Chyba dojrzałem do tego, aby napisać kilka rzeczy zupełnie szczerze, poniekąd spontanicznie. Tak na koniec, przed rozstaniem się z Wami. Może to i głupie, ale… daję sobie prawo do głupot i pomyłek.


(R)ewolucja

Generalnie mam wrażenie, że wielu z Was – moich czytelników – ktoś nauczył, że bycie antysystemowym to patent na bycie mądrym. Ale to naiwne myślenie. Mądrość to coś więcej niż bycie anty. To generalnie bycie pro. Negacja oznacza destrukcję. Świat potrzebuje zmian, ale zmian ewolucyjnych, reform, a nie rewolucji.

Rewolucje to domena tych, którzy nie mają nic do stracenia, bo nic w życiu nie osiągnęli. Tacy ludzie zaangażowali się kiedyś w rewolucję październikową w carskiej Rosji, w rewolucję chińską Mao Zedonga, w rewolucję kubańską Fidela Castro, czy ostatnio w rewolucję zwaną Arabską Wiosną. Radykalne zmiany doprowadziły jednak do radyklanych problemów – generalnie większych niż przed obaleniem poprzedniego systemu. Mamy więc wśród rewolucjonistów głównie plebs (proletariat), nacjonalistów i islamistów. Efekty – opłakane. Głód, mordy polityczne, wojny domowe, terroryzm. Taką samą klapą skończyłoby się dojście do władzy radykałów spod znaku Korwina. Bolszewicy też nie wiedzieli, że niosą głód i recesję, bo byli owładnięci ideologią. Taką samą ideologię niosą np. korwiniści. Tyle, że jej znak jest przeciwny.


Wiem, bo skończyłem gimnazjum

Najbardziej radyklane umysły to z reguły te, które najmniej rozumieją. Ideologia nie znosi wątpliwości. Racjonalizm przeciwnie – nie znosi przesady. Nawet kiedy ideologia ma naukową podbudówkę, jest zwykle oparta na emocjach i pozornych zależnościach. Kiedyś bolszewicy mieli swój tzw. „socjalizm naukowy” (mądrze brzmiąca nazwa marksizmu), teraz populistyczni liberałowie również mają swoje mity – rzekomo matematyczne. Jednym z nich jest proste przeświadczenie, że im niższe podatki, tym szybszy wzrost gospodarczy. Tak rozumują ludzie na poziomie gimnazjum, którzy mylą nawet ekonomię z ekonometrią. Zwolennicy Korwina myślą nagminnie, że ekonomia jest nauką matematyczną. Nie jest, jest nią ekonometria. Ekonomia zaliczana jest do nauk społecznych, czyli generalnie humanistycznych. Ale gimnazjaliście nie przetłumaczysz, bo on swoje wie – w tym przypadku to nie tyle chłopski rozum, co chłopięcy. W ekonomii funkcjonuje wiele różnych poglądów – często sprzecznych ze sobą – i nie ma w niej teorii oczywistych. Co więcej, za skuteczne podważenie założeń ekonomii klasycznej amerykański psycholog i ekonomista Daniel Kahneman dostał nagrodę Nobla. Ale czy gimnazjaliści o chłopięcym rozumku o tym wiedzą? Nie. Ale „wiedzą” za to, że obniżanie podatków prowadzi do wzrostu gospodarki państwa. I sądzą, że jest to zależność liniowa (o ile oczywiście rozumieją to wyrażenie, bo poziom współczesnych gimnazjów tego nie gwarantuje). Funkcje ekonomiczne zwykle jednak są zbliżone kształtem do krzywej Gaussa. Istnieje pewien punkt przegięcia (generalnie trudny do ustalenia) powyżej którego spadek podatków będzie powodować spadek rozwoju gospodarczego. Między innymi na skutek wzrostu poczucia zagrożenia w społeczeństwie brakiem wsparcia socjalnego, a ostatecznie narastaniem ryzyka… rewolucji, czyli przewrotu, albo i wojny domowej. A te ostatnie nijak nie sprzyjają wzrostowi gospodarczemu, co powinien zrozumieć już nawet przeciętny gimnazjalista. Dość przypomnieć, że przed rewolucją bolszewicką w Rosji nie było wsparcia socjalnego i antysystemowcy podburzeni przez Lenina upomnieli się o „swoje”.

Co do głównego mitu korwinistów, to relacja wysokości podatków wobec wzrostu gospodarczego w świetle badań jest wyjątkowo… nieoczywista. Próbowali znaleźć ją m.in. William Gale z Instytutu Brooklinsa i Andrew Samwick z Dartmouth College. Prześledzili oni zmiany stawek PIT, CIT i podatku od zysków kapitałowych w USA na przestrzeni ostatnich stu lat. Bezpośredniego związku tych parametrów ze wzrostem gospodarczym nie znaleźli. Nie udało się to też nieco wcześniej Thomasowi Hungerfordowi. Znaleziono nawet okresy, kiedy stawki podatkowe były wysokie, a gospodarka rozwijała się intensywniej niż w czasach, kiedy obciążenia były niższe. Ekonomia to nie jest nauka ograniczająca się do jednej prostej funkcji liniowej, ale skąd prosty gimnazjalista miałby o tym wiedzieć? Z Facebooka i Wykopu?

A może od Korwina, który utrzymuje ten dogmat w roli partyjnego przykazania. Nie trzeba być psychologiem ani ekonomistą, aby rozumieć, że niskie podatki popychają ludzi nie tylko do inwestowania, ale także do konsumpcji i ograniczania czasu swojej pracy. Na zasadzie, że mam już dużo, więc wolę sobie poodpoczywać niż zapier*alać (i inwestować), aby mieć jeszcze więcej. A na poziomie makroekonomii dobitnie wyjaśnił sprawę Joel Slemford z Uniwersytetu Michigan, mówiąc, że kluczowa jest nie wysokość podatków, lecz to, jak rząd te pieniądze wykorzysta. Właśnie od tego ostatniego zależy tempo wzrostu, a nie od samej wysokości obciążeń na rzecz państwa. Ale to trudniejsze do pojęcia niż prostackie hasła Korwina-Mikke. Wiedza o skomplikowanych i niejednoznacznych zależnościach ekonomicznych w gimnazjum by się nie przebiła.


Chłopski rozum nie zrozumie, że „chłopski rozum” to oksymoron

Problemem jest to, że generalnie wszyscy ludzie uważają się za mądrych, bo… takie mają odnośnie siebie wrażenie. Ma to swoje wytłumaczenie. I to wcale nie psychologiczne, a… filozoficzne. Problem przejrzał już Kartezjusz mówiąc, że „rozum jest jedyną rzeczą, którą Bóg rozdzielił między ludzi sprawiedliwie, ponieważ jakoś nikt się na brak rozumu nie skarży”. Oczywiście kpił. Nikt się nie skarży, bo brak rozumu prowadzi do niedostrzegania jego braku.

Nikt nie jest tak pewny siebie, jak głupiec ogarnięty rewolucyjną gorączką. Ideologia miesza mu się wtedy z rzeczywistością, wiara z wiedzą. Dlaczego tak się dzieje, tłumaczyłem poniekąd we wpisie Racjonalne złudzenia. Ale to tylko część prawdy. Poza nią jest jeszcze brak wstydu. Dzisiaj każdy uważa się za mądrego, bo… ma internet, więc czyta i wie. Przejrzenie dyskusji na większości portali informacyjnych prowadzić musi do wniosku, że ludzie – jako ogół – są generalnie głupi, choć zwykle głęboko tego faktu nieświadomi. Zawsze byli, ale kiedyś przynajmniej nie czuli się na tyle odważni, by swoją ignorancję do końca odsłaniać. „Dopóki nie skorzystałem z internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów”, wyznał szczerze Stanisław Lem. Myślę, że w tej sprawie dogadałby się z Kartezjuszem, choć w czasach tego ostatniego nie było jeszcze internetu i wspomniani przez Lema idioci mieli jednak mniejsze pole do popisu.


Jak Mi dasz?

Ostatnia kampania prezydencka jest wyjątkowa. Po raz pierwszy przeniosła się w tak istotnej części do internetu i to internet wykreował powszechną obciachowość Bronka (oczywiście przy jego aktywnym współudziale, w końcu gafy same się nie zrobiły). Ale tu kryje się coś więcej. Poza wpadkami prezydenta, owocującymi memami z gamoniem Bronkiem w roli głównej, niezauważenie dla wielu komentatorów do gry wkroczył nowy czynnik. To tak zwane „pokolenie Y”, czyli obecnie młodzi ludzie urodzeni na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Zwykle zwraca się uwagę na ich obeznanie z nowymi technologiami i życiem w sieci. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwa zmiana generacyjna widoczna jest w (statystycznej) przemianie charakterologicznej. Nowe pokolenie jest o wiele bardziej narcystyczne niż poprzednie, urodzone na początku lat 80-tych. Obecni dwudziestolatkowie są wychowani w sieci, gdzie wszystko jest łatwo dostępne, gdzie ludzie ekscytują się nowym iPhonem i… własną wyjątkowością. Pisałem o tym już kiedyś w tekście Narcystyczna hi(p)steria, więc nie będę się powtarzał. Grunt, że w tym pokoleniu jest pewna sprzeczność. Z jednej strony chcą korzystać z życia, z gadżetów, z modnych ciuchów, z podróży i wszelkich uroków życia, które widzą w internecie, ale z drugiej nie chcą się wysilać, aby to wszystko zdobyć. W dzieciństwie życie zapewniali im rodzice. Teraz ci młodzi ludzie są często w ciężkim szoku, że manna nie spada im z nieba. A oni nauczyli się tego oczekiwać. Stąd tak kuriozalne pytania, jak to zadane przez ostatnią gwiazdę internetu.



Jego pytania można streścić krótkim „Skąd mi dasz?”. W sensie mieszkanie, dobrą pracę, przyjemności. Bronek odpowiedział brutalnie – trzeba na to zapracować, a państwo może jedynie starać się dbać o rozwój gospodarki. Ale przecież nie takiej odpowiedzi chciał ten naiwny chłopak. No właśnie, on CHCIAŁ. A właściwie domagał się. Nie rozumiał, że własne mieszkanie to pewien przywilej, na który należy zapracować, głównie dzięki własnej zaradności i kreatywności. Jego pytanie brzmiało: „Co pan zrobi, żebym JA pracował w Polsce?”. Nie „my”, nie „młodzi ludzie”, nie „Polacy”. „JA!”. Otóż komuś takiemu nie da się pomóc, ponieważ – upraszczając – to jest wyraz problemów psychicznych, a nie ekonomicznych. Ale da się takich ludzi „zagospodarować” do ruchu antysytemowego.


Samo-ruch Kukiza

Osoby, które czują się przegrane i oszukane przez życie, często pragną radykalnych zmian. Nic dziwnego – oni nie mają nic do stracenia. O rewolucji marzy też część zwolenników Kukiza. Ale nie oni pierwsi. Poprzednio byli to wyborcy Samoobrony (choć jak się okazuje – to często ci sami wyborcy). A potem także niektórzy miłośnicy Ruchu Palikota, choć wśród tych ostatnich można generalnie wydzielić dwie grupy. Jedna chciała kontynuacji „przyjaznego państwa” i wsparcia dla laickości, druga – bardziej „kukizowa” – wolała iść pod tęczowym sztandarem i zwalczać „czarnych”. Obie partie ostatecznie upadły. Nie inaczej będzie z tą Kukiza. W najbliższych wyborach może ona przekroczyć nawet 20%, ale ostatecznie rozpadnie się jak domek z kart. A to dlatego, że nic trwałego tych ludzi nie łączy. Kukiz jest jednocześnie prawicowy i lewicowy, jest i liberałem i socjalistą. Dla jednych jest archetypem Che Guevary, a dla drugich generała Pinocheta. Ale to było dwóch zupełnie różnych wywrotowców.

Nasz samozwańczy trybun ludowy łasił się w tym samym czasie do Solidarności i do Korwina Mikke, który to chciał strzelać do górników. Do narodowców i do działaczy byłej Samoobrony, z niejakim Sławomirem Izdebskim na czele, byłym liderem Samoobrony Odrodzenie, który teraz ma nadzieję wrócić do parlamentu, idąc pod ramię z Kukizem.

Warto sobie też zadać jedno fundamentalne pytanie. Jacy ludzie zostaną parlamentarzystami z ramienia ugrupowania Pawła Kukiza? Takie same dziwadła, jakie wypłynęły do polityki w przypadku Ruchu Palikota. Pomijając fakt, że ten spęd buntowników wedle wszelkiego prawdopodobieństwa pożre się prędzej o miejsca na listach. Ostatecznie Kukiz stworzy coś, co będzie hybrydą Samoobrony, Ruchu Palikota i  „Partii Wkurzonych Gimnazjalistów” (czytaj: KORWiN). A wszystko to w klimacie samozagłady, bo JOW-y uniemożliwią temu ugrupowaniu skuteczne wejście do parlamentu. Oczywiście takie samobójstwo będzie wyrazem buntu. Ale przede wszystkim głupoty. Choć – trzeba przyznać – szczerej, bo sam Paweł Kukiz jawi się jako człowiek autentycznie ideowy.


Beneficjenci (anty)systemu

„Trzecie dno” jest – a właściwie było – uważane przez wielu za bloga antysystemowego. Mylnie. To w założeniu jest blog pro-racjonalny. Ja nie chcę zmiany systemu, tylko jego ulepszania, usuwania patologii, urealniania. Rewolucja ustrojowa to myślenie typowe dla ludzi, którzy nic nie osiągnęli i nie mają perspektyw, aby ten stan rzeczy zmienić. Albo dla osób, które potrafią żerować sprawnie na problemach innych.

Taki Mariusz Max Kolonko żyje z Was, antysystemowców. Zwykle mówi z sensem, ale czasem przesadza, aby zdobyć Wasz większy poklask – choć pewnie tego nie dostrzegacie. To w gruncie rzeczy bardzo inteligentny facet. Ale on żyje z Waszych odwiedzin, z Waszych wpłat i z Waszych zakupów (jego książki). Rozumiem sens przesady i podkoloryzowania rzeczywistości przez Mariusza Maxa Kolonkę, bo poza dziennikarstwem facet ma też pewien talent do marketingu. I wykorzystuje go do promocji swojego nazwiska, czyli de facto swojego źródła utrzymania. Każde medium ma swój target. NaTemat łechce warszawkę (zwaną przez przeciwników lemingami), a Kolonko robi materiały pod zwolenników Korwina (zwanych kucami). Tak działa ten biznes. Zabawne jest tylko to, że i jedna i druga grupa czytelników/widzów zdaje się nie dostrzegać, jak poszczególne media we własnym interesie robią dobrze ich poglądom, obawom i przesądom.

Pamiętajcie jednak, że każdy, kto ma jakiś zysk, będzie promować pewne skrzywienie, na coś będzie przymykał oko. Także ja. Do tej pory nieco oszczędzałem swoich antysystemowych czytelników, żeby utrzymać w miarę szeroki krąg odbiorców. Tyle, że tak naprawę nie jest mi to do niczego potrzebne i ostatnio przestaję się szczypać. Prognozowałem wyborcze sukcesy Kukiza czy Korwina nie dlatego, że ich uwielbiam, ale dlatego, że dało się je przewidzieć na gruncie obserwacji świata.


Papatki

A teraz zmierzmy się z tym, co pewnie wielu z Was już od kilku akapitów chodzi po głowie – po co ja to wszystko piszę? Czy nie lepiej było trzymać się psychologii? Nie, nie lepiej. Ponieważ tematyką tego bloga od zawsze była zarówno psychologia, jak i społeczeństwo oraz świat, czyli wszystko to, co składa się na naszą międzyludzką rzeczywistość. Nie da się połączyć rozumienia psychiki człowieka z nierozumieniem świata. Choć wielu próbuje. Ale czy można mieć paranoiczne przekonania i jednocześnie pracować nad samorozwojem? Można. Ale wtedy trzeba sobie jasno powiedzieć, że ma się w dupie psychologię głębi i udać się na coaching. To teraz taki modny zabieg, dzięki któremu ktoś jeszcze bardziej uwierzy w siebie – zupełnie niezależnie od tego, czy ma ku temu obiektywne podstawy. Coach będzie wierzył w Ciebie, będzie zachęcał Cię do działania, nakręci Cię i zmotywuje. I wcale nie będzie Cię konfrontował z Twoją wewnętrzną sprzecznością, nawet jeśli ją zobaczy. Blogów prowadzonych przez coachów są już setki – na pewno znajdziesz coś dla siebie. Im nie będą przeszkadzały Twoje powierzchowne przekonania, Twój fundamentalizm czy ignorancja. Coache są tacy fajni. Dużo fajniejsi ode mnie.

Ja zawsze pisałem o psychologii człowieka rozdartego miedzy różne pragnienia, tendencje i popędy. Szukałem tego, co racjonalne w gąszczu powierzchownych opinii. Jeśli uważasz, że takie podejście można łączyć z powierzchownymi opiniami – także politycznymi – to według mnie się mylisz i prawdopodobnie czegoś nie rozumiesz. Albo ja – ta opcja także wchodzi w rachubę. Tak czy owak, nie jest nam po drodze.

Być może myślisz, drogi były czytelniku, że Twój lajk jest czymś wyjątkowym i mam czuć się zaszczycony, że mnie nim obdarzasz. Przeczytałem ostatnio na facebookowym profilu Trzeciedno dna, że ktoś „nie po to lajkował ten pejdż, żeby mnie tu wyborczą i tvn bombardował”. Zabawne, a nawet śmieszne. Lajki są miłe, jeśli wynikają z autentycznego zrozumienia, z utożsamiania się z jakimś przekazem. Ale nie są formą nagrody. To postawa typowa dla wspomnianego pokolenia Y. Najwidoczniej inni tak długo wchodzili jego reprezentantom w cztery litery, że niektóre osoby zapomniały już, że ich lubienie nie jest żadną walutą. Ja nie żyję z pisania bloga, nie zamieszczam ukrytych reklam ani teksów sponsorowanych, choć oczywiście miałem takie oferty. Dlatego nie mam też obowiązku ani interesu, aby dopieszczać każdego czytelnika, szczególnie tego w gruncie rzeczy przypadkowego. Od tego są inni blogerzy. Ale nie łudź się, oni nie robią tego za darmo. Jeden z tych bardziej zbuntowanych – nazwijmy go roboczo „piecyk” – kasuje za tekst 7 tysięcy, w pakiecie daje zniżki. Dla niego jesteś cenny, przekładasz się na kolejny grosik zarobku. No, może nawet kilkanaście groszy. Miesięcznie. Dla mnie – jesteś „tylko” potencjalnym partnerem do dyskusji, do wymienienia maili, a czasem nawet do spotkania na żywo. Jeśli tego nie rozumiesz, nie będę Cię zatrzymywać – idź dać swojego lajka komuś innemu.


PS. Oczywiście nie jest to moje pożegnanie z blogiem, tylko moich byłych czytelników, którzy poczują się urażeni tym wpisem. „Trzecie dno” to moje hobby, nie zamierzam go porzucać. Zakładam jednak, że zrobią tak osoby o słabym ego, które poczują się dotknięte na zasadzie „uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Nie pisałem o nikim konkretnym, a wspominając o pokoleniu Y, miałem na myśli pewną ogólną tendencję. Jeśli jednak myślisz, że ten tekst był właśnie o Tobie, to zapewne był. Dasz radę przyjąć go na klatę? Jeśli nie, to pewnie w śmiesznym odwecie odlajkujesz tego bloga (ciesząc się, jak bardzo mi tym dowaliłeś) i pójdziesz szukać szczęścia tam, gdzie będą bardziej łechtać Twoje ego. W takim wypadku – adios, gimbazjos! :)