Sens życia to temat godny samego Monty Pythona, a próba ugryzienia go na poważnie i na trzeźwo zakrawa na śmieszność. Zastanawiałem się nawet, czy nie lepiej schować ten wpis do szuflady, ale skoro to wciąż tylko blog, zamieszczam ten tekst jako ciekawostkę. Nie będzie w nim wielkich psychologicznych mądrości ani ciętego języka. Raczej kilka filozoficznych pytań i dość niejednoznacznych odpowiedzi. Bo prawda jest przygnębiająca – życie samo z siebie nie ma sensu. Sens dopiero można życiu nadać.


Z biologicznego punktu widzenia jesteśmy tylko zbiorem komórek, które mają wspólny cel – przetrwać w pewnej strukturze, jaką jest nasze ciało, i powielić ją w możliwie jak największej ilości kopii, które nazywamy dziećmi. Banał, prawda? Też tak myślę, dlatego poszukajmy głębiej.


Tak naprawdę to nie komórki mają jakiekolwiek cele. One są tylko robotami realizującymi polecenia wysyłane przez ich „panów”. Cele wytyczają łańcuchy DNA i podobne biologiczne struktury, czyli po prostu pewne zbiory informacji zaklęte w strukturze białkowej. One warunkują nasze życie począwszy od podziału komórek, a na temperamencie kończąc.



Gdyby przyjrzeć się strukturze świata, łatwo można zauważyć, że jest on po prostu pewnym polem rywalizacji dla konkurencyjnych biologicznych programów. Inny ma mrówka, inny ma człowiek, inny wykonuje pies, sosna czy storczyk. Ostatecznie wygrywają najlepiej przystosowane informacje, które dodatkowo mutują w czasie, dopasowując się do dynamicznego środowiska. Ja jestem zbiorem informacji, Ty i wszyscy inni ludzie. A także zwierzęta, rośliny, a nawet wirusy czy priony, czyli twory, których nie można nawet nazwać istotami żywymi. Nasze ciała to po prostu biologiczne systemy wykonawcze komend zakodowanych w łańcuchach DNA. Dane te nie mają świadomości – zwyczajnie wymuszają na komórkach realizację zapisanego programu. Lepsze programy rozprzestrzeniają się dalej, gorsze odpadają w rywalizacji lub zostają pochłonięte przez te skuteczniejsze, co nazywamy jedzeniem.


Żeby pozbyć się na chwilę naszej iluzji dotyczącej niczym nieograniczonej wolnej woli, spójrzmy na świat owadów. Pająk bez emocji zabija ćmę, która wpadła w sieci zbudowane według programu zakodowanego w jego DNA. Sama ćma także leciała ku śmierci bez cienia samoświadomości, kierując się wedle biologicznego kodu uwzględniającego pozycję księżyca. Gdyby wpadła na szybę, uderzałaby w nią bez ustanku, realizując bezwzględny program nawigacyjny. Z tego samego powodu owad mógł spłonąć w płomieniu świecy – myląc jej światło z księżycem, wykonałby taką sekwencję skrętów, że ostatecznie spaliłby się w nim. To wszystko są tylko programy.


My także jesteśmy programem, tylko nasz sofware jest dużo, dużo bardziej skomplikowany. Sprawa komplikuje się jednak wtedy, kiedy program zaczyna zdawać sobie sprawę z własnej znikomości względem świata. To wtedy pojawia się pytanie o sens naszego życia, które sensu nie ma, a przynajmniej nie większy niż jestestwo wspomnianej ćmy czy pająka. Człowiek jest bardziej zaawansowanym rozwiązaniem niż prosty owad. Jesteśmy jak komputer z dwurdzeniowym procesorem, który jest lepszy w wykonywaniu pewnych obliczeń od kalkulatora, ale dalej to tylko kupka nieco bardziej skomplikowanej elektroniki.


Skoro jesteśmy niewolnikami własnych genów, przyjrzymy się, czego one tak właściwie od nas chcą. Centralne polecenia są dość oczywiste – mamy żyć i się rozmnażać. Najlepszym wcieleniem tego ideału, jaki zna pisana historia, był Czyngis-Chan. Podczas swojego owocnego życia był prawdziwym „zwierzęciem”. Każdej nocy spał z inną kobietą, co oczywiście przełożyło się na ilość potomstwa. Na podstawie badań genetycznych szacuje się, że 8% ludzi żyjących na terenie dawnego imperium mongolskiego (czyli 0,5% ludności świata) nosi w sobie geny wielkiego Chana. Czy był to najpilniejszy uczeń matki natury? Wszystko na to wskazuje. Jednak… on także zmarł, zgnił, a tworzące go białka i atomy rozpierzchły się, gubiąc zawarte w sobie informacje. Geny w jakiejś części przetrwały, ale czy naprawdę w nich tkwi sens życia?


Tak jak napisałem na początku – życie nie ma sensu i będę się tego trzymał. Jeśli stanowimy tylko pewną kupkę informacji, nie jesteśmy de facto niczym więcej niż przedmiotem, nośnikiem danych otoczonym bio-robotem realizującym ten, może i skomplikowany, ale jednak tylko program. Jeśli nie będzie nas – nic się nie stanie. Ilość takich ludzkich programów działających we współczesnym świecie wynosi ponad 7 miliardów, a jeśli rozszerzymy zakres porównania na wszystkie organizmy żywe, to ich liczba stanie się po prostu niewyobrażalna. Z punktu widzenia naszej planety nie jest ważne, czy poszczególna bio-cegiełka ma formę bakterii czy świadomego swojego jestestwa człowieka. Dla świata jesteśmy tylko ziarnkiem piasku. Czy istnienie ziarnka piasku ma jakikolwiek głębszy sens?


Czy więc sensem życia jest dzielne spełnianie poleceń DNA? Niby do tego stworzyła nas natura, ale czy życie Czyngis-Chana miało więcej sensu niż na przykład kogokolwiek z czytających ten tekst? Na to pytanie nie sposób znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Bo jak porównywać brak sensu do braku sensu? Czy puste jest czymś więcej niż próżne?


Skoro życie nie ma sensu samo z siebie, trzeba go sobie znaleźć. Inaczej się nie da. Osoby, które nie dostrzegają sensu istnienia – umierają. Badania psychologiczne dowiodły, że ludzie żyją dłużej, jeśli czegoś chcą. A chcą tylko wtedy, kiedy mają jakiś cel, do którego mogą dążyć. Zbadano to w dość brutalny sposób. Część pensjonariuszy domu starców dostała do pokojów zwierzątka lub roślinki, a część nie dostała nic. Oczywiście okazało się, że dłużej żyli ci, którzy mieli o kogo lub o co dbać. Eksperyment powtórzono ze zmienionymi założeniami – staruszkom dano roślinki, ale zakazano się nimi opiekować. I ci, niestety, zmarli statystycznie szybciej. Jedyną grupą, której życie się wydłużyło, były osoby, które w wyniku ingerencji eksperymentatora dostały w życiu cel – miały opiekować się zwierzątkiem lub choćby kwiatkiem. Nie tyle posiadać, ale właśnie żyć, by móc coś robić dla „współlokatora”. Do podobnych wniosków prowadzą badania nad śmiertelnością w skali roku – dzięki motywacji związanej z ważnymi świętami ludzie są w stanie przesunąć datę swojej śmierci, o czym kiedyś już pisałem.


A śmierć? Czy ona też może mieć jakiś sens? Jestem przekonany, że tak. Człowiek jest jedynym zwierzęciem, które potrafi świadomie popełnić samobójstwo. I to nawet nie dla dobra krewnych, co robią przecież np. mrówki, ale tak po prostu, jako wyraz buntu na bezsens swojego życia i wiążącego się z nim niekiedy nieodwracalnego cierpienia. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że na tym właśnie polega istota człowieczeństwa, a jego erę rozpoczął pierwszy humanoidalny samobójca. Czy nie właśnie samoświadomości potrzeba do tego, by wypiąć się na nasze geny i matkę naturę? Zwierzę przed śmiercią będzie się bronić do samego końca. Nawet beznadziejnie okaleczone będzie próbowało uciekać i walczyć. Taki ma program. W ludziach pojawił się jednak wirus, który potrafi zasabotować polecenia płynące z tych, zdawałoby się, wszechwładnych informacji wykonawczych. Choć wspomniane instrukcje mówią – żyj i rozmnażaj się, to niekiedy ludzie potrafią jednak świadomie zagłuszyć te wołania. To chyba najjaskrawszy przejaw wolnej woli, jaki można sobie wyobrazić.


Nie trzeba jednak sięgać do wyborów ostatecznych, by poluzować sznureczki, które czynią z nas marionetki sterowane przez łańcuchy DNA. Jeśli istota człowieczeństwa polega na wyjściu poza to, co zwierzęce, to typowo ludzki jest także altruizm, a także wrażliwość na świat, czyli empatia. Co prawda małpy potrafią ulitować się nad cierpiącym towarzyszem, ale nie wzruszy ich już widok pieska potrąconego przez samochód. A wśród ludzi jest przecież wielu szlachetnych, którzy chcą zaangażować swój czas i zasoby w imię charytatywności. Takie osoby potrafią poświęcić się opiece nad potrzebującymi. I to nie tylko nad ludźmi, ale także zwierzętami, co wyklucza przecież jakiekolwiek ewolucyjne korzyści wyświadczane spokrewnionym genom, bo geny psa i człowieka generalnie wspólne nie są.


Te humanistyczne cechy paradoksalnie uwalniają nas od wytycznych biologicznych, które niezmordowanie kierowały Czyngis-Chanem. On był psychopatycznym tyranem, który swoich wrogów żywcem gotował w kotłach, kazał wymordowywać też całe miasta i plemiona. Płodził setki dzieci, ale prawdopodobnie nie kochał żadnej z ich matek. Czynigis-Chan był po prostu bardzo skutecznym programem, który pokonał konkurencyjne ludzkie „skrypty” w rywalizacji o powielenie się i przetrwanie w czasie. Był w istocie takim pająkiem, który pożarł wyjątkowo wiele ciem i złożył bardzo dużo jaj. Czy było w nim jednak coś prawdziwie ludzkiego?

——————————————————————————————————————————————————


Zastanawiałem się ostatnio nad sensem życia i nie znalazłem go ani w nauce, ani w religii. Ta pierwsza jest tylko analizą naszych biologicznych programów i próbą zrozumienia ich celów. Jest ciekawa, ale nic więcej, bo nie daje odpowiedzi na pytania o sens. Religia jest za to ucieczką od bezsensu życia w specyficzne, nieco infantylne marzenia. W jej świecie jesteśmy wiecznymi dziećmi, które – mając wszechpotężnego ojca – mogą nigdy nie dorastać, a tym samym nie muszą konfrontować się z widmem ostatecznej śmierci.


Kiedy byliśmy dziećmi, rodzice wydawali się nam istotami wszechpotężnymi, które wszystko mogą i robią rzeczy będące dla nas nierozwikłanymi tajemnicami, jak choćby prowadzenie samochodu czy posiadanie pieniędzy. Byli w naszych małych oczach tak wszechwładni, że mogliśmy zdać się na nich i być pewni, że wszystkim się zajmą i nas ochronią. Jednak kiedy dzieci dorastają, zaczynają dostrzegać, że rodzicie wcale nie są nieograniczeni w swoich mocach. Ludzie wierzący – przynajmniej w moim przekonaniu – w pewien sposób chcą pozostać dorosłymi dziećmi. Pragną zachować przekonanie, że istnieje jakiś ezoteryczny, wszechmocny rodzic, który nad nimi czuwa i uratuje w potrzebie. Osoby religijne chciałyby żyć z takim wszechobecnym ojcem i wszechkochającą matką nie tylko w wieku dojrzałym, ale i po śmierci. Trwają w tej nadziei, bo tak łatwiej im znosić nieuchronną samotność, ale i odpowiedzialność dorosłego życia.


Nie potępiam ludzi wierzących, tak jak i nie potępiam dzieci. Jednak jakoś nigdy nie potrafiłem przyjąć religijnej pociechy, która, choć piękna, jest naiwna i ułudna. Jasne, że bardzo bym chciał żyć wiecznie, by ktoś o mnie cały czas dbał, nieustannie był przy mnie i kochał w sposób niezmierzony i niczym nieograniczony. Ale, ponieważ wśród moich wartości ważne miejsce zajmują prawda i odwaga, nigdy nie potrafiłem zamknąć oczu i rzucić się w wir marzeń. Bo wiara faktycznie jest ucieczką od bezsensu życia. Ale to ucieczka nie do przodu, ale do tyłu, w dzieciństwo. Duchowa regresja, można by rzec.


Kiedy starałem się znaleźć sens swojego istnienia, przyszło mi na myśl kilka słów – samorealizacja, poczucie szczęścia, robienie czegoś dla innych, humanistyczne wartości. Choć jestem ateistą, wierzę (bo nie potrafię tego racjonalnie uzasadnić), że każdy człowiek ma przed sobą cel. Jest nim jak najlepsze zrealizowanie swojego potencjału, możliwości, które dostał od losu. I nie jest ważne, jak wielki jest to potencjał, czy ktoś jest ładny czy brzydki, zdrowy czy chory, bogaty czy biedny, inteligentny czy nie. Celem życia jest próba jak najlepszego znalezienia się w tym, co mamy w danym momencie. Nie tym, co było kiedyś, nie tym, co może być jutro, ale właśnie w tym, co jest tu dzisiaj. W tym przekonaniu tkwi wiara. Nie w Boga-ojca czy Maryję-matkę, ale właśnie w cel, czyli w coś, co – jak już mówiliśmy – jest niezbędne do życia. Wygląda więc na to, że jestem wierzącym ateistą.


W ciągu swojego życia chciałbym też choć trochę uciec ku wolności i zluzować biologiczne nakazy narzucone przez wewnętrzne, biologiczne programy. Nie gwałcić, nie zabijać, nie ograniczać się do płodzenia dzieci. Chyba nawet nie za bardzo zależy mi na posiadaniu władzy, prestiżu czy niezmierzonych bogactw. Gdybym miał wybierać, wskazałbym na jeden udany związek i szczęśliwą rodzinę, a nie na harem i pałace w stylu Czyngis-Chana, które współcześnie przybierają formę kochanek, romansów, drogich samochodów i wielkich rezydencji. A choćby nawet przez tę humanistyczną „pasywność” moje geny miały w konsekwencji zaniknąć lub nawet wyginąć – jakie to ma znaczenie dla mojej świadomej części, dla mojego człowieczeństwa? Żadnego – kiedyś będę tak samo martwy jak Czyngis-Chan i miliardy innych ludzi. Bo czy fakt, że tak wiele osób do dzisiaj nosi jego geny czyni go choć trochę mniej martwym?


A kto wie, może w chwili ostatecznej będzie mi nawet dane wybrać moment swojego końca, kiedy eutanazja – w co nie wątpię – stanie się jednym z praw człowieka? Czy humanizm nie jest więc jedyną szczeliną, przez którą możemy uwolnić naszą świadomość spod władzy genów? Myślę sobie, że jeśli jesteśmy tylko pyłkiem na wietrze, to jednak niektórym pyłkom wyrastają czasem malutkie skrzydełka. Nie są one na tyle silne, by móc dzięki nim lecieć pod wiatr, tak jak nie możemy odwrócić czasu ani zmienić ograniczających nas biologicznych barier. Czasem miło jest jednak mieć świadomość, że usilnie machając tymi skrzydełkami samoświadomości, możemy choć trochę zmienić trajektorię lotu wyznaczanego nam przez wiatr życia.


Pyłek na wietrze

Zamykam oczy tylko na chwilę i ta chwila już przeminęła,
Wszystkie moje marzenia przelatują mi przed oczami, ciekawostki.
Pyłek na wietrze, wszystko czym są to pyłek na wietrze.

Tak samo stara piosenka jest tylko kroplą wody w bezkresnym oceanie.
Wszystko, co robimy, rozsypuje się w pył, choć nie chcemy tego dostrzec.
Pyłek na wietrze, wszystko czym jesteśmy to pyłek na wietrze.

Nie przywiązuj się, nic nie trwa wiecznie poza ziemią i niebem.
Rzeczy przeminą i za wszystkie swoje pieniądze nie kupisz kolejnej minuty.
Pyłek na wietrze, wszystko czym jesteśmy to pyłek na wietrze.
Pyłek na wietrze, wszystko jest tylko pyłkiem na wietrze.