Dlaczego przedstawiciele pewnych kultur posiadają takie a nie inne cechy charakteru? Nie jest przecież żadną tajemnicą, że Niemcy są narodem generalnie ceniącym porządek, Chińczycy są pracowici, Teksańczycy głosują na republikanów, a Arabowie każdą obrazę swojej religii traktują jak wypowiedzenie wojny. To prawda, że każdy człowiek ma pewien typowy dla siebie zbiór reakcji i zachowań, który nazywamy osobowością. Jednak pewną „osobowość” posiadają też całe społeczności, narody i kultury.


 

Z góry ostrzegam, że będzie to tekst niepoprawny politycznie, bo – przynajmniej w moim przekonaniu – wszelka odgórnie narzucana poprawność z założenia krępuje poszukiwanie prawdy. Na pewno niektórzy czytający wypomną mi bazowanie na stereotypach. Chciałbym im jednak przypomnieć, że – wbrew powszechnemu mniemaniu – definicją tego słowa nie jest „fałszywy osąd na temat jakiejś grupy”, ale „uogólniony osąd”. Przykładem stereotypu jest przekonanie, że Chińczycy są narodem pracowitym, a Niemcy przejawiają zamiłowanie do porządku. Zapewne nie wszyscy Chińczycy i nie wszyscy Niemcy, ale nasilenie  takich właśnie cech da się zauważyć w tych społecznościach. Pytanie tylko – z czego wynika taki stan rzeczy?


Osobowość „nazistowska”

Temat charakteru narodowego pojawił się psychologii już dawno temu. Podwaliny pod analizy całych społeczności stworzył Erich Fromm w książce “Ucieczka od wolności”, który przyglądał się społeczeństwu Niemców z okresu międzywojennego. Jak na filozofa i myśliciela przystało, rozpatrywał nie tylko stan mu obecny, ale też podłoże historyczne i religijne. Fromm generalnie upatrywał przyczyny podatności na ideologię nazistowską w utracie poczucia bezpieczeństwa, który to stan cechował społeczeństwa epoki wielkiego kryzysu ekonomicznego z tamtych lat. Nałożyło się to na rygorystyczne, niemieckie wychowanie, które nie napełniało dzieci łagodnością, a raczej wypartą wrogością do surowych rodziców. Wszystko to razem w połączeniu z powszechnym poczuciem upokorzenia wynikiem pierwszej wojny światowej otworzyło drzwi do władzy człowiekowi, który dawał obietnicę na odzyskanie utraconej siły.


Wnioski płynące z tej analizy były bardzo jednoznaczne. To nie przypadek, że nazizm został przyjęty przez Niemców epoki międzywojennej, bo ideologia ta trafiała w istotne potrzeby psychologiczne tej grupy – dawała oparcie w ideologii rasy i narodu, pozwalając jednocześnie ulotnić się nagromadzonej i wypartej agresji w bezpieczny sposób. Podwaliny pod przyszły holocaust tworzyły się w zimnych i zbyt surowych rodzinach, w których rygorystyczni ojcowie łamali wolę dzieci, a zimne matki nie dawały poczucia bliskości. Ta wyparta agresja do ojca, w połączeniu z nierozwiniętą przez matkę empatią, była ładunkiem, który został zdetonowany przez kryzys ekonomiczny. Sfrustrowany i pozbawiony poczucia bezpieczeństwa człowiek niejako intuicyjnie szuka oparcia w sile grupy oraz w silnym przywódcy, który potrafi dać mu obietnicę bezpieczeństwa i na nowo okiełznać niebezpieczny świat. Pamiętajmy, że szalał wtedy największy kryzys XX wieku, który zagrażał najbardziej klasie średniej, czyli osobom mającym – w odróżnieniu od najbiedniejszych – dużo do stracenia. Wtedy właśnie pojawił się Hitler, dając tej grupie to, czego potrzebowała, czyli poczucie siły, bezpieczeństwa i kogoś w roli chłopca do bicia. Dla ludzi wychowanych w opisanym wyżej modelu rodziny naturalnym mechanizmem obronnym było przeniesienie. Skoro nie można postawić się surowemu i karcącemu ojcu, złość do niego należało wyprzeć ze świadomości lub przenieść na kogoś innego. Chłopcem do bicia zostali więc Żydzi, Polacy i inni „podludzie”. Kiedy podłoże psychologiczne nałożyło się  na frustracje społeczno-ekonomiczne, powstał grunt podatny na ideologię nazistowską. Warto przy okazji wspomnieć, że pierwsze podejście Hitler zaliczył w 1923 roku, podczas próby puczu monachijskiego, który dla przyszłego Fuhrera zakończył się pobytem w więzieniu. Były to jednak czasy przed kryzysem i dlatego jego tezy nie znalazły masowego oddźwięku wśród Niemców, wtedy jeszcze niezagrożonych masowym ubożeniem.


Krzyżacka myśl motoryzacyjna

Choć analiza Fromma była bardzo pogłębiona, nie odpowiadała jednak do końca na jedno bardzo ważne pytanie. Dlaczego to właśnie Niemcy okazali się podatni na ideologię nazistowską, skoro kryzys był ogólnoświatowy? Fromm pisał o zimnym i surowym modelu rodziny, który był charakterystyczny dla społeczeństwa niemieckiego i przypisywał go religii protestanckiej. Na pewno jest w tym ziarno prawdy, jednak Niemcy to kraj w połowie katolicki, a nie mniej protestanccy Holendrzy czy Szwedzi nie wykazywali podobnych sympatii dla autorytaryzmu w tym samym stopniu co Niemcy. Podłoże do powstania nazizmu musiało być więc głębsze i sięgać dalej niż do religii.


Mam na ten temat swoją teorię. Dość przewrotną, ale myślę, że logiczną. Za rozwój nazizmu, a także późniejsze sukcesy gospodarcze Niemców, odpowiadają… Polacy! Nie doprowadziliśmy oczywiście do tego celowo, lecz za sprawą efektu motyla, ale jednak.


Jak już zostało powiedziane, podatność na ideologię nazistowską brała się z surowości i chłodu, charakterystycznej dla Niemców, szczególnie tamtego okresu. To właśnie pruskie wychowanie wpajało od dzieciństwa staranność, przywiązanie do porządku, karność i pracowitość. To cechy, które sprzyjają produktywności, tak na polu gospodarczym jak i naukowym. W efekcie Niemcy z czasem zdobyli przewagę w sferze ekonomicznej i są obecnie jednym z największych eksporterów na świecie. W końcu nie bez powodu niemieckie samochody uchodzą za najmniej awaryjne, a koncerny – takie jak Bayer – zaopatrują rynki całego świata.


Co z tym mają wspólnego Polacy? Zaskakująco dużo, ale żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się wiele wieków wstecz. W średniowieczu oraz nowożytności Niemcy byli takimi samymi niechlujami jak i inne narody. Waśnie rodowe, wojny domowe, bunty i ogromne rozbicie dzielnicowe wcale nie rokowały, że zasłużą na stereotyp miłośników porządku i rzetelnej pracy. Tak właściwie dzisiejsze Niemcy to dziedzictwo jednego państwa – Prus. Ma to swoje odbicie także w warstwie językowej. Mówimy w końcu „pruski dryl” i „pruskie wychowanie”. To właśnie władcy tego państwa dokonali zjednoczenia Niemiec w 1871 roku, narzucając jednocześnie swój model życia wszystkim mieszkańcom nowopowstałego Cesarstwa Niemieckiego. Skąd jednak się wzięła wspomniana odmienność mieszkańców tego w sumie niewielkiego kraju? To proste. Królestwo Pruskie było bezpośrednim spadkobiercą państwa zakonu krzyżackiego, powołanego do życia za sprawą… Polaka. Był nim książę Konrad Mazowiecki, który w 1226 roku zaprosił niemieckich rycerzy do swojego kraju. Resztę historii już pewnie znacie ze szkoły. Krzyżacy wyruszyli z ziem polskich na podbój Prus, zamieszkałych wtedy przez pogańskie plemiona Bałtów. Nowi władcy byli w mniejszości, zatem aby sprawnie zarządzać obcym i kompletnie wrogim ludem, wprowadzili w swoim młodym państwie kompletny zamordyzm. A przyszło im to tym łatwiej, że sami byli ludźmi przyzwyczajonymi do podporządkowywania się surowym regułom zakonnym. Mamy więc typowy efekt motyla – cenimy wytwory niemieckiej motoryzacji, bo 800 lat temu jeden z Polaków nieopatrznie wysłał o list za dużo.


Podobne analizy historyczne wyjaśniające genezę cech konkretnych grup i narodów można by mnożyć. Zejdźmy jednak jeszcze głębiej i poszukajmy źródeł cech poszczególnych grup nie tylko w bezpośredniej przeszłości, ale wręcz w prehistorii.  


Psycho-antropologia

Przez pewien czas studiowałem równolegle psychologię i antropologię kulturową, którą – jako osoba na prawach wolnego słuchacza – poszerzałem na własną rękę o wykłady z historii. Uderzyło mnie wtedy rozbicie tych dziedzin. Psychologia społeczna starała się znaleźć ogólnikowe odpowiedzi, dlaczego ludzie zachowują się w dany sposób. Nie wnikała jednak z reguły w podłoże kulturowe. Antropologia kulturowa z założenia zajmowała się tym, jak zachowują się poszczególne społeczności, ale niezbyt interesowało ją, dlaczego ci ludzie tak właśnie postępują. Historia znowuż tylko opisywała przeszłe wydarzenia, zupełnie ignorując ich społeczny i psychologiczny kontekst. A tymczasem świat ludzi jest przecież jednym wielkim konglomeratem wszystkich tych dziecin i nie da się w pełni zrozumieć historii bez wiedzy o kulturze i psychice tworzących ją ludzi. I na odwrót – trudno mówić o współczesnych zachowaniach człowieka, nie dostrzegając źródeł tkwiących w jego kulturze i historii całego społeczeństwa.  Myślę, że najbliżej prawdy może być coś, co byłoby połączeniem tych dziedzin. Roboczo nazywam takie podejście psycho-antropologią.


Nie będzie chyba wielkim odkryciem stwierdzenie, że to kultura kształtuje takie a nie inne cechy, zauważalne u poszczególnych grup ludzi. Często jest jednak tak, że warunki, które doprowadziły do powstania tych cech, już dawno nie istnieją, ale tendencje utrzymują się dzięki tradycji sięgającej niekiedy całe pokolenia wstecz. Najbardziej jaskrawym przykładem jest tu chyba religia, która wieki temu była całkiem adekwatnym przewodnikiem życia (Koran, Stary Testament), ale która w swojej ortodoksyjnej formie zupełnie nie pasuje do obecnych realiów. Trudno przecież wyobrazić sobie kamienowanie na śmierć dziecka, które źle wyraziło się o rodzicu. Źródła kultur są jednak jeszcze głębsze i korzeniami sięgają do rzeczy tak fundamentalnych, jak sposób zdobywania pożywienia.


Zarówno dawne jak i współczesne kultury da się podzielić na 4 główne typy: pszeniczną, ryżową, pasterską i zbieracko-myśliwską. Choć brzmi nudno, za chwilę przekonacie się, jak wiele w tym zaskakującej prawdy. Otóż wszystkie te kultury premiowały inne cechy osobowości.


Honor na wypasie

Zacznijmy od pasterzy. To wśród nich powstała tzw. „kultura honoru”, czyli tendencja do podkreślania swojej siły w sytuacji czysto społecznego konfliktu. Jest to pokłosie tego, w jaki sposób ludzie z tej grupy zdobywali pożywienie. Źródłem utrzymania dla pasterzy są stada, a te da się łatwo ukraść. Płody rolne wymagają całorocznej troski i dlatego nie da się ich tak łatwo stracić, przynajmniej dopóki rosną sobie na polu. Tymczasem stado kóz czy bydła może przepaść w ciągu jednej nocy. Dlatego małe grupy pasterzy – zwykle rodziny lub klany – musiały ciągle odstraszać wrogów, pokazując, że nie warto z nimi zadzierać. Obrażenie kogoś było w pewnym sensie testowaniem jego siły. Jeśli ktoś podkulił ogon i nie decydował się na konfrontację, jawił się jako stosunkowo łatwy łup dla silniejszych sąsiadów. Stąd kluczowe było bronienie swojego honoru za wszelką cenę i niedopuszczanie do tego, by jakakolwiek prowokacja mogła komuś ujść płazem.


Tendencje te widoczne są do dzisiaj i to nawet w obrębie jednego państwa. W USA południowe stany i te położone w górach są terenami tradycyjne żyjącymi z pasterstwa. Jednak także pierwsi kolonizatorzy tego kontynentu nie budowali swojej kultury od zera. W XVIII wieku do kolonii brytyjskich napłynęli mieszkańcy szkockiego pogranicza, czyli pasterze z tradycjami. To oni zasiedlili pogórze Appalachów, a potem byli trzonem nowej kolonizacji sięgającej południowo-zachodnich stepów. W sumie było naturalnym, że to właśnie nowi przybysze ruszali w poszukiwaniu miejsca dla siebie na wciąż dziki zachód i zajmowali się tym samym, czym w swoich rodzinnych stronach.


Generalnie na całym świecie na terenach stepowych, mało urodzajnych, pustynnych i górskich dominowała przez tysiące lat gospodarka oparta na pasterstwie. Bez względu na to, czy hodowano wielbłądy, kozy, owce czy bydło, zwykle dochodziło do wykształcenia się typowej dla pasterzy kultury honoru. Występuje ona zarówno u Beduinów, górali z Kaukazu, Teksańczyków, Irlandczyków, Szkotów czy mieszkańców mało urodzajnego południa – Sycylii, Grecji, Albanii itd. Nawet obiegowa opinia o naszych polskich góralach mówi o nich jako o ludziach honorowych i upartych. Co więksi sceptycy mogą uważać, że to wszystko stereotypy. Jednak kultura honoru została całkiem dobrze zbadana i opisana przez psychologię społeczną na przykładzie USA. Na początku lat 90-tych przeprowadzono na jednym z uniwersytetów serię sprytnych eksperymentów (Cohen i Nisbett), które wystawiały badanych na frustrację utraty szeroko pojętego honoru. Uczestnikami byli studenci, czyli osoby niezwiązane zawodowo z rolnictwem ani pasterstwem. Byli oni proszeni o odniesienie kwestionariusza do innego pokoju, jednak droga do niego biegła bardzo wąskim korytarzem pełnym szuflad. Tam na część z nich czekał już rosły pomocnik eksperymentatorów, który pod pretekstem wyjęcia czegoś z szafy tarasował przejście. Gdy badani próbowali się przeciskać, podnosił głowę, zatrzaskiwał szufladę, trącał ramieniem i rzucał w ich stronę słowo „dupek”. Poziom odczuwanego stresu sprawdzany był na poziomie obserwacji oraz oceny, czy podanie ręki czekającemu za drzwiami eksperymentatorowi było silniejsze niż przed tym wydarzeniem. Dodatkowo badano także próbki śliny, by sprawdzić, czy prowokacja podniosła u badanych poziom testosteronu i kortyzolu, czyli hormonów sterujących poziomem pobudzenia i agresji. Na koniec używano również testu projekcyjnego.  Polegał on na dopowiedzeniu zakończenia do pozornie niezwiązanej ze sprawą historyjki mówiącej o dziewczynie skarżącej się swojemu chłopakowi, że inny facet się do niej dobiera.


Wyniki okazały się bardzo jednoznaczne. Czynnikiem warunkującym reakcję nie była stabilność emocjonalna ani nawet postura fizyczna. Było nią jedynie pochodzenie. Ludzie wywodzący się z terenów północy, gdzie dominuje uprawa roli i przemysł, zwykle traktowali całe zajście z rozbawieniem. Siła uścisku dłoni pozostała niezmieniona, a poziom kortyzolu w ślinie nie tylko się nie podwyższył, ale wręcz obniżył, co było zapewne efektem nieświadomej próby opanowania gniewu. Bardzo niewielki odsetek z nich zakończył wspomnianą historyjkę opisem zawierającym akty agresji. Południowcy z kolei masowo dopowiadali finał testowej opowieści jako bójkę, podczas gdy poziom ich hormonów wyraźnie podskoczył oraz wzmocnił się uścisk dłoni.


Badacze poszli jeszcze dalej i w kolejnej części eksperymentu zainscenizowali grę „w cykora”. Tym samym wąskim korytarzem szedł pewnym krokiem inny, bardzo rosły mężczyzna. Eksperyment polegał na obserwacji, w jakiej odległości osoby badane zejdą mu z drogi. Ponownie, mieszkańcy północy nie wykazywali prawie żadnych oznak agresji, a usuwali się w odległości półtora do dwóch metrów bez względu na to, czy brali udział w poprzedniej części eksperymentu i słyszeli zniewagę, czy też nie. Zachowanie badanych z południa było uzależnione w dużym stopniu od tego, czy byli uprzednio poddawani próbie z mężczyzną tarasującym przejście. Jeśli nie, wtedy schodzili z drogi w większej odległości, nawet 4 metry przed nadchodzącym osiłkiem. Kiedy jednak wcześniej byli poddani zniewadze, odległość ta zmniejszała się do mniej niż pół metra. To jest właśnie pokłosie kultury honoru, która w normalnym przypadku sprawia, że ludzie darzą silniejszych wielkim respektem, ale sprowokowani starają się za wszelką cenę podkreślić swoją siłę i stanąć „do walki”. Wszystko to jest właśnie bardzo odległym pokłosiem sposobu, w jaki ich przodkowie zdobywali pożywienie!


Kultura pasterska przejawia się w zaskakująco wielu obszarach życia osób współcześnie niemających już z nią nic wspólnego. To za jej sprawą republikanie zyskują większość głosów w typowo pasterskich stanach, w których żyją dumni i niezależni ludzie honoru. Dla nich prawo do posiadania broni jest tak samo oczywiste, jak to, że służy ona do obrony honoru i odpędzania potencjalnych napastników. Także całkiem dosłownie. Dowiedziono bowiem, że więcej zabójstw ma miejsce w południowych stanach USA. Jednocześnie jest tam też mniej rozbojów z użyciem broni palnej! Dlaczego? Otóż zabójstwa tam dokonywane są liczne, ale w większości mają tło honorowe, czyli takie, gdzie i zabójca i ofiara dobrze znają motywy zbrodni. Tym samym broń nie służy południowcom do rabowania, ale do wymierzania subiektywnie pojętej sprawiedliwości. Można nawet mieć obawę, że likwidacja prawa do posiadania broni mogłaby zachwiać tamtejszą hierarchią społeczną. Nie bez przyczyny mówi się, że „to nie Bóg uczynił ludzi równymi, tylko Samuel Colt” (wynalazca rewolweru). Broń palna sprawiła, że siła fizyczna przestała mieć takie wielkie znaczenie jak poprzednio. Zaburzenie tej w sumie dość nowej „równości” wcale nie musiałoby oznaczać dla tej społeczności mniejszej ilości przestępstw, a jedynie zmianę sposobu konfrontowania się.


Analogicznie, podobnie pasterską kulturę mają Arabowie i ludy Kaukazu, ale także na przykład Irlandczycy, Szkoci czy Sycylijczycy. Wszędzie tam zniewaga traktowana jest bardzo serio, a honor stawiany nad wyraz wysoko. O ile jednak Europejczycy wydają się już powoli odcinać od swoich pasterskich korzeni, a wojny klanowe i wendetty już dawno odeszły w zapomnienie, wyznawcy islamu często pozostają przy starej mentalności. Dzieje się tak zapewne za sprawą silnego przywiązania do tradycyjnej kultury, mającej niesłabnące oparcie w religii regulującej prawie wszystkie aspekty życia. Mieszkający na Kaukazie Czeczeni to wyjątkowo bitny naród, którego członkowie od zawsze musieli bardzo dbać o swój honor – dokładnie z tego samego powodu, dla którego robili to Teksańczycy czy żyjący na pustyni Beduini. Całkiem dobrze ilustruje to ten wywiad z najbardziej znanym w Polsce zawodnikiem MMA, Mamedem Chalidowem, który całkiem wprost przyznaje, że każde krzywe lub nawet ciekawskie spojrzenie było przez niego odbierane jako potencjalna obraza i powód do bójki. Wspomina też o nieokazywaniu strachu, a wręcz zaprzeczaniu mu. Mówiąc wprost, dla kultury, z której pochodzi, jest to w pełni uzasadnione, ponieważ gdyby jego przodkowie nie reagowali podobnie, szybko mogliby stracić swoje stada, stanowiące główne źródło utrzymania.


Podobnie zachowują się inni muzułmanie z terenów pasterskich, dla których każda – nawet najbardziej absurdalna – obraza islamu jest policzkiem dla całej społeczności i uruchamia mechanizmy zakorzenione przez kulturę honoru, a służące pierwotnie ochronie swoich stad. My – przedstawiciele kultury pszenicznej – nie możemy tego zrozumieć, bo nigdy nie musieliśmy tak bardzo dbać o swój wizerunek jako osób silnych i potencjalnie niebezpiecznych.


Rola uprawy roli

Skoro jesteśmy już przy rolnikach, warto zrobić tu pewne fundamentalne rozróżnienie. Zupełnie czym innym jest uprawa pszenicy i podobnych zbóż (oraz ziemniaków) niż ryżu. U nas przez wieki obowiązywała cykliczność, która wymagała, by chłop wiosną i latem ciężko pracował, a zimę przesypiał, oszczędzając energię i nie nadwyrężając zgromadzonych zapasów żywności. Stąd jesteśmy kulturą terytorialną i przywiązaną do „ojczyzny”, ale jednak nie tak pracowitą jak wspomniani na początku Chińczycy.


Wschodni Azjaci swoją egzystencję oparli na ryżu, czyli zbożu niezwykle wymagającym. Nasz rolnik siał pszenicę czy owies na odpowiednio przygotowanym polu i do żniw praktycznie nic już nie musiał robić. Mógł się tylko czasem pomodlić o deszcz, bo urodzaj lub klęska głodu były rzeczami zależnymi tylko od pogody. Tymczasem chłop chiński musiał pracować cały rok. Pola ryżowe są stosunkowo małe, ale uprawa wymaga wielu bardzo dokładnych czynności. Po pierwsze, tereny pod uprawę ryżu trzeba skrupulatnie przygotować. W tym celu podłoże musi być wyłożone odpowiednią warstwą nieprzepuszczającej wody gliny, na którą nakłada się dopiero miękki pokład błota. Wszystko to nie działałoby bez zbudowania całej sieci kanałów i śluz, które umożliwiają nawadnianie adekwatne do każdego etapu wzrostu roślin. Do tego dochodzi częste nawożenie i dbanie o należytą cyrkulację wody. Także zimą jest sporo pracy, bo te skomplikowane kanały irygacyjne wymagają napraw i konserwacji.


Wszystko to pociągnęło za sobą cały szereg następstw, które ukształtowały słynną azjatycką pracowitość i kolektywizm. Po pierwsze, uprawa ryżu jest procesem tak skomplikowanym, że wymaga ciągłej współpracy bardzo dużej liczby osób. Stąd też kultury ryżowe nie cenią indywidualizmu, a właśnie kolektywizm, czyli potrzebę podporządkowania się interesom wspólnoty. W procesie uprawy ryżu nie ma też miejsca na błędy, dlatego na dalekowschodnich wsiach nigdy nie wykształciły się zależności feudalne. Chłopi pańszczyźniani mieli rację bytu na zachodzie, gdzie uprawiano pszenicę i inne swobodnie rosnące zboża. Tam wystarczyło zapędzić tę niewolniczą siłę roboczą na pole i przypilnować, by z niego nie uciekła. Tymczasem w przypadku ryżu kluczowa jest staranność. Zamknięcie tamy o kilka sekund za późno oznaczało klęskę głodu. Dlatego chiński chłop zobowiązany był nie do odrabiania pańszczyzny, a do oddawania określonej ilości ryżu w formie czynszu. Dzięki temu wszystko, co wyhodował ponadto, stanowiło jego własność i potencjalne źródło bogacenia się. Miało to oczywiście swoje odbicie w kulturze. Rosyjskie porzekadło ludowe brzmi: „Jeżeli Bóg nie przyniesie, ziemia też nie da”, co dobrze oddaje poczucie bezradności i braku motywacji do cięższej pracy. Tymczasem skuteczność uprawy ryżu jest zależna przede wszystkim od wkładu pracy i włożonej w nią staranności. Stąd Chińczycy mawiali: „Po co pytać o zbiory, lepiej pracować i dbać o nawóz” lub „Jeżeli człowiek ciężko pracuje, ziemia też nie będzie się lenić”.


(Zbyt) miękki orzech do zgryzienia

Czwarta grupa ludów jest trochę niezręczna ze względu na typowy dla siebie kolor skóry i wiążące się z tym oskarżenia o rasizm. Tak się bowiem składa, że „gospodarka” zbieracko-myśliwska najdłużej utrzymała się w czarnej Afryce, Australii i części prekolumbijskiej Ameryki. To znaczy nie chciałbym tutaj wrzucać wszystkich do jednej beczki, bo tacy na przykład Masajowie są społecznością ewidentnie pasterską, ale próżno szukać na czarnym kontynencie kultury wyrosłej na uprawie ryżu lub choćby zaawansowanym rolnictwie typowym dla społeczeństw Europy czy Bliskiego Wschodu. Żeby niepotrzebnie nie narażać się na zarzut rasizmu, zacytuję lepiej Malcolma Gladwell`a, który w książce pt. „Poza schematem” delikatnie zarysował kwestię zróżnicowanego dziedzictwa kulturowego.

Dieta Buszmenów ze szczepu !Kung z pustyni Kalahari w Bostwanie, jednego z ostatnich ludów wiodących tego rodzaju tryb życia, składa się z wielu różnych gatunków owoców, jagód i korzeni. Jednak podstawę ich pożywienia stanowi orzech mongongo, niewiarygodnie bogate źródło białka, który w dużych ilościach rośnie dosłownie na ziemi. !Kung niczego nie uprawiają, a przecież to waśnie uprawa zabiera najwięcej czasu – przygotowanie pola, sadzenie, pielenie, żniwa i przechowywanie zbiorów. Nie hodują też żadnych zwierząt. Od czasu do czasu mężczyźni szczepu !Kung polują, lecz głównie dla rozrywki. Przedstawiciele obu płci poświęcają na pracę nie więcej niż dwanaście do dziewiętnastu godzin tygodniowo, resztę spędzając na tańcach, rozrywce i odwiedzinach u rodziny i znajomych.  (…) Kiedyś zapytano pewnego Buszmena, dlaczego jego lud nie zajmuje się uprawą roli. Ten bardzo się zdziwił i odparł: „Dlaczego mielibyśmy cokolwiek sadzić, skoro wystarczy się schylić po mongongo?”


Prawdą jest, że ludzie jako gatunek wywodzą się z Afryki i przez długi czas wszyscy homo sapiens byli zbieraczami-myśliwymi, jednak wielkie cywilizacje rozwinęły się w społecznościach rolniczych. Korzyści, które płynęły z uprawy i hodowli były ogromne, zwłaszcza w regionach, które nie oferują takich darmowych posiłków jak orzechy mongongo. Pierwotne społeczności musiały jednoczyć się, by praca przebiegała sprawnie. W Egipcie, Mezopotamii i Indiach budowano dodatkowo kanały irygacyjne, co wymagało współpracy i sprawnego zarządzania. Z czasem dzięki temu nagromadzeniu ludzi zrodziły się ośrodki władzy, które dawały utrzymanie osobom trudniącym się takimi bezpośrednio nieproduktywnymi – ale kulturotwórczymi – zajęciami jak rzemiosło i sztuka. Tak narodziły się pierwsze zaawansowane cywilizacje, które powoli rozwijały naukę i popychały ludzkość w stronę rozwoju nowych technologii. Co prawda czasem cywilizacje te padały łupem wojowniczych pasterzy, co oczywiście na jakiś czas stopowało rozwój, ale ostatecznie siła kultury rolniczej okazywała się większa i wszystko wracało na stare tory. Tak było z podbojem Chin przez Mongołów czy z zajęciem Persji przez półdzikich wtedy Arabów.  W tym samym jednak czasie całe mrowie ludów z czarnej Afryki, Australii oraz części Ameryki po prostu na spokojnie dalej zbierało sobie orzechy mongongo lub ganiało za bizonami. Czy ma to jakieś przełożenia na sytuację obecną? Na pewno zaraz zostanę oskarżony o rasizm, ale myślę, że tak. Skoro amerykańscy studenci dalej zachowują się wedle schematów kulturowych powstałych na gruncie stylu życia ich przodków, pewnie tyczy się to i innych grup. Choć niektórzy ekonomiści wieszczą, że nadchodzący wiek będzie należał do Afryki, niespecjalnie chce mi się jednak w to wierzyć. Co prawda wskaźniki makroekonomiczne mówią o dużym potencjale tego regionu, czymże jednak jest duża liczba ludzi w wieku produkcyjnym wobec kultury zakorzenionej w waśniach plemiennych i zbieraniu przysłowiowego mongongo? Dlatego ja jednak dalej stawiam na Chiny oraz wciąż przodującą w sferze kreatywności kulturę zachodnią. Chociaż w tę ostatnią chyba coraz mniej wierzę, widząc jak przegrywamy z Dalekim Wschodem na polu pracowitości i zaangażowania w edukację (techniczną) społeczeństwa.


Wola boska

Na koniec jeszcze parę słów o naszym europejskim grajdołku. Jeśli nawet kultura europejska stanowi jakąś tam jedność, to jednak wyraźne są też różnice między narodami, a nawet regionami tych samych państw. Częściowo odpowiada za to wspomniany podział na społeczności tradycyjnie pasterskie i rolnicze. W obrębie jednego kraju mamy uchodzących za bardziej pracowitych północnych Włochów i niechlujnych, ale honorowych Sycylijczyków. Tak też rozkłada się poziom rozwoju gospodarczego w tym państwie.


Inną odpowiedzią jest oczywiście charakter samego rolnictwa. Tam, gdzie dominowała wielka własność ziemska i przez długie wieki istniał system pańszczyźniany, mniej jest też wiary w pracowitość i przedsiębiorczość. Do dzisiaj w takiej na przykład Polsce dominuje przekonanie, że jak ktoś coś ma, to na pewno ukradł, choć podobne poglądy nie są powszechne choćby u Niemców czy Holendrów. Tam miały jednak miejsce ważne wydarzenia o podłożu światopoglądowym. Kiedy u nas monopol na prawdę miał Kościół katolicki, wpierający pańszczyznę i poddaństwo chłopów, na zachodzie wygrywały idee protestanckie. Nowe poglądy religijne pochwalając przedsiębiorczość, wspierały przemiany gospodarcze, stymulując tym samym rozwój nowej mentalności. Katolik miał biernie wierzyć w prawdy objawiane przez Kościół i w spokoju czekać na wynagrodzenie swojej pokory w życiu wiecznym. W tym samym czasie protestant starał się pracą i ekonomicznym sukcesem udowodnić, że Bóg mu błogosławi. Jeśli dodamy do tego umiejętność czytania potrzebną do osobistego obcowania z Pismem Świętym, czego wręcz zabraniał Kościół katolicki, łatwiej zrozumiemy przyczyny rozdźwięku w mentalności obu grup. Kiedy Polacy motywowani świstem bata chodzili w kieracie pańszczyźnianej pracy i pokornie kłaniali się swoim szlacheckim panom, których władza miała rzekomo pochodzić od Boga, Francuzi tworzyli zalążki racjonalizmu i demokracji, a Anglicy i Flamandowie rozwijali kapitalizm. Różnice widać do dzisiaj.


Było minęło?

Współczesność jest pokłosiem przeszłości, to oczywiste. Często nie zdajemy sobie jednak sprawy, jak głęboko tkwimy korzeniami w przeszłości. Tyczy się to także naszej kultury, którą uważamy za bezcenną tylko z tego powodu, że się z niej wywodzimy. I bardzo niechętnie akceptujemy zmiany, nawet jeśli będąc potomkami pasterzy, spokojnie możemy sobie już dać spokój i nie bronić tak zawzięcie swoich nieistniejących stad. Ale taka przemiana kulturowa wymaga otwartości na świat, która z samej definicji musi być trudna. Jestem przekonany, że nawet wynalazca dzidy – czyli prostego zaostrzonego kija – spotkał się z ostracyzmem tradycjonalistów mówiących, że nowy sposób polowania nigdy nie zastąpi zębów i paznokci.