Ostatnio wiele pisze się o klęsce głodu w Afryce. Połowa mieszkańców Somalii jest niedożywiona, wielu umiera z głodu. Nie mamy czasu do stracenia. Nie możemy pozwolić na to, aby we współczesnym świecie ludzie umierali z głodu. Najważniejsze jest teraz, abyśmy się zmobilizowali i okazali solidarność z mieszkańcami Afryki Wschodniej – mówi mediom Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. Jednak zanim wyślemy pieniądze dla głodujących dzieci, warto zastanowić się, z czego ten głód wynika.

 

 

Największym grzechem humanistycznej kultury zachodu jest paradoksalnie jej etnocentryzm. Zakładamy, że wszystkie społeczności tego świata myślą podobnie do nas. Wierzymy naiwnie, że wartością wszystkich ludzi jest otwartość, racjonalność i empatia. Staramy się wprowadzać na siłę demokrację tam, gdzie nie ma ona racji bytu i ratować z opresji ludzi, którzy sami się z premedytacją w nią wpędzają.

 

Na początek warto  uświadomić sobie, że mentalność mieszkańców innych części świata jest często bardzo odrębna od naszej. Dla ludzi z mało urodzajnych terenów Afryki śmierć głodowa od zawsze była naturalnym czynnikiem ograniczającym liczebność grupy i jako taka nie jest im obca tak jak nam, członkom społeczeństw wychowanych w duchu racjonalnego humanizmu. Żeby to zobrazować, wystarczy pomyśleć o swoim własnym podejściu do życia. Gdybyśmy nie mieli przekonania, że potrafimy zapewnić naszym dzieciom godnego życia, nigdy byśmy się zapewne na te dzieci nie zdecydowali. A przynajmniej nie płodzilibyśmy więcej, niż moglibyśmy utrzymać na poziomie zapewniającym im jako taką egzystencję, ponieważ dla nas nadrzędną wartością jest ich szczęśliwe i godne życie pozbawione cierpienia. W krajach trzeciego świata dominuje jednak inne podejście, mówiące, że „od przybytku głowa nie boli”. W praktyce przekłada się to na przekonanie, że im więcej ma się dzieci, tym więcej ostatecznie przeżyje. A dzieci to ogromna wartość dla każdej rodziny. W świecie pozbawionym ubezpieczeń społecznych nie istnieją emerytury, zasiłki chorobowe czy rzeczywista pomoc społeczna. Starzy lub chorzy rodzice muszą liczyć na swoje już dorosłe dzieci, które stają się dla wiekowych przodków jedynym źródłem utrzymania. Zatem im więcej ma się potomstwa, tym lepiej żyje się na starość. To już zależność stricte ekonomiczna, jednak wciąż typowa dla wielu regionów świata. Wartością jest więc nie tyle jakość życia dzieci, co ich liczba i wynikające z niej profity dla rodziny. A jeśli część potomstwa będzie musiała umrzeć z głodu – trudno, im więcej się go ma, tym więcej zostanie.

 

Tak więc sytuacja większej części Afryki jest odmienna od tego, co znamy w obecnej Europie czy Ameryce. Choć jeszcze niedawno także u nas było całkiem podobnie, czego pokłosiem jest przestarzałe już błogosławieństwo „niech ci Bóg w dzieciach wynagrodzi”. Dzieciach, które przez wieki były de facto darmową siłą roboczą, a potem jedynym ekwiwalentem ubezpieczenia emerytalnego. Jednak Europa, Ameryka, a częściowo i Azja odeszły od tego pierwotnego systemu, dzięki zmianom kulturalnym i ekonomiczno-społecznym. Także przeludnione Chiny wprowadziły system redukcji liczby dzieci, karząc finansowo te rodziny, które nie ograniczają przyrostu naturalnego, czyli ilości potomstwa.

 

Afryka, w tym dotknięta głodem Somalia, nie poszły jeszcze tą drogą. Tam śmierć głodowa nie jest (i nigdy nie była) niczym nadzwyczajnym. Co jakiś czas zdarzały się susze, które redukowały populację w bardziej radykalny sposób niż zwykle, ale dalej obowiązywała ta sama zasada „ekonomiczna” – im więcej mam dzieci, tym więcej z nich przeżyje. Zrozumienie tej fundamentalnej różnicy ekonomiczno-kulturowej jest kluczem do zrozumienia tego, jak skutecznie pomóc Afryce. Rozdawanie żywności, a nawet budowanie studni, nie ogranicza rozmiarów ludzkich cierpień, ale wręcz je powiększa. Im więcej ludzi uratujemy teraz, tym więcej umrze w przyszłości – ci uratowani dalej będą się rozmnażać i powiększać pulę osób niemożliwych do wyżywienia przez dany obszar. Krytykowane za swój brak pomocy państwa zachodu nie mogą tej tendencji odmienić poprzez wysyłanie żywności do wspomnianych regionów. Owszem, zestawienie otyłego Amerykanina i konającego z głodu murzyńskiego dziecka jest efektowne, ale nawet gdyby cały budżet wojskowy USA przeznaczyć na pomoc Afryce, skala cierpienia ludzkiego w długim okresie czasu jedynie by się powiększyła. Paradoksalnie.

 

Sposoby podejścia do sytuacji są więc dwa – albo pogodzimy się z kulturą tego rejonu oraz naturalną dla niego olbrzymią śmiertelnością i w efekcie przestaniemy katować się zdjęciami głodujących dzieci, albo zmienimy taktykę. Najbardziej racjonalną pomocą dla tego obszaru kulturowego jest edukacja, a przede wszystkim efektywna edukacja seksualna. Pewien Etiopczyk opowiadał mi, jak to wyglądało w jego wiosce. Przyszła pani wolontariusz i wytłumaczyła działanie prezerwatywy, zakładając ją pokazowo na rękę. Niestety, nic to nie dało, bo po roku przyrost naturalny był wciąż równie olbrzymi. Po tym jednorazowym pokazie słuchacze zrozumieli, że ową gumkę należy używać tak samo, jak robiła to ta biała pani i zakładali ją na… dłoń.

 

Problemem jest w dużej części religia. Duże obszary Afryki opanowane są przez katolicyzm, który zabrania stosowania antykoncepcji. Kościół bardzo szczyci się tym, że niesie oświatę i pomoc w tej części świata. Jednocześnie –  prowadząc w wielu regionach jedyne placówki oświatowe – odcina dostęp do rzetelnej wiedzy o ograniczaniu liczby dzieci. Wielu Polakom poprzestającym jedynie na naszych krajowych i patriotycznych mediach, może wydać się to szokujące, ale doktryna Kościoła katolickiego pod rządami Jana Pawła II wcale nie była tak powszechnie ceniona, jak zwykło się u nas myśleć. Teologowie protestanccy oszacowali, że papież Polak ma na sumieniu śmierć kilku milionów ludzi. Właśnie poprzez utrzymywanie doktryny potępiającej antykoncepcję, a w efekcie powiększającej przeludnienie i olbrzymią falę zachorowań na AIDS. Niestety, w przypadku doktrynerstwa za dobrymi intencjami idzie często katastrofalny skutek.

 

Pani Ochojska mówi:  Nie możemy pozwolić na to, aby we współczesnym świecie ludzie umierali z głodu. Mimo szczytnych intencji, nie rozumie ona jednak, że to nie od ilości darów zależy realizacja jej marzenia. Podobnie jak PAH, tak i Caritas Polska wspiera głodujących – ten ostatni przekazał 30 tys. euro na pomoc Somalii. Ta suma, ani jej dziesięcio czy nawet stukrotność nie mogą jednak odmienić sytuacji, a tylko ją utrwalają. Przypomina to prowadzenie schroniska, w którym psy nie są trzymane osobno ani sterylizowane. Ich liczba więc stale powiększa się, podobnie jak środki potrzebne na utrzymanie zwierząt przy życiu. Podają wezwania do solidarności i wielu wrażliwych ludzi dokłada się do utrzymania tych przykładowych psów, ale problem z czasem jedynie się powiększa w kierunku nieskończoności. A jedynymi osobami mającymi z tego jakieś – choćby psychologiczne – profity, są prowadzący schronisko, których ważność systematycznie rośnie, wraz z liczą zależnych od nich podopiecznych.

 

Podobnie wielkie niezrozumienie wykazują mieszkańcy zachodu wobec swoich nieudanych prób wprowadzenia demokracji w innych częściach świata. Osobiście zgadzam się, że jest to najlepszy (choć nie pozbawiony wad) system polityczny, ale… jedynie w naszych warunkach kulturowych. Myśląc o demokracji zupełnie zapominamy, że wyrosła ona na gruncie społeczeństw jednorodnych narodowo. A także kulturowo. Demokrację poprzedzał nacjonalizm, który sprawił, że ludzie przestali patrzeć na świat w kategoriach swojej najbliższej grupy, jak rodzina, plemię, kasta czy krąg wyznaniowy. Wartością zostało całe społeczeństwo, które stało się jednorodne. Nie ma więc znaczenia, czy będę głosował na swojego krewnego czy kogoś obcego, wiem bowiem, że – przynajmniej teoretycznie – nie będzie on wspierał swojej rodziny, ale pewną wspólną dla mnie i dla niego ideę, pod której sztandarem kandyduje.

 

Tak więc droga do demokracji biegła wprost przez nacjonalizm i państwa jednorodne narodowo. U nas. Ale nie w większości państw Afryki, a częściowo i Azji. Nie można przeszczepić idei głosowania na stanowiska ogólnopaństwowe w rejonach, które wciąż tkwią na poziomie wspólnoty plemiennej. Prawie wszystkie kraje Afryki wytyczone są w sposób przypadkowy, oparty na podziałach kolonialnych lub lokalnych podbojach. W jednym państwie żyją ludy bardzo odmienne językowo, kulturowo a nawet rasowo. W ich przypadku sens wyborów przesuwa się w kierunku leninowskiego dylematu „kto kogo”, z tym, że konflikt rozstrzyga się w tym przypadku w oparciu o liczebność poszczególnych plemion – wygrywa partia grupy mającej więcej uprawnionych do głosowania. O ile w ogóle wybory nie są fałszowane, ale i to zwykle nikogo tam nie dziwi, bo jednakowo skłonni do fałszerstw są zwykle wszystkie zainteresowane strony. Do tej pory demokracja nie udała się w praktycznie żadnym afrykańskim kraju. I nie uda się, dopóki kraje te nie przejdą przez fazę nacjonalizmu, który ujednolici jej mieszkańców i zmieni perspektywę ich patrzenia na świat z plemienia na całe społeczeństwo. A to na pewno nie nastąpi szybko.

 

Tym samym amerykańsko-europejskie próby wymuszania demokratycznych przemian nie mają sensu ani realnych szans na powodzenie. Nie wystarczy temu czy innemu plemieniu kazać oddać głos w wyborach, bo postąpi on zgodnie ze swoją mentalnością będącą dziełem lokalnej kultury – poprze swoją rodzinę lub klanowego przywódcę. Muszą upłynąć całe pokolenia, nim grupy te będą potrafiły zrozumieć, że stały się jednolite i łączy je coś więcej niż wspólny konflikt wzajemnych interesów. Dotyczy to także np. Libii. W zachodnich mediach widać tendencję, aby przedstawiać ten konflikt jako wojnę między złym tyranem Kaddafim a zniewolonymi przez niego ludźmi. Jednak jest to de facto wojna plemienna, bo za pułkownikiem Muammarem stoi nie tylko część wojska, ale także plemiona z zachodu tego kraju. W rezultacie kłamie także Kaddafi, mówiąc, że oto koalicja państw zachodu bombarduje naród libijski. Kłamie, bo nie ma takiego narodu! Walki toczą się między plemionami zachodu a rebeliantami wywodzącymi się ze wschodnich grup etnicznych, pozbawionych przywilejów tej pierwszej grupy. To klasyczne „kto kogo”, w którym pojęcie narodu czy sprawiedliwości są abstrakcyjne, bo każda ze stron chce zawłaszczyć władzę dla siebie, pozbawiając jej rywala. I obie strony dopuszczają się ludobójstw, tak typowych dla konfliktów plemiennych.

 

Choć zwykle tego nie zauważamy, polityka tych obszarów różni się bardzo mocno od tego, co znamy z naszego podwórka. Choć w Polsce nie raz padają groźnie brzmiące słowa, typu „trybunał stanu” czy „koniec wolnych mediów”, żaden jednak realny przewrót nam nie grozi. Wiele krajów Afryki czy Azji uznaje jednak pucz wojskowy jako jedyny możliwy sposób zmiany rządów. Przy czym wcale nie musi on oznaczać od razu wojny. Byłem podczas przewrotu wojskowego w Mauretanii. Porwano prezydenta i wywieziono w nieznane miejsce. I co? I nic. Zwykli ludzie nawet tego faktu nie zauważyli. Przewrót ten nie wiązał się z żadną zmianą ustroju czy przetasowaniem grup będących u władzy. Mauretania to kraj w którym do dzisiaj występuje niewolnictwo (tyle że nieoficjalnie), gdzie czarni podlegli są plemionom berbero-arabskim (Maurom). A wymiana rządu miała miejsce właśnie wewnątrz tej jednej kasty, kiedy jeden arabski wojskowy zastąpił u steru drugiego. Do kraju takiego jak Mauretania nie da się przeszczepić demokracji, bo nie da się tam w łatwy sposób wytworzyć wspólnoty narodowej między bardzo odrębnymi i od zawsze nierównymi grupami ludzi. Zmiana wymagałaby wielu pokoleń, a nie głosowania zarządzonego w ramach istniejącego społeczeństwa.

 

Maurowie dyskryminują plemiona murzyńskie, stanowią elitę wojskową kraju, a więc to oni trzymają stery władzy. Swoją drogą trudno mi nawet powiedzieć, że dokonująca przewrotu armia składa się ze złych ludzi. Przez przypadek znalazłem się w jednej przydrożnej restauracji z pewnym generałem. Zostałem zaproszony do jego stołu, a właściwie misy z jedzeniem stojącej na macie, bo tak się tam jada. Wojskowy był bardzo uprzejmy i towarzyski, opowiadał mi o swoim pobycie w naszym kraju – jeszcze ze czasów socjalizmu. Maur zachowywał się bardzo swobodnie, ale jego murzyński adiutant siedział niemalże na baczność. Gdyby w tym kraju na siłę wprowadzono demokrację, sytuacja mogłaby się odmienić, bo Maurowie się w Mauretanii uprzywilejowaną mniejszością – jest ich ok. 40%. Wtedy to czarny byłby generałem, a Berber jego adiutantem, ale czy to faktycznie byłaby jakakolwiek jakościowa zmiana?

 

Nie da się także doprowadzić do rozwoju gospodarki tam, gdzie interesy plemienne przeważają nad państwowymi. Dla przykładu Etiopia sięgała kiedyś aż do Morza Czerwonego, co pozwalało jej eksportować swoje surowce naturalne drogą morską. W wyniku wieloletnich wojen część nadmorska oddzieliła się jako niezależne państwo Erytrea. Przedzielono jedyną linię kolejową łączące wybrzeże z centrum kraju, na czym stracili wszyscy. Etiopia przestała eksportować surowce naturalne, a Erytrea skazała na upadek swoje porty, które bez Etiopskich złóż okazały się niepotrzebne. Choć to niepoprane politycznie, podobnie krótkowzroczne, etnocentryczne postawy są dość typowe dla kultur czarnej Afryki. Liczy się zysk mój i mojej rodziny czy klanu, a rzekomy interes państwa jest tylko drogą do tych korzyści. Nawet pomoc humanitarna bywa opodatkowywana, np. w Gambii. Nie dość, że instytucje charytatywne przekazują pewnym krajom swoją pomoc, finansują jej transport, są też nieraz zmuszane do płacenia haraczu władcom i ich rodzinom, kontrolującym administrację kraju. Może więc, jako darczyńcy, powinniśmy starać się nie tyle przekazywać pomoc materialną krajom trzeciego świata, co pomagać im zmienić swoją mentalność? Tylko czy one wtedy byłyby taką pomocą zainteresowane?

 

Nasz region ma obecnie dużo szczęścia. Dawno już podzieliśmy się ziemią w miarę zgodnie z rozkładem narodowości, w razie konieczności przesiedlając nadmiar mniejszości etnicznych do swoich macierzystych krajów (np. Niemcy wrócili za Odrę, a Polacy za Bug), co pozwoliło utrzymać w miarę czyste narodowo obszary. Rola religii zmniejszyła się i od czasów wojny w byłej Jugosławii wiara nie odgrywa już w tej części świata czynnika państwotwórczego. Co więcej, Czesi udowodnili nawet,  że religia nie jest potrzebna do utrzymania moralności, bo ponad 80% naszych południowych sąsiadów deklaruje ateizm i państwo jakoś się trzyma, a ludzie nie mordują się i nie gwałcą częściej niż gdzie indziej. Europa cieszy się pokojem i względną stabilnością. Mimo pewnych szeroko nagłaśnianych kryzysów ekonomicznych, mamy się  dużo lepiej niż większość ludzi żyjących na świecie. Dlatego jak najbardziej powinniśmy pomagać słabszym i mniej rozwiniętym – krajom, narodom, społecznościom. Trzeba jednak robić to mądrze. Szlachetnie jest zrzucić się i zbudować studnię w Afryce, do czego nawołuje Polska Akcja Humanitarna. Ale tylko wtedy, kiedy nie będzie to studia bez dna.