Skoro profesor Jan Hartman ogłosił ostatnio „Upadek kazirodczego tabu”, przyjrzyjmy się temu, co rzekomo upadło. Ale przy okazji przyjrzyjmy się też samemu Hartmanowi.

Przyznam szczerze, że kiedy zobaczyłem w internecie nagonkę na kontrowersyjnego filozofa, założyłem, że oto ma miejsce kolejne palenie czarownicy, biorące swoje źródło w pruderii i niezrozumieniu. Ceniłem tego człowieka za jego walkę z korporacyjną hipokryzją lekarzy i dewocją części naszego społeczeństwa. Przypuszczałem więc, że pan Hartman popełnił mniej więcej taki tekst, jak ja w kontekście innego seksualnego tabu – zoofilii, kiedy przedstawiłem problem bez jednoznacznej oceny moralnej we wpisie Z miłości do zwierząt. Mnie nikt nie spalił na stosie zapewne tylko z tego powodu, że ja – w odróżnieniu od polityka Hartmana – nikim ważnym nie jestem. Mam jednak wrażenie, że się myliłem. Nie co do ocen mojej ważności, ale winy Hartmana. Po dotarciu do jego pierwotnego tekstu odniosłem wrażenie, że widać w nim pewne wskazówki mówiące, że filozof mógł jednak imać się „czarów”.


Ocenzurowane (przez siebie samego?) i okrojone stanowisko Hartmana można zobaczyć do dzisiaj na jego blogu w Polityce. Widzimy tam filozofa faktycznie pozycjonującego się na ofiarę wspomnianego palenia czarownic. Miało tak się stać tylko dlatego, że pan Hartman poruszył tabu kazirodztwa w kontekście dyskusji podjętej w Niemczech nad sensem karania przyrodniego rodzeństwa za relacje seksualne. No cóż, nawet o kazirodztwie można dyskutować, co udowodnię za chwilę. Wróćmy jednak do samego profesora. Kiedy ostatecznie dotarłem do pierwotnego artykułu, kompletnie zdębiałem. To są rozważania godne słynnego kiedyś „dobrego pedofila”, który nie bronił przecież idei seksualnego obcowania z dziećmi jako takiej, ale własnych skłonności. Czyżby coś podobnego mogło dotyczyć słynnego filozofa? Nie zamierzam tu oczywiście niczego stwierdzać ani wyrokować. Chcę jedynie zwrócić uwagę na pewne niepokojące symptomy przebijające z tego teksu. Na początek jednak radzę go przeczytać:

przeczytaj oryginalny wpis Jana Hartmana >>


Że profesor Hartman staje jednoznacznie po stronie legalizacji kazirodztwa widać m.in. w stwierdzeniu, że tradycja penalizująca takie relacje jest obyczajowa i dlatego trzeba ją zwalczać. Przeciwstawiony jest temu – tu cytat – „zdrowy rozsądek”. Jeśli to nie jest opowiadaniem się za legalizacją, to co nim jest?


To jednak wciąż dyskusja. Jest jednak coś, co mnie przeraża:

Co więcej, jest pewien argument na rzecz tolerowania kazirodztwa. Jeśli udaje się powiązać harmonijnie miłość macierzyńską albo bratersko-siostrzaną z miłością erotyczną, to osiąga się nową, wyższą jakość miłości i związku. Co to niby za argument i na podstawie jakich przesłanek stwierdzony? Skąd założenie, że połączenie miłości rodzicielskiej i erotycznej przenosi relację na wyższy poziom?! Przecież to argumenty na poziomie „dobrego pedofila”, mówiącego, że daje w ten sposób dziecku bliskość i przyjemność za jednym zamachem.


Być może piękna miłość brata i siostry jest czymś wyższym niż najwznioślejszy romans niespokrewnionych ze sobą ludzi? A być może piękna miłość dziecka i pedofila jest czymś wspanialszym niż dwójki dorosłych ludzi? Lub dwójki niedojrzałych dzieci, które przecież też mają swoje „miłości” – tyle, że „niedoskonałe”, bo uboższe o doznania seksualne?


Na końcu wpisu padają słowa jeszcze donioślejsze. Związki kazirodcze profesor Hartman nazywa „szczęsnymi”. Uważa, że jeśli są bardziej psychicznie obciążające, to tylko dlatego, że społeczeństwo ich nie akceptuje. To już nie są pytania. To są bardzo jednoznaczne odpowiedzi, nie odnoszące się do żadnych źródeł. I – co mnie najbardziej przeraża – nacechowane są emocjonalnym uwzniośleniem, które brzmi nie tyle prowokacyjnie, co… osobiście.


Trafiają czasem do mediów wypowiedzi, które budzą ciarki na plecach. Jednak nie tyle z uwagi na znaczenie, co sposób, w jaki te słowa są dobierane. Kiedyś w tekście pt. Moralna schizofrenia pisałem o biskupie Tadeuszu Pieronku, który aż trząsł się w sobie, mówiąc o tym, jak to nikt nie jest w stanie powstrzymać człowieka przed tym, do czego pchają go namiętności. Dzisiaj wzdragam się przed emocjonalnym nacechowaniem słów osoby, którą generalnie ceniłem jako etyka. Nie znam sytuacji rodzinnej pana profesora, ale gdyby miał córkę, wyglądałoby to dość… dwuznacznie.


Mam na myśli tylko tyle, że nie wyczuwam w panu Hartmanie wstrętu wobec tego typu zachowań. Łatwo przychodzi mu pisanie o „harmonijnym łączeniu miłości erotycznej z macierzyńską”. Aż ciśnie się pytanie, dlaczego autor nie użył w kontekście tego bardzo poprawnego politycznie określenia „tacierzyńska” lub „ojcowska”.


Wstręt jest dobry. To naturalna reakcja organizmu wobec rzeczy, które z całą mocą odrzucamy. To często także reakcja instynktowna, niepoddająca się kontroli. Tu mi jej zabrakło. Nie było też żadnego dystansowania się, ironii, dwuznaczności. Tak jakbym czytał nie o czyichś rozważaniach, ale wytłumaczeniach.


Chcę tu jednoznacznie podkreślić, że nikogo o nic nie oskarżam. Zwracam tylko uwagę na specyficzny sposób, w jaki profesor przedstawił swoje poglądy. I tak – stawiam pytanie, czy panu Hartmanowi przeszła podobna myśl przez głowę w kontekście własnych dzieci (pytam tylko o myśl, która nie jest czynem zabronionym w świetle prawa). I czy nie kusiła go wizja podniesienia relacji ze swoją rodziną na “wyższą jakość miłości i związku”. Bo w jego tekście takich deklaracji mi właśnie zabrakło. Mam jednocześnie świadomość, że oskarżanie mnie o pomówienie będzie się mijało z celem. Jeśli ktoś chce dyskutować o danym problemie, nie może traktować go jako obelgi. To byłoby równie kuriozalne, jak wytoczenie procesu przez gejowskiego aktywistę o to, że ktoś pyta go, czy jest gejem. Czy możemy liczyć na odpowiedź, panie profesorze?


Kończąc już wątek osoby, która skłoniła mnie do napisania tego tekstu, przejdę do jego bardziej merytorycznej części. Skąd tak właściwie wywodzi się tabu kazirodztwa? Bo – wbrew temu, co pisał profesor Hartman – ma ona swoje uzasadnienie nie tylko w religii i kulturze.


Wyraz „kazirodztwo” jest połączeniem członów „skażony” i „rodzić”. I jest to bez wątpienia sensowna etymologia, co potwierdzają badania medyczne. Np. to, że dzieci pochodzące z małżeństw kuzynostwa mają dwa razy większą szansę na defekty wrodzone. A częstotliwość ta rośnie wraz ze stopniem pokrewieństwa. Wynika to z faktu, że wiele chorób przenoszonych jest przez geny recesywne. Dziedziczą się one bezobjawowo do czasu, aż spotkają się dwie pary takich genów, co sprawi, że się uaktywnią i zaczną wpływać na zdrowie nowego pokolenia. W przypadku dzieci osób niespokrewnionych ze sobą zdarza się to dość rzadko. Jednak bliscy krewni dużo częściej noszą te same geny recesywne. A więc szansa, że ich dziecko odziedziczy wadliwe cechy od obojga rodziców i zachoruje jest dużo większa. Dokładnie trudno ją oszacować, bo zależy od konkretnych osób i przenoszonych przez nich potencjalnych defektów zdrowotnych.


Część dzieci z kazirodczych związków będzie miała szczęście i urodzi się zdrowa. Destrukcyjna siła chowu wsobnego nie może być niewyobrażalnie wielka, skoro takie małżeństwa były przez całe pokolenia praktykowane w niektórych rodach królewskich, np. w starożytnym Egipcie. O słynnej Kleopatrze wiemy na przykład, że była urodziwa i inteligentna. Najwidoczniej albo jej genotyp szczęśliwie wytworzył się z pominięciem części przenoszących ewentualne choroby zakodowane w genach recesywnych, albo przyszła królowa została poczęta w wyniku zdrady. W obu przypadkach – miała szczęście, którego zabrakło m.in. Echnatonowi, obciążonego prawdopodobnie zespołem Marfana.


Ponieważ kojarzenie się par spokrewnionych zwiększa ryzyko chorób genetycznych, ewolucja wykształciła mechanizmy, które generalnie chronią nas przed kazirodztwem. Jednak – jak to zwykle bywa w przypadku ewolucji – są to sposoby najprostsze, które w pewnych sytuacjach zawodzą. Ponieważ w naturze rodzeństwo było zawsze wychowane razem, mamy genetycznie zakodowaną tendencję, żeby nie wiązać się seksualnie z osobami, z którymi dorastaliśmy jako dzieci. Proste, ale… wadliwe.


Działa tutaj ten sam mechanizm, który sprawia, że ćmy giną w płomieniach świec. Wcale tego nie chcą. One po prostu się mylą, odczytując płomień jako jedyne źródło światła spotykane przez nie od zawsze – księżyc. Nie sposób zderzyć się z księżycem, względem którego nawigują te owady. A ponieważ światło świecy jest w świecie ciem czymś nowym i generalnie rzadkim, ewolucja nie miała wystarczającej presji, aby wytworzyć mechanizm odróżniający płomień od blasku naszego satelity.


Tak samo wadliwy jest mechanizm, sprawiający, że odrzucamy seksualnie osoby, z którymi się wychowywaliśmy. Widać to m.in. w kibucach, czyli takich komunach rolniczych w Izraelu. Dzieci wychowywane razem, choć niespokrewnione, nie łączą się w pary. Podobne wnioski płyną z doświadczeń chińskich, gdzie w pewnych miejscach wykształcił się zwyczaj wychowywania od dziecka panny młodej w domu przyszłego pana młodego – będącego również w tym samym wieku. Wiele takich małżeństw pozostawało bezdzietnymi, choć zainteresowanie seksem wśród nich wcale nie zanikło – zostało jedynie ukierunkowane na inne tory i objawiało się zwiększoną liczbą… zdrad.


Niestety, są i pomyłki w drugą stronę. Obecnie coraz więcej rodzin jest rozbitych, a dzieci bywają wychowywane osobno. I one niestety mają tendencją, by „spłonąć w ogniu świecy”, że się tak poetycko wyrażę. Istnieje udowodniona tendencja, że rodzeństwo, które się nie wychowywało razem, ma tendencję, aby czuć do siebie wzmożony pociąg seksualny. W nauce zjawisko to określa się mianem GSA, co jest angielskim skrótem od wyrażenia „Genetyczna Atrakcyjność Seksualna”. Ta tendencja wydaje się też być zgodna z badaniami prowadzonymi na gruncie psychologii społecznej, które udowadniają, że podobają nam się ludzie w jakiś sposób do nas podobni. Swoją drogą to dość znacząca zbieżność wyrazów – „podobać” i „podobny”. Z kolei w ujęciu psychoanalizy tendencja ta znajduje swoje wytłumaczenie w obserwacjach, że zakochujemy się w osobach, w których nieświadomie dostrzegamy cechy naszych rodziców płci przeciwnej. Rodzeństwo na pewno je wykazuje i kiedy nie działa mechanizm odrzucający ludzi, z którymi się wychowywaliśmy, nasza edypalna tendencja może dojść do głosu.


Z tym całym kompleksem Edypa – o którym pisałem w tekście Pyrrusowe zwycięstwo –  to jest ciekawa sprawa, bo występuje także u… małp. Młode szympansy chcą kopulować z własnymi matkami, choć te ostatnie im to uniemożliwiają. Niestety, analogiczny mechanizm odrzucenia przez rodziców nie zachodzi po stronie ojców, ponieważ w rozwiązłej małpiej społeczności nigdy nie wiadomo, kto jest czyją córką.  W efekcie dochodzi do kazirodczych ciąż, ale – tak jak w przypadku Kleopatry – ryzyko powstałych w ten sposób obciążeń genetycznych nie jest na tyle duże, by zdegenerowało całą populację.


Jest to jednak dogodny moment, aby postawić sprawę jasno – kompleks Edypa i ogólnie kazirodcze związki są czymś, czego natura stara się unikać. Mimo wszystko tego typu tendencje czasem się uwidaczniają, co wcale jednak nie czyni ich naturalnymi ani pożądanymi. To objaw patologii, tak jak otyłość jest zaburzeniem naturalnej ludzkiej tendencji do gromadzenia energii. Nieprzypadkowo szympansie matki nie pozwalają synom kopulować ze sobą. Najwidoczniej czują przed tym instynktowną niechęć, można by rzecz – obrzydzenie, którego tak bardzo zabrakło mi w wypowiedzi profesora Hartmana.


Jako psycholog muszę jeszcze na koniec zaznaczyć jedno – nie da się „harmonijnie połączyć miłości erotycznej z macierzyńską”. I ojcowską też. Wszelka próba prowadzi do wykształcenia poważnych zaburzeń osobowości zwanych histrionicznymi (a kiedyś histerycznymi). Tę patologię diagnozuje się także w sytuacjach, kiedy nie dochodzi do kontaktów seksualnych, a erotyczna płaszczyzna relacji rodzic-dziecko jest tylko podskórna. W tym ostatnim przypadku psychoterapeuci mówią o uwiedzeniu, które także jest bardzo destrukcyjne dla psychiki. I tu nie ma miejsca na żadne filozofowanie – tysiące psychoterapeutów codziennie próbuje pomagać ludziom wykorzystanym (niekiedy przy swojej pozornej „zgodzie”!) przez swoich ojców, a czasem i matki. Małpy to czują instynktownie, psychologowie wiedzą z praktyki i badań, a profesor Hartman traktuje jako „doktryny o spekulatywnym charakterze”. Jeśli to jest poziom wiedzy wykazywany przez wykładowcę uniwersyteckiego, to trudno tu mówić o jakimkolwiek autorytecie naukowym.


Wyjaśnijmy od razu jeszcze jedną rzecz. Kazirodztwo jest terminem biologicznym i określa wszystkie związki seksualne w obrębie rodziny. Na poziomie psychologicznym trzeba jednak odróżnić relacje rodzic-dziecko od relacji między rodzeństwem. Swój wpis profesor Hartman rozpoczął od nawiązania do debaty, która obecnie toczy się w Niemczech. Chodzi w niej o zalegalizowanie jedynie tej specyficznej relacji między przyrodnim rodzeństwem. Te argumenty można zrozumieć – o ile z tej relacji nie będzie dzieci, ponoszących zdrowotne koszty zachowań rodziców. Osobiście mam do tego podobny stosunek, jak do innych zaburzeń, które mogą być odrzucające, ale pozostają nieszkodliwe dla niezainteresowanych nimi osób. Choćby z powodów ewolucyjnych – opisanych powyżej – relacje między rodzeństwem nie mogą być zdrowe. Ale są też w pewien sposób „równościowe”, więc mimo wszystko byłbym skłonny zaakceptować ich istnienie i zrezygnować z karania par złożonych z rodzeństwa. Oczywiście pod warunkiem, że  takie relacje byłby obwarowane pewnymi ograniczeniami, np. w kwestii poczynania i adopcji dzieci (swoją drogą jestem też przeciwny adopcji dzieci przez pary homoseksulane, ale to temat na inną dyskusję). Wyznaję zasadę, że jeżeli czyjaś patologia nie szkodzi innym, to można ją zaakceptować w imię zasady, żeby nie karać ludzi, których los już i tak pokarał.


Jednak relacja rodzic-dziecko jest z natury nierówna. Nie może tu być mowy o zgodzie dwóch (nawet dorosłych) osób, tak jak nie może być mowy o zgodzie dziecka na seks z pedofilem – nawet jeśli jest faktycznie deklarowana. Rodzicielstwo to sytuacja fundamentalnej i niezbywalnej zależności psychicznej, która określa nas na całe życie i kształtuje naszą osobowość. Kierunek tego związku nie przemija wraz z dorastaniem. Nie zmienia się też fundamentalny charakter tej relacji, która kształtuje postrzeganie świata także dorosłego już dziecka. Ponad wszelką wątpliwość udowodniono, że useksualizowanie więzi z własną córką czy synem jest destrukcyjne dla psychiki potomstwa (choć wiele zdaje się mówić, że i psychika rodzica musi mieć problemy). I to nie poprzez fakt, że jest zakazane – jak napisał profesor Hartman – ale z uwagi na jednoznaczną i specyficzną rolę, która mają do odegrania rodzice w procesie kształtowania się psychiki swoich dzieci.


Owszem, w historii świata niejedno się zdarzało. Z własną matką sypiał prawdopodobnie m.in. rzymski cesarz Neron, a liczba ojców, którzy molestowali swoje córki jest zapewne przeogromna. Sądząc po przytoczonych przez pana Hartmana wierszykach, wstrętu do seksualnych skojarzeń o kazirodczym podłożu nie czuł najwidoczniej także nasz narodowy wieszcz – Julian Tuwim. Widać po tym, że problemy rozkładają się między ludźmi „demokratycznie”, niezależnie od intelektu. Niestety, ryba gnije od głowy. Jeśli elity – w tym przypadku zarówno etyczne jak i polityczne – relatywizują tak ewidentne zło, podsuwają wygodne samousprawiedliwienie ludziom wahającym się, czy mogą np. sięgnąć po własną córkę. “No, bo jeśliby sama chciała, to czemu nie… Nie bądźmy zaściankowi, w końcu z filozoficznego punktu widzenia te zakazy to tylko religijne i obyczajowe zabobony” – pomyśli zapewne niejeden ojciec. I to jest największe zło, które uczynił pan profesor – nie zapobiegł, by jego tekst można było tak właśnie interpretować. Wprost przeciwnie, związki te nazwa “szczęsnym fenomenem”. A to już jest zbrodnia. Nie tylko na obyczajowości, ale przede wszystkim na psychice dzieci (także nastoletnich, czyli pozornie dorosłych), które zostają wciągane w kazirodcze relacje. Także za swoją pozorną zgodą, poprzez znany powszechnie w psychoterapii proces uwiedzenia.


Mimo wszystko mam wrażenie, że – za wyjątkiem dyskusji o relacjach przyrodniego rodzeństwa – tabu kazirodztwa wcale nie upadło. Na szczęście – dla zdrowia psychicznego i fizycznego wszystkich dzieci, którym dane będzie uniknąć molestowania i uwiedzenia. Upadł za to autorytet Jana Hartmana. Jako etyka i jako… ojca.