Dzieciństwo. Wspominamy je zwykle z rozrzewnieniem i pewnym sentymentem. Nawet jeśli z jakiegoś względu było trudne, często widzimy tamten świat jako prostszy i bardziej jednoznaczny. Dobro i zło były wtedy jasno rozdzielone, nawet jeśli pozornie nieoczywiste. Taki na przykład Batman. Żył poza prawem, ale walczył po stronie dobra – to było jasne jak słońce. Zorro bił chciwych i butnych urzędników, a MacGyver zwalczał wszelkie zło, stroniąc przy tym od zabijania. 
 
 
Gdy miałem mniej więcej 8 lat, umysły dzieciaków zaprzątał inny pozytywny bohater. Był nim Robin Hood, którego przygody puszczała właśnie telewizja w formie nieco mistycznego serialu, opatrzonego nie mniej klimatyczną muzyką zespołu Clannad. To było coś! My również urządziliśmy sobie bazę na drzewie, na którym porobiliśmy ławeczki, a nawet miejsce na ognisko. W tamtych czasach w głowach siedziały nam szlachetne wartości i nawet jeśli nie mogliśmy złupić żadnego okrutnego i pazernego bogacza, by rozdać jego majątek biednym, na pewno ta postawa budziła w nas głęboki szacunek. Przysięgaliśmy na strzałę Herna, zaimprowizowaną ze starej anteny, że będziemy bronić dobra.
 
A dzisiaj? Były herszt naszej bandy broni już tylko rasy aryjskiej. Drugi także został krótko obstrzyżonym zwolennikiem nazizmu. Trzeci chodzi na mecze i (na ile mogę się domyślać) nie obce są mu ustawki. Kolejny ma dwójkę dzieci i żonę, ale przez pewien czas był członkiem bandy okradającej samochody. Nie wszyscy poszli aż tak skrajnymi drogami. Na ile mam adekwatne informacje, kolejna trójka założyła rodziny, pracuje – jeden nawet we własnej firmie – i całkiem nieźle sobie radzi w życiu. 
 
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, wszystko to przypomina trochę nie tak znowu starą piosenkę The Offspring – „The kids aren`t alright”. Jest w tym nieco prawdy o świecie. Choć prawie wszyscy w dzieciństwie mamy szczytne idee i dużo w nas nadziei, część z nas zatraca się w zawiłościach życia. What the hell is going on?

 
 
Dzieci mają to do siebie, że generalnie są… empatyczne. Na tym zasadza się ich moralność – z gruntu nieco sztywna, nieco zewnętrzna, ale jednak moralność. Poza normami przyswojonymi od rodziców, bierze się ona właśnie z tych naturalnie pozytywnych emocji względem innych stworzeń. Wystarczy popatrzeć, jak dziecko głaszcze psa. Tyle w tym ciepła, oddania i chęci sprawienia, by było mu dobrze. Przyjaciel jest wtedy przyjacielem i walka o niego staje się czymś oczywistym, bez względu na koszty. Czytałem o przypadkach, kiedy dzieci ginęły w pożarach, ponieważ pobiegły ratować swojego ukochanego psa. I choć psycholog ewolucyjny powiedziałby, że jest to tylko przykład źle pojętej selekcji krewniaczej, to dla mnie ten naturalny altruizm jest raczej czymś, co stanowi esencję człowieczeństwa, a nie głupie odstępstwo od podobno przyrodzonego nam egoizmu. Choć faktem jest, że trudno by mi było ten pogląd racjonalnie wytłumaczyć, bo ja go po prostu „czuję”.
 
Być może miałem nieco szczęścia. Naszą tożsamość budują nie tylko realne doświadczenia, ale także przekazywane nam opowieści, zwłaszcza o nas samych. W psychologii mówi się o mitach czy też legendach życiowych. To opowieści, które kształtują naszą osobę przez sam fakt powtarzania i utrwalania pewnej zawartej w tym przekazie postawy. Moja rodzina nie należała do wybitnie moralnych czy nieskazitelnie etycznych. Jednak jakimś dziwnym trafem przez lata powtarzano z rozbawieniem, ale i pewnym uznaniem, historię z piaskownicy. Podobno jakiś chłopiec wziął bawiącej się w niej dziewczynce łopatkę, powodując jej płacz. Ponieważ była to moja łopatka, wyrwałem mu ją i zwróciłem pokrzywdzonej, czym naprawiłem wyrządzone zło. Myślę, że nie było w tym nic nadzwyczajnego. Prawdopodobnie zareagowałoby tak większość dzieci, które mają przecież wspomnianą tendencję do empatyzowania z otoczeniem. Przez przypadek jednak historia ta stała się tworzącą mnie narracją, która nieświadomie odcisnęła swoje piętno na mojej tożsamości. Z perspektywy czasu jestem babci za tę opowieść bardzo wdzięczny, bo zbudowane dzięki niej przeświadczenie o mojej waleczności i prawości pomogło mi wydostać się z problemów, w które z czasem wpadłem, a o których teraz nie chcę tu pisać. Niemniej mam świadomość, że był to przypadek, a ja jako dziecko nie byłem bardziej szlachetny niż przeciętny mały człowiek. Być może jedyną prawdziwą różnicą między niektórymi moimi znajomymi z bazy na drzewie było to, że ja taką legendę z dzieciństwa czasem słyszałem, a oni nie.
 
 
Zaczynając ten wpis, mówiłem o tym, że generalnie wszyscy wspominamy dzieciństwo z rozrzewnieniem. Ale jest w tym rozrzewnieniu często nutka pogardy. Widzimy dzieci jako słodkie i szlachetne, ale jednak naiwne. To prawda, ale tylko częściowo. W realnym życiu nie istnieje żadne Gotham City, w którym nie działa żaden Batman. I nie da się zrobić bomby z leku na nadciśnienie, mimo, że zawiera glicerynę, z czym nie miał problemu MacGyiver. Ale jednak ograniczenia rzeczywistości to nie wszystkie czynniki, które zabijają w nas dziecięcą szlachetność. Niestety, najgorszym wrogiem jest… wygoda.
 
Szlachetność to luksus, który słono kosztuje. Tak jak istnieją osoby, które mimo średnich dochodów po prostu muszą napić się dobrego wina, tak samo są ludzie, którzy muszą być szlachetni. Często są to właśnie najstarsze dzieci alkoholika, o czym kiedyś już pisałem. W tamtym tekście odnosiłem się do swojego znajomego, który ma tendencje, aby próbować zbawić świat. Ale sztuka życia polega właśnie na wykorzystywaniu wszelkich okazji do samorozwoju – i tych prawdziwych darów od losu, jak talenty czy cechy wrodzone, jak i zwykłych trudności, jakim z pewnością było na przykład doświadczenie życia w rodzinie z problemem alkoholowym. Bo choć ten przyjaciel nie jest najbogatszym człowiekiem na świecie (a na pewno nie dorównuje w tym swojemu młodszemu bratu), to jest on jedną z niewielu osób, od której mogę np. pożyczyć pieniądze i zapomnieć, ile dokładnie pożyczyłem. Oddam mu tyle, ile mi powie, bo wiem, że nie jest zdolny do oszustwa. Może to i wada, bo pewną nieobcą naiwnością owego przyjaciela jest też pożyczanie pieniędzy z nadzieją ich odzyskania np. menelowi na ulicy, który właśnie został przez kogoś pobity. Ta empatia i chęć pomocy zwykle nie spotyka się z wzajemnością , bo pożyczone wspomnianemu narkomanowi pieniądze nigdy do mojego przyjaciela nie wróciły, ale mimo wszystko naprawdę chciałbym żyć w świecie, w którym altruizm jest „wadą” powszechną.
 
 
Wracając jednak do dzieci – to strasznie smutne, że tak wielu z nas traktuje ich szlachetność z jakąś podskórną pogardą. Tracimy w ten sposób kontakt z tym, co najbardziej prawdziwe w nas samych. W zamian zyskujemy jedynie wygodę. Bo generalnie wygodnie jest oszukiwać, zdradzać, iść na łatwiznę. Zyskujemy w ten sposób więcej przyjemnych doświadczeń (choćby w zdradzie), więcej pieniędzy (które też w jakiś sposób dają przyjemność), więcej władzy (która może dać i to i to). Ale tracimy siebie, wartości wypełniające esencję naszego ja. A wraz z nią, gubimy też wiarę w innych ludzi. W efekcie tracimy nasze człowieczeństwo – przynajmniej o ile traktować je jako odwrotność zwierzęcego egoizmu.
 
Drugą falą wybuchu wartości bywa też okres buntu. Bywa, bo o ile kiedyś poszukiwanie tożsamości przez młodzież było dość wyraźnie związane z wartościami (subkultury), to teraz często ogranicza się do próby zdobycia prestiżu przez bardziej komercyjną autokreację. Nie chcę tu jakoś wielce gloryfikować dawnych czasów, ale pewne różnice są widoczne. Lata 90-te to okres pewnego – mówiąc górnolotnie – „fermentu ideologicznego”. Punki, metale, grunge`owcy, rastamani i inni jednak czegoś tam szukali. Określali się przez wartości, do których się przyznawali. Czasami był to głupi bunt, czasem tylko szukanie akceptacji w grupie. Ale przez ich postawy prześwitywały idee wolności, równości, otwartości, afirmacji jednych rzeczy, a niezgody na inne. Może nie zawsze, może nie wszyscy, ale na pewno było tego więcej niż dzisiaj, kiedy najbardziej żywymi „subkulturami” są egocentryczni hipsterzy i nie mniej skupieni na sobie emo. Wraz z narastaniem dobrobytu i konsumpcjonizmu era wartości gdzieś się skończyła.
 
Chyba jednak szkoda, choć prawdę mówiąc u wielu ludzi wraz z końcem okresu buntu kończyło się też przywiązanie do młodzieńczych wartości. Wielu dawnych metali czy punków zatraciło swoją determinację i wsiąknęło z w szarą rzeczywistość – pełną tej obrzydliwej kiedyś hipokryzji, kłamstwa i „kurewstwa”. 
 
Nie chcę tutaj mitologizować okresu swojej młodości. W poprzednich epokach także nie brakowało przypadków koniunkturalizmu. Pokolenie naszych rodziców też niekiedy angażowało się w walkę z dawnym systemem w imię wzniosłych wartości, a teraz jedynie tuczy brzuchy na posadach zdobytych po starych znajomościach z czasów opozycyjnych. Wygoda może dopaść każdego. I zwykle dopada większość z nas. Spójrzmy dla przykładu na kandydatów do sejmu. Wielu z nich wciąż powołuje się na swoją piękną opozycyjną kartę z przeszłości, zapominając, że dawne historie nie czynią z nich automatycznie ludzi godnych tej posady dzisiaj, czyli w czasach, w których żyją już w zupełnie inny sposób. 
 
Mniej więcej o tym opowiada piosenka Lady Pank pt. „Prawda i serce”. Co prawda sam zespół nie zasłużył sobie na wydawanie moralnych pouczeń, jednak tekst tej piosenki napisał Jacek Skubikowski, naprawdę wartościowy człowiek. 
 

 
 
Co właściwie chciałem przekazać tym wpisem? Chyba po prostu pewne przesłanie o tym, że życie wymaga pewnych kompromisów, ale niekoniecznie rezygnacji z podstawowych wartości. Tych wartości, które naturalnie występowały w nas w dzieciństwie i które nierzadko rozwijaliśmy w okresie dojrzewania. Dorosłe życie zabija je, bo kiedy wypala się młodzieńczy bunt, często wygrywa w nas wygoda. Warto wtedy czasem przystanąć na chwilę i cofnąć się do przeszłości. Puścić dawno niesłyszaną muzykę, przypomnieć sobie, jakimi wartościami kiedyś się określaliśmy i zobaczyć, jak dalecy od nich dzisiaj jesteśmy. A na końcu pójść jeszcze dalej i wyobrazić sobie, co dziecko, którym byliśmy, pomyślałoby o dorosłym, którym się staliśmy.