teoria chaosuŻycie człowieka wydaje się chaosem. Chyba wszyscy czasem zadajemy sobie pytanie, dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Dlaczego czujemy, myślimy i rozumiemy świat właśnie tak? Dlaczego dla jednej osoby szklanka jest w połowie pełna, a dla drugiej w połowie pusta? Co sprawia, że jedna osoba czuje się w życiu szczęśliwa, a inna – mimo bogactwa i powodzenia – cierpi wewnętrzne katusze? Skąd się bierze w ludziach zło i niegodziwość? Co sprawia, że jedna osoba staje się altruistą, a druga psychopatycznym mordercą? Na te wszystkie pytania da się odpowiedzieć, bo chaos jest tylko złudzeniem.

Efekt motyla

Pierwotna teoria chaosu powstała na gruncie nauk ścisłych. Podwaliny pod nią stworzył Edward Lorenz, który analizował modele prognozowania pogody. Przez przypadek odkrył, że bardzo mała zmiana danych wejściowych może spowodować kolosalną, zupełnie niespodziewaną różnicę w wynikach końcowych. Tyczy się to szczególnie układów dynamicznych, mających odzwierciedlenie między innymi w zmianach pogody. Zależności prowadzące do takiego, a nie innego obrotu sprawy, są bardzo skomplikowane i nawet miniaturowa modyfikacja jednego z czynników może spowodować, że zamiast bezwietrznej pogody nadejdzie tornado.

Aby zilustrować teorię chaosu na poziomie pogody, ułożono alegorię zwaną „efektem motyla”. Zakłada ona, że czynnik tak miniaturowy, jak trzepot skrzydeł owada w jednym miejscu, może być tym, co przeważy o powstaniu tornada w innym, bardzo odległym miejscu. To oczywiście tylko opowiastka i realne wpływy nie są aż tak kolosalne, ale przekaz jest jasny. Choć z daleka zmiany pogody mogą wydawać się losowe, są one jednak kompletnie przewidywalne, a złudzenie nieprzewidywalności jest tylko pokłosiem naszej ograniczonej wiedzy na temat wielkiej liczby czynników pośredniczących w powstawaniu tego przykładowego tornada. W rzeczywistości w atmosferze zachodzi mnogość procesów, które czasem się wzajemnie wzmacniają, a czasem osłabiają. Gdybyśmy mogli poznać i dokładnie określić siłę ich wszystkich, złudzenie losowości kompletnie by zniknęło, a prognozy zawsze by się sprawdzały.

Nie ma chyba jednak bardziej dynamicznego układu niż życie człowieka, ponieważ na nasz los wpływa nieskończona liczba czynników. Jedne z nich są mniej, inne bardziej ważne, ale czasem nawet bardzo niewielka zmiana okoliczności kieruje nas na zupełnie inne tory. Teorię chaosu na poziom ludzkich losów próbowało przełożyć już wielu pisarzy i reżyserów. Najbardziej znanym jest chyba „Efekt motyla”, produkcja z 2004 roku. Niestety, film ten jest sprowadzeniem teorii chaosu do poziomu głupkowatego amerykańskiego nastolatka, a sama idea tego dzieła na poziomie logicznym zupełnie się rozsypuje. Fabuła opowiada o człowieku, który potrafi zmieniać swoje wspomnienia, co przekłada się na sytuację, w której znajduje się już w dorosłości. Cofając się do kluczowych wydarzeń w przeszłości i zmieniając ich bieg, odkrywa, że wszystko poszło nie tak, jak zaplanował, bo dzięki efektowi motyla zaistniały jakieś nieprzewidziane okoliczności, które pchnęły koleje jego życia na nieprzewidziane tory. I wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że w każdej z alternatywnych rzeczywistości ci sami bohaterowie studiują (żeby było śmieszniej – psychologię) na tej samej uczelni, zmienia się tylko układ, kto z kim sypia. W rzeczywistości teoria chaosu spowodowałaby, że w odmiennych realiach byliby zupełnie innymi ludźmi – tworzyliby inne związki, rozwinęli w sobie inne zainteresowania, uczyli się w różnych miejscach. Tymczasem w filmie zmienia się tylko jeden parametr, a reszta stoi w miejscu, co jest właśnie zaprzeczeniem efektu motyla.

W rzeczywistym świecie nie możemy modyfikować przeszłości i sprawdzać różnych alternatyw. Wystarczy wyobrazić sobie jednak, że Hitler walcząc podczas pierwszej wojny światowej dostałby odłamkiem szrapnela, czego oczywiście był bardzo blisko, tak jak i innych okoliczności, w których mógł ponieść śmierć lub zostać kaleką. Kaleką, który nie mógłby być wzorem siły Aryjczyka. Na to, że pocisk spadł w tym a nie innym miejscu, miało wpływ tysiące, a gdyby przyjrzeć się bliżej – miliony, miliardy i biliony czynników. Celowniczy mógł choćby podrapać się po nosie, ustawiając korbkę wysokości lub zrobić cokolwiek innego, co choćby minimalnie zmieniło warunki wystrzału. Inna wilgotność powietrza, mały podmuch wiatru lub cokolwiek, co wpłynęło na ustawienie działa. Miliardy możliwości, z których każda powstała w wyniku splotu miliardów poprzednich czynników, z których każdy też był rezultatem miliardów przypadków itd. Nie potrzeba nawet iść tak daleko, wystarczyłoby, żeby Hitlera przyjęto na Akademię Sztuk Pięknych, a nie byłoby dzisiaj ani Ciebie, ani mnie, ani wszystkiego tego, co znamy. Znaczy coś by było, ale w zupełnie innym wydaniu.

Na czynniki takie, jak tor lotu pocisku artyleryjskiego, nie mamy żadnego wpływu. Jednak jako psycholog wrócę do ludzi i ich wewnętrznego świata. Adolf Hitler wcale nie musiał być potworem. Jego psychika także ukształtowała się w wyniku skomplikowanych procesów, które bardzo trudno odtworzyć. Ludzki umysł to układ pozornie chaotyczny. Ale – jak już wiemy – losowość jest tylko złudzeniem. Gdybyśmy umieli odtworzyć wszystkie świadome i przede wszystkim nieświadome procesy, mogli gruntownie poznać wszystkie ważne doświadczenia z przeszłości, nasza psychika okazałaby się równie przewidywalna jak procesy fizyczne, takie jak choćby wspomniana pogoda. W praktyce w pełni nigdy nie jest to realne, a nawet wyrysowanie głównych procesów i schematów, które nas ukształtowały, jest strasznie trudne. Trudne, ale jednak możliwe. Teorią chaosu na poziomie psychiki jest psychologia głębi, czyli termin zawierający w sobie wszystkie formy i szkoły psychoterapii, które wyrosły z psychoanalizy, a także wiele teorii zupełnie już od niej odległych.


Wzór na psychikę

Jakie doświadczenia są kluczowe dla człowieka? Pierwotne. Paradoksalnie największy wpływ na to, jak spostrzegamy, odczuwamy i reagujemy na świat, mają doświadczenia z dzieciństwa, często tego najwcześniejszego. Pierwotne relacje z matką decydują o tym, czy ktoś jest ufny wobec ludzi i oczekuje z ich strony dobra, czy może jednak unika kontaktów z innymi i się od nich dystansuje, albo prezentuje postawę ambiwalentną i z jednej strony panicznie boi się samotności, a z drugiej ma tendencję do odrzucania bliskich osób. To zręby osobowości, które tworzą się w najwcześniejszym dzieciństwie i które pokrótce opisałem już w poprzednim tekście. W efekcie nawet u niemowląt możemy dojrzeć coś, co z czasem rozwinie się w cechy osobowości zależnej (symbiotycznej), borderline, psychopatycznej, schizoidalnej itp. Na te zręby, warunkujące potrzebę bliskości i oczekiwania względem najbliższych osób, z czasem nakładają się kolejne kluczowe doświadczenia, które popychają psychikę w kierunku jeszcze bardziej specyficznych typów charakteru. Niemowlę może mieć cechy podobne do borderline (kiedy reaguje histerycznym płaczem na opuszczenie przez matkę, ale po jej powrocie odrzuca ją i ignoruje), ale nie może być jeszcze narcystyczne czy histrioniczne, bo te wymiary osobowości mogą – choć nie muszą – dobudować się w późniejszych etapach życia. W efekcie to, w jaki sposób przechodzimy przez wcześniejsze fazy, otwiera przed nami kolejne alternatywne drogi rozwoju, które w innym przypadku nie byłyby możliwe, a zamyka inne. Dla przykładu, mamy dziecko, które nie jest kochane w pełni i matka nie zajmuje się nim w należyty sposób – nie reaguje czule na jego potrzeby, łamie wolę i nie okazuje zbyt dużo czułości. Malec wykształca więc w sobie unikający styl przywiązania, co może w przyszłości skierować go na tory osobowości schizoidalnej, psychopatycznej lub dajmy na to obsesyjno-kompulsywnej, ale nie pozwoli już na rozwijanie cech symbiotycznych ani borderline. Z kolej bezpieczny styl przywiązania dalej umożliwia rozwój różnorakich problemów, np. narcystycznych czy histrionicznych, ale zamyka drogę do np. osobowości schizoidalnej. Rzucam tu wieloma złożonymi terminami psychologicznymi, ale sens jest dość prosty – pewne, wydawałoby się mało istotne, doświadczenia z czasem potęgują swoje znaczenie dla psychiki człowieka, ponieważ ukierunkowują rozwijającą się osobowość i zawężają jej pole „wyboru” na kolejnych „skrzyżowaniach”.

Podobnych, kluczowych rozwidleń na drodze życia jest mnóstwo. Do tego dochodzą zdarzenia losowe, takie jak traumy. Wypadek, szok spowodowany jakimś widokiem lub inne wydarzenie, które wywołuje silną reakcję w psychice dziecka, może być tym, co przeważy o losach dorosłej już osoby. Traumy mają to do siebie, że są bardzo szybko wypychane ze świadomości. Ma to jednak swoje koszty, bo energia użyta do wyparcia zostaje zablokowana i nie starcza jej już na inne cele. Na przykład osoby histrioniczne były w dzieciństwie w jakiś sposób wykorzystane seksualnie, choćby poprzez psychiczne uwiedzenie. W efekcie w dorosłym życiu zwykle są roztrzepane, mało spostrzegawcze, zapominalskie i mało refleksyjne. Tak dużo energii jest używane do trzymania zagrażających wspomnień poza świadomością, że nie starcza jej już na bardziej przyziemne czynności. Wbrew pozorom takie cechy bardzo mocno określają życie osoby histrionicznej, blokując jej wiele potencjalnych zawodów lub sprawiając, że zamiast błyskotliwej intelektualistki pojawia się na świecie „słodka idiotka”. Charakter histrioniczny co prawda nie zabija inteligencji, jednak bardzo ogranicza pola, na których ewentualny intelekt może zabłysnąć. A to tylko jeden z wielu przykładów, bo każda konstelacja osobowości ma inne ograniczenia i inne predyspozycje. Szkopuł w tym, że osobowość jest jak pogoda – alegoryczny trzepot skrzydełek motyla w dzieciństwie może wywołać huragan w bardzo odległych sferach psychiki dorosłego człowieka.


Jestem, kim musiałem zostać

Popularna – choć głupia – sentencja mówi: „jestem, jaki jestem”. Tak naprawę sprawa jest bardziej skomplikowana, bo aby wyjść poza sferę truizmów, należałoby zapytać – dlaczego taki właśnie jestem? Niestety, niewiele mamy w tym względzie wyboru. Nawet nasza seksualność jest tylko pokłosiem sytuacji, w której wzrastaliśmy. Nie jest to poprawne politycznie, ale taki na przykład homoseksualizm jest efektem przede wszystkim naszego nastrojenia w dzieciństwie, a nie modnych ostatnio genów. Gdyby jednak iść tropem osób uważających go za chorobę, za taką samą chorobę należałoby uznać autorytarne, nienawistne wobec gejów poglądy – ani jedno ani drugie nie jest efektem wyboru, ale właśnie dziecięcych doświadczeń, na które nie mamy wielkiego wpływu. Jedyna wyraźna różnica polega na sile wdruku – o ile poglądy są tylko wtórnym dostosowaniem się do wewnętrznych wzorów osobowości, o tyle seksualność jest kwestią tak pierwotną, że jej późniejsza zmiana jest prawie niemożliwa. Prawie, bo w niektórych sytuacjach udaje się doprowadzić do zmiany orientacji podczas terapii, ale z całą pewnością nie wystarczy do tego jedynie silna wola. Co by nie mówić, temat powstawania i leczenia (o ile to dobre słowo) homoseksualizmu to sprawy na tyle śliskie, że wymagające osobnego wpisu, więc do sprawy pewnie jeszcze kiedyś wrócę.

To oczywiście relatywizowanie, ale nasz świat po prostu jest relatywny. Niemniej jednak zrozumiały. Także inne, rzadsze orientacje seksualne nie powstają przypadkiem. Drogi wiodące do zoofilii już kiedyś opisywałem, nie inaczej jest z pedofilią. Molestowanie dzieci jest okrucieństwem, ale tendencja ku temu też nie rodzi się ze słabej ani złej woli. To znaczy kwestią woli jest to, czy ktoś pozwoli sobie zrealizować swoje destrukcyjne tendencje, ale już nie to, czy je ma. Dróg prowadzących do zostania pedofilem też jest kilka, spójrzmy jednak na tę najbardziej wymowną. Znaczący procent osób skazanych za czyny lubieżne wobec nieletnich to mężczyźni, którzy sami byli molestowani w dzieciństwie. Dlaczego? Jednym z kluczowych mechanizmów „dziedziczenia” patologii jest identyfikacja z agresorem. W praktyce wygląda to tak, że osoba pokrzywdzona czuje się tak bardzo zbrukana, że jedynym sposobem na odzyskanie poczucia własnej wartości jest zlanie się z tym, kto jej tę pierwotną krzywdę uczynił. Pedofil gwałcący inne dzieci czuje, że oto uwalnia się od nieustannie towarzyszącemu mu – choć często wypartemu – poczuciu gorszości i słabości. Teraz to on kontroluje sytuację, więc w momencie dokonywania tego destrukcyjnego czynu opanowuje go złudne wrażenie siły, którego tak bardzo pragnął jako wykorzystywany chłopiec.

To samo czuje zresztą ojciec bijący swoje dziecko, kiedy sam był maltretowany w młodości. Identyfikacja z agresorem to mechanizm obronny, który maskuje poczucie słabości. Z podobnych pobudek osoby skrzywdzone i słabe emocjonalnie obudowują się mięśniami i próbują swoim wyglądem zastraszać otoczenie. Stają się niebezpieczni, bo dzięki temu nie muszą już czuć tego upokorzenia, kiedy sami byli zastraszani i niszczeni, często przez własnego ojca. To prawda, że faktycznie bywają agresywni, ale przecież tylko pies, który czuje się zagrożony, warczy i gryzie.

Jedna z bliskich mi osób jest bokserem i kulturystą. Jednak przy swoim ojcu truchleje i woli biernie poddać się jego woli oraz zabiegać o uznanie, niż skonfrontować się z rodzicem, który bił, zastraszał i niesprawiedliwie karał. Bezpieczniej jest jej utożsamić się z agresorem i zbudować wokół siebie mur z mięśni, niż pamiętać swoje słowa z dzieciństwa, kiedy zapisując się na sztuki walki, powiedział, że czyni to, by „móc wreszcie pokonać tatę”. Choć wiele naszych życiowych kamieni milowych bywa przez nas dostrzeganych całkiem bezpośrednio, z czasem często o nich zapominamy i wypieramy z pamięci. Wygodniej jest mówić „jestem jaki jestem” niż „jestem taki, bo kiedyś… (zdarzyło się to i tamto)”.


W tym szaleństwie jest metoda

Poznanie i rozrysowanie wszystkich ścieżek rozwoju psychiki nie jest do końca możliwe, jednak dzięki wysiłkom kilku pokoleń psychologów i psychoanalityków znamy już bardzo wiele takich dróg i punktów kluczowych. Wiemy też, jak różne konfiguracje mogą nawzajem na siebie wpływać – znosić się lub potęgować, zmieniać i ewoluować. Psychika ludzka nie jest chaosem – jest szalenie skomplikowaną strukturą, w praktyce nie do końca poznawalną, ale jednak zrozumiałą. Nawet największe szaleństwo da się pojąć i wyjaśnić, oczywiście o ile ma się odpowiednio dużo danych. Głosy, które słyszą schizofrenicy, nie są losowe. To wołania dochodzące z ich głowy, wypowiadane przez różne niezintegrowane części psychiki. Psychiki, która wykształciła się w danym człowieku z powodu realnych zdarzeń i doświadczeń i która podlegała tym samym regułom co psychika innych – „normalnych” – ludzi.

Co prawda polska psychiatria uważa, że chorzy psychicznie to zupełnie inna para kaloszy niż osoby zdrowe (mówi się o „różnicy jakościowej”), ale to tylko jedno z podejść. W okresie rozwoju psychologii humanistycznej zrodziły się nowe, bardzo odkrywcze teorie. Są one obecnie znane jako anty-psychiatria, ponieważ kwestionowały zero-jedynkowe podejście tradycyjnej szkoły medycznej. W istocie, odrębność procesów w osobowości z gruntu zdrowej i w cierpiącej na oficjalne choroby jest tylko obserwacyjnym złudzeniem. Wszyscy znajdujemy się czasem w stanie „schizofrenii” – kiedy śpimy. Wtedy nasze poczucie realności jest zaburzone, doświadczenia rzeczywiste stapiają się z odrealnionymi, bieżące pragnienia mieszają się z tymi nieświadomymi, pojawiają się niewyartykułowane obawy i dążenia. Podobnie wielu zdrowych ludzi słyszy „głosy” – mówią one zwykle „weź się w garść!” lub „źle to zrobiłeś, głupi jesteś!”. Te zinternalizowane wołania rodziców, które zostały wbudowane w nasze superego, są dość powszechnym zjawiskiem. To prawda, że osoby chore na schizofrenię gubią się w świecie i także na jawie funkcjonują jak w czasie snu, jednak nawet najbardziej realistyczne sny nie tworzą się przypadkiem. Psychoanalitycy już dawno odkryli, że to droga, jaką nieświadome treści przedostają się do świadomości. I są to procesy poznawalne i logiczne, tak jak i logiczne są mechanizmy występujące w chorobach psychicznych. Jedyna trudność polega na wniknięciu w nie i terapeutycznym przemodelowaniu, co jest wyjątkowo trudne, ale jednak możliwe. Swoją drogą nie jest też przypadkiem, że ktoś choruje na schizofrenię, ponieważ ten poziom odrealnienia jest pokłosiem wcześniejszych doświadczeń, takich jak podwójne wiązanie czy fałszywe „ja”, opisane wnikliwie przez szkockiego (anty)psychiatrę Rolanda Lainga.


Dobra teoria zła

Nie tylko szaleństwo da się zrozumieć. Równie poznawalne jest zło, nawet to przerażające w swym okrucieństwie. Nikt nie rodzi się psychopatycznym mordercą. Pomijając osoby z organicznymi uszkodzeniami mózgu, każdy człowiek ma skłonność do empatii, którą jednak da się skutecznie stłumić negatywnymi doświadczeniami z wczesnego dzieciństwa. Najbardziej wymowne są historie socjopatów, czyli osób, które nie potrafią kontrolować swoich destrukcyjnych emocji. U nich nie dość, że nie rozwinęła się empatia (z powodu tego, że nigdy nie spotkała ich czułość ze strony otoczenia), to w ciągu życia nagromadziła się destrukcyjna frustracja. Podczas analizy życiorysów seryjnych morderców uderza to, jak wiele zła sami wycierpieli. Bicie, molestowanie, zaniedbanie emocjonalne. Te doświadczenia z czasem „puchną” w człowieku i w sytuacji, kiedy dodatkowo nie wykształciło się w takiej osobie warunkujące moralność superego, mogą prowadzić do odreagowywania nagromadzonych frustracji na otoczeniu. Dzieje się to tym mocniej, im mniej dojrzałe mechanizmy obronne rozwinęły się w człowieku. A trudno oczekiwać sublimacji czy humoru u kogoś, kto nigdy nie miał wsparcia emocjonalnego potrzebnego by dojrzeć.

Przyszli psychopatyczni mordercy wykazują często w dzieciństwie objawy zwane triadą MacDonalda. Składają się na nią nocne moczenie, piromania oraz okrucieństwo wobec zwierząt. To pierwsze jest znanym w psychoanalizie mechanizmem związanym z treningiem czystości. Dziecko wypierające z siebie agresywne impulsy, uwalnia je w trakcie snu, symbolicznie wyrzucając z siebie wyparte emocje, albo wręcz karząc rodziców swoim złym zachowaniem. Podobne podłoże ma piromania, czyli fascynacja zniszczeniem i mocą, którą reprezentuje ogień. W języku polskim jest nawet porzekadło, które dobrze ilustruje te zależności: „Nie baw się ogniem, bo się posiusiasz w nocy.” To też tylko wysublimowana forma agresji, drzemiąca w krzywdzonym dziecku. Wreszcie maltretowanie zwierząt. To akurat jest efektem zastosowania przez psychikę mechanizmu przemieszczenia. W jego wyniku impulsy kierowane pierwotnie na bardziej zagrażający obiekt, np. rodziców, zostają przeniesione na zwierzęta, istoty z gruntu bezbronne i nie niosące ze sobą widma zemsty ani dyskomfortu wynikającego z ewentualnego uświadomienia sobie nienawiści odczuwanej do bliskich osób.

Zło rodzi zło, a krzywda krzywdę. Ludzka psychika jest skomplikowana i to, w jaki ostatecznie sposób negatywne doświadczenia wpłyną na zachowanie człowieka, zależy od mnóstwa pojedynczych machnięć skrzydełek bardzo wielu motyli. W tekście dotyczącym zoofilii pominąłem dwa ciekawe przypadki objęte badaniem Hani Miletsky. Jeden dotyczył mężczyzny gwałcącego koty. Trzeba tu nadmienić, że o ile dla dużych psów doświadczenie seksualne z człowiekiem może być nawet przyjemne, o tyle wymiary kocich otworów jednoznacznie skazują te zwierzęta na cierpienia, a nierzadko nawet śmierć. Drugi z badanych zoo-sadystów gwałcił psy. Opisywał on tak brutalne zachowania, jak to, że rozcinał brzuszki szczeniakom i kopulował z tak powstałymi ranami. Jednak w obu przypadkach był to tylko mechanizm obronny przed cierpieniem, które trudno sobie nawet wyobrazić. Pierwszy z mężczyzn był gwałcony przez ojca, drugi wykorzystywany w charakterze dziecięcej prostytutki także przez dalszą rodzinę i „przyjaciół taty”. Gwałcenie kotów był mechanizmem obronnym – pozwalało zidentyfikować się z agresorem przy jednoczesnym odrzuceniu od siebie ludzkiego kontekstu, nasuwającego przygniatająco bolesne wspomnienia. Podobnie było z drugim mężczyzną, dla którego krzywdzenie zwierząt było i tak mniejszym złem – alternatywą byłoby wejście na drogę zbrodni i czynienie okrucieństw ludziom. To może brzmieć strasznie, ale z punktu widzenia psychiki lepiej krzywdzić innych, niż rozpaść się przez doświadczenie wspomnień o własnym wykorzystaniu. Każde czynienie zła jest mniejszym złem dla osoby, która się go dopuszcza. Podobnie każdy mechanizm obronny jest ucieczką od czegoś jeszcze gorszego. Choć to przerażające, to jednak lepiej, że opisywany sadysta zadawał cierpienia szczeniakom, niż miałby mordować ludzi, prawda?

Pozytywnym aspektem tej historii jest to, że obaj mężczyźni wyleczyli się ze swoich zachowań podczas psychoterapii. Człowiek gwałcący koty relacjonował, że zdanie sobie sprawy, dlaczego to robi, było dla niego bolesnym szokiem. Ale kiedy to już się stało, zoo-sadystyczne impulsy zniknęły. Wiele jest jednak dróg do opanowywania traumy. Jeśli w człowieku – na skutek wielu innych czynników – wygrywają skłonności autodestrukcyjne, popełnia samobójstwo. Tak właściwie zabójcy mogą być bardzo blisko samobójców. Jedni wybierają autodestrukcję i pozbywają się swojej traumy razem z własnym życiem, inni negują ją i przenoszą na swoje ofiary – ludzkie lub zwierzęce. Jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało, z ewolucyjnego punktu widzenia bardziej opłaca się być żywym psychopatycznym mordercą, niż martwym, wrażliwym samobójcą. Zresztą wielu seryjnych zabójców w młodości stawało przed takim wyborem i próbowało odebrać sobie życie. Znamy ich niechlubne dokonania tylko dlatego, że były to próby nieudane.


Straszna historia

Podobnie wytłumaczalne jest zło, które znamy z kart historii. Wlad Tepes, książę wołoski i pierwowzór filmowego hrabiego Drakuli, faktycznie lubował się w zadawaniu cierpienia. Uwielbiał wbijać ludzi na pal, co polega na wprowadzeniu naostrzonego drąga przez odbyt do wnętrzności. Całkiem naturalne jest tu falliczne skojarzenie, tym bardziej, że Wlad był przetrzymywany w dzieciństwie jako zakładnik na dworze sułtana tureckiego. W tamtym świecie seksualne wykorzystywanie dzieci nie było niczym nadzwyczajnym, jednak dla syna arystokratycznej rodziny musiało być ogromną traumą. Traumą, która mogła być wyciszona tylko przez identyfikację z agresorem i zrobienie tej samej krzywdy swoim wrogom. Z tą różnicą, że penis został zamieniony w pal, który Wlad w ciągu swojego panowania kazał wbić w odbyt tysiącom ludzi.

Przykłady tworzenia się w ludziach zła można by mnożyć. Opisywałem już kanibala Armina Meiwesa, który tak właściwie zły nie był – był tylko zaburzony w bardzo specyficzny sposób. Nawet Hitler nie urodził się zbrodniarzem, a do wkroczenia na ścieżkę holokaustu i wojny popchnęło go chaotyczne życie. Jego młodsze rodzeństwo zmarło, wskutek czego wykształcił w sobie cechy jedynaka (od żyjącego młodszego rodzeństwa dzieliło go 6 lat, od starszego 5), co ewidentnie sprzyja rozwojowi kompleksu Edypa. Kompleks ten był bardzo widoczny w mowie ciała wodza. U góry możemy zobaczyć mężczyznę despotycznego, dominującego i otoczonego aurą zwycięstwa, ale u dołu widzimy chłopca, bojącego się o swoją męskość. Hitler wpisywał się idealnie w hipotezy Freuda na temat kompleksu Edypa. Pozornie zwycięski, ale przepełniony lękiem kastracyjnym, który według ojca psychoanalizy jest pokłosiem tego zwycięstwa – chłopiec nieświadomie boi się, że pokonany ojciec zemści się i pozbawi go oznak męskości, w tym kontekście całkiem dosłownych – penisa. To dlatego wódz III Rzeszy podczas swoich przemówień i publicznych wystąpień tak kurczowo przykrywał swoje genitalia, na co zwracali uwagę już współcześni mu psychoanalitycy, pracujący dla wywiadu aliantów. W przenośni można powiedzieć, że Hitler bał się je stracić, choć oczywiście sobie tego nie uświadamiał. A im bardziej się bał, tym bardziej pragnął bezgranicznej władzy i dominacji.

Adolf Hitler i Albert Speer


Dobrą ilustracją tej tezy jest powyższe zdjęcie z 1940 roku. Kanclerz tradycyjnie przykrywa rękami swoje genitalia, chroniąc je przed nieuświadomionym zagrożeniem wynikającym z lęku kastracyjnego. Wzór prawdziwej postawy, która jest charakterystyczna dla samca alfa, jest zakorzeniony głęboko w mowie ciała i prezentuje ją postać stojąca na lewo od Hitlera – Albert Speer. Człowiek czujący się bezpiecznie i nie bojący się ataku instynktownie odsłania ciało, żeby zademonstrować pewność siebie. Tak właśnie przechadza się generał przed swoją armią. Jak bardzo jest to zakorzenione w odruchach biologicznych, świadczy m.in. potwierdzone badaniami psychologicznymi francuskie powiedzenie, że król śpi na plecach, bogacz na brzuchu, a mądry człowiek na boku. I faktycznie, osoby cechujące się brakiem poczucia bezpieczeństwa instynktownie kładą się na brzuchu. Jest to pokłosiem ewolucyjnej tendencji do chronienia kluczowych partii ciała, takich jak gardło i genitalia. Z kolei ludzie czujący się bezpiecznie, wybierają pozycję na plecach – są tak pewni siebie, że nie spodziewają się żadnego ataku i mogą sobie pozwolić na zaniechanie zabezpieczania się. Adolf Hitler ewidentnie nie czuł się bezpiecznie, ale zagrożenie lokował nie w hipotetycznym ataku na ciało – wtedy ludzie krzyżują ręce na wysokości piersi – ale na swoje przyrodzenie.

 

Nie znamy oczywiście wszystkich czynników, które doprowadziły do tego, że Adolf Hitler stał się wielkim architektem nazizmu. Tym niemniej fakt, że zmarli jego nieznacznie młodsi bracia, mógł mieć tu kolosalne znaczenie, bo to zwycięski Edyp, bojący się o swoje z trudem wywalczone przywileje, może przeć do władzy z tak wielką i destrukcyjną determinacją. Nie było też zapewne przypadkiem, że człowiek przepełniony nienawiścią do ojca-rywala, przeniósł swój gniew na bardziej bezpieczny grunt i wrogiem uczynił bezimiennego Żyda.


Poukładać chaos

Życie wydaje się chaosem. Otacza nas nieustanny trzepot skrzydeł – motyli, ptaków, a czasem nawet jakichś gigantycznych smoków. Świadomość to tylko czubek góry lodowej, której znakomita większość ukrywa się pod wodą. Tak też nasza psychika pokazuje nam tylko niewielki swój fragment, resztę skrywając w odmętach nieświadomości. Na co dzień nie musimy widzieć tego, co kryje się pod powierzchnią. Często nawet nie powinniśmy, aby te – nie przypadkiem wyparte – treści nie rozbiły naszej osobowości. Ale sensowne poznawanie ciemnej głębi nas samych może być pomocne. Szczególnie wtedy, kiedy próbujemy się zmienić i świadomie zejść z drogi, która na skutek wielu zrządzeń losu nas prowadzi. Podobnie ciekawie jest móc zrozumieć innych, nawet jeśli oni sami się do końca nie rozumieją. Psychika człowieka jest układem niebywale złożonym, ale jednak logicznym. Im więcej puzzli znamy, tym lepiej potrafimy wyobrazić sobie, co przedstawiałby w pełni ułożony obraz. Obraz psychiki konkretnego człowieka, który z prawdziwym, nieprzewidywalnym chaosem nie ma tak naprawdę nic wspólnego.