Niewiele jest pojęć tak zmanipulowanych jak „Aryjczyk”. W ustach piewców białej rasy słowo to urasta do miana synonimu wyrazu „Europejczyk”. A tu niestety dupa, bo Aryjczycy byli… Azjatami. Do dzisiaj są, bo przecież lwia ich część żyje poza Europą.

 

 


Kim tak właściwie jest ten mityczny Aryjczyk? To zależy. Antropologowie nazwy tej używają dla określenia ludów indo-irańskich, które 4 tysiące lat temu rozprzestrzeniły się na terenie Iranu i północnych Indii. Ich potomkowie zamieszkują te ziemie do dziś. Tak więc w tym rozumieniu Aryjczyk to po prostu starożytny Pers (Irańczyk) czy Hindus z północy. No ale nie o to przecież chodziło nazistom, kiedy dzielili świat na ludzi o pochodzeniu aryjskim i nie-aryjskim. Rasiści poszli dalej i pod pojęciem „Aryjczyk” rozumieli wszystkie ludy indo-europejskie (a nie indo-IRAŃSKIE), czyli znakomitą większość narodów zamieszkujących dzisiaj obszar między Indiami a najdalszymi skrawkami Europy. Ponieważ to „Przewodnik młodego rasisty”, a nie „młodego antropologa”, przyjmijmy więc interpretację „szkoły niemieckiej”. Tak więc Aryjczycy w ujęciu nazistów są „biali” wzorcowo. Nieco mniej biali są natomiast Semici (Arabowie i Żydzi) oraz Hamici, czyli mieszkańcy północnej Afryki (Berberowie). A nawet tej mniej północnej, jak Etiopczycy czy lud Hausa z Nigerii, których przodkowie faktycznie przywędrowali kiedyś na obecne terytoria z Azji.


Niby ma to sens, ale tylko pozornie. W ujęciu nazistów do rasy białej nie zaliczała się grupa ludów znanych jako Ugrofinowie, do której należą miedzy innymi Finowie, Estończycy i Węgrzy. Faktycznie pochodzą oni z zachodniej Syberii, a badania genetyczne stwierdziły pewne powinowactwo Finów z… Japończykami. Podobnie Węgrzy są stosunkowo nowymi mieszkańcami Europy, bo przygalopowali do nas z terenów Uralu dopiero w średniowieczu. Zamieszkali zresztą w kraju określanym mianem „Hungaria”, który swoją nazwę zawdzięcza innym przybyszom z Syberii – Hunom, znanym z podbicia starożytnego Rzymu. Wszystko to dowodzi przede wszystkim tego, że sztywny podział na rasy zwyczajnie nie trzyma się kupy. Na przestrzeni ostatnich tysięcy lat różne ludy Europy, Azji i północnej Afryki mieszały się ze sobą w najbardziej wymyślnych konfiguracjach. Problemem naukowych teorii rasowych było to, że starały się na siłę wepchnąć wszystkie narody do odpowiednich szufladek w oparciu o dość wyrywkowe dane. W efekcie tacy na przykład Węgrzy czy Finowie, mimo ewidentnie białego wyglądu, zostali okrzyknięci rasą żółtą, a do białej zaliczono wspominanych ewidentnie czarnych mieszkańców Etiopii. Nazistowskie teorie rasowe doszły już do absurdu. Patrząc z perspektywy drugiej wojny światowej, aryjscy Niemcy w sojuszu z ewidentnie nie-aryjskimi Węgrami i Finami walczyli z jak najbardziej aryjskimi Rosjanami. Z drugiej strony wspomniane narody ugrofińskie, czyli rasa żółta, pomagały nazistom mordować rasę białą, czyli Żydów. Gdzie tu sens i logika? W dupie, bo tak na dobrą sprawę to bardziej „aryjscy” od Niemców są właśnie Rosjanie, Polacy i inni Słowianie.


Zanim do tego dojdziemy, musimy zrozumieć, skąd wywodzi się wyraz „Aryjczyk”. Ma on określać współczesnego potomka dawnych Ariów, czyli tych praprzodków wszystkich indo-europejczyków. Naziści widzieli się w roli bezpośrednich spadkobierców tej – jak sądzili – wspaniałej nacji. Choć w sanskrycie (języku starożytnych Indii) słowo „arya” oznacza „szlachetny”, to sami Ariowie, nie owijając w bawełnę, byli po prostu bandą pastuchów. Przywędrowali oni falami do Europy i na Bliski Wschód z terenów dzisiejszego Kazachstanu. O ich pierwotnej siedzibie wiemy tyle, że lato trwało tam 7 miesięcy, co poniekąd wyjaśnia pozytywną symbolikę tej cyfry. Wedle współczesnych standardów byli więc Azjatami, którzy całkiem skutecznie rozleźli się po świecie. Jak im się to udało? Źródłem ich przewrotnego sukcesu był fakt, że byli prostymi pasterzami. Po pierwsze, żyjąc w stepowych okolicach, stykali się z końmi, które oswoili i zaczęli wykorzystywać w walce, co stanowiło nie lada przewagę. Po drugie, można powiedzieć, że… wynaleźli wojnę.


Mniej więcej do czasu przybycia Ariów (ok. 3,5 tys. lat temu) w kulturze dawnej Europy i Bliskiego Wschodu dominował tak zwany matriarchat. Był to system organizacji społecznej, w którym dominującą rolę odgrywała kobieta. Dzisiaj wydaje się to być niepojęte, ale dawnymi czasy to kobiety mogły mieć wielu mężów, a majątek dziedziczyło się w linii żeńskiej. Kluczowa rola płci pięknej wynikała z jej „boskiego” daru rodzenia. Stąd też mówimy o „matce ziemi”, a nie ojcu, bo ziemia rodzi plony niczym kobieta. Dominująca pozycja płci żeńskiej w tym bardzo dawnym świecie była też widoczna w formie kultu. W epoce neolitu i wcześniej (czyli dobrych kilka tysięcy lat przed naszą erą) naczelnym bóstwem była kobieta – bogini płodności, znana z wielu przedstawień, m.in. słynnej Wenus z Willendorfu. Całe jej ciało było uosobieniem płodności i dobrobytu – dobrze odżywiona, o bardzo pełnych piersiach, z wyraźnymi organami płciowymi, często pokazywana jako brzemienna. Ten wręcz magiczny szacunek dla kobiet jest typowy dla wielu pierwotnych kultur. Na przykład tubylcy z Nowej Gwinei tak bardzo bali się tajemnicy menstruacji i poczęcia, że krwawiące i brzemienne kobiety wysyłali do specjalnych domów odosobnienia.


Kult ten ma też swoje źródło w archetypie matki, czyli takim psychologicznym prawzrocu wyrytym w nieświadomości ogółu ludzkości. Wszyscy w chwili narodzin wychodzimy z wnętrza kobiety, która była naszym „domem”. Nic więc dziwnego, że w pradawnych kultach archetyp ten przybierał niekiedy formę całkiem dosłowną. Kobieta stawała się symbolem jaskini, domu, który daje schronienie. Matka ziemia dawała życie, potem żywiła swoje dzieci, otaczała opieką, by na koniec przyjąć je z powrotem do swego łona w chwili pogrzebu. Ilustrację tych matriarchalnych wierzeń stanowi na przykład figurka z moich zbiorów, której zdjęcie zamieszczam poniżej. To kopia znaleziska z epoki neolitu, wydobytego na terenach dzisiejszej Macedonii.


Figurki pramatki


Pozycja kobiet w tym dawnym świecie może wydawać się zaskakująca, ale ma swoje racjonalne podstawy. Wiążą się one z początkami rolnictwa. Zapewne to kobiety krzątające się wokół domowej jaskini wynalazły pierwsze narzędzia rolnicze. Z czasem to ziemia, a nie przynależne mężczyznom polowania, zaczęła być głównym źródłem utrzymania ludzi. Siłą rzeczy taka zmiana musiała wpłynąć na dominującą pozycję płci pięknej, która w pewnych odległych zakątkach Europy utrzymywała się nawet do średniowiecza. Żyjący wtedy na północnych skrawkach Wielkiej Brytanii Piktowie, do czasu zlania się z aryjskimi Celtami, wciąż praktykowali matriarchat. Wraz z zaginięciem ich sposobu życia Europa stała się regionem wyłącznie „męskim”.


Świat ludzi żyjących we wspomnianym matriarchacie związany był z uprawą ziemi, polowaniami, zbieraniem plonów, czyli wszystkim tym, co dawała matka-nautra. Stąd też przewodnia rola kobiet w tych społecznościach i ich stosunkowo łagodne usposobienie. W ich wierzeniach światem nie kierował znany nam męski, groźny bóg wojny, rzucający gromy i mordujących przeciwników. Główną siłą sprawczą i bóstwem była matka-natura, czyli już z samego założenia dużo łagodniejsza istota. Nie było to oczywiście bez wpływu na zachowanie ludzi. Bardzo rozwinięta kultura Mohendżo-Daro z doliny Indusu nie miała regularnych armii. Archeolodzy odkryli rozwinięte wielotysięczne miasta, w których pobudowano tak zaawansowane udogodnienia jak kanalizacje, brukowane ulice, ogrody miejskie, piętrowe budynki. Mimo całego tego dorobku cywilizacyjnego nie odkryto żadnych przedstawień wojowników, a elementy uzbrojenia znajdowane są bardzo rzadko. Mało tego, niewielkie było też rozwarstwienie tych dawnych cywilizacji, a wszyscy ludzie żyli mniej więcej na równym poziomie. Znaleziono za to sporo przedstawień wspomnianej bogini-matki. Wnioski z tego są dość ciekawe – kiedy społeczeństwem żądzą kobiety, jest w nim mniej rywalizacji, więcej równości, a pewnie i dobrobytu.


Świat pasterzy zbudowany był jednak zupełnie inaczej. Tam więcej zależało od siły i zdolności do walki. Dlatego kulturę, nazywaną dla odmiany patriarchatem (czyli z łaciny i greki „władza ojca”), zdominowali mężczyźni. Ziemię rolnikowi trudno jest zabrać. Aby móc z niej korzystać, trzeba siać, kosić i dbać o gospodarstwo. Pasterz może stracić majątek całego życia w ciągu jednego dnia, bo silniejszy sąsiad może po prostu przyjść i zabrać mu stado. Łatwość kradzieży sprawia, że na znaczeniu zyskuje siła i liczebność grupy. Prawdopodobnie z takich małych najazdów i rabunków stad rozwinęła się wojna jako sposób na życie. Dla Ariów była już ona codziennością, bo wprowadzili oni do swoich społeczeństw podział kastowy, który przewidywał istnienie kapłanów, wytwórców i właśnie wojowników. Także ich religia była bardzo inna od kultu płodności. O ile płodność łączy się z dającą życie seksualnością, to wojna z zabijaniem. Ariowie składali więc swoim – męskim – bogom krwawe ofiary.


Hitler i jego piewcy aryjskości powoływali się właśnie na Ariów. Utrzymywali, że utożsamiana z tymi starożytnymi pasterzami „rasa panów” podbiła świat, a Niemcy są jej bezpośrednimi spadkobiercami i kontynuatorami. Przyjrzymy się jednak tym rojeniom krytycznym okiem. Faktem jest, że Ariowie najechali Indie i zdominowali je. Jak nazywali się przed tym faktem, za bardzo nie wiemy, nie jest jednak tajemnicą, jaki przydomek nadali sobie potem. Siebie samych okrzyknęli właśnie Ariami, co po ichniemu znaczyło „szlachetni”, dla kontrastu z rdzennymi mieszkańcami Indii, których przezwali „niewolnikami”. Szkopuł jednak w tym, że silniejszy wcale nie znaczy bardziej cywilizowany. Ariowie byli prostymi pasterzami, którzy mieszkali w prymitywnych półziemiankach, a podbite ludy były w tym samym czasie na tyle rozwinięte, że w miastach w każdym domu budowały łazienkę podłączoną do centralnej kanalizacji.


Znakiem nazistów, a rzekomo i Ariów, była swastyka. Dziś kojarzymy ten symbol z Trzecią Rzeszą, ale w rzeczywistości wywodzi się on z bardzo dawnych, jeszcze przedaryjskich czasów. Swastyka z ramionami skierowanymi w prawo jest symbolem światła, ognia, dnia, pomyślności, a w lewo – nocy i magii. Pochodzenie znaku jest dość proste – symbolizuje on słońce i jego ruch. Dla mieszkańców półkuli północnej nasza gwiazda porusza się ze wschodu na zachód, czyli w prawo właśnie. Stąd ten kierunek został uznany za zgodny z naturą i porządkiem świata. Dlatego też na przepisy mówimy „prawo”, a nie „lewo”, stan zgodny z rzeczywistością to “prawda”, a ktoś, kto postępuje słusznie jest „prawy” lub „praworządny”. Dla odmiany coś złego, nieprawomyślnego jest „jakieś lewe”, np. interesy. Stąd też zagięcie swastyki w tym kierunku, która do dzisiaj jest zwyczajnym, powszechnym znakiem w buddyzmie czy hinduizmie. Czasem wykorzystuje się ją nawet w marketingu, jak na poniższym zdjęciu, które zrobiłem w Indiach. To logo firmy produkującej pokrycia dachowe. Nazywa się „Swastik”, a jej symbolem jest właśnie swastyka wkomponowana w słońce wznoszące się nad kawałkiem blachy falistej. Wartość artystyczne nie jest wielka, ale symboliczna – bardzo pozytywna. Przynajmniej w Indiach, bo przed ewentualną ekspansją do Europy, a tym bardziej Izraela, należałoby zrobić mały „rebranding”.


Logo ze swastyką


Historia lubi się powtarzać, a Azja centralna wydała na świat wiele pokoleń niszczycielskich wojowników. To stamtąd pochodzili m.in. Mongołowie, Hunowie i właśnie Ariowie. W efekcie tych ekspansji bardziej zaawansowane cywilizacje często musiały ulec prymitywnej sile. Fakt ten przełożył się też na historię Indii, bo przyczynił się powstania hinduizmu. Ariowie musieli jakoś utrzymać swoje panowanie nad bardziej zaawansowanymi ludami, które ujarzmili militarnie. Rozwinęli więc wymyślone przez siebie kasty, siebie samych stawiając na czele hierarchii, a podbitych ludzi ustawiając wzdłuż hierarchicznej drabiny ważności. Na pocieszenie „niewolnicy” mieli jedynie to, że za dobre życie odrodzą się kiedyś jako osoby z wyższej kasty. Trzeba przyznać, że był to całkiem dobry pomysł na utrzymanie podporządkowania pokonanych. Do dzisiaj zresztą w Indiach nikogo nie dziwi fakt, że jedni umierają na kupie śmieci, kiedy inni żyją dostatnio. To właśnie bardzo dalekie pokłosie podboju tej części świata przez ludy, które zbudowały swoją potęgę na męskiej sile i dominacji, a swoją władzę zakorzeniły w religii.


My także jesteśmy odległymi potomkami Ariów. Dokładne daty oczywiście nie są znane, ale przybyliśmy do Europy tak ze 4 tysiące lat temu. I tak jak nasi pobratymcy w Indiach, podbiliśmy i zdominowaliśmy jej ówczesnych mieszkańców. Nie byli oni jednak aż tak zaawansowani kulturalnie, więc wprowadzanie sposobów na ugruntowywania władzy, takich jak rozbudowane kasty, nie było konieczne. Ludy, które dawniej zamieszkiwały Europę, musiały ustąpić pod naporem Indo-Europejczyków. Ale część z nich przetrwała wszystkie nawałnice. Jest jeden naród, który wciąż się całkiem nieźle trzyma. I tylko ta grupa ludzi ma prawo nazywać się prawdziwymi Europejczykami. To… Baskowie.


Na dobrą sprawę jest to naród mało znany. Mówią językiem podobnym zupełnie do niczego, bo wszystkie spokrewnione z nimi narody i plemiona już dawno wyginęły. O Baskach słyszy się czasem przy okazji jakichś doniesień o terroryzmie. Ich ETA walczyła o niepodległość, podkładając bomby i zabijając wiernych Hiszpanii urzędników i mundurowych. Baskowie nie mają własnego państwa, choć są prawdziwymi potomkami europejskich tubylców. Żyją na pograniczu dzisiejszej Hiszpanii i Francji praktycznie od zawsze, przypuszcza się, że nawet od 30 tysięcy lat! Baskowie nigdy nie pokusili się o stworzenie własnego państwa z prawdziwego zdarzenia, nie licząc epizodu Królestwa Nawarry, które w latach 824-1620 zjednoczyło pewną część zamieszkałej przez nich ziemi. Ciśnie się wręcz pytanie – dlaczego?


Wyjaśnieniem może być kultura dawnych Basków. Choć dzisiaj przejęła już od sąsiadów swój „męski” charakter, dawniej ona także zagłębiona była w matriarchacie. Główną boginią była oczywiście kobieta – Mari. Poruszała się w powozie, przed którym… biegł jej mąż, co mówi trochę o pozycji obu płci. Pozycja kobiet w baskijskiej społeczności była bardzo silna, np. po czyjeś śmierci obrzędami kierowała pani domu lub pod jej nieobecność – starsza, doświadczona kobieta mieszkająca w okolicy. Nakazy i zakazy moralne też różniły się znacząco od prawa nadanego przez męskiego Jahwe i innych jego patriarchalnych odpowiedników. Baskowie także nie mogli kraść, kłamać, zabijać. Jednak ich „dekalog” potępiał także bycie wyniosłym i przechwalanie się, nakazując szanowanie bliźnich i solidarność względem nich. Prawa niby podobne, ale jednak jest w nich coś innego, jakiś kobiecy duch. Męski świat nie zakazuje wyniosłości i przechwalania się. Wręcz przeciwnie – były to cnoty wojowników, którzy lubili licytować się, kto był waleczniejszy i zabił więcej przeciwników. Baskowie wyrośli jednak z tej dawniejszej, bardziej pokojowej i mniej ekspansywnej kultury, która takie zachowania potępiała. Przez przypadek udało im się przetrwać, ale musimy pamiętać, że ludy im pokrewne przed przybyciem Ariów zamieszkiwały znakomitą większość Europy i cała ta reszta została przez nas ujarzmiona.


Kolejnym rasowym mitem, z którym warto by się przy tej okazji rozstać, jest domniemane bliższe spokrewnienie Niemców ze starożytnymi Ariami. Niestety, gdyby za punkt odniesienia brać tę „ekipę”, która podbiła Indie, to bardziej spokrewnieni okazują się Słowianie, czyli także my – Polacy. Wnioski takie nasuwają się w wyniku porównań językowych, w których polski okazuje się dużo bardziej podobny do sanskrytu, czyli języka, którym Ariowie zapisali swoje księgi religijne – Wedy. Już sama nazwa tych tekstów jest spokrewniona z naszym wyrazem „wiedza”. Rozbijmy jednak złudzenia Hitlera do końca. „Sto” to w sanskrycie „sata”, a po niemiecku „hundert”; „dwa” to odpowiednio „dva” i „zwei”, a „trzy” to „tri” i „drei”. Podobnie jest z innymi wyrazami, np. nasz „brat” to u starożytnych Ariów „bhrat.r” a u naszych zachodnich sąsiadów „Bruder”. Tak więc gdyby już wzorem nazistów szukać na siłę najczystszych europejskich krewniaków tego dawnego ludu, należałoby spojrzeć raczej na Słowian. A poza Europą byliby to mieszkańcy Iranu, czyli kraju, którego nazwa pochodzi bezpośrednio od samego wyrazu „arya” i oznacza po prostu „kraj Ariów”. Mimo że obecnie – jako Europejczycy – mamy tendencję zrównywać wszystkich mieszkańców Bliskiego Wschodu z Arabami, w istocie są tam też czyści „Aryjczycy”, a nawet dalecy potomkowie Żydów, czyli… afgańscy Pasztuni. Świat ludzkich społeczności jest światem tak dynamicznym, że twarde podziały na rasy i podrasy po prostu nie mają sensu.


Dla ścisłości trzeba wspomnieć, że poza Baskami europejskimi tubylcami są jeszcze Saami, czyli tak zwani Lapończycy. Oni także są tu od baaaardzo dawna, praktycznie od kiedy tylko lodowiec opuścił północną Europę, co miało miejsce ok. 10 tys. lat temu. Byli w Skandynawii na długo, zanim przybyli tam Finowie i Germanowie (odłam Ariów). Szkopuł w tym, że owi Lapończycy wykazują dość wyraźne cechy rasy żółtej. Czyli drugim najstarszym narodem Europy są ludzie o niskim wzroście, szerokiej twarzy, wystających kościach policzkowych, ciemnych włosach, zadartych nosach i żółtawej skórze. Mówiąc krótko – Azjaci z nieco bardziej otwartymi oczami. I jak tu być europejskim szowinistą, skoro porównując z Lapończykami mieszkamy na tym kontynencie dopiero od przedwczoraj?


Ci właśnie mało znani obecnie Saami byli kiedyś panami północnej Europy. Życie biegło im bardzo spokojnie i pokojowo. W języku Saami nie było nawet wyrazu „wojna”. Tyle, że ich świat na przestrzeni tysięcy lat nie zmienił się wcale, nasz wyewoluował w stronę postępu i wojskowości. W efekcie pokojowi Lapończycy musieli ulec podbojowi przez nowych, bardziej ekspansywnych przybyszów i dzisiaj spotkać ich można tylko na bardzo dalekiej północy Skandynawii.


Nie zawsze jest tak, że ludy bardziej cywilizowane podbijają barbarzyńców. Ale zawsze to silniejszy podbija słabszego. My jesteśmy spadkobiercami tych silniejszych. Nasi przodkowie ujarzmili i pokonali mniej wojowniczych tubylców. W tym naziści mieli rację. Słabi znikali z kart historii lub byli spychani na margines, jak jedyni żyjący do dzisiaj prawdziwi Europejczycy – bezpaństwowi Baskowie na południu i Lapończycy na północy. Naziści w pewnym sensie faktycznie byli kontynuatorami tradycji Ariów. W swoim pochodzie miażdżyli wrogów gąsienicami czołgów, jak kiedyś Ariowie kopytami swoich koni. Z dawnymi stepowymi wojownikami łączył ich kult siły, pragnienie dominacji i poczucie wyższości nad podbijanymi wrogami. Dawni Ariowie nazwali się „szlachetnymi”, a wrogów określili mianem „niewolników”. Niedawni Niemy przyjęli określenie „nadludzie”, a przeciwników ochrzcili konsekwentnie „podludźmi”. Na całe szczęście Trzecia Rzesza nie powtórzyła jednak sukcesu wojowniczych pasterzy, na których dziedzictwo się powoływała. Poszła raczej śladami Hunów, którzy po olśniewającym sukcesie zniknęli z kart historii równie nagle, jak się pojawili. Oby na zawsze, bo wolę, kiedy na miano „szlachetnego” trzeba sobie zasłużyć godnym życiem, a nie „właściwym” urodzeniem.