Kiedyś przy okazji dyskusji na forum internetowym znany celebryta marketingu – Paweł Tkaczyk – przytoczył sentencję, która utkwiła mi w pamięci: „Prawda jest jak dupa, każdy ma swoją”. Niepokoi mnie powyższe stanowisko, nie tylko w kontekście reklamy. Mówiąc szczerze – brzydzę się takim podejściem do rzeczywistości, bo stawianie słowa „prawda” koło słowa „dupa” łatwo może zakończyć się połączeniem tych dwóch wyrazów przyimkiem „w”.

Pierwszą falę obrzydzenia poczułem, słuchając już jakiś czas temu Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Mówili oni o takim raporcie z katastrofy smoleńskiej, który jest zgodny z polską racją stanu. Sugerowali, że jest jakaś „prawda”, która służy Polsce i powinniśmy o nią walczyć. Choćby o to, aby nie mówić, że generał Błasik znaleziony w kokpicie rozbitego samolotu, miał we krwi alkohol, bo to „godzi w honor polskiego żołnierza”. Nie chodziło im o fakty, z którymi być może dałoby się dyskutować. Szło tylko o to, by z założenia uznać za fałszywe wszystko to, co stawia nas w złym świetle. Tak więc ta „prawda” odmieniana przez wszystkie przypadki przez posła Macierewicza wcale nie ma być zgodna z zastaną rzeczywistością. Musi po prostu być zbieżna z rzekomym interesem narodowym. Z samego założenia ma więc pełnić jakąś funkcje propagandową, a nie przybliżać rzeczywistość. Mam dziwne wrażenie, że nasza narodowa prawica i rosyjska narodowa dyktatura to po prostu dwie strony tego samego medalu. Jedni walczą z drugimi o to, czyja narracja będzie tą „prawdziwą”.

 

Ogólnie bardzo niepokoją mnie próby zawłaszczania „prawdy” w imię jakiegoś rzekomo ogólnego dobra. Najbardziej paskudny jest tu tak zwany „interes narodowy”. Wprowadza on fałszywe świętości, które mamy czcić bez pytania o obiektywną rzeczywistość, a nawet bez możliwości dyskusji z odgórnie narzuconą interpretacją. Niedawno sieć obiegła informacja, że jeden z weteranów naszych wojskowych misji zagranicznych, sierżant Jacek Żebryk, złożył 77 zawiadomień do prokuratury w sprawie internautów, którzy „godzili w dobre imię polskiego żołnierza”. 25 z tych wpisów zostały uznane przez prokuraturę za wykazujące znamiona przestępstwa. Przykładowy „przestępca” napisał na forum po prostu „jednego okupanta mniej”. I wiecie co? Mam szczerą ochotę dołączyć do nich na ławie oskarżonych.

W pewnym sensie polskie wojska w Afganistanie SĄ ARMIĄ OKUPACYJNĄ. A talibowie z tej perspektywy to po prostu powstańcy, którzy walczą z najeźdźcami niczym Dawid z Goliatem. Nie posiadają samolotów bezzałogowych, satelitów szpiegowskich ani ciężkich wozów bojowych. Mają jedynie bomby i desperackie rajdy samobójcze, walczą więc tak, jak mogą. Nasz minister obrony narodowej, Tomasz Siemoniak, nazwał talibów, którzy przeprowadzili skuteczny zamach na (naszą) armię okupacyjną, „bandytami”. Z jego punktu widzenia może to i ma sens, ale równie dobrze można ich nazwać bohaterami. Czy nie tak nazywamy polskich partyzantów, którzy przeprowadzali zamachy na wojska i oficjeli nazistowskich? Co więcej, nasza Armia Krajowa także korzystała z sabotażu i skrytobójstwa. Nie miała innego wyjścia – Dawid nie wygrałby z Goliatem w uczciwych zapasach, musiał użyć procy.

Zbyt wiele zależy w tym przypadku od punktu siedzenia. Kiedy talibowie (zwani wtedy mudżahedinami) zmagali się z inwazją wojsk ZSRR, byli w naszych oczach widziani jako bohaterowie, bo walczyli z naszymi wrogami. Kiedy teraz stosują dokładnie te same metody przeciw polskiej armii – są dla odmiany bezwzględnymi terrorystami i bandytami. Zabawna przemiana, prawda?

Podobnie było i wtedy, bo mudżahedini przez sam Związek Radziecki byli przedstawiani jako terroryści (zwani wtedy „bandytami”), bo sabotowali proces „wyzwalania” Afganistanu przez Armię Czerwoną. W rzeczywistości inwazja wojsk sowieckich niosła jakiś mierzalny postęp cywilizacyjny w te dzikie rejony. To wtedy po raz pierwszy zagościł tam taniec (zakazany przez islam) oraz zaczęła rozpowszechniać się edukacja kobiet. Ale u nas wypada mówić w tym kontekście tylko o złych Rosjanach-okupantach i oporze dzielnych powstańców. Ale kiedy to my jesteśmy armią dokonującą inwazji i narzucającą Afgańczykom obcy i sprzeczny z ich kulturą system rządów, to możemy mówić tylko o „wyzwalaniu” tych regionów oraz o walce z „bandytami”, którzy tak samo teraz zabijają polskich żołnierzy, jak niegdyś zabijali radzieckich. Tak więc jak to jest z tą prawdą? Czy możemy nazywać rzeczy po imieniu, czy może jednak powinniśmy przekłamywać rzeczywistość w trosce o „honor polskiego żołnierza”? A co robić z tymi, którzy nie przekłamują? Karać i zamykać, jak życzyłby sobie tego wspomniany sierżant Żebryk?

 

Zresztą prawda z wojskiem ma niewiele wspólnego już od dawna. Jakiś czas temu ze Światowego Związku Żołnierzy AK wyrzucono 91-letniego Henryka Pawelca. Za to, że stojąc już nad grobem odważył się mówić prawdę o wcale nie tak nieskazitelnej przeszłości AK. Otóż jednym z jej dowódców był niejaki „Barabasz”, o którym jeden z jego byłych podkomendnych odważył się powiedzieć „zbrodniarz” oraz wskazać konkretne przestępstwa i niegodziwości, których dopuścił się jego przełożony. Nikt jednak nie próbował dyskutować ze wspomnianym żołnierzem na argumenty, po prostu go wyrzucono za brak szacunku wobec przełożonego. Wina? Mówienie prawdy.

Tuszowanie i przemilczanie zbrodni wojennych to cecha ogólnoświatowa. W 1988 roku amerykański okręt wojenny omyłkowo zestrzelił pasażerskiego Airbusa należącego do irańskich linii lotniczych i to na wodach terytorialnych tego drugiego kraju, z którym formalnie nie był nawet w stanie wojny. Tragedia i dramat? Ależ nic z tych rzeczy – bohaterstwo! Tak oceniło to amerykańskie dowództwo, a na potwierdzenie swojego stanowiska przyznało żołnierzom służącym na wspomnianym krążowniku medale. Osobę bezpośrednio odpowiedzialną za zestrzelenie cywilnego samolotu, czyli zabicie 290 niewinnych osób, odznaczono szczególnie, tak jak i głównego dowódcę, którego nagrodzono za „wyjątkowe zasługi podczas wykonywania obowiązków”.

Równie cyniczny byli też Rosjanie, którym także zdarzyło się strącić cywilny samolot pasażerski. W nagrodę pilot dostał premię pieniężną, a jego przełożony, który wydał mu rozkaz ataku, awansował z czasem do stopnia dowódcy całych Rosyjskich Sił Powietrznych. Warto jeszcze przypomnieć, że zestrzelenie przez ZSRR cywilnego samolotu zostało nazwane przez prezydenta USA w oficjalnym orędziu „zbrodnią przeciwko ludzkości”. Tak więc w sytuacji, w której „prawda” staje się narzędziem manipulacji, zbrodnię od bohaterstwa dzieli tylko i wyłączni punkt siedzenia.

Prawda nic nie znaczy także na arenie międzynarodowej, bo tę obowiązującą wyznacza tam silniejszy – przynajmniej na danym terytorium. Weźmy na przykład amerykańską interwencję w Kosowie. Doprowadziła ona do powstania nowego, niezależnego państwa, co w oczywisty sposób naruszyło świętą podobno integralność granic, w tym przypadku Serbii. Kiedy Rosja zrobiła dokładnie ten sam manewr w Gruzji, okazała się bezwzględnym agresorem. Tu i tu obce wojska przymuszały do pokoju walczące strony, przyznając rebeliantom prawo do samostanowienia. Zatem dlaczego w przypadku Gruzji nasz kraj mówi o pogwałceniu integralności granic tego państwa, a w przypadku Serbii o obronie niewinnych Albańczyków? Z tego samego powodu, dla którego Rosja mówi o pogwałceniu integralności terytorialnej Serbii oraz obronie Osetyjczyków.

 

Czym tak naprawdę jest ta „prawda”? Ja wierzę, że jest pewną mieszanką szczerości i wnikliwości. To oczywiste, że różne osoby mogą w odmienny sposób spostrzegać tę samą rzeczywistość. Ale nie upoważnia nas to jeszcze do traktowania prawdy jak swojej własności, na miarę tej przysłowiowej już „dupy”, i używania dla własnych interesów. Do prawdy należy dochodzić, trzeba jej szukać. Niekiedy wymaga to odwagi, czasem nawet buntu. Podoba mi się postawa ludzi w typie księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który tropi w Kościele katolickim dawnych współpracowników SB, a teraz nawet „lobby homoseksualne”. Odbrązawia instytucję, która chciałaby uchodzić za nieomylną i nieugiętą, choć sam jest jej częścią. Myślę, że dla niego prawda jest czymś więcej niż tylko „dupą”. Nieproporcjonalnie więcej jest jednak ludzi, którzy boją się powiedzieć, że „król jest nagi”. Zwykle idą nawet o krok dalej – potępiają tych, którzy mają odwagę mówić prawdę. Pamiętacie sprawę więzienia Abu Ghraib? Wyszły tam na jaw tortury m.in. takie, jak sikanie do ran postrzałowych, oblewanie kwasem, gwałty, wkładanie przedmiotów w odbyt, bicie, rażenie prądem. Z bardziej kreatywnych pomysłów wyróżniał się np. „pająk”, czyli wiązanie skrępowanych więźniów drutem za penisy i popychanie ich. Wrogiem publicznym Amerykanów zostali jednak nie sprawcy, a żołnierz, który ujawnił te niegodziwości, co doprowadziło do ukrócenia procederu i skazania przynajmniej części winnych. Niestety nie jest on bohaterem szkolnych lekcji postaw obywatelskich i prawdopodobnie nigdy nie będzie.

Podobną sytuację mamy obecnie w naszym kraju, bo w dalszym ciągu toczy się proces w sprawie „Nangar Khel”. Ta afgańska wioska została ostrzelana przez polskich żołnierzy w bardzo niejasnych okolicznościach. Świadkami oskarżenia są w tym procesie siłą rzeczy żołnierze, którzy odważyli się zeznawać przeciw swoim kolegom z wojska. Mam wielką nadzieję, że – jeśli do doszło do zarzucanych czynów – sprawcy trafią do więzienia, a od „honoru polskiego żołnierza” ważniejsza okaże się prawda. Oby tylko na drodze do niej nie stanęła nasza odwieczna narodowa duma (lub dupa).

Ilustracja wykorzystana została na zasadzie licencji Creative Commons.