.

Ale Osama bin Laden zabił wielu ludzi. Czy to zły człowiek?

Z dzisiejszej perspektywy mam wrażenie, że specjalnie taktowny to ja nie byłem. Od słowa do słowa postawiłem swojego rozmówcę pod ścianą i zmusiłem go, by publicznie potępił Osamę bin Ladena – marabuta znacznie potężniejszego od siebie. Wojna z terroryzmem niejedno ma imię ;)

Ostatecznie wybrnąłem z całej sytuacji w miarę dyplomatycznie. Co prawda wchodząc w dyskusję z lokalnym przywódcą duchowym i zmuszając go do niewygodnej odpowiedzi uderzyłem w jego autorytet, ale potem z pełną kurtuazją złożyłem na jego ręce drobny datek na rzecz szkoły koranicznej, w której udzielał nam audiencji. W oczach zebranych uhonorowałem go, czym najwyraźniej zasłużyłem sobie na status gościa, bo zostaliśmy zaproszeni na wspólną kolację.

Po audiencjach marabut zasiadł na podwórzu i przy muzyce przyjmował pokłony od wiernych klęczących dookoła. Widać było wtedy jak bardzo religijność tej części świata odbiega od tego, co znamy w Europie. Marabut nie jest tylko religijnym administratorem, jak biskupi katoliccy. On sam jest obiektem kultu, jako osoba posiadająca nadnaturalną moc i wiedzę. Podobizny marabutów wieszane są w samochodach czy przytraczane do ubrania. W tym sensie islam wszedł tutaj w buty animizmu, bo marabut pełni tą samą funkcję, co szaman w pogaństwie. Także śpiewy, tańce towarzyszące i stroje wiernych wciąż czerpią dużo bardziej z tradycji lokalnej niż arabskiej.

 

Gotowanie kolacji

 

Potem przyszła kolej na posiłek dla wiernych. Jako aperitif podano „tuba kafe”, wywar z jednego z lokalnych drzew wymyślony dawno temu przez innego marabuta o imieniu Tuba właśnie. Cierpko-gorzki smak przypominał trochę ciepły syrop na kaszel. Po modłach podano „do stołu” –  wszyscy zgromadzeni usiedli na ziemi wokół wielkich mis, wyciągając rękoma ryż i warzywa.

 

 

Wieczorem marabut znowu nauczał – tym razem na głównym placu wsi. Na spotkanie z nim zjechali się mieszkańcy całej okolicy. Niestety nie miałem przy sobie tłumacza, więc nie wiem o czym dokładnie mówił. Oby jednak zapamiętał, co ma mówić o Osamie ;)

polecam także tekst Fetysz – afrykański bożek