Niedawne zamieszki w Londynie i innych miastach Wielkiej Brytanii doczekały się wielu interpretacji. Część komentatorów mówiła, że spowodowali je ludzie „wykluczeni”, cokolwiek to tak właściwie znaczy. Inni przyczyn zamieszek upatrywali w cięciach na wydatki socjalne. Zwolennicy tradycyjnych wartości utrzymywali dla odmiany, że „zawiodła rodzina” oraz system edukacji. Inni wskazywali na słabość policji. Po cichu padały też oskarżenia pod adresem imigrantów. Najbliżej prawdy była jednak – moim zdaniem – Anne Applebaum z Washington Post (żona Radka Sikorskiego) sugerując, że wszyscy komentatorzy próbujący szukać źródeł zamieszek, wskazują w rzeczywistości nie na obiektywną przyczynę, ale na ten problem, który najbardziej boli ich samych.

 

To ciekawe i błyskotliwe stwierdzenie, ale dalej nie pozwala na postawienie diagnozy. Bo przecież coś musiało leżeć u podstaw słynnych już „London riots”. Być może był to konglomerat przyczyn. Poszukajmy ich na własną rękę, starając się nie paść przy okazji ofiarą osobistych projekcji.

 

 

Zadziwiające jest to, jak bardzo ludzie szukają prostych wyjaśnień. Osoby o poglądach lewicowych wykorzystują zamieszki do oskarżania rządu za cięcia w wydatkach socjalnych. Ale czy protestujący faktycznie o tym mówili? Nie, oni nie nosili transparentów, a ich poglądy polityczne zapewne są niesprecyzowane. W końcu trudno mówić o politycznym zaangażowaniu nastolatków, bo połowa z zatrzymanych przez policję osób nie skończyła nawet 18 roku życia.

Jednak bądźmy obiektywni – ludzie zadowoleni z życia, mający wiele do stracenia raczej na ulice nie wychodzą. Są oczywiście wyjątki, bo wśród zatrzymanych była córka milionera, ale trudno spodziewać się rozruchów spowodowanych przez gangi bogaczy. Tak więc zapamiętajmy do końcowego rozrachunku jeden czynnik – brak osobistego bogactwa osób wszczynających rozruchy.

 

Dla odmiany prawicowi komentatorzy obwiniają „słabość rodziny”. Tylko co to właściwie za argument? Czy w tzw. silnych rodzinach nie rodzą się kryminaliści? Oczywiście, że tak. Jednak i w tym wytłumaczeniu jest ukryte ziarnko prawdy. Rodzina jest miejscem, gdzie przekazuje się wartości. Ojciec, korzystając ze swojego autorytetu, wpaja z reguły poszanowanie dla prawa i przepisów. A wrażliwa matka buduje w dziecku empatię, co w tym przypadku powinno przełożyć się na świadomość, ile zła może wyrządzić podpalenie komuś domu. Tak, to generalnie prawda, ale tylko w odniesieniu do… tradycyjnego społeczeństwa brytyjskiego klasy średniej. Faktycznie, uczestnicy zamieszek nie podzielali wartości typowego Brytyjczyka. Ale nawet gdyby ich własne rodziny były „silne” (cokolwiek to tak właściwie znaczy), dalej byłyby to te same wartości typowe dla ich środowisk, a nie poglądy prawicowych komentatorów.

 

Czy winna jest edukacja? To zależy od tego, na ile realny jest jej wpływ na wartości młodzieży. Na pewno jest on duży w systemach totalitarnych, gdzie organizuje się apele szkolne i pogadanki np. na temat wspaniałości obecnego przywódcy. Ale i to nie daje gwarancji sukcesu, co wiemy już z przykładu naszego własnego kraju, kiedy to mimo indoktrynacji ludzie i tak wiedzieli swoje i nie podzielali opinii KC PZPR. Skoro nie udało się w systemie mającym cechy totalitaryzmu, tym bardziej w demokracji nie uda się wychowywać młodzież w jakimś z góry narzuconym nurcie myślenia. Luki w systemie edukacji to dobre wytłumaczenie tylko dla tych, którym wydaje się, że ludzie zachowują się w określony sposób w oparciu o posiadaną wiedzę lub wartości propagowane w placówkach oświatowych. Badania wykazują jednak niezbicie, że najważniejszym punktem odniesienia dla młodych ludzi są nie nauczyciele, a opinie rówieśników. A te kształtuje ulica i jej wartości.

 

Pomyślmy teraz o kolejnym ze wskazywanych powodów – słabości policji. Ten argument nie wydaje się zbyt przekonujący. Zamieszki wybuchły właśnie pod pretekstem tego, że policja jest zbyt silna, a właściwie zbyt często sięga po argument siły. Zabito mężczyznę, który nie chciał poddać się kontroli. Rozruchy wybuchły zatem jako reakcja na zbytnią – zdaniem protestujących – siłę policji.

To jednak też coś nam mówi o powodach zajść londyńskich – buntownicy nie uznawali władzy państwowej i byli jej wrodzy. Zakładali, że funkcjonariusze działali przeciwko nim (choć jak wiemy zastrzelony mężczyzna był uzbrojony w nielegalną broń) i nie utożsamiali się z państwem, którego organem jest właśnie policja.

 

Tu dochodzimy do kolejnego argumentu – zabity mężczyzna był czarny. Czyżby jednak rozruchy spowodowane były przez emigrantów? Wystarczy przejrzeć relacje, by zwątpić w to wyjaśnienie. Swojego dobytku broniły powołane na szybko milicje obywatelskie, np. mniejszości kurdyjskiej (muzułmanie), czy społeczności Sikhów. Ci ostatni pochodzą z Indii i wyznają dość ciekawą religię, która – sama będąc skrzyżowaniem hinduizmu i islamu – zakłada szacunek dla innych wyznań i silne zasady moralne. Zauważmy więc, że nie były to rozruchy na tle religijnym, ani etnicznym, bo przeciw uczestnikom zajść wystąpiły też różne mniejszości religijne i etniczne, wcale nie będące rodowitymi Anglikami. Spójrzmy też na poniższy filmik z zajść. Widać na nim, jak jedni emigranci okradają drugich, bo tym pokrzywdzonym był student z Malezji, a rabusiem inicjującym całą akcję jest czarny mężczyzna. Nie widać tu żadnej solidarności grupowej między przyjezdnymi.

 

 

Ale… Spójrzmy jednak odważnie na tę drażliwą kwestię. Wspomniane społeczności, które przeciwstawiły się zajściom, czymś się jednak wyróżniają. Tym czymś jest kultura. W przypadku Kurdów zakłada ona silne więzi rodzinne i wspólnotowe. Podobnie Sikhowie, którzy czują się związani ze sobą i starają się przestrzegać praw swojej religii zakładającej godne życie. Obie te społeczności mają bowiem pewne szlachetne wartości obce dla uczestników zamieszek.

 

Po tych wszystkich analizach dochodzimy już do głębszych przyczyn. Podsumujmy najpierw to, co dotychczas ustaliliśmy odnośnie uczestników zamieszek: nie należeli do ludzi bogatych; nie podzielali wartości społeczeństwa brytyjskiego; nie uznawali władzy państwowej i byli wrodzy jej organom; nie przejawiali wartości typowych dla żadnej konkretnej grupy etnicznej.

Mamy 4 x NIE. To jeszcze za mało, żeby wytypować źródła problemu. Życie nie znosi bowiem próżni, i tam, gdzie czegoś nie ma, pojawia się coś innego, zastępczego.

 

Odpowiedzi szukać należy oczywiście w kulturze osób zaangażowanych w zamieszki. Choć wyraz „kultura” może wydawać się nieco kuriozalny w odniesieniu do ludzi wykazujących się raczej barbarzyństwem, jednak używam go tu w innym znaczeniu. Uczestnicy zajść jednak mieli jakieś wartości, jakieś cele, jakieś punkty odniesienia. Nie niszczyli i nie kradli przez przypadek, a zwoływali się przez portale społecznościowe i telefony komórkowe. Ich postawa jest dziełem pewnej kultury i określonych wartości. Trzeba tylko odważnie ją nazwać.

 

Co kierowało uczestnikami zamieszek? Na pewno chciwość. Okradali sklepy, wynosząc z nich nie jedzenie i artykuły pierwszej potrzeby, a markową odzież, wielocalowe telewizory, konsole do gier. Za tymi działaniami stoją mierzalne wartości. Jest nimi bogactwo, a właściwie konsumpcjonizm, czyli postawa stawiająca nieustanne zakupy i przyjemność z nich płynącą za naczelny cel życia. Co innego może cenić człowiek, kradnący dobra – co by nie było – luksusowe? Agencja Reuters`a cytuje jednego z tych nielicznych, którzy w pogoni za kolejnymi łupami znaleźli czas na wypowiedzenie się: „Słyszeliśmy, że ludzie biorą różne rzeczy za darmo, więc dlaczego my byśmy mieli nie brać”.

 

No właśnie – „brać”, a nie „kupić”. Tradycyjny konsumpcjonizm jest jednak elementem gospodarki rynkowej. Kupuj za pieniądze, które sam wypracowujesz – kryje się gdzieś w domyśle. Jednak nacisk pada tu nie na zarabianie owych pieniędzy, a na posiadanie rzeczy. Gdyby odwołać się do Fromm`owskiego pytania „Mieć czy być?”, trzeba by było dopowiedzieć „Mam, więc jestem”.

 

Konsumpcjonizm staje się ostatnimi czasy fundamentem kultury masowej. Jesteśmy atakowani reklamami, które mówią nam to wprost. „Pełnia życia”, tak reklamowała się jedna z większych galerii handlowych w Warszawie.  „Ask for more”, to jedno z haseł reklamowych Pepsi Coli. Konsumpcjonizm to element kultury dotyczącej nas wszystkich. I tych tradycyjnie sięgających do własnego portfela, i tych rozbijających witrynę sklepową, by ukraść z niej nową konsolę.

 

Jasne, wszyscy jesteśmy w jakiś sposób uzależnieni od wygody i konsumpcji. Ale przecież, kiedy biedniejemy, nie idziemy kraść. Mamy przeświadczenie, że dobra luksusowe są wynagrodzeniem za wypracowane przez nas pieniądze. To też element kultury, wpajany nam przez społeczeństwo. Jednak ostatnio coraz popularniejsza jest postawa, którą można nazwać „easy money” (łatwe pieniądze). Choć to bardzo ryzykowane stwierdzenie, to przesiąknęła ona do kultury masowej ze społeczności… Afroamerykanów. Jej nośnikiem jest muzyka i idące za nią przesłanie – prawdziwy gość budzący respekt to ktoś, kto dorobił się fortuny bez wysiłku. Raperzy uwielbiają chwalić się pieniędzmi. Najdroższe samochody, najlepsze marki ubrań, największe wille, najładniejsze dziewczyny i te przysłowiowe złote zęby. Oni nie doszli do swojej fortuny dzięki ciężkiej pracy, mozolnemu wysiłkowi, budowaniu firm. A przynajmniej o tym nie mówią. Pozują na… gangsterów, których należy się bać i z którymi lepiej nie zadzierać. Czy nie brzmi to znajomo?

 

Przez hipokryzję i krótkowzroczną chciwość wprowadziliśmy do kultury masowej dwie przeciwstawne postawy. Jedna mówi, że należy posiadać, a druga, że nie powinno to kosztować nas żadnego wysiłku. O ile jeszcze konsumpcjonizm da się pogodzić z wolnym rynkiem i demokracją, o tyle postawę „easy money” już nie. Pieniądze nie spadają z nieba. Należy je wypracować. Tyle, że teledyski i wywiady z celebrytami ostatnio niosą zupełnie inne przesłanie.

 

Oczywiście istnieje problem bezrobocia i wzmagającego je kryzysu gospodarczego. Ale o pracę także należy się starać, cenić ją. A przedtem do niej należycie przygotować, choćby przez sensowną edukację. Współczesna popkultura mówi jednak coś innego i co innego stawia za wzór. Młodzi ludzie mają gdzieś dobre rady nauczycieli i ich wynurzenia. Dużo bardziej przemawia do nich realny sukces idola popkultury. A że sukces ten jest wyrwany z kontekstu i siłą rzeczy jednostkowy, nikt już nie mówi. Postawę młodzieży kształtuje opinia ich otoczenia, środowisko, w którym się wychowują. A kto jest bohaterem tego świata? „Gangsta” raperzy propagujący „easy money”, będący namacalnym obrazem kultu siły i życiowej „zaradności”.

 

Podsumujmy teraz ostatecznie nasze rozważania, bo czynników jest tu cała masa. Postawa uczestników zamieszek jest w naturalny sposób pokłosiem kultury, w której wyrośli, i wartości, które wyznają. Z jednej strony jest to kultura powszechna, odwołująca się do konsumpcjonizmu. Z drugiej jednak zakotwiczona w postawie „easy money”, cynicznie wrzuconej do mainstreamowych mediów, głównie muzycznych. Kultura ta jest szczególnie dobrze przejmowana przez ulicę i emigrantów, bo nie są oni zakorzenieni w tradycji lokalnej, brytyjskiej, która zakłada pracowitość, przedsiębiorczość i wytrwałość w dorabianiu się majątku. Zresztą same rodziny osób biorących udział w zamieszkach często są złożone z emigrantów, którzy nie tworzą wspierających się społeczności opartych na swojej etnicznej kulturze, lecz osób chcących łatwo i szybko zapewnić sobie byt. Do tego dochodzi przekonanie, że państwo i policja to wrogowie. To także jest typowe dla kultury wywodzącej się z rapu i pewnej części hip-hopu.

 

Uczestnicy londyńskich zamieszek są więc produktem dość specyficznej mieszanki kulturowej. Miesza się w niej konsumpcjonizm, chciwość, pogarda dla pracy i edukacji, duże oczekiwania wobec życia, wrogość wobec systemu państwowego i kult siły. Tę kulturę sami stworzyliśmy, cynicznie wykorzystując popularność postawy „easy money” do wzmacniania konsumpcjonizmu wśród mas. Przez swoją krótkowzroczność nie liczyliśmy się jednak z tym, że ten przekaz jest wewnętrznie sprzeczny. Co prawda nie dla nastolatka z typowego brytyjskiego domu, który pobawi się z przymrużeniem oka przy czarnej muzyce, a potem kupi nowego iPada za pieniądze rodziców lub własne, kiedy już skończy szkołę i pójdzie do sensownej pracy. Problemem jest nastolatek z biednej dzielnicy, który ten przekaz traktuje serio, który chce mieć to samo, co inni, ale nie wierzy w zwykły ludzki wysiłek. Kusi go „easy money”. W efekcie mamy do czynienia z kuriozalną sytuacją. Ludzie ci kochają marki, ale nienawidzą firm, będących ich właścicielami. Chcą mieć nową konsolę, ale pogardzają firmą, która zarabia na jej produkcji. Nienawiść ta ma źródło w zawiści, bo firmy rozkochują ludzi w czymś, czego owi ludzie żyjąc swoim życiem, po prostu nie mogą mieć. W końcu żadna reklama nie mówi – zarób pieniądze na nową konsolę. Mówi „musisz ją mieć”.

 

Na całe szczęście w Polsce syndrom londyński na razie nam nie grozi. Jako nacja wolimy narzekać na rządzących, wysokie podatki i niskie świadczenia socjalne, ale mamy swoje wartości. Co jakiś czas działacze Solidarności lub górnicy pokrzyczą trochę pod którymś z ministerstw, ale to by było na tyle. Generalnie jako naród szanujemy własność i inne tradycyjne wartości. Wciąż niewielu jest też u nas emigrantów, którzy mogliby ich nie podzielać. A postawa „easy money” nie ma u nas zbyt wielu ambasadorów i widzimy w niej raczej „amerykański sen” niż realny sposób zdobywania pieniędzy. A frustracje ludzi zakorzenionych w kulturze siły rozładowują się raczej na stadionach, niż w galeriach handlowych. Chociaż zawsze trzeba mieć rękę na pulsie, bo np. moda na „londyńskie” flashmoby zaczyna pojawiać się i w Polsce.