Generalnie nie jestem malkontentem, ale jeśli przyjrzeć się bliżej współczesnemu światu, to nie napawa on zbyt wielkim optymizmem. Coraz więcej rzeczy zaczyna wyglądać niepokojąco. Tak w sferze społecznej, jak i geopolitycznej. Jeszcze nic nie jest do końca przesądzone, ale przyjrzymy się w tym wpisie kilku bieżącym dylematom.









Dziki wschód

Świat się zmienił. Rosja znowu stała się krajem zagrażającym innym państwom, zwłaszcza tym, które wedle doktryny z ubiegłego wieku traktuje jako swoją strefę wpływów. Wypełniło się proroctwo Winstona Churchilla, że „faszyści przyszłości będą nazywali się antyfaszystami”. Kreml – odwołując się do swojej tradycji walki z nazizmem – wkroczył na drogę nacjonalizmu i wodzostwa. Stosuje nawet te same kłamstwa i półprawdy, co kiedyś Hitler. Trudno dalej udawać, że nic się nie dzieje. W 2007 roku „ktoś” zaatakował cybernetycznie Estonię, czyli kraj członkowski NATO. Powiązania z Federacją Rosyjską były oczywiste. Reakcja – żadna. Nikt nie chciał drażnić niedźwiedzia, który tak naprawdę lubi drażnić innych. Niedawno rosyjskie bombowce prowokacyjnie ćwiczyły atak na Szwecję. W podobny sposób sprawdzano systemy obronne innych krajów, wysyłając samoloty w pobliże stref granicznych. Reakcji brak. Zaatakowano też Gruzję i oderwano część jej terytoriów. Zachód szybko się z tym pogodził, podobnie jak w 1938 pogodził się z rozbiorem Czechosłowacji. Niedawno w perfidny sposób zagrabiono Krym, a obecnie próbuje się de facto oderwać wschodnią Ukrainę.


Reakcja na ewidentną agresję Rosji jest symboliczna. Gdyby nie naciski USA, które wykazują i tak większą inicjatywę niż Unia Europejska, byłaby prawie żadna. Putin perfidnie rozgrywa Europę. Udaje mu się to, bo jesteśmy słabi jako grupa. Obecnie w Unii wygrywają tendencje narodowe. Zamiast integrować się w jeden silny organizm polityczny, poszczególne kraje prowadzą swoje prywatne interesy, często wbrew sąsiadom. Francja sprzedaje Rosji jednoznacznie ofensywne okręty bojowe, Niemcy inne technologie wojskowe. Doszło nawet do takiego kuriozum, że były kanclerz Gerhard Schröder pracuje w Gazpromie i ma jeszcze czelność komentować bieżące wydarzenia polityczne, nazywając Putina „demokratą”.


Poszczególne państwa Unii są syte, a ich jedynym celem stało się trwanie w bogactwie. Widmo wojny zaburzyłoby ten błogi spokój, co machina propagandowa Kremla skutecznie wykorzystuje. Po zagrabieniu Krymu wyraźne były głosy z Rosji mówiące, że to jeszcze nie jest tragedia, bo przynajmniej nie doszło do wybuchu wojny światowej. Pewnie zabrzmi to banalnie, ale taka sama była narracja nazistów w czasach Hitlera.


Dyplo-głupota

Moim zdaniem diagnoza jest dość przewrotna – Unia Europejska zatraciła swoje wartości. Obecnie stały się nimi ideologia gender (tak, to ideologia) i utopijne dążenia do radykalnego równouprawnienia. Nie tak dawno mówiło się jeszcze o wspólnej armii i bardziej skonsolidowanej polityce zagranicznej. Dzisiaj ton nadaje polityka równościowa. To produkt zgnuśnienia w bogactwie i spokoju. W latach 70-tych żyjące w dostatku elity pleśniejącego powoli ZSRR także wolały prowadzić dyskusje, czy w kraju panuje „rozwinięty socjalizm”, czy dopiero „rozwijający się”. Zamiast skupiać się na załamującej się gospodarce, uciekano w ideologię. A że sprawy mogły potoczyć się inaczej, widać po przykładzie dzisiejszych Chin, które mimo ze wszech miar rujnującego dziedzictwa Mao Zedonga są obecnie jedną z najpotężniejszych gospodarek na świecie.


Unię trawi kilka chorób – ideologizacja polityki społecznej, egoizm poszczególnych krajów, a teraz zacznie także eurosceptycyzm. Na pewno jest jedna Unia gorsza od tej obecnej – taka kompletnie zdezintegrowana, jakiej życzyliby sobie eurosceptycy. Pożyteczni idioci Putina zdają się nie rozumieć, że mały kraj jest niczym przy wielkim, a relacjami międzynarodowymi w taki czy inny sposób zawsze rządzi prawo silniejszego. Tymczasem zrezygnowano z unijnego wojska i głębszej integracji politycznej. Pomysł unii energetycznej Donalda Tuska – skądinąd bardzo mądry – także zapewne przepadnie. Jesteśmy rozgrywani przez Rosję, choć wielu zapewne nie zdaje sobie z tego sprawy.


Najwięcej szkody przynoszą nam dyplo-idioci, którzy wierzą w „dialog” lub przynajmniej tak udają. Naciski na rozwiązanie konfliktu na Ukrainie drogą rozmów są jawną głupotą. Nie da się mediować między człowiekiem bijącym kogoś na ulicy a bitą osobą. Dyplomacja może być sposobem rozwiązywania konfliktów między osobami szykującymi się do bójki, ale nie między agresorem i jego ofiarą.


Unijni politycy zdają się nie rozumieć, że ich system wartości jest tylko ich. Putin gra w tę grę na własnych zasadach – wykorzystując naiwność zachodnich „partnerów” (choć tak naprawdę są to dla niego „przeciwnicy”), mówi ich językiem, by słowami łagodzić realne, agresywne posunięcia. A Europejczykom to pasuje, bo odciąga widmo konfliktu, który mógłby zachwiać obecnym względnym dobrobytem. Swoją drogą niektórzy zachodni politycy są naprawdę ślepi. Z jednej strony próbują walczyć o radykalne i wszechobecne równouprawnienie, a z drugiej zupełnie ignorują, że ich partnerzy z Rosji jawnie gardzą homoseksualistami i ograniczają ich prawa. No, ale przecież mogą dalej żywić nadzieję, że przekonają Putina do swoich poglądów. Wystarczy być wyrozumiałym i prowadzić „dialog”.


Strategia krypto-wojenna

W pewien sposób podziwiam sposób działania Rosji. To taki pełen grozy podziw, jaki żywię względem nazistowskich Niemiec, które o mało w pojedynkę nie rzuciły całego świata na kolana. Generalnie trudno o lepszą strategię pokonania Unii Europejskiej. Spróbujmy pokrótce odtworzyć założenia tego planu:


1) Kraje zachodnie boją się wojny. Należy sugerować opinii publicznej, że lepiej poddać Ukrainę (i inne potencjalne ofiary, np. Gruzja, Mołdawia, byłe republiki ZSRR z Azji Centralnej) Rosji niż ryzykować wybuchem wojny światowej.


2) Ponieważ w krajach Unii Europejskiej panuje realna demokracja, należy atakować personalnie konkretnych, najgroźniejszych przeciwników, aby ich zdyskredytować w oczach opinii publicznej. Praktyczną realizacją tej strategii jest inicjowanie przez rosyjski wywiad wystąpień i demonstracji, które próbują nazywać zachodnich polityków opowiadających się za sankcjami wobec Rosji „podżegaczami wojennymi”. Tym razem ofiara się obroniła, ale zapewne wiele innych uległo presji.


3) Granie na niemieckim poczuciu winy za grzechy nazizmu. Określanie ukraińskiego rządu jako „faszystowskiego” nie tylko odwraca uwagę od despotyzmu panującego w Rosji, ale także sprawia, że Niemcy dystansują się od Ukraińców na fali negacji swoich grzechów przeszłości. Działa rewelacyjnie – w badaniach opinii publicznej znaczna część Niemców nie widzi niczego złego w przyłączeniu Krymu, który uznają ze rosyjską strefę wpływów.


4) Wprowadzenie zasad tzw. marketingu szeptanego do wojny medialnej. W praktyce polega on na wynajmowaniu ludzi (a może i całych firm), aby generowały przychylne Rosji komentarze na najpopularniejszych portalach informacyjnych.


5) Wykorzystywanie stereotypu, że „prawda zawsze leży pośrodku”. Zatem im więcej kłamstw się wygeneruje – tym bardziej przesunie się ten środek w kierunku własnych interesów.


6) Rozbijanie Unii poprzez granie interesami narodowymi poszczególnych krajów. Np. sprzedanie jednemu z nich gazu na preferencyjnych warunkach sprawi, że jego prawo weta uniemożliwi powstanie wspólnego frontu negocjacyjnego dla całej Unii.


7) Wykorzystanie powszechnej u polityków zachodnich tendencji do unikania działania niosącego ryzyko nieprzyjemnych konsekwencji. W praktyce polega to na daniu im wymówki w rodzaju „nie ma niepodważalnych dowodów na zaangażowanie Rosji w konflikcie na Ukrainie”. Ten cień teoretycznej niepewności – choć totalnie absurdalny – wystarczy, aby uzasadnić bierność w oczach opinii publicznej, która także jest wygodna i szuka usprawiedliwień, aby zachować dobre mniemanie o sobie (i swojej moralności), ale nie ponosić ryzyka i kosztów jakichkolwiek działań.


8) Taktyczne zawyżanie stawki gry, by zrezygnowanie z najbardziej radykalnych żądań można było przedstawić jako gest dobrej woli. Rosjanie zajęli Krym i od razu zaczęli destabilizować wschodnią Ukrainę. Jeśli ostatecznie będą musieli ją odpuścić, przedstawią to jako kompromis – do sprawy bezprawnego zajęcia Krymu już nikt nie będzie wracał.


9) Korzystanie ze zjawiska „zmęczenia medialnego”. Każda wojna się kiedyś nudzi, jeśli nie dzieje się za naszym oknem. Media potrzebują świeżej pożywki, więc w konsekwencji po okresie ok. pół roku zapominają o kolejnych konfliktach, np. krwawych wojnach w Syrii, Iraku czy Afganistanie. Jeśli rozciągnie się konflikt na Ukrainie w czasie, dawkując napięcie, zachodnie media znudzą się nim i przestaną nim interesować. Działa tu rosyjskie przysłowie „im ciszej jedziesz, tym dalej będziesz”.


10) Korzystanie ze słabości konkretnych przywódców. Stara szkoła wywiadu każe przygotowywać portrety psychologiczne każdego decydenta i umiejętnie wykorzystywać słabości osobowościowe.


Ten ostatni podpunkt jest mi szczególnie bliski. Dobrym przykładem jest Barack Obama, człowiek ewidentnie miękki i łagodny. To nie jest typ lidera, a raczej miłego idealisty zdającego się na doradców i biernie przyglądającego się rozwojowi wypadków. Wystarczy spojrzeć na to zdjęcie zrobione w trakcie operacji zlikwidowania Bin Ladena. Prezydent przycupnął cichutko w gronie współpracowników, nawet nie próbując formalnie stać na mostku kapitańskim.



Idealny przeciwnik dla psychopatycznego technokraty, jakim w istocie jest Putin. Rosyjski przywódca potrafi grać na emocjach, udawać i manipulować, tak jak wtedy, kiedy miał czelność przytulić Donalda Tuska po katastrofie smoleńskiej. W tym samym czasie Rosjanie w perfidny sposób tuszowali błędy swojego kontrolera lotu i wady lotniska.



Rosja jako stan umysłu

Putin definitywnie jest patriotą. I to według starej radzieckiej szkoły, która najwyżej kładzie interes państwa – wysoko ponad uczciwością i innymi ogólnoludzkimi wartościami. Generalnie Rosjanie to naród o specyficznej mentalności. Dość powszechnie wykazują taki autorytarny kolektywizm, który pozbawiony jest humanitaryzmu. Naturalne jest dla nich poświęcenie dobra jednostki dla kraju i podporządkowanie się przywódcom. Jest to jednak wspólnotowość pozbawiona współczucia dla innych. Czyjaś krzywda jest jego osobistym problemem, nie wspólnoty. Trudno w Rosjanach odnaleźć przejawy głębokiej empatii, także dla zwierząt, które są w tym kraju traktowane bez litości. W powiedzeniu „zabić jak psa” jest pewna prawda dotycząca mentalności tego narodu. Ta obojętność wobec cierpienia tyczy się w pewnym stopniu także ludzi. I to nawet tzw. „bohaterów”. Kiedy przestają być potrzebni, ich zasługi także się przedawniają. Człowiek to tylko narzędzie w służbie machiny państwowej, która stanowi najwyższą wartość.


To podejście było także bardzo wyraźnie widać w sposobie prowadzenia wojen. Dla radzieckiego dowództwa zawsze liczyło się samo zwycięstwo, straty w ludziach nie miały żadnego znaczenia, bo łatwo je było uzupełnić. To zupełne przeciwieństwo podejścia prezentowanego przez aliantów. W kulturze zachodniej życie ludzkie jest wartością samą w sobie. Tradycja ta umacniana była przez ideę demokracji, ponieważ rządy państw zachodnich były wybierane przez obywateli, a nikt nie chce ginąć dla zasady. W Związku Radzieckim przywódcy w ogóle nie musieli się liczyć ze zdaniem społeczeństwa, a zasoby ludzkie były prawie nieograniczone.


Życiem swoich żołnierzy nie szafowali też naziści, którzy z definicji żywili szacunek dla własnego narodu. Dla nich śmierć Żyda czy Polaka to było jak zabicie robaka, ale śmierć Niemca stanowiła wielką stratę dla społeczeństwa nadludzi. Zderzenie tych dwóch podejść zaowocowało niesłychaną rzezią. Zachowały się przyprawiające o mdłości zapisy z niemieckich okopów, które mówią o zszokowaniu nazistów bezmiarem śmierci, jaką sowieccy dowódcy fundowali swoim żołnierzom. Rosjanie formowali jedną linię, którą wysyłali na wroga. Ginęli wszyscy. Potem drugą, trzecią i czwartą. Przy piątej z przegrzania zacinały się już niemieckie karabiny maszynowe i Armia Czerwona ostatecznie odnosiła zwycięstwo. O straty nikt nie pytał. Gdyby kogoś zaciekawiła ta tematyka, polecam rosyjski serial „Batalion karny”. Po odrzuceniu cienkiej warstewki patriotycznej propagandy, zostanie całkiem ciekawa opowieść, dość dobrze oddająca radzieckie realia.


Generalnie Władimir Putin dobrze pasuje do mentalności Rosjan. To naród nauczony kolektywizmu i podporządkowania, więc samoocena jednostek zależy od poczucia siły grupy. A Putin przydaje Rosjanom godności poprzez odbudowywanie wrażenia mocarstwowości kraju. Kiedyś – jako naród – posiadali imperium. Potem przyszedł przełom i ZSRR rozpadł się. Zapanowała beznadzieja. Co prawda typowy Wołodia zawsze był biedny i jadł chleb ze słoniną, ale za to czuł się częścią czegoś wielkiego i silnego. Tak działa nacjonalizm, który potrafi budować ludzką dumę poprzez iluzoryczne poczucie przynależności do silnego państwa. Związek Radziecki tak naprawdę niewiele różnił się w tym względzie od III Rzeszy. Karabiny (czołgi, bombowce strategiczne itd.) zamiast masła. To zupełne przeciwieństwo obecnej postawy Unii Europejskiej, która wyznaje zasadę „kawior zamiast karabinów”. I na tym się przejedzie, ponieważ gnębione kryzysem Stany Zjednoczone nie widzą już potrzeby, aby bronić za swoje pieniądze gnuśnego i lekkomyślnego cwaniaka ze Starego Kontynentu. Zapisy w Traktacie Północnoatlantyckim zalecają przeznaczanie co najmniej 2% PKB na cele wojskowe. Polska oscyluje wokół tej granicy, jednak wiele krajów UE ma je głęboko w d… A jeśli nawet realizują te cele, to gros tych środków pochłaniają wynagrodzenia, a nie rozwój sprzętu wojskowego. W tym samym czasie Rosja – mimo kryzysu – zwiększa swoje wydatki do 4,5 %.


Zjednoczeni ze Stanami?

Głupotą jest jednak także łudzenie się co do roli USA. Przoduje w tym Prawo i Sprawiedliwość, które chciałoby, aby Ameryka była naszym gwarantem pokoju. Ale, niestety, nie leży to w interesie USA. Kraj ten ma większe problemy niż Europa Środkowo-Wschodnia. Wojna w Syrii grozi wzmocnieniem światowego terroryzmu, który jako jedyny realnie zagraża Amerykańskiemu podatnikowi, a nie tylko interesom kraju. A to oznacza skupienia się na Syrii, Iranie, Pakistanie, Afganistanie, Somalii itd. Gospodarczym rywalem są z kolei Chiny, które najwyraźniej mają ochotę zagrozić wojskowej hegemonii USA na terenie Azji i Pacyfiku.


Celem Stanów Zjednoczonych jest zachowanie jako takiego status quo w Europie. Na pewno nie byłoby na rękę Waszyngtonowi, gdyby Berlin zanadto zbliżył się do Moskwy. Ale tym bardziej nie jest na rękę zbyt jednoznaczne wspieranie niestabilnej i niejednoznacznej Ukrainy, ani pyszałkowatej Polski, która – zwłaszcza pod panowaniem PiSu – wymachiwała szabelką i odgrażała się Rosji, czyli krajowi potrzebnemu USA do prowadzenia skutecznej gry z Iranem i Chinami. Aby realnie ocenić wartość partnerstwa z Polską dla Stanów, należy spojrzeć na sprawy z punktu widzenia interesów Ameryki. To kraj grający w najwyższej lidze, któremu regionalne konflikty na peryferiach tylko przeszkadzają. Jaki byłby sens wysyłania dużego kontyngentu wojska do państwa, które przez to poczuje się mocniejsze (i to nie swoją siłą) i zacznie jeszcze bardziej prowokować Rosję, czyli kraj o znaczeniu strategicznym dla rozgrywek z głównymi rywalami USA? Dlatego gesty Obamy będą tylko symboliczne i służące podtrzymaniu obecnego stanu, a nie nadmiernemu podgrzewaniu atmosfery.


Sama Ukraina nie ma dla Stanów żadnego strategicznego znaczenia. Nie ma tam ropy, nie ma istotnych interesów gospodarczych. Obama nie jest wojowniczym idealistą, jakich znaleźć można raczej w partii konserwatywnej. Nie oszukujmy się – żadne wojska istotne ze strategicznego punktu widzenia do Polski na stałe nie przyjadą. Nie doczekamy się natowskich czołgów, co najwyżej jakiejś symbolicznej obecności i kilku ćwiczeń, mających pokazać Putinowi, żeby za bardzo się nie rozpędzał. Powinniśmy liczyć głównie na siebie i posiadać własny system odstraszania. W 1939 roku zostaliśmy zdradzeni, ale po części na własne życzenie. Naszą strategią było czekanie na Francję. Ale Francja nie chciała angażować się w konflikt, który niesie zbyt duże ryzyko przegranej. II Rzeczpospolita została pokonana w tempie ekspresowym, bo nie była przeciwnikiem godnym III Rzeszy. Gdybyśmy zatrzymali Niemców na dłużej, przywódcom Francji i Anglii bardziej kalkulowałoby się dołączenie do wojny niosącej widmo wygrania. Przy okazji warto też rozprawić się z mitem tchórzliwego Francuza, który nie chciał „umierać za Gdańsk”. Decyzję podjęli przywódcy w oparciu o czysto racjonalne przesłanki, nie opinia publiczna.


Czy Amerykanie chcieliby umierać za Polskę, gdyby zaszła taka sposobność? Odpowiedź powinna być racjonalna – zależy na jakich warunkach. Gdyby zagrażało to w istotny sposób pozycji USA w świecie, pewnie zdecydowaliby się na wojnę, nawet na dużą skalę. Drugim warunkiem byłaby kalkulacja szans na zwycięstwo. Ratowanie trupa raczej nie rokowałoby zbyt dobrze, dlatego nasze szanse na realną pomoc sojuszników z NATO powinny być oparte na własnym potencjale obronnym. Łatwiej wypełnić swoje zobowiązania w wojnie dającej szanse na zwycięstwo, niż polec w imię szczytnych ideałów braterstwa.


Trzecia droga?

Generalnie mam wrażenie, że sprawy nie wyglądają zbyt obiecująco. Ameryka zawsze będzie leżeć na innym kontynencie, a my zapewne zawsze będziemy graniczyli z Rosją, która staje się coraz bardziej agresywna. A jej przywódcy – pragmatyczni i sprawni. Los Ukrainy jest niepewny, a raczej wątpliwy. Gruzja i Mołdawia także mają się czego obawiać, bo za Kiszyniów czy Tbilisi też nikt nie będzie chciał umierać – także Polacy. Gdyby ktoś miał wątpliwości, niech przypomni sobie lament po każdym z naszych żołnierzy poległych w Iraku czy Afganistanie. Żołnierz jest po to, aby walczyć, a przynajmniej być na to gotowym. Ryzyko śmierci jest wkalkulowane w ten zawód, choć obiektywnie i tak większą szansę zejścia z tego świata mają na przykład strażacy. A jednak każda śmierć traktowana była jak wielka narodowa tragedia. A teraz wyobraźmy sobie, że w wypadku interwencji NATO w takiej na przykład Mołdawii giną setki żołnierzy. Czy wtedy Polacy naprawdę chcieliby „umierać za Kiszyniów”, skoro mają problem, żeby walczyć i ginąć za Amerykę, od której oczekują przecież wielkich gwarancji bezpieczeństwa z wojną światową włącznie?


A Europa? Uważam, że znajduje się w sztucznym konflikcie wartości, w której obie drogi prowadzą do przegranej. Nacjonalizm zawiera w sobie racjonalne założenie, że warto pozostać przy lokalnej kulturze, ograniczyć imigrację i generalnie trzymać się wartości, które od zawsze uchodziły za europejskie i które doprowadziły nas do bogactwa oraz dominacji w świecie. Niestety, razem z tym idzie rozbicie na małe narody, które nie będą w stanie konkurować z wielkimi krajami, takimi jak Chiny, Rosja, USA, ale także Indie, Brazylia i inne wschodzące potęgi. Paradoksalnie nasi eurosceptycy grają do jednej bramki z Putinem – im bardziej scala on Rosję i stara się jednoczyć państwa dawnego ZSRR w tzw. Unię Eurazajtycką, tym bardziej pożyteczni idioci w stylu Korwina-Mikkego próbują rozbijać wątłą jeszcze jedność w ramach Unii Europejskiej. Podzielony przeciwnik to słaby przeciwnik. Chiny nawet teoretycznie nie rozważają rozłąki z Tybetem czy Mandżurią, tak jak Rosja nigdy nie dopuści do odłączenia się Zakaukazia lub Tywy, a wręcz przyłączy nowe regiony (w kolejce czekają Abchazja, Osetia Południowa, Naddniestrze, Donbas itd.). Ale z radością kraje te zobaczą powolne rozmontowywanie się UE, a nawet przyłożą do tego rękę za pośrednictwem swoich wywiadów.


Z drugiej strony mamy kolejną ślepą uliczkę, czyli europejski socjalizm z jego już nie tyle czerwonym, co tęczowym odcieniem. Im więcej imigrantów, tym mniej Europy w Europie. To oczywiście temat na szerszą dyskusję, ale coraz więcej danych wskazuje, że idea multikulti poniosła spektakularną porażkę, do której politycy wiedzeni polityczną poprawnością nie chcą się przyznać. Zamieszki, rozruchy czy akty wandalizmu dla zwolenników lewicy są tylko dowodem, że imigranci dostają za mało pomocy, a nie, że przybysze negują ideę europejskiej solidarności. Potwierdzają to już nawet socjologiczne opracowania – im więcej ustępstw wobec muzułmanów, tym większe żądania i większa radykalizacja.


W tym kontekście warto przyjrzeć się racjonalnej postawie USA. Nieważne, jak wielkimi przyjaciółmi na arenie międzynarodowej jesteśmy – jeśli nie respektujesz naszego prawa, to nie jesteś mile widzianym gościem. I co całkiem spójne – tyczy się to nie tylko takich potencjalnie trudnych sojuszników jak Egipt. Ta zasada działa również w przypadku Polski. Nie bez powodu jesteśmy objęci obowiązkiem wizowym. Polscy emigranci po prostu nie przestrzegają amerykańskiego prawa i wielu z nich pozostaje tam nielegalnie. Przyjaźń przyjaźnią, ale prawo gospodarza szanować trzeba. USA to rozumieją. Cieszyłbym się, gdyby w końcu Unia też to pojęła.


Otwarcie granic dla imigrantów z Afryki, Ameryki Środkowej i Azji ma też swoje historyczne powody. Dawne imperia kolonialne zrobiły to na fali wyrzutów sumienia za czasy niewolnictwa i wyzysku minionych wieków. Ot – taka forma rekompensaty. USA także czerpały korzyści z niewolnictwa, w końcu całe południe zostało zbudowane ich rękoma. Nawet sam Tomasz Jefferson, jeden z autorów Deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych, miał niewolników. A jednak nie jest to powodem, aby zapraszać do swojego kraju masy czarnych imigrantów z Afryki. Ciekawe dlaczego…


Przyszłość

Podsumowując to wszystko, dochodzę do wniosku, że przyszłość Europy nie wygląda zbyt różowo. Mimo wszystko sytuacja naszego kraju prezentuje się jeszcze całkiem nieźle, zwłaszcza biorąc pod uwagę, skąd startowaliśmy. Odnieśliśmy względny sukces w ciągu ostatnich 25 lat, praktycznie podwajając swój dobrobyt. Jako ludzie zakotwiczeni w pesymizmie oczywiście tego nie dostrzegamy, ale jesteśmy już w zupełnie innym miejscu niż na początku lat 90-tych. Dlatego śmieszy mnie postawa młodych „korwinistów”, którzy niczego nie wiedząc i nie pamiętając dawnych czasów, mówią, jak to wolna Polska ich okradła. Dostali od niej szanse, których nie mieli ich rodzice. I wiele z tego zostało nam w praktyce ofiarowane przez Unię Europejską. Jeśli ktoś nie rozumie różnicy – niech wyjedzie na parę dni do Mołdawii albo Albanii i dopiero potem się wypowiada.


Niestety, sama Unia Europejska przeżywa obecnie coś jakby kryzys ideologiczny i gubi się we własnych priorytetach. Jak to wszystko się rozwinie – zobaczymy. Mimo wszystko w roku 2020 chciałbym napisać, że w 2014 byłem mocno przewrażliwiony.