W „Incepcji”, popularnym filmie science-fiction, ważnym wątkiem fabularnym jest trudność w stwierdzeniu, czy coś się dzieje na jawie czy we śnie. Główni bohaterowie mają „totemy”, czyli jakieś drobne przedmioty – jak ten na obrazku powyżej – których właściwości są im tylko znane, dzięki czemu mogą ocenić, czy to, czego doświadczają, dzieje się naprawdę. W rzeczywistości ten film jest dużo bardziej „fiction” niż „science”, a do sprawdzenia, czy jest się w stanie snu, nie trzeba żadnego totemu. Wystarczy odrobina wiedzy psychologicznej.


Totem psycho-logiczny

Jeśli zdarzy się Wam świadomy sen i nie będziecie pewni, czy to wszystko dzieje się naprawdę, spróbujcie coś przeczytać. Umysł śpiącego człowieka nie będzie w stanie tego zrobić. Literki się pojawią, ale w losowej kolejności, a podczas wpatrywania się w tekst będą zmieniać kolejność. Wszystko dlatego, że podczas snu nasz umysł znajduje się pod kontrolą bardziej pierwotnych struktur mózgu. Mogą one sięgać do pamięci wzrokowej, dzięki czemu zobaczymy prawdziwe litery, a nie losowe znaczki. Ale te części mózgu nie są w stanie łączyć tych śladów pamięciowych z ich abstrakcyjnym znaczeniem. W efekcie litery nie układają się w żadne sensowne ciągi.

Nawet jeśli we śnie nie macie pod ręką żadnej książki, gazety, czy telefonu, dalej możecie zdać sobie sprawę, że śnicie. Wystarczy, że spróbujecie przeprowadzić w myślach jakieś obliczenia. Przy czym ma tu miejsce zabawna rozbieżność. Z badań (Tadas Stumbrys) wynika, że ludzie nie mają problemów z prostym mnożeniem, ale z dodawaniem, odejmowaniem i dzieleniem już tak. Dlaczego tak się dzieje? Śpiący mózg ma dostęp do pamięci słownej, a tabliczkę mnożenia wkuwaliśmy przecież „na blachę”. Dlatego odpowiedzi na „6 razy 6” udzielamy z pamięci, a nie w wyniku procesu kalkulacji, który angażowałby tzw. nową korę mózgową.

W rzeczywistości sposobów na stwierdzenie, czy doznawane doświadczenia dzieją się naprawdę, jest dużo więcej. W śnie doświadczana rzeczywistość jest labilna. Wspomnieliśmy już, że podczas próby czytania literki skaczą nam przed oczami, zmieniając się miejscami. Podobnie, kiedy spojrzymy na zegarek, odwrócimy wzrok, a potem spojrzymy ponownie – zobaczmy inną godzinę. Nawet wpatrywanie się w jeden, dobrze nam znany przedmiot pomoże nam zdać sobie sprawę, że jego kształty są zmienne. Mogą to być na przykład własne dłonie.

Śniący umysł nie jest też racjonalny i nie łączy faktów, które w realnym życiu byłyby oczywiste. Włączniki nie zapalają ani nie gaszą światła. We śnie zatkanie nosa nie spowoduje niemożności oddychania. A po zamknięciu oczu nie zobaczmy ciemności, ale kolejne marzenia senne. Z punktu widzenia psychologii „Incepcja” jest tak samo irytującą bajką, jak astrologia dla astronomów.


Komputer biologiczny

Po co w ogóle śnimy? Odpowiedź na to pytanie może wydawać się trudna, ale tak naprawdę jest dość naturalna, jeśli weźmie się pod uwagę sposób działania mózgu człowieka, ale także ssaków – bo one też mają sny. Co prawda raczej nam o tym nie opowiedzą, ale wystarczy przyjrzeć się takim scenom jak ta, aby zrozumieć, że ludzie wcale nie są pod tym względem wyjątkowi.



Wbrew powszechnej opinii mózg nie działa jak komputer. Nie mamy nośnika pamięci, na którym coś zostaje raz na zawsze zapisane. Mózg to nie dysk twardy. Ślady pamięciowe stopniowo zanikają – tym szybciej, im mniej emocji towarzyszyło im podczas „zapisywania”. Ta ostatnia reguła ma ogromne znaczenie ewolucyjne, ponieważ sytuacji prowadzących do zagrożenia życia należy bezwzględnie unikać. Stąd doskonale pamiętamy, że coś nas skrzywdziło, czy spowodowało ból. Coś albo ktoś, bo awersja do pewnych osób lub zdarzeń może mieć formę fobii, które nie są obce także zwierzętom. Pies bity przez pijanego człowieka często warczy na wszystkich ludzi, od których czuje alkohol i bardzo trudno wygasić w nim ten emocjonalny ślad pamięciowy.

Inaczej jest z bodźcami neutralnymi emocjonalnie. Słówka w obcym języku zapominamy stopniowo, wraz z upływem czasu. Świadomość przeszłych zdarzeń, sytuacji i osób także, o ile nie były mocno zabarwione emocjonalnie. Ale nie wszystkie w równym stopniu, bo pewne z nich są nieświadomie odświeżane podczas snu, poprzez procesy kojarzenia i kategoryzowania. Ma to także bardzo praktyczne znaczenie, co obrazuje powiedzenie „przespać się z czymś”. We śnie wiele rzeczy potrafi samo się poukładać. Czasem nawet w tak spektakularny sposób, jak w przypadku Friedricha Kekulé von Stradonitz. Uczony ten głowił się nad budową związków organicznych, takich jak beznen, którego układ atomów wybiega poza typ standardowych wiązań chemicznych. Odpowiedź przyszła we śnie, który miał formę… typową dla snów. Nie był jasny i jednoznaczny. Uczonemu śniły się wirujące atomy, które miały też przypominać tańczące w kręgu diabły, a nawet węża gryzącego własny ogon. Jeden wielki ciąg skojarzeń, który ostatecznie podpowiedział rozwiązanie problemu dręczącego chemika – zrozumienie budowy związków aromatycznych możliwe jest po zdaniu sobie sprawy z ich pierścieniowej budowy.

Sen jest stanem, w którym mózg porządkuje posiadane dane. Łączy je w różne grupy, przyporządkowując do swoich wewnętrznych kategorii, często tak rozbieżnych i abstrakcyjnych jak wirujące atomy, tańczące diabły, zwinięty wąż. Wspólną płaszczyzną dla tego ciągu był kształt pierścienia. W przypadku bardziej codziennych problemów mogą to być skojarzenia z różnymi miejscami, doznaniami, kształtami, cechami charakteru. Śpiący mózg układa te dane, próbując tworzyć związki między nimi, w zaskakujący nieraz sposób. Utrwala przy tym te informacje, które okazują się istotne – czyli te, z którymi się spotkał poprzedniego dnia oraz te, z którymi potem je skojarzył. Takie cykliczne wzmocnienia utrzymują naszą pamięć, a nawet poszerzają ją o nowe skojarzenia.


Sno-analiza

Analizy snów mówią nam, że – wbrew pozorom – nasze marzenia senne wcale nie są przypadkowe. Zwykle przy odrobinie wysiłku świadomości udaje się ustalić, co i dlaczego było motywem przewodnim. Zazwyczaj to sytuacja z dnia poprzedniego wywołuje skojarzenia, które są przez mózg obrabiane w procesie śnienia. Umysł skacze między różnymi wzorami pamięciowymi, zupełnie nie przejmując się ciągłością miejsca i czasu. Osoba, którą spotkaliśmy w dzień przed zaśnięciem (lub o której myśleliśmy), może spowodować lawinę nieświadomych skojarzeń, które z kolei pociągają dalsze skojarzenia i fabuła poszybuje w coraz większą abstrakcję. Mogą to być bardzo oderwane elementy rzeczywistości, np. kolor włosów osoby, z którą rozmawialiśmy w dzień, może przypomnieć postać matki, a on rozbudzić jakieś zadawnione potrzeby emocjonalne, co przełoży się na inne elementy snu itd. Są to procesy dość śliskie, dlatego już dawno zrezygnowano ze sztywnego analizowania marzeń sennych. Klucz do ich zrozumienia znajduje się w skojarzaniach pacjenta, a nie psychoterapeuty. I zwykle – w bezpiecznym otoczeniu, które nie ocenia i nie potępia – takie skojarzenia się pojawiają. Aby właściwie zrozumieć fabułę, warto skupić się na jej głównym wątku i spróbować osadzić ją w doświadczeniach, które miały miejsce niedawno przed pojawieniem się danego snu. Potem można zapytać się też, co dokładnie kojarzy się z różnymi pobocznymi wątkami, z wyglądem miejsc i postaci. Działa tu zasada – po nitce do kłębka.

Zygmunt Freud nazywał sny „królewską drogą do nieświadomości”. Chrzanił. Kiedy czyta się analizy jego własnych snów, człowiek łapie się za głowę. Interpretacje Freuda są żenujące nawet w świetle samej psychoanalizy, którą przecież osobiście zapoczątkował. Wszystko to pachnie czasami sporą dawką hipokryzji. Wspominałem już kilka razy w innych tekstach, że Freud był mocno zaburzonym człowiekiem, który co prawda zbudował podstawy przełomowej teorii rozumienia ludzi, ale względem siebie samego używał psychoanalizy głównie do budowania parawanu dla własnych problemów. I był w tym na tyle konsekwentny, że ze wszystkimi uczniami, którzy się z nim nie zgadzali, zrywał kontakty. Z tekstów, w których Freud analizował własne sny, bije neurotyczny narcyzm, który w połączeniu z naiwną ślepotą względem swoich symptomów jest bardzo ciężkostrawny. Czyta się to wszystko ciekawie, ale trzeba patrzeć bardziej jak na studium przypadku, niż jakąś wiarygodną wiedzę. Dlatego – choć uważam psychoanalizę za przełomowy etap rozwoju psychoterapii – doradzam ostrożność w jej dosłownym przyjmowaniu. Jako dziedzina wiedzy w wielu miejscach gubi logikę, bazując na autorytecie i sztywnej doktrynie wprowadzonej przez twórców.

A wielka szkoda, bo sam sposób myślenia o człowieku, który wprowadziła psychoanaliza, jest nie tylko logiczny, ale nawet nierzadko nawet możliwy do potwierdzenia poprzez obserwacje i eksperymenty. Jak to często bywa – najsłabszym ogniwem jest sam człowiek. Opisywałem już chyba kiedyś mojego znajomego psychoanalityka, dla którego jego fascynacja monstrualnie otyłymi kobietami jest dowodem na głęboki heteroseksualizm, co ma implikować ukryty homoseksualizm u osób ceniących szczupłe sylwetki. Innymi słowy normalne jest to, co podoba się jemu, czyli kobiety ważące ponad 100 kilo przy wzroście poniżej 170 cm, w czym – broń Boże – jego zdaniem nie ma cienia odbicia własnych problemów z dzieciństwa. Trochę jak z Freudem, który uwiódł własną córkę, a potem odwołał swoją koncepcję kompleksu Edypa, bo stawiała go ona w złym świetle. Tymczasem jest to sensowna teoria znajdująca potwierdzenie w praktyce klinicznej, choć należy ją taktować nieco mniej doktrynalnie niż robili to pierwsi psychoanalitycy.

Tym niemniej sama idea psychoanalizy generalnie jest zbieżna z badaniami nad śpiącym mózgiem. Psychologia głębi przywiązuje dużą wagę do nieświadomości, czyli do wszystkiego tego, co jest w naszym umyśle, ale z czego normalnie nie zdajemy sobie sprawy. Między innymi dlatego, że sprawiałoby nam to dyskomfort, kłócąc się z naszą wewnętrzną moralnością. Jak wynika z badań, podczas snu faktycznie aktywne są starsze struktury mózgu, odpowiedzialne za pamięć i emocje, a nie te, których używamy, stosując mechanizmy obronne. Tym samym śniąc, obcujemy z tym, co psychoanaliza nazywa przedświadomością, czyli z tymi treściami, które są płytko pod powierzchnią świadomości. W snach wychodzą nasze skrywane pragnienia i obawy, także seksualne lub związane z innymi nieakceptowanymi popędami, takimi jak agresja. Niekiedy są one zbyt zagrażające, aby mogły być przyswojone przez racjonalny umysł. Są wtedy wypierane ze świadomości, czyli szybko zapominane. Choć niektórym osobom wydaje się, że nie mają snów, nie jest to prawdą. Wszyscy je mają, ale niektórzy bardzo szybko zapominają. Najczęściej właśnie z powodów opisanych powyżej. Podczas psychoterapii, wraz z rozwiązywaniem kolejnych konfliktów i obniżaniem poziomu lęku, wracają też sny. To znaczy nie tyle wracają, co przestają być kompulsywnie zapominane.


Sno-terapia

Sny faktycznie mogą być drogą do samorozwoju. Pozwalają nam zajrzeć głębiej w siebie, odkryć to, co znajduje się gdzieś za progiem. Trzeba po prostu przestać się ich bać i z ciekawością przyjmować wszystko to, co przynoszą. Jeśli nawet w śnie dokonujemy np. aktu przemocy, nie znaczy to, że kogoś faktycznie chcemy zabić. Ale zapewne mamy do tej osoby (lub osoby, którą reprezentuje dana postać senna) wiele złości. Uświadomienie sobie tego faktu pozwala podjąć racjonalne decyzje, mogące rozwiązać nasz problem już na jawie.

Innym, równie fascynującym tematem są koszmary senne. Zwykle ludzie ich unikają, próbując się obudzić w sytuacji wyśnionego zagrożenia. Oczywiście można to zrobić, choćby korzystając z technik opisanych powyżej – próba rozwiązania w myślach kilku zadań matematycznych powinna pomóc. Ale dużo korzystniej jest się spotkać z naszymi lękami. Można wtedy zrobić coś, z w psychoterapii nazywa się „renegocjacją traumy”. Jest to odwrócenie w wyobraźni – lub w tym przypadku we śnie – niekorzystnego biegu zdarzeń z przeszłości w taki sposób, by historia zakończyła się zwycięstwem. Człowiek, który jest w stanie pokonać zagrożenie lub przynajmniej skutecznie mu uciec, nie rozwija w sobie efektów traumy, będącej następstwem doświadczenia stanu bezradności wobec zagrożenia. Takie problemy można przepracować także w snach. Jeśli kogoś nawiedza koszmar, że się topi, w wyobraźni mogą wyrosnąć mu skrzela, co zamieni doświadczenie bezradności w poczucie siły. To jest sen – jeśli możemy oddychać przez zatkany nos, możemy też robić to pod wodą. Albo zacząć latać, jeśli nasz koszmar dotyczy na przykład spadania. Wszystko jest kwestią gotowości do konfrontacji z wewnętrznym zagrożeniem. Jeśli uda nam się wejść na poziom świadomego snu, czyli skutecznie przeprowadzimy jeden z przytoczonych w tym tekście testów, niczym już nie ryzykujemy. Możemy eksperymentować. Rzucić się ze skały z myślą, że nie spadniemy, tylko polecimy do góry. I prawdopodobnie tak się stanie, bo już sam akt skoku będzie przełamaniem wewnętrznego lęku.

Jeszcze ciekawiej wyglądają spotkania z zagrażającymi postaciami sennymi. Psychoterapeuta Paul Tholey sugeruje, żeby nie uciekać, ani nie walczyć z nimi, tylko spróbować nawiązać kontakt. Warto przełamać się i zapytać postać z sennego koszmaru, kim jest i czego chce. Rozmowa i próba zrozumienia jej motywów mają wielką moc zmiany – w końcu ta osoba jest tylko wewnętrzną projekcją naszej nieświadomości, naszego ego. Komunikując się z postaciami sennymi, komunikujemy się z samymi sobą, z naszym wewnętrznym doświadczeniem. A jeśli dialog nie jest możliwy, trzeba się po prostu odseparować – odejść od tej osoby lub zmienić scenerię, choćby poprzez zamknięciu oczu.

Ze swoich własnych doświadczeń mogę przywołać sen z dzieciństwa. Ścigał mnie pies, który strasznie szczekał. Uciekłem do pokoju, ale on dalej ujadał przy drzwiach, których nie mogłem domknąć. Pies wciąż próbował się do mnie dostać, czym powodował mój lęk. Jednak zebrałem się na odwagę, by mu się przyjrzeć. Zdałem sobie wtedy sprawę, że on wcale nie chce mnie ugryźć, a jedynie zwrócić moją uwagę. Chciał, żebym za nim poszedł. Zgodziłem się. Przestał szczekać i zaczął wskazywać mi drogę. Niestety nie wiem, dokąd ona prowadziła, bo chwilę potem się obudziłem. Ale coś i tak się wydarzyło – byłem spokojny i miałem w sobie poczucie ulgi. Zagrożenie minęło, a „wróg” wcale nie chciał mnie skrzywdzić, tylko zmienić, dla mojego dobra. Co dokładnie symbolizował ten pies? Prawdopodobnie był odzwierciedleniem mojego wewnętrznego poczucia zagrożenia, które miało źródło w szpitalnej traumie .Doświadczyłem jej we wczesnym dzieciństwie, odbierając wtedy działania lekarzy ratujących mi życie jako wrogie i niosące śmiertelne zagrożenie. Po obudzeniu się nie miałem oczywiście świadomości, kim był ten pies, ale mieć nie musiałem – samo doświadczenie było korygujące. Traumy nie trzeba rozumieć, trzeba ją po prostu odczuć i renegocjować, co w tym śnie się właśnie stało. W każdym razie fakt, że po 30 latach wciąż go pamiętam, wydaje się znaczący.

Myślę, że każdy ma takie własne historie, z pogranicza świadomości i nieświadomości, którym dobrze jest pozwolić rozegrać się we śnie do końca, wbrew impulsom wzywającym do walki lub ucieczki. Koszmar senny tylko tak długo jest koszmarem, dopóki nie oświetli się go swoją wewnętrzną odwagą. Wtedy rozpływa się lub nawet staje zasobem, do którego możemy się odwołać w sytuacji wewnętrznego zagrożenia. W psychoterapii snami mówi się, że takie zagrażające postacie – jeśli tylko się je wysłucha i nawiąże z nimi kontakt – mogą stać się kimś w rodzaju „duchów opiekuńczych”, które czasem wracają do nas w kolejnych snach, ale odgrywając już wtedy pozytywną rolę, pomagając nam lub wspierając.


Deja vu

Badania pokazują, że zachowania, poglądy i wiedza postaci sennych są utkane z naszych własnych doświadczeń. Tu nie ma żadnej magii. Sny nie są mistycznym przewidywaniem przyszłości. Ani wskazówkami pochodzącymi z nadprzyrodzonych źródeł, od duchów, przodków czy bogów. Śni nam się przede wszystkim to, czego doświadczyliśmy, ale też to, czego się obawiamy lub czego skrycie pragniemy. I to w różnych konfiguracjach.

Mamy mnóstwo snów, choć większość z nich bezpowrotnie zapominamy. Czasem jednak w realnym życiu spotykamy bliższe lub dalsze odzwierciedlenie jakiegoś naszego marzenia sennego. Mamy wtedy wrażenie, że to już się wydarzyło, które z francuska nazywa się „deja vu”. W rzeczywistości jest to tylko zbieg okoliczności podobny to efektu „wiedziałem!”, sprowadzającego się do przekonania, że coś zostało przez nas przewidziane. Antycypując przyszłość zwykle rysujemy sobie wiele jej scenariuszy, więc nie powinno nas dziwić, kiedy któryś z nich się spełnia. Zapominamy jednak wtedy o tej reszcie i koncentrujemy się na tym, który się wydarzył, a o którym faktycznie myśleliśmy. Ale nawet gdyby sprawy potoczyły się inaczej, prawdopodobnie też mielibyśmy to samo wrażenie, bo przecież rysowaliśmy sobie w głowie wiele różnych scenariuszy. Tak też działa „deja vu”, będąc po prostu przypadkową zbieżnością ze snem, którego w innym przypadku nigdy byśmy sobie nie przypomnieli.


Krótki przewodnik oneironauty

Sen jest magiczną krainą, w której nie obowiązują nas ograniczania czasu, przestrzeni ani logiki. To obszar, w którym możemy nawiązać kontakt ze swoim wnętrzem, w sposób dużo bezpieczniejszy i bardziej konstruktywny niż podczas zażywania narkotyków. Jak jednak wejść w świadomy sen lub przynajmniej nauczyć się pamiętać swoje marzenia senne?

Na pewno warto dać sobie przyzwolenie na pojawienie się nieprzyjemnych doświadczeń. Trzeba pamiętać, że sen sam z siebie nie jest zagrażający, bo jest tylko luźną mieszanką różnych wewnętrznych tendencji, których nie można rozumieć dosłownie. To tylko zgeneralizowane sygnały, które warto wpuścić do świadomości. Nawet jeśli niosą ze sobą straszne wizje – zbrodni, kazirodztwa lub innych przerażających scenariuszy. Akceptacja to podstawa, bo oswojony sen może okazać się wcale nie tak straszny, jak początkowo nam się wydawało, że przypomnę choćby podany przeze mnie przykład ze złym psem.

Warto też trochę poćwiczyć pamięć. W tym celu można przed zaśnięciem odtwarzać sobie w myślach miniony dzień, ale zaczynając od wydarzeń najnowszych. Czyli od położenia się do łóżka, przez wieczorną toaletę, kolację i tak dalej w kierunku poranka. Czasem jest to nawet lepsze od przysłowiowego liczenia baranów, a przy okazji ćwiczy nasz mózg w sposobie przypominania sobie, który ma miejsca podczas odtwarzania snów.

W zapadaniu w świadomy sen pomaga natomiast trenowanie uważności. Przed zaśnięciem skupmy naszą uwagę na zmysłach. Przez chwilkę wpatrujmy się w ciemność pod zamkniętymi oczami, potem wsłuchujmy w ciszę lub szum w uszach, a następnie w doznania z ciała, takie jak wrażenie ciężkości i dotyk pościeli. I tak kilka cykli – leniwie, bez liczenia, bez oczekiwania czegokolwiek. Im większą świadomość doznań zyskamy, tym łatwiej poczujemy, że „coś tu nie gra”, kiedy już znajdziemy się w śnie, zdając sobie dzięki temu sprawę z naszego stanu.

Istnieje też ciekawa prawidłowość związana z fazami snu. Trudno o głęboki i rozbudowany sny w jego pierwszej fazie. Ale i to można wykorzystać. Chcąc ułatwić sobie przywoływanie snów, warto obudzić się nad ranem, po czym ponownie pójść spać. Istnieje spora szansa, że po ponownym przebudzeniu łatwiej będziemy mogli przypomnieć sobie nasze marzenia.

A jak zachować się, kiedy śnimy, a nie chcemy się obudzić, choć czujemy, że wszystko właśnie ku temu zmierza? Mariusz Sobkowiak w swoim e-booku „Nasze drugie życie. Przewodnik po świecie snu” sugeruje, aby ponownie skupić się na doznaniach zmysłowych, np. położyć – w tym śnie – na podłodze i starać się poczuć jej dotyk lub zacząć kręcić w kółko jak derwisz. Autor – praktyk świadomych snów – sugeruje też, że pomocne może być pocieranie swoich dłoni lub krzyczenie na cały głos. A jeśli przyśni nam się, że się budzimy i zaczynamy nowy dzień, po czym zdajemy sobie sprawę, że to nie dzieje się naprawdę, warto położyć się spać ponownie – w tym śnie, w którym doświadczamy fałszywego przebudzenia. Warto też nie skupiać się ma myśli negatywnej („nie chcę się obudzić”), tylko na stanie pożądanym – „chcę spać dalej”.

Zgłębianie świata snów zostało nazwane oneironautyką, co jest połączeniem greckich słów „śnić” i „żeglarz”. To ciekawa droga samorozwoju, choć jak ze wszystkim nie warto przesadzać. Sen jest dopełnieniem życia, a nie jego alternatywą. Jest jakby krzywym zwierciadłem, które pozwala zobaczyć nam nasz świat pod innym kątem, ale tak naprawdę wcale nie chcielibyśmy, aby tak działała rzeczywistość. Osoby chore na schizofrenię w czasie swoich dekompensacji zachowują się tak, jakby cały czas żyły we śnie. Tak też pracuje ich świadomość, nie trzymając się zasady ciągłości miejsca, czasu i zdarzeń. W istocie jest to przerażający stan, choć osoby te powierzchownie mogą wydawać się spełnione, realizując swoje potrzeby w fantazjach – np. czując się przysłowiowym Napoleonem. Ale nim nie są i nigdy nie będą. Ale jeśli takie przeświadczenie występuje chwilowo w marzeniach sennych zdrowego człowieka, może być cenną wskazówką, że czyjaś nieświadomość domaga się poczucia ważności. Taki między innymi przypadek – pacjenta, któremu śniło się, że jest tym legendarnym generałem – opisał Erich Fromm w swojej książce „Zapomniany język”. Choć, jak to zwykle bywa u Fromma, pierwsze rozdziały są nieco przegadane, w kolejnych znaleźć można sporo ciekawych przykładów z praktyki klinicznej, które powinny zaciekawić osoby, chcące lepiej rozumieć swoje sny. W końcu warto wiedzieć, co się robi, przez 1/3 swojego życia.