Wiele mówi się ostatnio na temat tego, czego mówić się nie powinno. Pewne kwestie stają się tematami tabu, które porządnemu człowiekowi nie powinny nawet przyjść do głowy. Kultura kulturą, ale pozostaje jeszcze dość drażliwa kwestia prawdy. A jak wiadomo naga prawda nie zawsze jest piękna. Tylko czy wtedy, kiedy faktycznie nie jest, musimy ją na siłę ubierać? 

 

Słowo, które ostatnimi czasu jest szczególnie błędnie rozumiane, to stereotyp. W powszechnej świadomości oznacza on „fałszywy pogląd na temat jakiejś grupy”. Nic z tych rzeczy – w psychologii społecznej stereotyp to jedynie „generalizacja odnosząca się do grupy, w ramach której identyczne cechy zostają przypisane wszystkim jej członkom”. Czyli to niekoniecznie błędny, a jedynie uogólniony pogląd. Zatem powinniśmy mówić raczej o prawdziwych i fałszywych stereotypach, gdzie te pierwsze będą realne na pewnym poziomie ogólności, a drugie nie.

 

Idąc dalej, stereotypy uchodzą za jednoznacznie szkodliwe. Wcale takie nie muszą być, tym bardziej, że mogą być one zarówno negatywne (Amerykanie są grubi) jak i pozytywne (Azjaci są pracowici). Stosujemy je codziennie, choć nie jesteśmy tego świadomi. Stereotypy pomagają nam oszczędzać zasoby poznawcze i  angażować je w bardziej potrzebne aktualnie działania. Dla przykładu, kiedy widzimy, że ciemną nocą naszą stroną chodnika idzie grupka krępych, łysych młodzieńców odzianych w dresy, raczej zejdziemy im z drogi i pewnie skręcimy w inną ulicę. Prawdopodobnie nie zrobimy tak, widząc podobnie liczną grupkę chłopaków w garniturach. To są właśnie stereotypy – mniej lub bardziej świadomie zakładamy, że młodzieniec ubrany w dres i mający gładko ogoloną głowę jest potencjalnie bardziej niebezpieczny, niż człowiek w garniturze z grzywką opadającą na czoło. Równie dobrze ta ekipa domniemanych dresiarzy mogłaby się okazać grupą sportowców wracających z wieczornego treningu, na domiar złego cierpiącą na łysienie. A panowie w garniturach żołnierzami sycylijskiej mafii. Niemniej byłoby to głupie założenie, prawda?

W sytuacji takiej, jak powyższa, stereotypy pomagają nam podjąć szybkie, najprawdopodobniej racjonalne decyzje. Zamiast rozważać, czy owi panowie to przypadkiem nie sportowcy wracający z treningu, lepiej jest skoncentrować swoje myśli na tym, jak by tu im zejść z drogi i uniknąć ewentualnych problemów. Choć teoretycznie możemy tych ludzi skrzywdzić nieprawdziwą opinią – być może oto nadciągają nasi potencjalni przyszli serdeczni przyjaciele, z którymi nieraz wyskoczylibyśmy na miasto. Być może, ale ilu w nas by zaryzykowało?

 

Takich przykładów jest multum i tylko hipokryta może mówić, że wcale nie korzysta ze stereotypów. Także tych dotyczących wyglądu. Wyobraźmy sobie, że wysyłamy CV. Jakie do niego dobierzemy zdjęcie? Przypadkowe? Jeżeli mamy głowę na karku to nie, bo wiemy, że ten, kto będzie je oglądał także bazuje na stereotypach. Kiedy rekrutujący zobaczy zdjęcie z imprezy przedstawiające pijanego kolesia, który robi głupią minę, nie będzie rozważał dalej, czy to przypadkiem nie ten pracownik, którego szuka. Na jedno miejsce jest zwykle wielu kandydatów i poświęcanie czasu autorowi takiego niepasującego do ram CV byłyby w dużym stopniu nieracjonalne. Gdzieś tam mamy zakodowane, że schludnie lub wręcz elegancko wyglądająca osoba to ktoś potencjalnie pracowity i odpowiedzialny. To też są stereotypy, ale czy one na pewno są złe?

 

No dobra, ale gdzie tu poprawność polityczna? Zależy od stereotypu. Wielu ludzi obawia się łatki ksenofoba. Ale wyzbądźmy się na chwilę naszych lęków i rozważmy hipotetyczną sytuację. Mieszkamy w takim zwykłym bloku, jakich w Polsce wiele. Naprzeciwko nas ma zostać dokwaterowana nowa rodzina. Mogą to być albo Cyganie, albo Niemcy, czyli któryś z dwóch  narodów, których Polacy nie darzą zbytnią sympatią. Kogo byście woleli? Bez różnicy? Nie wierzę. Szansa, że Niemcy okażą się sąsiadami ceniącymi porządek jest raczej duża. A Cyganie – no cóż, choć to niepoprawne politycznie, rokują nieco gorzej. Tak, to stereotyp, ale… całkiem racjonalny. Kultura Niemców zakłada porządek i względne poukładanie. Kultura Cyganów jest z gruntu inna – na przykład dopuszcza oszustwo i kradzież wobec nie-Cyganów, o czym już kiedyś pisałem. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa niemiecka rodzina będzie bardziej wykształcona i bardziej przywiązana do czystości. Niestety – ale taki obrót sprawy jest bardziej prawdopodobny niż przeciwny. A jednak, mówić w ten sposób się nie powinno. Dlaczego?

 

Oficjalnie dlatego, że przecież możemy trafić na wyjątek, którego pokrzywdzimy takim powierzchownym przewidywaniem opartym o mało oficjalne dane. Zgoda, należy oceniać każdy przypadek z osobna, bo faktycznie bywa różnie. Ale udawanie, że pewne stosunkowo powszechna wiedza oparta na doświadczeniu nie istnieje, jest hipokryzją. Przypuszczam, że nawet najbardziej zatwardziałemu obrońcy różnorodności bardziej jednak będzie po drodze mieszkać po sąsiedzku z rodziną stereotypowych Niemców, niż typowych Cyganów. Nie dziwiłbym się więc, gdyby ktoś mający wybór i nie znając konkretnych potencjalnych lokatorów, preferował opcję, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa okaże się mu bliższa. Część stereotypów ma w sobie racjonalne (statystycznie) ziarno prawdy. Swoją drogą specjalnie używam tutaj nazwy Cyganie, zamiast bardziej poprawnej politycznie Romowie, gdyż ci ostatni to tylko podgrupa Cyganów.

 

Gazeta Wyborcza nie tak dawno walczyła w imię równouprawnienia, zarzucając poznańskim klubom i restauracjom, że dyskryminują Cyganów. Grzech polegał na selekcji i nie wpuszczaniu tych ostatnich do lokali. Restauracje broniły się tym, że akurat ta grupa przychodzi całymi rodzinami, bawi się bardzo głośno i nie zachowuje czystości, co z kolej zraża innych gości. Choć to niepoprawne politycznie, to jak najbardziej rozumiem te lokale. Lubię czasem poczytać książkę siedząc w kawiarni. Niestety przyjście takiej grupy oznacza, że moja lektura dobiega końca, bo próba skupienia się na tekście w towarzystwie kilku wrzeszczących na siebie ludzi nie sprawia mi przyjemności. A Cyganie tak właśnie lubią dyskutować, czym zawstydziliby niejednego pijanego Włocha (tak, to też stereotyp).

Co zatem jest wartością w demokracji? Podobno moja wolność kończy się tam, gdzie czyjaś inna zaczyna. Przyjście głośnych gości w rzeczywistości wymusza opuszczenie lokalu przez pozostałych. Czyja wolność jest ważniejsza – do ciszy, czy do krzyczenia, jest sprawą uznaniową. Zatem dlaczego restauracje czy kluby nie mogą same decydować o tym, jakich gości chcą u siebie mieć? Cała masa poprawnych politycznie socjo i psychologów narzeka na polską ksenofobię. Ona faktycznie istnieje i potrafi być zmorą naszego społeczeństwa, jednak równie niemądre może okazać się wylewanie dziecka z kąpielą. Warto odróżnić prawdę od nieprawdy i dążyć do obiektywizmu, a nie zabraniać każdej krytycznej myśli z uwagi na poprawność polityczną, za którą stoi niemalże totalitarna tolerancja wobec wszelkiej odmienności. Kiedy kategorycznie zakazujemy ludziom mówić o tym, czego sami i tak doświadczają, wcale nie niszczymy stereotypów, czyli ich zgeneralizowanych osądów. Sprawiamy jedynie, że stają się one niejawne, ale wcale nie znikają.

 

W Polsce – choć nie tylko – mamy problem z wyważaniem opinii. Kochamy skrajności. Weźmy na przykład homoseksualizm. Olbrzymią popularność zdobył ostatnio termin „homofobia”, przy czym „fobia”, jako wyraz, oznacza po prostu lęk. Strach przed gejami manifestuje się w bardzo szeroki sposób. Jego przejawów można podobno doszukać się też w sprzeciwie wobec adopcji dzieci przez pary homoseksulane, czy zwykłej niechęci do oglądania całujących się par tej samej płci. Ale czy to na pewno lęk? Arachnofobia oznacza strach przed pająkami. Ale nielubienie pająków lub niechęć do dzielenia z nimi jednego pomieszczenia lękiem być nie muszą, a często po prostu nie są. A jednak „homofobia” to kij używany przeciwko wszystkim, którzy wobec homoseksualizmu są sceptyczni, ale się niekoniecznie go boją. 

Równie ciężki grzech przesady prezentuje druga strona. Kościół i jego zausznicy sprzeciwiają się zalegalizowaniu związków partnerskich, ponieważ… to krok w kierunku legalizacji adopcji przez pary jednopłciowe. Czyli sabotowanie tej ustawy jest dla wielu świadomym utrzymywaniem obecnej dyskryminacji, bo z badań wynika, że większość ludzi popiera poszczególne założenia tej ustawy, jeśli nie powie się im, że sprzyjają homoseksualistom. Kościół dość jawnie przyznaje, że walczy z tym projektem z chorobliwej obawy, że każdy krok w kierunku środka, jest też krokiem w kierunku wroga. 

A prawda? Jak zwykle nieważna. Sensowny kompromis też. Zabija go właśnie poprawność polityczna, choć rozumiana przeciwnie przez obie strony. Dla gorącego katolika każdy krok dający przyzwolenie dla homoseksualizmu jest zły i powinien być potępiony. Tak nakazuje katolicka etykieta. Dla aktywistów drugiej strony złe („homofobiczne”) jest wszystko, co choćby delikatnie ociera się o niechęć wobec tej orientacji. Tu także daje o sobie znać poprawność polityczna – tyle, że oparta o etykę społecznego liberalizmu.

 

Poprawność polityczna nie jest też obca nauce, a także psychologii. W dobie gwałtownego rozszerzania granic zdrowia, o czym pisałem we wpisie Zdrowo zaburzeni, wiele ciekawych i  wartościowych teorii przestało być cenionych. Co gorsza, poprawność polityczna czasem wymuszała nawet celowe fałszowanie pojęć naukowych. W ostatnim podręczniku do diagnozy psychologicznej – DSM-IV – nie znalazło się miejsce dla osobowości masochistycznej, zwanej też autodestrukcyjną. Oficjalnym powodem była chęć, żeby nie oskarżać ofiar. Skoro ktoś i tak jest zaburzony i ma tendencje do samooskarżania się, nie mówmy mu, że te autodestrukcyjne tendencje są problemem, bo ta świadomość jeszcze bardziej by go przybiła – zdaje się kryć w powyższej argumentacji. To wzniosła i poprawna politycznie wykładnia, ale czy na pewno pożyteczna? Trudno zabrać się za leczenie czegoś, czego nie jest się świadomym. A świadomość problemu jest pierwszym i niezbędnym krokiem w kierunku przepracowania, czyli wyzbycia się go. Idąc drogą zaproponowaną przez twórców DSM-IV, ograniczamy szanse tych i tak już pokrzywdzonych ludzi do rzetelnej informacji o sobie i tym samym niwelujemy ich możliwości wyzbycia się problemu. Wykreślenie tego typu osobowości z oficjalnej diagnostyki miało podstawy właśnie poprawności politycznej (o czym pisali m.in. Millon czy Johnson).

 

Poprawność polityczna to takie współczesne zasady etykiety, mówiące czego powinno się unikać, a co jest społecznie dozwolone. Jako taka, jest cenna. Ale jeśli traktować ją jako nienaruszalny dekalog, niesie ryzyko wylania dziecka z kąpielą i szkodliwej przesady w drugą stronę. Łatwo się wtedy zapomina o obiektywnych obserwacjach i poddaje schematom zakazującym nazywania po imieniu pewnych fragmentów rzeczywistości. Oczywiście nie każdy Cygan to złodziej, nie każdy Amerykanin jest gruby i nie każdy Polak to katolik. Warto jednak wiedzieć, że wszyscy w mniejszym lub większym stopniu korzystamy ze stereotypów, a w części z nich zawarta jest jakaś uogólniona prawda. Grunt to mieć otwartą głowę, być świadomym swojego sposobu myślenia i zauważać, kiedy poszczególne osoby wyłamują się nawet z całkiem dobrze ugruntowanego stereotypu. No i nie bać się prawdy, nawet niewygodnej, w myśl zasady, że najgorsza prawda jest lepsza niż najbardziej poprawne (politycznie) kłamstwo. Nawet, kiedy ta prawda faktycznie piękna nie jest.

 

Ilustracja zaczerpnięta z Nonsensopedii na zasadzie licencji Creative Commons.