Mimo że najbardziej depresyjną porą roku wydaje się jesień, najsmutniejszym dniem wybrano ostatni poniedziałek stycznia. Blue Monday – nazwany tak z angielskiego przez psychologa Cliffa Arnalla – został wyznaczony na podstawie takich czynników jak: krótki dzień, świadomość niedotrzymywania postanowień noworocznych i konieczność spłaty kredytów zaciągniętych na gwiazdkowe prezenty. Co tu dużo mówić – takie stawianie sprawy jest jedynie statystyczną zabawą, która stanowi co najwyżej pożywkę dla mediów, mogących odgrzać co roku tego samego newsa. Prawdziwe stany depresyjne są jednak dużo bardziej skomplikowaną sprawą, której nie da się zrozumieć bez odwoływania się do psychologii głębi.


Wybrałem tym razem temat depresji nie tylko z uwagi na mocno wyssany z palca Blue Monday, ale też w reakcji na sprawę niejakiej Anny Fryczkowskiej, matki słynnego „ćpuna” Stasia. Chłopak cierpiał na depresję ze stanami lękowymi i koniec końców sięgnął po środek ostateczny – samobójstwo. Bardzo przykra sprawa, świadcząca o tym, jak (auto)destrukcyjna jest ta przypadłość. Martwi mnie jednak to, że przyczyn szuka się nie tam, gdzie faktycznie można je znaleźć. Matka wytoczyła medialną wojnę narkotykom, a właściwie marihuanie, która do kategorii „narkotyki” zaliczana jest tylko warunkowo. Tymczasem nawet najgorsze dragi są tylko środkiem do popełnienia samobójstwa, nie jego przyczyną. Przyczyna – niestety – jest w środku człowieka i ma zazwyczaj tło rodzinne. Z góry przepraszam co wrażliwszych czytelników, bo nie jest moją intencją ranienie czyichkolwiek uczuć. Na pierwszym miejscu stawiam jednak prawdę, a nie bycie miłym człowiekiem. A ta prawda – moim zdaniem – jest bardzo bolesna.


Zacznijmy jednak od rzeczy bardziej ogólnych. Problem z obecnie dominującym w psychiatrii sposobem myślenia jest taki, że wszystkie zagadnienia sprowadza się na grunt biomedyczny lub ewentualnie poznawczy (rozumowy). W efekcie zbyt często odrzuca się próby znalezienia rozwiązania wewnątrz psychiki człowieka, sprowadzając wszystko do łykania tabletek, w tym osławionego Prozacu. Odchodząc od prawdziwych źródeł, zaczynamy wierzyć, że wszystko jest kwestią nieuregulowanego organizmu, któremu trzeba po prostu chemicznie zmienić parametry pracy. I to się w dużej mierze udaje, bo nowoczesne leki psychotropowe wykazują dużo lepsze działanie, niż ich dawne generacje stosowane jeszcze kilkanaście lat temu. Jednak ma to swoje bolesne konsekwencje – po tabletki sięgamy coraz częściej. Dotyczy to nawet dzieci. Według WHO w krajach uprzemysłowionych na zaburzenia psychiczne – najczęściej na depresję i stany lękowe – cierpi co piąty młody człowiek. W Polsce 3-4 % choruje na wymagającą leczenia tzw. depresję dużą (taką typową), a 30-40% miewa inne zaburzenia depresyjne – twierdzi prof. Jacek Bomba z Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wielu lekarzy idzie według biochemicznej wykładni i, niewiele myśląc, przepisuje kolejne pigułki. Psychotropy łyka już ponad 6% dzieci (!) z USA i Europy.


Aby zrozumieć fenomen depresji, trzeba poznać jej wewnętrzne mechanizmy. I tu, niestety, musimy odwołać się do psychoanalizy, która – choć nie ma dobrej prasy – próbuje rozwiązywać tego typu problemy bez pomocy tabletek. Zygmunt Freud jako pierwszy zauważył podobieństwo między żałobą a depresją. Dla ludzi pogrążonych w obu tych stanach świat wydaje się pusty. Jednak samoocena człowieka, która przeżywa stratę kogoś bliskiego, nie jest zagrożona. Występuje u niego apatia, smutek i żal, ale u osoby depresyjnej dodatkowo pojawia się jeszcze silne poczucie winy, samooskarżenia, poczucie odpowiedzialności za całe zło. Jest jeszcze coś, co zwróciło uwagę Freuda. Osoba depresyjna wydaje się pozbawiona wszelkiego gniewu, złość jest praktycznie dla niej niedostępna. Te obserwacje doprowadziły psychoanalityków do wniosku, że kluczem do zrozumienia mechanizmu powstawania problemu jest właśnie agresja, która jest kierowana do wewnątrz. Dlaczego zatem niektóre osoby na stratę i odrzucenie reagują poprzez skierowanie furii na siebie samych, a nie na osobę, która ich opuszcza i rani? Według psychoanalityków tego typu tendencje budują się w dzieciństwie, w kontaktach z najbliższymi. Skłonności depresyjne tworzą się u osób, które, kierując całą swoją miłość do rodzica, doznały rozczarowania. Tak właściwie prawie wszystkie problemy osobowościowe są konsekwencją złej lub niewystarczającej miłości ze strony opiekunów, ale w przypadku depresji musi dodatkowo zaistnieć wrażenie straty. Żal za utraconą miłością może czuć tylko to dziecko, które dostało jej namiastkę i wie, czego mogłoby oczekiwać. Problemu tego nie mają na przykład osoby socjopatyczne, które prawdziwej miłości nie doświadczyły nigdy, więc nie mają nawet wyobrażenia, co je ominęło.


Tak więc mamy dziecko, które dostało próbkę miłości, a w efekcie rozbudziło w sobie nadzieję na bycie autentycznie kochanym i rozumianym. Ale stało się coś, co zawiodło te oczekiwania i potrzeby. Co dokładnie było tym rozczarowaniem, zależy od indywidualnego przypadku, ale upraszczając możemy przyjąć, że był to po prostu brak takiej prawdziwej, głębokiej i bezwarunkowej miłości, która daje dziecku spokój i ukojenie. Taki zawód wywołuje rozpacz, ale i wściekłość – na rodzica, który nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań. Żeby jednak nie stracić nawet resztki jego miłości, dziecko uczy się kierować swoją złość na siebie. W efekcie pojawiają się samooskarżenia, niska samoocena, samokaranie się, a w skrajnych przypadkach – samobójstwo.


Powiem Wam brutalnie, ale uczciwie – kiedy zobaczyłem panią Fryczkowską w mediach, zacząłem rozumieć desperację tego chłopaka. To moja subiektywna ocena, ale osoba w żałobie nie myśli o występach w telewizjach ani o wywiadach w gazetach. Żal, taka rozpacz, jaka budzi się w człowieku, który traci najbliższą osobę, nie pozwala zwykle na nic więcej niż opłakiwanie bolesnej straty. A tymczasem zobaczyłem osobę prowadzącą prywatną medialną krucjatę już w 3 tygodnie po śmierci ukochanego dziecka. Po prostu nie tak wygląda dla mnie normalna żałoba. Nawet opis zachowania państwa Fryczkowskich wydał mi się przerażający. Zabija się syn, a oni tego samego dnia, jak tylko zabrano ciało, przeszukują nieżyjącemu dziecku komputer. Szukają przyczyny. Ale moim zdaniem tam jej nie znajdą. Powinni spojrzeć raczej w lustro.


Czytając o samobójczej śmierci Stasia, nie natknąłem się nigdzie na to, by ktoś zwracał uwagę na pewien kluczowy sygnał. Chłopak powiesił się w wigilię. To nie jest data przypadkowa. To są psychiatryczne żniwa. Tego dnia na oddziały trafia najwięcej ludzi, często właśnie po próbach samobójczych. To w wigilię na swoje życie targnął się słynny prezenter radiowy Tomasz Beksiński. Ta data wyzwala w ludziach to, co potrafią skrywać przez pozostałą część roku. Wigilia zmusza ludzi do konfrontowania się z sobą. Siadamy wszyscy przy jednym stole, w dniu, który ma być symbolem bliskości i dobroci. Wiele osób nie wytrzymuje tej konfrontacji i kiedy iluzja pęka, pękają też złudzenia. Niebagatelną rolę odgrywa też poczucie samotności. Ale samotnym można być także wśród ludzi. Zwłaszcza, kiedy konwencja wymaga uśmiechania się, a nam wcale nie jest do śmiechu.


Jestem w stanie zrozumieć motywacje matki, która nie chcąc szukać przyczyn tam, gdzie mogłoby to być najbardziej bolesne, rusza na wojnę z wyimaginowanym wrogiem. Na sztandarach niesie syna, ale to jest walka o jej dobre mniemanie o samej sobie. Bo jeśli przyczyną wszelkiego zła były narkotyki, to już nie ona. Tymczasem z wywiadów bije zupełnie inny obraz. Oto mamy młodego człowieka, który czuje się nierozumiany i ucieka w narkotyki. Pani Fryczkowska wspomina o „kawałach” Stasia, który brał nóż i udawał, że się tnie. Nawet kiedy zobaczyła syna wiszącego na pasku, także myślała, że to wygłup. Widać nie był to pierwszy raz, kiedy dziecko wysyłało matce jasne sygnały. Sygnały czego? Zapewne braku miłości. Wiem, że media opisywały Fryczkowskich jako „fajną rodzinę”, ale co to właściwie znaczy? Że na zewnątrz wszystko wyglądało ładnie, ale nic więcej. Zupełnie inne wrażenie płynie z ostatnich słów kobiety wypowiedzianych dla Wprost. Matka czuje smutek, żal i gniew. Gniew na syna, za to, że „nam to zrobił”. Wiem, że to nieładnie oceniać ludzi, ale chcąc być uczciwym wobec tego nieżyjącego chłopaka, muszę mu oddać, że nie miał łatwego życia. Zwłaszcza jeśli był osobą wrażliwą, a to takie osoby są bardziej podatne na wszelkie problemy emocjonalne, nie tylko depresję. Matka, która czuje gniew na syna za to, że ten w jakiejś trudnej do wyobrażenia desperacji targnął się na swoje życie, jest egocentryczna, raniąca i może budzić rozczarowanie. To są właśnie przyczyny depresji, nie marihuana.


Głupio mi kopać leżącego, ale skoro ten leżący ma siłę chodzić po telewizjach, najwidoczniej nie jest z nim tak źle. Mamy więc matkę, która robi synowi awantury po tym, kiedy wypił on piwo. W wywiadzie padło słowo „afera”, więc domyślam się, że nie była to spokojna, partnerska rozmowa. I ta sama matka potem się dziwi, że nie wie o innych używkach syna, skoro miała z nim taki dobry kontakt? A może rozmowa nie powinna mieć formy „afery”, tylko zrozumienia? Może wtedy Staś nie musiałbym się komunikować poprzez „dowcipy”, kiedy udawał, że się tnie nożem albo popełnia samobójstwo? W wywiadzie dla Newsweeka pada też taka sentencja „Tłumaczyliśmy mu, że nawet jeśli teraz życie wydaje mu się bez sensu, to jednak musi uwierzyć, że tak nie jest. Ono ma sens. Wiem, bo jesteśmy starsi.” Ci starsi z jednej strony deklarują miłość i zaufanie, a z drugiej chcą propagować tajne testy na obecność narkotyków. Wyobrażam sobie, jak bolesne musiało być takie pocieszanie i jak rozczarowująca taka dydaktyczna miłość, która zawsze wie lepiej, choćby z racji wieku.


Staś Fryczkowski pewnie nigdy nie zabiegał o taką sławę, ale został wpisany przez najbliższych w medialny stereotyp ćpuna ze „szczęśliwej rodziny”. Jak było naprawdę, wiedział tylko on sam, ale nikomu już o tym nie powie. Matka obwinia narkotyki i wedle jej własnych słów w walce z nimi upatruje jedyny sposób, aby nadać sens śmierci syna. Dla mnie jest jednak oczywiste, że ona robi to dla siebie, nie dla Stasia, którego zabiła stwierdzona przez psychiatrów depresja, nie narkotyki. Nie zamierzam bronić marihuany, której nadużywanie jest tak samo głupie jak zachlewanie się alkoholem. Warto jednak zdać sobie sprawę z tego, że używki są tylko środkiem popełniania samobójstwa (niekiedy rozciągniętego w czasie), a nie jego przyczyną. Ludzie piją, palą lub ćpają właśnie dlatego, że używki pozwalają im na chwilę uciec od tego, od czego nie ma ucieczki – od własnego wnętrza i własnej przeszłości. To jednak próba z góry skazana na porażkę. Zamiast uciekać od problemu, lepiej odważnie pójść do jego źródła. Każde problemy psychiczne mają swoje korzenie, które da się odnaleźć i naprostować. Nie jest to łatwy proces, tak jak i niełatwo jest o dobrego psychoterapeutę. Ale samobójstwo nie jest żadnym wyjściem. To jak uśpienie psa, który w tym momencie cierpi, ale którego można jeszcze wyleczyć – tak się po prostu nie robi. Wartością jest walka o jego zdrowie, a nie tylko o radykalne uśmierzenie potencjalnie przejściowego cierpienia. Dokładnie tak samo jest z samobójstwem.


Nie jest też tajemnicą, że wielu samobójców próbuje wycofać się z raz podjętej decyzji, kiedy stres uruchamia w nich naturalne instynkty walki i ucieczki. Wtedy depresyjna, autodestrukcyjna złość skierowana na siebie zostaje uwolniona i skierowana na zewnątrz, a w efekcie chęć śmierci znika, choć często jest już wtedy za późno na wycofanie się z rozpoczętej próby samobójczej. Dlatego nawet w najczarniejszych chwilach warto mieć przy sobie łopatę (vide teledysk), bo pragnienie śmierci jest zwykle tylko posuniętym do absurdu mechanizmem obronnym, który w sytuacji podbramkowej po prostu zanika.



Nie będę się silił na żadne mądre zakończenie. Wolę oddać głos mamie Stasia, która tym razem (choć nieświadomie) nazywa rzeczy po imieniu: „Można być blisko, można dużo rozmawiać i nie wiedzieć tego najważniejszego. Widzieć problemy, ale nie rozumieć ich przyczyny”.