Psychoterapia – pod tym pojęciem kryje się ludzka nadzieja na to, że wiele da się w życiu odmienić. Równie dużo jest w nim jednak rozczarowania, bo rzeczywistość nie zawsze przystaje do oczekiwań. Co zatem odróżnia psychoterapeutyczny sukces od porażki? Czym się kierować, dokonując wyboru terapeuty? Jak wiele można od niego oczekiwać?


To fundamentalne pytania, ale zwykle unika się odpowiedzi na nie. W dużej mierze dlatego, że rzeczywistość wcale nie jest tak różowa, jak mogłoby się wydawać. Znakomita większość terapeutów jest zaburzona. Mówię serio i bez złośliwości – to nie jest zawód dla przypadkowych ludzi. Zdrowy, spełniony człowiek zazwyczaj nie chce babrać się w czyichś problemach, bo nie ma ku temu żadnych motywacji. Ludzie generalnie wolą unikać obcowania ze smutkiem, cierpieniem i frustracjami. A jeśli już, to zawód związany z medycyną uważany jest za bardziej wymierny w kwestii pomagania innym i daje więcej prestiżu. A skoro ktoś jest w stanie zdać na psychologię, to zwykle poradziłby sobie i na innych studiach, otwierających drogę do lepszej kariery i większych pieniędzy. Dlaczego więc psychologia jest tak oblegana?

W dużej mierze przez pomyłkę. Jeden z wykładowców ujął to brutalnie – „wielu zaczęło te studia z myślą o pomaganiu, ale lepiej zrobiliby, gdyby poszli na pielęgniarstwo”. Chodziło mu o to, że psycholog w sumie mało może, a szczególnie mało – kiedy sam jest wewnętrznie rozpieprzony. Studenci tego kierunku zwykle są. W końcu coś zrodziło w nich chęć wnikania w psychikę ludzi. Zwykle zaczynali od siebie, od prób zrozumienia, co dzieje się w nich samych. Szczególnie tyczy się to osób, które wybierają drogę kliniczną i od początku wiedzą, że chcą zostać terapeutami.

Tacy też ludzie trafiają po studiach do specjalistycznych szkół podyplomowych, gdzie uczą się już konkretnego nurtu psychoterapii. Trwa tozwykle kilka lat, choć polega na sporadycznych zjazdach, podobnie jak na studiach zaocznych. Założenie jest dobre – każdy przyszły psychoterapeuta ma przejść terapię własną, która naprostuje jego osobiste problemy. Tyle teoria. Ponieważ klasyczne szkoły psychoterapii generalnie nie są zbyt skuteczne, nie za bardzo są też w stanie pomóc swoim własnym adeptom. W efekcie psychoterapeuci często są dość powierzchownie poskładani psychicznie i sami nieraz prowadzą mocno wadliwe życie. Zdaję sobie sprawę, że takie postawienie wkurzy wielu ludzi z tego fachu, ale trudno – mówmy szczerze. Psychoterapia w praktyce odbywa się nierzadko jak w powiedzonku „wiódł ślepy kulawego”. Także w badaniach wychodzi, że terapeuci mają statystycznie wyższą potrzebę sprawowania kontroli. I zapewne realizują ją za pomocą pacjenta.


Jądro ciemności

A to i tak tylko średnia, bo bywają przypadki dużo bardziej widowiskowe, jak choćby słynny Andrzej Samson. Jeden z pionierów polskiej psychoterapii, autor wielu książek i artykułów. Dość powiedzieć, że – jak stwierdziła prokuratura – okazał się pedofilem wykorzystującym swoich małoletnich pacjentów. Zmarł przed zakończeniem procesu. Przyznał się tylko do utrwalania treści pedofilskich, bo akurat ich trudno byłoby się mu wyprzeć – były w rękach organów ścigania. Do końca utrzymywał jednak, że… była to jego nowatorska metoda leczenia autyzmu.

Do nowatorskich metod Polska ma „szczęście”, bo podobnie bronił się profesor Lechosław Gapik. Ależ to był wspaniały autorytet psychoterapeutyczny! Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski i wiele innych prestiżowych odznaczeń. A na koniec wyrok sądowy czterech lat pozbawienia wolności za molestowanie seksualne swoich pacjentek.

Cała sprawa wyszła dzięki dziennikarskiej prowokacji. I to jest najbardziej smutne. Nie fakt, że interweniowała telewizja, tylko to, że poznański światek terapeutyczny dobrze wiedział o praktykach Gapika, tylko nikt nie chciał się narażać szanowanemu profesorowi. Jeden ze znanych mi terapeutów miał do czynienia z pacjentką opowiadającą o molestowaniu podczas terapii, ale nie zrobił kompletnie nic. Nie chciał donosić na kolegę. I jest w tym nieco cynicznej racjonalności – ten mój znajomy terapeuta też nie był krystalicznie czysty, po co więc miał się wychylać? Komizmu całej sytuacji, choć jest to – doprawdy – wisielczy humor, dodaje sposób tłumaczenia się Lechosława Gapika. Otóż leczył on za pomocą swojej nowatorskiej metody, którą nazwał… „koktajlem Gapika”.  Nie wiem, czy bardziej to efekt narcyzmu czy naiwności, ale nazwa to wyjątkowo głupia i dość zabawnie koresponduje z sentencją „pipka ci się jeszcze mokra nie zrobiła”, uchwyconą przez kamerę TVNu. Swoją drogą dać się zmolestować dla uzyskania sensacyjnego materiału dziennikarskiego to też godne odnotowania poświęcenie.

Tak naprawdę mamy tu do czynienia z czymś przerażającym, co można porównać tylko do afery z Pavulonem, kiedy pracownicy służby zdrowia świadomie zabijali swoich pacjentów, aby zarobić na sprzedaży ich ciał firmom pogrzebowym. Pomyślcie tylko – wysyłacie swoje cierpiące dziecko do psychoterapeuty. A ten molestuje je seksualnie, nagrywa i upowszechnia te obrazy innym pedofilom. Wie, że i tak się o tym nie dowiecie, bo dziecko jest autystyczne i niczego samo nie powie. Czy będąc terapeutą, można zrobić coś bardziej przerażającego? Można. Można po wszystkim grać jeszcze rolę empatycznego człowieka, który całe swoje życie poświęcił dobru innych.

Mało tego, nie trzeba być nawet autystycznym dzieckiem, by zostać nieświadomie wykorzystanym. Ta opowieść – nie mogę podać, kogo dotyczy, bo nie była przedmiotem procesu sądowego – pochodzi od terapeuty, do którego trafiła pewna studentka psychologii. Zgłosiła się uprzednio na ochotnika do swojego wykładowcy z psychoterapii, kiedy ten zapytał słuchaczy na zajęciach, kto chce doświadczyć hipnozy. Co ciekawe, nauczyciel dopuścił tylko dziewczyny i to na osobności, w swoim prywatnym gabinecie po poprzednim umówieniu. Studentka poszła na spotkanie, ale po powrocie nic nie pamiętała. Zauważyła jednak, że miała bieliznę… ubraną na lewą stronę. Pikanterii całej opowieści dodaje kontekst – studentkę na spotkanie z wykładowcą zawiózł jej chłopak i nijak nie chciał uwierzyć, że to co się stało, odbyło się wbrew jej woli. A coś musiało się stać, skoro wykładowca podczas hipnozy majstrował koło bielizny dziewczyny i – nie oszukujmy się – genitaliów. To też relacja z Poznania, która nie doczekała się interwencji. Na szczęście sprawca siedzi już w więzieniu za inne nadużycia.


Operacja na otwartym mózgu

Nie chcę Was tu odwodzić od terapii – wprost przeciwnie. Chcę jedynie pokazać, jak ważny jest wybór właściwej osoby. Psychoterapia jest jak operacja plastyczna. Źle przeprowadzona może oszpecić, a w tym przypadku – jeszcze bardziej okaleczyć psychikę. Nawet znani psychoterapeuci miewają na koncie widowiskowe porażki. A wręcz trupy. Podobno także Fritzl Pearls, twórca terapii Gestalt, stracił dwoje pacjentów, którzy popełnili samobójstwo. Być może nawet w pewien sposób ich do tego sprowokował, gdyż jego reakcją na przejawiane przez pewną klientkę groźby odebrania sobie życia był przekaz – „to Twój wybór”. No i wybrała konsekwentnie, co chyba jednak dało się przewidzieć. Jeśli ktoś staje na parapecie i mówi, że skoczy, raczej nie powinniśmy mówić do niego: „Rób, jak chcesz”. Ale to już kwestia indywidualnego wyczucia.

Tak naprawdę psychoterapia jest po części sztuką. I to po znacznej części. Proporcje między wiedzą a wyczuciem powinny być mniej więcej takie, jak u chirurga plastycznego. Nie wystarczy, aby miał skończone studia medyczne. Nie wystarczy nawet długoletnia praktyka ze skalpelem w dłoni. Chirurg plastyczny musi mieć także wyczucie artystyczne. Musi potrafić wyobrazić sobie, jakie konsekwencje dla całości wyglądu będą miały nawet drobne zmiany w układzie tkanek, w wyglądzie poszczególnych elementów ciała. Kluczowe jest tu wyczucie, może nawet intuicja. I dopiero te miękkie umiejętności w połączeniu z twardą wiedzą medyczną mogą dać naprawdę dobre rezultaty. Podobnie jest w psychoterapii – poza olbrzymią wiedzą terapeuta powinien mieć też wyczucie i mądrość życiową. I teraz najsmutniejsze – jak myślicie, ilu jest w Polsce dobrych chirurgów plastycznych? Strzelam, że kilku, może kilkunastu, jeśli weźmiemy pod uwagę także mniej inwazyjne zabiegi. Bardzo podobnie będzie z psychoterapeutami. Być może wielu potrafi zrobić mniej lub bardziej udany zastrzyk z botoksu, ale czy oddalibyście pierwszemu lepszemu chirurgowi swój nos lub inną kluczową część twarzy?

Pewnym pocieszeniem – choć raczej przewrotnym – jest to, że tak naprawdę lwia część psychologów i terapeutów niewiele może zmienić, a więc także niewiele zaszkodzić. Nie mają lub nie znają narzędzi, aby mocno ingerować w psychikę, więc de facto jedynie ślizgają się po jej powierzchni. Często stosują „ojojanie”. To cyniczne określenie takiej psychologicznej tabletki od bólu głowy. Cierpiący człowiek poczuje się nieco lepiej, kiedy ktoś zacznie mu współczuć – na zasadzie „ojoj, ale mi przykro, że tak ci się źle układa”. Tyle, że naprawdę mało to zmienia. Wsparcie jest ważne, ale nie zmieni osobowości, nie uleczy traumy, nie wzmocni struktury ego. Jednak nie zrobi tego też samo uświadomienie pacjenta, co mu dolega i dlaczego stosuje takie, a nie inne mechanizmy obronne. Mówiąc wprost – psychoanaliza działa tylko trochę i to raczej jedynie na pewne konkretne typy zaburzeń. Czy Freud, który tyle pisał o narcyzmie i kompleksie Edypa, miał zdrową osobowość? Bynajmniej. Pokłócił się i zerwał relacje prawie ze wszystkimi swoimi uczniami, ponieważ nie mógł znieść ich odmiennych opinii na zawodowe tematy. Uwiódł też swoją córkę Annę, choć sam tak mądrze mówił o kompleksie Edypa. Dlaczego? Ponieważ sama wiedza niewiele zmienia. Zapewne i Andrzej Samson wiedział o niszczycielskich efektach molestowania dzieci, ale czy powstrzymało go to przed robieniem im pedofilskich zdjęć?

Nie, sama wiedza nie wystarcza. Dlatego psychoanaliza może być pomocna jedynie w tych aspektach, gdzie faktycznie występuje konflikt między świadomością a nieświadomością. Ale zupełnie nie ma szans przy objawach np. traumy, które de facto mogą być bardzo podobne do klasycznej nerwicy. I to jest realny problem, ponieważ terapeuci niechętnie przyznają się do własnych ograniczeń (choć znam chlubne wyjątki). Dochodzi nawet do takich nadużyć, jak podtrzymywanie wieloletniej psychoterapii, która praktycznie niczego nie zmienia. Niczego poza stanem konta terapeuty i chwilową ulgą pacjenta. Znerwicowany klient przychodzi na kolejne sesje, gdzie jest „ojojany” lub leczony przez swojego guru na zasadzie podobnej do rozgrzeszenia. Ulga działa na chwilę, ale objawy oczywiście wracają. I tak może to trwać całymi latami.


Po owocach ich poznacie

Napatrzyłem się aż nadto na zaburzenia psychoterapeutów. Na mądrą panią doktor, której córka ma na koncie próby samobójcze, na podstarzałego pana doktora uwodzącego na zajęciach swoje studentki, a nawet romansującego z nimi, na narcyzm i hipokryzję. Nie jest wesoło – Samson i Gapik to tylko takie wisienki na torciku (a właściwie dwie wilcze jagody), ale i poniżej jest sporo warstw mniej lub bardziej zdegenerowanej patologii.

Ale bez przesady, świat nie jest aż taki zły. Są też wśród terapeutów osoby szczere, życzliwe, mądre i pomocne. Pytanie tylko – jak je znaleźć? Niestety, trzeba nastawić się na metodę prób i błędów. I mieć świadomość, że w większości mogą to być jednak pudła. Dlatego nie powinno się bać zmieniać terapeutów. Każdy ma prawo sprawdzać i szukać dalej. Powiedziałbym nawet, że – jeśli tych naprawdę dobrych jest znakomita mniejszość – naiwnością byłoby zakładanie, że uda się trafić do właściwej osoby za pierwszym razem. To byłby raczej łut szczęścia, a nie racjonalne oczekiwanie.

Tak jak i w każdym fachu, są terapeuci lepsi i gorsi, mniej i bardziej osadzeni w życiu. Czym zatem warto się kierować, poszukując kogoś dla siebie? Odpowiem przewrotnie – zdjęciem. Na twarzach bardzo wiele widać. Warto zadać sobie pytanie, czy na danym zdjęciu widzimy osobę autentyczną, szczęśliwą i spełnioną? Czy jest życzliwa, czy surowa? Patrzy prosto w oczy, czy ma nieobecne spojrzenie lub nawet się za czymś chowa (widziałem zdjęcia np. zza drzewa)? Czy emocje są prawdziwe, czy udawane? Sprawa jest w sumie prosta – zadajcie sobie pytanie, czy ktoś taki budzi w Was pozytywne reakcje? A jeśli nie do końca ufacie swojej intuicji, zapytajcie kogoś bliskiego, kto ma lepsze wyczucie. I nie bójcie się oceniać – nawet jeśli to jest tylko zdjęcie, to dany terapeuta sam je wybrał. Musi ono go więc w jakiś istotny sposób reprezentować. Gdyby nie godziło to w prawa autorskie, przytoczyłbym tu kilka fotek, ale nie jest trudno zrobić sobie przegląd zdjęć, wpisując w Google frazę „psychoterapia” + nazwa miasta. No i warto też słuchać rekomendacji od innych osób, choć i z tym bywa różnie. Tu działa podobna zasada – trzeba zadać sobie pytanie, czy rekomendujący faktycznie ma zdrową osobowość? Czy ten terapeuta rzeczywiście mu pomógł? Warto tu przytoczyć „bon mot” Jezusa: Po owocach ich poznacie.


Co leczy w psychoterapii?

To bardzo istotne pytanie, wręcz kluczowe. Kiedyś myślano, że wystarczy sama świadomość przyczyn problemu, na którym to założeniu de facto opiera się terapia w klasycznej psychoanalizie. Ale nie wystarczy – narcyz, wiedzący z czym ma problem, nie skoryguje struktury swojej osobowości. Co najwyżej nauczy się lepiej maskować. Dopiero psychologia psychodynamiczna – która rozwinęła się z psychoanalizy – zauważyła, że tak naprawdę kluczowe dla zmiany są przeżycia emocjonalne. Czyli to nie sama wiedza jest tu decydująca, ale emocje, które mogą – ale nie muszą – iść za uświadamianiem sobie różnych rzeczy w czasie psychoterapii.

Jeśli nawet powie się osobie histerycznej, że jej objawy są efektem molestowania w dzieciństwie, to może ona odpowiedzieć co najwyżej „aha”. Ale dalej będzie żyła tak samo, tak samo będą wyglądały jej reakcje emocjonalne, związki i relacje. Zmianę może dać dopiero przeżycie i zintegrowanie całej gamy uczuć związanych z tym molestowaniem. Choćby żalu, wstydu, bólu, poczucia wykorzystania, złości, a nawet furii. Cała – z pozoru płytka i naiwna – osobowość histeryczna służy w końcu czemuś konkretnemu, czyli obronie przed przerażającym doświadczeniem molestowania czy uwiedzenia. Niemożność głębokiego przeżywania jest w tym przypadku ucieczką od ciągłego zagrożenia zalewem emocji, które wiążą się z doznaną traumą. Dopóki te emocje są wypierane, efektów terapii nie będzie. Ale z wyparciem nie walczy się poprzez słowne uświadamianie. Dobry terapeuta będzie prowadził swojego pacjenta przez życie tak, aby pomóc mu doświadczyć – w bezpiecznych warunkach – tego, czego klient się boi, przed czym ucieka. To bardzo skomplikowana i trudna praca. Nie ogranicza się tylko do spotkań na sesjach, bo praca nad zmianą dzieje się także w międzyczasie. Terapeuta powinien pomagać swojemu pacjentowi podejmować własne, coraz odważniejsze decyzje życiowe. W ich wyniku klient może doświadczyć czegoś nowego, z czym potem wróci na kolejną sesję i nad czym będzie można dalej pracować. Ktoś bojący się odrzucenia, w końcu – dzięki wsparciu terapeuty – zaryzykuje i wystawi się na ryzyko. I nawet jeśli dozna frustracji, to czegoś nowego doświadczy. Czegoś, co odpowiednio nazwane i ukierunkowane zacznie go wzmacniać.

W efekcie w wyniku terapii w człowieku co jakiś czas coś pęka, coś się zapada, ale też pogłębia. Na przykład osoba bojąca się wchodzić w relacje powoli przełamuje się, czując wsparcie ze strony psychoterapeuty. Doświadcza w życiu nowych rzeczy, które budzą w niej… emocje. Te emocje niosą zmianę, oczywiście o ile zostaną właściwie zintegrowane z osobowością, nad czym czuwać ma właśnie terapeuta. I ten proces się powtarza w wielu, wielu cyklach, aż te korygujące doświadczenia zostaną przyswojone.

Można by nawet wyrysować pewien schemat. Terapeuta daje pacjentowi wsparcie i pomaga właściwie rozumieć życie, w wyniku czego ten angażuje się w nowe zachowania, nowe relacje. Te doświadczenia budzą w kliencie emocje, które na terapii są omawiane i oswajane. Nawet jeśli są bolesne, mogą czemuś służyć – siłę ego buduje się dzięki optymalnym frustracjom, czyli takim drobnym dyskomfortom psychicznym, które są możliwe do wytrzymania. To jak ćwiczenie siły mięśnia. Jeśli trening jest odpowiedni, nie nastąpi przeciążenie grożące kontuzją. Zmęczony mięsień trochę poboli, ale ostatecznie dzięki temu się wzmocni i będzie silniejszy w przyszłości.

Dla przykładu – ktoś symbiotyczny ma tendencję do zbytniego zlewania się z obiektem uczuć. Terapeuta stawia jednak granice, pokazuje, że pewne rzeczy są niemożliwe – nie może na przykład poświęcić pacjentowi tyle czasu, ile ten by chciał, bo ich relacja ogranicza się do sfery zawodowej. Ale mimo wszystko to jeszcze nie jest tragedia, bo świat otaczający każdego człowieka jest na tyle duży, aby można w nim było znaleźć ciekawe towarzystwo. Odmowa terapeuty spędzania dodatkowego czasu wspólnie ze swoim pacjentem może być nieprzyjemnym doświadczeniem dla symbiotycznego klienta, ale – kiedy jest mu podana w sposób łagodny i empatyczny – staje się wzmocnieniem dla ego. Co ciekawe, tak też tworzy się zdrowa osobowość dziecka. Niemowlę chciałoby zostać nakarmione od razu, kiedy tylko zapłacze. Ale w życiu czasami nie jest to możliwe, więc dziecko powinno nauczyć się znosić dyskomfort. I tak się stanie, o ile niemowlę uzyska nieświadome przekonanie, że prędzej czy później jego potrzeby zostaną zaspokojone. W efekcie w małym człowieku tworzy się wtedy bezpieczne zaufanie wobec świata, czyli gotowość do znoszenia frustracji oparta w nieświadomym przekonaniu, że nieprzyjemności w końcu zawsze mijają. W dorosłości takie pozytywne pierwotne  doświadczenia objawiają się jako odporność na problemy i dyskomfort. Nieco podobnym procesem powinna być terapia – ma urealniać i budzić emocje, ale nie nazbyt silne, aby mogły być skutecznie zintegrowane z ego, w efekcie je wzmacniając i uzdrawiając.


Zapełnić braki

O ile opisane powyżej funkcje psychoterapii są raczej dobrze rozumiane przez terapeutów psychodynamicznych, nieco gorzej wydaje się wyglądać sprawa z procesem internalizacji, który jest często pomijany. A wielka szkoda, bo to drugi – poza rozwiązywaniem wewnętrznych konfliktów – filar zmiany. Generalnie problemy psychiczne mają dwie genezy. Albo coś zostało zapętlone i pojawił się konflikt (na przykład między zależnością od rodziców a potrzebą samostanowienia i wolności), albo czegoś zabrakło, na przykład bezwarunkowej miłości. I w tym drugim przypadku problem wydaje się większy – jak tu dać pacjentowi wiarygodny przekaz, że jest akceptowany i już nie musi ciągle starać się zasługiwać na miłość? Słowa same z siebie niewiele zmieniają. Tu musi zajść proces dużo głębszy, który nazywa się internalizacją, czyli włączeniem. Pacjent ma włączyć do swojego ego cechy i zachowania terapeuty, które uzupełniają braki z dzieciństwa. Jak? Terapeuta mniej lub bardziej świadomie staje się zastępcą rodzica. Dzieje się to w naturalnym procesie regresji, który jest praktycznie jedyną skuteczną drogą do korekty złych doświadczeń. Działa to na zasadzie, że jeśli nasze problemy ukształtowały się w dzieciństwie, to tylko cofnięcie się do tego etapu i przebudowanie wewnętrznych wzorców może coś trwale zmienić.

I kiedy zachodzi proces pozytywnej introjekcji dobrych cech terapeuty, w kliencie coś się zmienia. Zamiast np. karzącego ojca pojawia się obraz psychoterapeuty, który jest mądry i akceptujący. Następuje internalizacja dobrego obiektu, który wewnątrz psychiki zastępuje ten pierwotny, negatywny. Dzięki temu klient może autentycznie zmienić nastawienie do samego siebie, czyli porzucić przymus mniej lub bardziej nieświadomego spełniania oczekiwań swojego surowego rodzica. Wewnętrzny obiekt symbolizujący ważne osoby i ich nastawienie zmienia się, przekształcając przy okazji współczesne zachowania klienta. Tak to powinno działać. Pytanie na ile poszczególni terapeuci potrafią świadomie wykorzystywać mechanizm introjekcji to zupełnie inna sprawa.

Opisany powyżej sposób oddziaływania na pacjenta ma wielkie znaczenie dla zmiany, ale wymaga też ogromnego zaufania. Nie da się skutecznie zinternalizować terapeuty, który jawi się jako życiowy hipokryta lub którego emocje są udawane. Dodatkowo, w wielu podejściach wręcz ucieka się od tego mechanizmu. Psychoanalitycy wyszli z założenia, że mają dla pacjenta być białą plamą, zimnym i nieprzeniknionym lustrem, które nie wchodzi w żadne autentyczne relacje, przez co jest obiektywnym obserwatorem pokazującym klientowi jego własne zachowania. Innymi słowy ta forma terapii ma jedynie uświadamiać i pomagać zrozumieć siebie. Jednak rozum nie skoryguje emocji. Pewnie dlatego psychoanaliza nigdy nie miała zbyt dobrych rezultatów jako metoda lecznicza.

Ale nie ma innej drogi niż introjekcja dobrego obiektu (w tym przypadku terapeuty), aby zmienić czyjś wewnętrzny system przekonań – na przykład zbudować moralność, kiedy pacjent wydaje się jej pozbawiony. To proces tak trudny, że prawie niemożliwy. Wymaga zbudowania bliskości, nawet więzi, ale z zachowaniem zewnętrznych ram psychoterapii. Jeśli relacja jest serdeczna i autentyczna, wiele dobrego może się wydarzyć. Pytanie, ilu terapeutów jest do niej zdolnych. Aby być, sami musieliby czuć się bezpieczni i poukładani wewnętrznie, ponieważ nie można szczerze dać, samemu nie mając. A jak pisałem w poprzednich akapitach, z psychicznym dobrostanem wielu terapeutów nie jest za różowo.


Którędy droga?

Przy wyborze psychoterapeuty warto też od razu dowiedzieć się, w jakim nurcie pracuje. Ten nurt definiuje wszystko, także możliwości i ograniczenia. Nigdy nie będzie ogólnej zgody co do tego, która szkoła psychoterapii jest najlepsza. Osobiście jestem bardzo sceptyczny wobec terapeutycznych właściwości klasycznej psychoanalizy. Kontakt z definicji jest w niej jednostronny, a wręcz przemocowy. Często ustala się zimne, sztywne zasady – na przykład, że spotkania odbywają się w ściśle określonych godzinach kilka razy w tygodniu, nie można ich odwołać (bo i tak się płaci), nawet wyjazd na wakacje powinno się dopasować do grafiku psychoanalityka. Idąc dalej, sama terapia polega na zgłębianiu wewnętrznego świata pacjenta, przy zupełnym pozostawieniu na boku terapeuty. Rodzi to pole do nadużyć, ponieważ cokolwiek zostanie powiedziane przez klienta i tak może zostać odbite przez psychoanalityka. Nawet celny zarzut co do jego nietrafnego zachowania szybko może stać się „dowodem” na rzekome problemy samego pacjenta.

Spotkałem w swoim życiu terapeutów, którzy poprzez psychoanalizę realizowali własne potrzeby dominacji, ukrywając za jej niejednoznacznymi teoriami własne problemy. Jeden z moich znajomych odczuwa pociąg seksualny do monstrualnie grubych kobiet. Ma świadomość, że w dzieciństwie sypiał w jednym łóżku z otyłą ciotką, ale nie potrafi połączyć tych faktów. Wykorzystuje teorie psychoanalityczne fragmentarycznie, instrumentalnie używając ich do tłumaczenia własnych problemów. Zamiast konfrontować się z uwiedzeniem przez swoją grubą ciocię w dzieciństwie, woli tworzyć pozornie sensowne racjonalizacje. Psychoterapeuta ten wolał uznać, że tylko grube dziewczyny są kobiece (co ma być dowodem na naturalność jego preferencji względem otyłych kobiet), bo taką figurę miała prehistoryczna pramatka, znana z przedstawień typu „Wenus z Willendorfu”. Tym samym szczupłym kobietom przypisał cechy męskie, a facetem je preferującym – ukryte tendencje homoseksualne. To wszystko wydarzyło się pod płaszczykiem – oczywiście źle rozumianej – psychoanalizy. Paradoks pokazujący, że czasami najciemniej bywa pod latarnią, a niejeden szewc bez butów chodzi. Dlatego osobiście nie polecałbym psychoanalizy jako metody psychoterapii. Nie dość, że jest mało skuteczna w problemach wywodzących się z wczesnodziecięcych braków (unikanie mechanizmu introjekcji), to dodatkowo jest potencjalnie dobrym polem do nadużyć i przedłużania psychoterapii w czasie ponad rzeczywiste potrzeby.

Przeciwieństwem psychoanalizy są terapie humanistyczne, np. Gestalt. Niegłupie, ale jednocześnie dość powierzchowne. Kładzie się w nich nacisk raczej na „tu i teraz” niż na analizowanie przeszłości. Terapeuta i klient stawiani są na równi – w pozycji dialogu, a nie wiedzy eksperckiej. W praktyce wygląda to tak, że pacjent jest zachęcany do działania zgodnie z własnymi impulsami i potrzebami, ale tym samym nikt nie asekuruje go przy podejmowaniu życiowych decyzji – w tej konwencji to klient uznawany jest za eksperta od swojego życia i jego wola nie jest poddawana ocenie. Gestalt może być dobrym sposobem na odblokowanie okazywania uczuć, ale wielkiej zmiany osobowościowej raczej nie warto po takiej terapii oczekiwać.

Popularna jest też terapia behawioralno-poznawcza, o której osobiście mam najgorsze zdanie. W gruncie rzeczy sprowadza się ona do pracy na przekonaniach i nawykach, a nie na głębszych warstwach psychiki. Może pomóc człowiekowi niezdolnemu do skorzystania z bardziej głębinowych form pracy, dając przy tym dość szybkie i mierzalne rezultaty. Niestety, zwykle nie rozwiązuje realnego problemu. Choć w jej efekcie jeden lęk ustępuje, w jego miejsce prędzej czy później pojawia się inny. Ale nie powinno się temu dziwić – lęki są tylko zewnętrzną manifestacją wewnętrznych konfliktów. Póki nie rozwiąże się przyczyny, problemy będą pączkować.

Osobiście polecałbym szukanie terapeuty tzw. eklektycznego lub integratywnego, czyli takiego, który łączy wiele szkół i podejść. Ale to i tak tylko etykietka. Faktyczny potencjał do dokonania zmiany tkwi w czymś głębszym. Gene Gendlin – amerykański psycholog i filozof – stwierdził, że najważniejsze dla psychicznej przemiany jest to, czy pacjent jest w stanie nawiązać kontakt ze swoim wewnętrznym doświadczeniem. Terapeuta i jego metody są tylko narzędziem do tego nadrzędnego celu, jakim jest dobra komunikacja z samym sobą – ze swoimi emocjami i odczuciami płynącymi z  psychiki i ciała. Nie chodzi więc o technikę ani o nazwy. Kluczowe jest, czy terapeuta jest w stanie pomóc klientowi nawiązać głęboki i autentyczny kontakt z głębokim, wewnętrznym doświadczeniem, bo to ze zbudowania tego kontaktu bierze się prawdziwa zmiana. Nie z wiedzy i nie z ćwiczenia nowych zachowań – choć i te elementy są w jakiś sposób ważne dla całościowej przemiany osobowości. Muszą jednak iść w parze z wewnętrznym, emocjonalnym połączeniem między tym, co świadome i nieświadome, między myślą a odczuciem z ciała. To ostatnie jest szczególnie ważne. W końcu nie przypadkiem z żalu „pęka nam serce”, z nadmiaru obowiązków boli głowa, a w przygnębieniu „coś siedzi na żołądku”. Psychika i ciało są nierozerwalnie połączone, czego jednak klasyczna psychologia zdaje się nie dostrzegać. Ale to już temat na osobny wpis.