Halloween to dziwne święto. Zupełnie inne od naszego Wszystkich Świętych i Zaduszek. Niby tu i tu chodzi o zmarłych, ale przecież w zupełnie inny sposób. U nas panuje myślenie o śmierci jako rozstaniu się ze światem doczesnym w myśl słynnego „memento mori” (pamiętaj o śmierci).  W Ameryce w tym samym czasie panuje radosne strasznie się i zabawa ze śmiercią w tle. Czy te różnice jakoś na nas wpływają?

 

 

 

Jak najbardziej. Choć zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy, to żyjąc w kulturze katolickiej jesteśmy ze śmiercią oswojeni. Zwykle głęboko ją przeżywamy, a wręcz się w niej taplamy, co roku wracając na groby i myśląc o jej nieuchronności. Zamiast zabawy mamy więc smutek, czyli –  co by nie było – głębokie uczucie, dające nam pewien kontakt z własną nieświadomością i czającymi się w niej lękami.


Wszyscy boimy się śmierci. Ten strach jest w nas zakodowany genetycznie. Im bardziej się jej baliśmy, tym dłużej żyliśmy i więcej potomstwa spładzaliśmy. Ludzie nieustraszeni wbrew pozorom wcale nie żyją długo. Wojownicy, którzy szli w pierwszym szeregu, bardzo szybko rozstawali się z życiem. I raczej marną pociechą mogła być pośmiertna sława, która i tak zwykle umierała wraz z pamięcią przechowywaną przez tych, którzy przeżyli. Ale ci ostatni zakładali rodziny i mieli dzieci, a martwi bohaterowie dawali życie tylko toczącym ich robakom.


Podobne lęki mamy zakodowane w formie nieświadomości zbiorowej, czyli genetycznie zapisanego nastawienia odnoszącego się do obiektów i sytuacji, z którymi nie mieliśmy osobistego doświadczenia. Boimy się wysokości, bo niesie ona ryzyko śmierci. Podobnie jest z pająkami i wężami, które budzą wstręt i lęk także wśród Eskimosów, choć przez ostatnie dziesiątki tysięcy lat nie mieli oni możliwości spotkać na swej drodze jadowitych przedstawicieli tych stworzeń. Mówi to wiele o sile naszych pradawnych instynktów. Da się je przezwyciężyć, ale wymaga to konsekwencji i silnej motywacji. I odwagi, której akty wciąż mogą zakończyć się tragicznie. Jeden z hodowców pająków stracił wzrok na skutek ugryzienia swojego „podopiecznego”. Nieraz kładł sobie go na twarzy, ale nie przewidział, że reakcja zwierzęcia (którego jad niby nie jest śmiertelny) nigdy nie jest do końca przewidywalna. Jego dziewczyna robiła mu zdjęcie. Błysnęła lampa, pająk się wystraszył i zareagował w sposób najbardziej sprawdzony przez ewolucję, mówiący: kiedy nie wiesz co się dzieje – atakuj. Choć człowiek potrafił poskromić swoje archaiczne lęki, zwierzę już nie. Ludzie słuchający wewnętrznych ostrzeżeń płynących z nieświadomości nie naraziliby się na taką sytuację i zachowali wzrok, a często pewnie i życie. Podobnie przezorne są też np. małpy, które instynktownie ogłaszają alarm na widok węża i nie silą się na sprawdzanie, na ile jest jadowity lub jak blisko można do niego podejść i przeżyć. Ten rodzaj ciekawości – zwany niekiedy brawurą lub głupotą – zarezerwowany jest dla jednostek nieprzystosowanych, które przez miliony lat traciły życie, robiąc miejsce osobnikom bardziej wsłuchanym w głos matki natury.


Zbliżoną genezę ma strach przed potworami, który dotyczy dzieci, zwłaszcza po drugim roku życia. Jest to okres, w którym maluchy zaczynają chodzić i oddalać się od rodziców. Od zawsze były wtedy najłatwiejszym celem dla drapieżników, ponieważ kiepsko uciekały i były w zasadzie bezbronne nawet wobec stosunkowo niewielkiego napastnika. Do dzisiaj w Afryce czy Amazonii dzieci w tym wieku bywają porywane i zjadane nie tylko przez typowe drapieżniki, ale nawet wszystkożerne małpy człekokształtne. Strach przed potworami ratował dzieciom życie, bo sprawiał, że trzymały się blisko dorosłych i reagowały lękiem na wszelkie duże, nieczłowiecze stworzenia. Wielka Stopa, King Kong, a nawet czarna wołga porywająca dzieci to tylko dalekie echa tych niegdyś bardzo realnych zagrożeń.


Jednak nawet dorośli nie są niezniszczalni. Oni też się boją, np. ciemności. W mroku nocy od zawsze czaiły się potwory mogące powalić dorosłego mężczyznę. Lew, tygrys czy krokodyl to typowi zabójcy towarzyszący nam od początków gatunku homo. W ciemnościach ich obecność zdradzają szmery, drżenie liści, niespodziewany plusk. Czyli wszystko to, co znamy z horrorów.


Prawdą jest, że lubimy się bać, jeśli wiemy, że tak właściwie nic nam nie grozi. W ten sposób sublimujemy lęk przed prawdziwym zagrożeniem. To trochę jak z grą wstępną – zwykle nie pędzimy prosto do rozładowania, a droczymy się z sobą odwlekając moment spełnienia. Bo wiemy, że nam nie ucieknie, a odwlekanie przyjemności (w psychoanalizie zwanej gratyfikacją) tylko podnosi jej intensywność. Podobnie jest ze strachem – lubimy się bać, bo mamy świadomość, że nic tak naprawdę nas nie zabije, ale czujemy przyjemność odwlekając moment poczucia ulgi, czyli świadomości, że zagrożenie minęło. Tak właśnie działają horrory. A w pewnym sensie i pornole ;)


Halloween stało się świętem horrorów, które bawi poprzez oswajanie strachu. Jest w gruncie rzeczy komercyjną rozrywką, idącą pod rękę z branżą filmów grozy. Strach ten bazuje na naszych bardzo pierwotnych instynktach, które przez miliony lat ostrzegały nas przed ciemnością, pająkami, gadami i potworami wszelkiej maści. Jest jednak w tym lęku coś nieracjonalnego. O ile jadowite zwierzęta i stworzenia zaopatrzone w kły i pazury faktycznie przetrzebiały populacje hominidów, to z ewolucyjnego punktu widzenia nigdy nie musieliśmy bać się zmarłych. Wampiry, zombie i duchy nie zabiły ani jednego naszego przodka z tego prostego powodu, że nie istnieją. Przyjrzyjmy się jednak różnicom kulturowym, bo to w nich kryje się rozwiązanie tej zagadki.


Zanim pod nasze strzechy nie trafiła popkultura amerykańska, Polacy nie znali strachu przed zombie i innymi nieumarłymi. Zupełnie inaczej niż nasi bracia zza oceanu, którzy żyją przecież w kulturze bardzo podobnej do naszej, a przynajmniej wyrosłej z tego samego pnia. Odpowiedź jest dość zaskakująca. Za różnice odpowiada… religia. Katolicy wychowywani są w myśl „memento mori”. Świadomość śmierci jest nam odświeżana co roku przy okazji Wszystkich Świętych i Zaduszek. I jest to ważny proces, podczas którego po prostu musimy stawać oko w oko z tą bolesną świadomością, że nie jesteśmy wieczni. Tak jak wieczni nie byli nasi bliscy, których w te dni wspominamy. To nieprzyjemny proces, często  nawet bolesny. Ale dzięki temu śmierć nas nie przeraża.


Podchodzimy do tej tematyki zupełnie inaczej niż Amerykanie, którzy nie przeżywają śmierci tak głęboko. Jej świadomość jest u nich masowo tłamszona, co wspierane jest dodatkowo przez kulturę nastawioną na osobisty sukces i czerpanie radości z życia. W USA Halloween to okazja do zabawy i wzajemnego straszenia się śmiercią, bez konfrontowania się z jej nieuchronnością. To tylko nakręca lęk, który znajduje ujście w „archetypie” potwora. Lęk przed śmiercią zostaje wyparty, a potem wyprojektowany (przypisany) na otoczenie. Stąd tak wiele hollywoodzkich produkcji poświęconych duchom, wampirom i zombiakom, które nas, Polaków wychowanych w kulturze „memento mori”, wcale tak mocno nie kręcą.


Tu musimy oddać sprawiedliwość księżom i religii katolickiej. Nieustanne przypominaniem o ulotności życia doczesnego i coroczne stawianie nas przed obliczem śmierci, pozwala nam przeżyć ten lęk dogłębniej i nie projektować go na żadne „żywe trupy” czy inne upiory. Oczywiście także i u nas znajdą się osoby, które dostają dreszczy na samą myśl o duchach i cmentarzach. Ale powinno to być raczej sygnałem do zastanowienia się nad swoim własnym stosunkiem do śmierci, zwłaszcza bliskich nam osób. Może nie wszystkie jej aspekty zostały wystarczająco głęboko przeżyte?

 

W razie czego zawsze możemy zadzwonić do naszych rodzimych pogromców duchów pod numer:

56-655-23-55 dla słuchaczy z Polski północnej

56-655-23-56 dla słuchaczy z Polski południowej

lub

56-655-23-33 dla słuchaczy z zagranicy