Najbardziej modnym ostatnio „kolorem” jest tęczowy. Mnóstwo ludzi ubarwiło w ten sposób profil na Facebooku, aby podkreślić swą radość z zalegalizowania małżeństw homoseksualnych w USA. Ze wszystkimi idącymi za tym konsekwencjami, czyli z prawem do adopcji włącznie. Jednak tak naprawdę nic nie jest w tej kwestii jasne, a cała sprawa jest jednym wielkim eksperymentem. Na dzieciach.


Homo-niewiadomo

Wbrew opiniom lansowanym przez środowisko LGBT w kwestii homoseksualizmu nic nie jest jasne. Nie wiadomo nawet, jaki jest odsetek homoseksualistów w społeczeństwie. Różne badania są ze sobą tak sprzeczne, jak to tylko możliwe. Tak więc w jednych wychodzi, że jest to 1% populacji, a w innych, że ponad 7%. Siedem razy więcej!

 

Tym bardziej nie wiadomo, skąd się bierze homoseksualizm jako taki. Żadna koncepcja jego powstawania nie została zaakceptowana jako ostatecznie udowodniona. Mimo wszystko pewnie teorie uchodzą za obecnie obowiązujące, a więc „prawdziwe”. Czy to nie jest paradoks? Teoretycznie tak, ale praktycznie… nie. Nauki społeczne od zawsze były bardzo uznaniowe i podatne na uleganie społecznym modom, a nawet na manipulacje służące pewnym grupom interesu. W latach powojennych na zachodzie dyskusję zdominowała psychoanaliza. Niektóre twierdzenia doprowadzono do absurdu, ale dzieje się tak zawsze, kiedy jakiejś teorii przyznaje się monopol na prawdę. Gdy zdano sobie wreszcie sprawę z wypaczeń ortodoksyjnej psychoanalizy, w naukach społecznych zapanował nowy nurt, który był jej kompletnym przeciwieństwem – behawioryzm. Nagle psychika człowieka w całości stała się efektem prostego warunkowania i zapanował pogląd, że wszystko da się zmienić dzięki systemom nagród i kar. W efekcie homoseksualistów zaczęto leczyć prądem, co – jak się pewnie domyślacie – na dłuższą metę nie było skuteczne. Nie da się nauczyć psa jedzenia marchewki, kopiąc go za każdym razem, kiedy popatrzy na mięso. Co najwyżej sprawi to, że zwierzak bardzo ograniczy jedzenie, ale przecież nie o to chodzi.

 

Kiedy z kolei zdano sobie sprawę z głupoty ortodoksyjnego behawioryzmu, zapanowały nowe trendy naukowe, takie jak psychologia humanistyczna czy poznawcza, a w mniejszym stopniu także ewolucyjna. Choć każda z nich potrafiła wnieść coś ciekawego do rozumienia człowieka, dominacja danego podejścia doprowadzała nauki społeczne do absurdu, umożliwiając tym samym nowy „przełom”, negujący wypaczenia poprzedniego. Czyli de facto kreowała się w psychologii kolejna moda, która z czasem także stawała się teorią „objawioną” i narzucała swoją narrację całemu dyskursowi naukowemu.


Gender studies czyli łysenkizm XXI wieku

Obecnie ton dyskursowi naukowemu narzuca gender studies, czyli system przekonań wyrosły z tzw. drugiej fali feminizmu. Kiedy byłem na studiach (czyli prawie 10 lat temu),  nurt ten był jeszcze tylko fakultetem – ciekawostką dla feministek i skrajnych relatywistów. Ale teorie gender studies z czasem zdominowały nauki społeczne, szczególnie w USA i na zachodzie Europy, gdzie stały się niemalże poglądami państwowymi, wchodząc w kanon poprawności politycznej. Mniej więcej tak jak kiedyś tzw. socjalizm naukowy w ZSRR i krajach od niego zależnych. Ta ostatnia doktryna była de facto naukowo-ideologicznym przedłużeniem zasad systemu społecznego krajów tzw. demokracji ludowej. Podobnie gender studies ma oddawać ducha liberalizmu zachodnich demokracji, w których – z ideologicznych pobudek –  rezygnuje się z oceny i wartościowania. Ktoś mówi, że jest kobietą? Czyli należy przyjąć, że tak faktycznie jest,  niezależnie od tego, czy ma penisa. Inne ujęcie sprawy byłoby w tym układzie dyskryminacją i narzucaniem jednostce woli ogółu, a tego w demokracji liberalnej próbuje się unikać.

 

Choć z pozoru może brzmieć to sensownie, warto pamiętać, jakie poczwarki rodzą się z takiego ideologicznego podejścia. W socjalizmie istniało ustrojowe zapotrzebowanie na teorię, która pozwalałaby wierzyć, że lud pracujący może zdobyć nowe, lepsze cechy i przekazać je następnym pokoleniom. Stworzono zatem łysenkizm, który ogłoszono „nową biologią” oraz „twórczym darwinizmem radzieckim”. Był to zespół twierdzeń rzeczywiście przełomowych, choć… zupełnie niezweryfikowanych. A mówiąc wprost – nieprawdziwych. Łysenkizm przeczył na przykład istnieniu genów, które uznano za burżuazyjny wymysł, proponując w zamian twierdzenia o dziedziczności cech nabytych. Dziś brzmi to idiotycznie, ale ówcześnie powstały radzieckie badania potwierdzające te założenia. Łysenkizm został oficjalnie udowodniony i każdy, kto go kwestionował, musiał liczyć się z uczelnianym ostracyzmem. Gdyby sytuacja ta miała miejsce obecnie, malkontenci byliby zapewne nazywani zaściankowymi „łyseknofobami” i zepchnięci na margines.

 

Tak samo gender studies jest czymś więcej niż kolejną nową modą. Jest naukowym odzwierciedleniem ideologii społecznej, częściowo związanej także z ustrojem państw zachodnich. I to jest naturalne, bo każdy system polityczny potrzebuje jakichś ram, które nadają mu sens i tożsamość. Jedyny realny problem polega na powszechnym przekonaniu, że każde nowe poglądy są automatycznie bardziej prawdziwe niż te poprzednie. Ludzie bezmyślnie zakładają, że aktualne koncepcje są oparte na lepszych badaniach. Ale one są oparte tylko na nowej ideologii.


Nauka poprawna politycznie

Oczywiście istnieją badania potwierdzające słuszność gender studies, które – podobnie jak kiedyś w przypadku łysenkizmu – powstały z chęci potwierdzenia pewnej ideologii, a nie w efekcie obserwacji naukowych. W obu przypadkach kolejność była odwrócona – najpierw powstawały twierdzenia społeczne, które następnie należało udowodnić. A w naukach społecznych nigdy nie było z tym większego problemu. Ideologicznie umotywowani badacze działają wedle zasady – dajcie nam ideologię, a my już znajdziemy do tego teorię (i badania).  A wyniki? Każdy, kto miał kiedykolwiek do czynienia z psychologią społeczną, wie, że z nią jest jak z wyrokami sądów – na podstawie tych samych przepisów można wydać kilka różnych orzeczeń. W przypadku wymiaru sprawiedliwości są jednak instancje odwoławcze. W przypadku psychologii też są, tyle, że… skorumpowane przez układy i polityczną poprawność. Funkcję weryfikacyjną mają pełnić tzw. replikacje badań, czyli powtarzanie ich przez innych naukowców. Tyle teorii. Praktyka wskazuje jednak na zupełnie inną tendencję – jeśli dany badacz osiągnął wyniki inne niż uznany w świecie naukowym ojciec jakiejś ogólnie przyjętej teorii, jego publikacje są często odrzucane przez redakcje czasopism naukowych z wymowną adnotacją „praca stoi w sprzeczności z wcześniejszymi badaniami”. Czyli nie jest ani odkrywcza ani rzetelna, a więc nie jest też warta publikacji. Smaczku całej sprawie dodaje też fakt, że recenzentami są zwykle najwięksi specjaliści w danej dziedzinie, czyli… twórcy podważanej teorii.

 

Inne ciekawe badania pokazały, jak mało wiarygodne są… badania psychologiczne. Eksperymentatorzy napisali do autorów 141 artykułów, które ukazały się w najznamienitszych czasopismach naukowych z prośbą o udostępnienie surowych danych, czyli tego, na czym rzekomo bazowali. I co się okazało? Ponad 2/3 tego nie uczyniło. Zapewne wielu z nich miało coś do ukrycia. Choć także w przypadku pozostałych 30% jest spora przestrzeń na manipulację. Wystarczy systematycznie odrzucać te wyniki, które nie potwierdzają założonej tezy. I po tej manipulacji nie będzie już żadnego śladu.

 

A teraz pytanie – kto jest najbardziej zainteresowany uzyskiwaniem wyników korzystnych dla środowiska LGBT? Przecież orientacja seksualna jest częścią tożsamości każdej osoby. A bardzo wielu badaczy tego zagadnienia nie kryje swojej orientacji, a wręcz ją manifestuje. I zostaje recenzentami prac na temat LGBT. Powstała nawet specjalna komórka w Amerykańskim Towarzystwie Psychologicznym – Sekcja Studiów Psychologicznych nad Osobami LGBT, zdominowana rzecz jasna przez zadeklarowanych gejów i lesbijki. Ma to oczywiście odbicie w misji tego ciała, którą zdefiniowano jako „działania na rzecz zaangażowania psychologii w zrozumienie problematyki osób LGBT, promowanie edukacji i szkoleń w sprawach gejów i lesbijek, działania na rzecz ich interesu publicznego, wspieranie usług psychologicznych na rzecz LGBT, wykorzystanie wiedzy psychologicznej na rzecz dobrostanu LGBT”. To trochę tak, jak by w sprawie pedofilii mieli się wypowiadać członkowie Martijn – holenderskiej organizacji walczącej o prawa pedofilów. Być może ich argumenty i badania są prawdziwe, ale czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach traktowałby je z ufnością?


Geje są hot

Oczywiście nie trzeba być homoseksualistą, by chcieć promować stanowisko LGBT w pracach badawczych. Także w środowisku naukowym pewne rzeczy są „hot”, czyli grzeją – łatwiej opublikować badania dotyczącej danej sprawy, więcej jest sympozjów, konferencji itp. Poza tym naukowcy nie chcą sprawiać przykrości swoim homoseksualnym kolegom. To też dość ciekawy czynnik – ludzie chcą być dobrzy dla innych, więc mało kto w środowisku naukowym odważy się publicznie krytykować poglądy gender studies, jeśli miałoby to sprawić przykrość komuś w jego otoczeniu. W efekcie nauka staje się zakładnikiem mody oraz adoracji wzajemnej, a przynajmniej pewnych konwenansów, które utrudniają głoszenie poglądów mogących ugodzić w czyjeś poczucie tożsamości.

 

Poza tym łatwo się narazić. Straszne gromy spadają na badaczy, którzy ośmielą się mieć inne zdanie niż ludzie z kręgów LGBT. Po opublikowaniu wyników badania struktur rodzinnych przez profesora Marka Regnerusa napisano mnóstwo donosów i petycji domagających się zwolnienia go z uczelni. Nie doszło do tego, bo jego badanie broniło się samo, ale ta presja była znamienna. Czym tak bardzo rozwścieczył środowisko LGBT tenże profesor? Zdawałoby się, że niczym szczególnym. Zrobił szeroko zakrojone badania socjologiczne, w których porównał m.in. dzieci ze stabilnych rodzin tradycyjnych z innymi konfiguracjami rodzinnymi, w tym z układami, gdzie przynajmniej jeden rodzic był homoseksualny. Różnice oczywiście były. Korzystniej wypadły stabilne, klasyczne rodziny, co akurat nie powinno nikogo dziwić. Ale wywołało burzę i wielkie oburzenie. Dlaczego? Ano dlatego, że wyniki profesora Regnerusa stały w sprzeczności z poglądami głoszonymi przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne (przypomnijmy – zdominowane w sekcji dotyczącej LGBT przez gejów). Oficjalne stanowisko dotyczące homoseksualnego rodzicielstwa brzmi bowiem – „nie ma różnic pomiędzy rodzinami homo i hetero”.

 

Osobną kwestią jest, czy kiedykolwiek istniały podstawy do wysunięcia takiej konkluzji – że warunki dla rozwoju dziecka w rodzinie homoseksualnej są identyczne jak w heteroseksulanej. Także wyniki poprzednich badań były niejednoznaczne, a te, które były korzystne dla środowiska LGBT, zawierały istotne uchybienia metodologiczne.

 

Te bardzo pozytywne badania powstawały na gruncie drobnych mniej lub bardziej świadomych manipulacji badawczych zwanych efektem kuli śnieżnej i selekcją próbek wygodnych. Procedura polega na korzystnym z punktu widzenia wyniku dobieraniu osób badanych. W efekcie do próby rodziców homoseksualnych trafiają tylko dobrze wykształcone i sytuowane osoby, a są one porównywane ze średnią z rodzin heteroseksualnych, gdzie jest już miejsce na socjologiczne patologie i inne powszechne problemy. Tym samym nawet jeśli badacz dochodzi do wniosku, że nie ma istotnych statystycznie różnic miedzy rodziną złożonymi z dobrze usytuowanych białych lesbijek z Manhattanu i typową amerykańską rodziną, nie znaczy to wcale, że statystycznie rodzice LGBT są równie korzystni dla rozwoju dzieci. Wręcz przeciwnie – można domniemywać, że gdyby porównać pełen przekrój rodzin homoseksualnych z heteroseksualnymi, to pozytywny efekt korzystnej selekcji by zaniknął. A w rezultacie dane pokazałyby raczej na statystycznie większe problemy dzieci rodziców homoseksualnych. No i tak się właśnie stało w badaniu profesora Marka Regnerusa.

 

Dla jasności trzeba jednak dodać, że porównywał on dzieci ze stabilnych rodzin tradycyjnych z dziećmi, które wiedziały, że przynajmniej jeden z ich rodziców jest homoseksualny. Tutaj też jest ukryta pewna pułapka, ponieważ rodzice homoseksualni częściej doprowadzali do rozwodów i innych perturbacji, które mogły negatywnie odbić się na ich potomstwie. Tak więc ryzyko polega na przypisaniu problemów dzieci do homoseksualizmu rodzica, kiedy tak naprawdę mogły być one spowodowane rozbiciem rodziny, kiedy rodzic LGBT decydował się porzucić dotychczasową rodzinę. To prawda – ten aspekt budzi wątpliwość. Ale nie powinien powodować nagonki domagającej się głowy profesora. Ta histeria osób LGBT świadczy raczej o ich problemach z rzetelnym podejściem do dyskusji. Ale nie można się temu dziwić. W ich najbardziej fundamentalnym interesie leży dowodzenie, że ich tożsamość jest dobra i zdrowa. Tyle, że właśnie z tego powodu należy zachować dystans w stosunku do badań głoszonych przez środowisko LGBT. I to powinien być taki sam dystans jak względem artykułów publikowanych przez organizację Martijn, a dotyczących dobrych aspektów pedofilii. Choć dla wielu osób może to być szokujące porównanie, zależność jest dokładnie taka sama – w obu przypadkach po jednej stronie jest motywacja do afirmowanie siebie i swojej tożsamości, która jak najbardziej może wpływać na przyjmowane wnioski i osądy.

 

W kwestii badań jest ukryta jeszcze jedna pułapka ideologiczna. Jeśli badania wykazują, że dzieci wychowywane przez pary homoseksualne mają większą tendencję do nawiązywania homoseksualnych kontaktów płciowych, to czy jest to jakiekolwiek przeciwwskazanie? Obecnie panująca wykładnia mówi, że homoseksualizm nie jest zaburzeniem, tylko jedną z wersji normy. A zatem homoseksualizm dzieci wychowanych przez pary gejowskie też nie jest zaburzeniem. Tym samym nie jest to czynnik przemawiający przeciwko rodzinom jednopłciowym – a jeżeli ktoś się z takim postawieniem sprawy nie zgadza, to jest… homofobem i należy go wypchnąć poza główny nurt nauk społecznych.


Homo-pedo-zoo-auto-aseksualizm

Skoro pozwoliliśmy sobie na nawiązanie do pedofilii, idźmy za ciosem i przyjrzyjmy się współczesnym dylematom seksuologii. Otóż postępowe środowiska przymierzają się już do rozszerzenia oficjalnej gamy orientacji seksualnych. Obecnie są jeszcze tylko trzy – heteroseksualna, homoseksualna i biseksualna. Ale pracuje się już nad uwzględnieniem orientacji autoerotycznej oraz aseksualnej, które przez część środowiska są już oficjalnie uznawane. One wejdą do kanonu jest niedługo. W dłuższej perspektywie należy spodziewać się dołączenia orientacji zooseksualnej oraz pedofilskiej. Pierwsza z nich straciła już status oddzielnego zaburzenia, a według współczesnej seksuologii sporadyczne kontakty erotyczne ze zwierzętami – o ile opierają się na zasadzie dobrowolności i nie są przedkładane nad kontakty z ludźmi – są w pełni normalne. Z pedofilią jest nieco trudniej, ponieważ budzi ona większy opór społeczny. Kiedy Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne napisało o niej jako o orientacji seksualnej, wybuchł skandal i APA musiała się gęsto tłumaczyć. Ale… niesłusznie.

 

Pedofilia jak najbardziej spełnia kryteria orientacji seksualnej. Opisuje tożsamość, której nosiciel odczuwa trwały, emocjonalny i seksualny pociąg względem jakiejś kategorii osób. Problem polega na niechęci do przyznania, że pewne orientacje seksualne są… zaburzone. Uczciwe postawienie sprawy spotkałoby się z atakiem środowiska LGBT, ponieważ niosłoby niejawne przesłanie, że także z nimi coś może być nie tak. Obecnie przyjmuje się, że wszystkie oficjalne orientacje są równowartościowe. Teoretycznie, można dywagować, czy brak pociągu seksualnego jest efektem zdrowia czy zaburzenia (aseksualizm), albo czy pociąg do siebie samego na pewno jest naturalny (tożsamość autoerotyczna). Ale nie da się już obronić tezy, że pedofilia jest ok. Dlatego takie opory budzi uczciwe postawienie sprawy, że to orientacja seksualna, tyle, że zaburzona.


Homofobia kontra homofilia

Środowiskom LGBT nie można odmówić jednego – talentu do PRu. Bardzo skutecznie udało im się wypromować termin „homofobia”, choć zazwyczaj nie ma on z fobią nic wspólnego. Wielu ludzi prezentuje zwyczajny „homosceptycyzm”, często zdroworozsądkowy, bo nie poddający się ograniczeniom poprawności politycznej. Jednak środowisko LGBT, zgodnie ze starą zasadą manipulacji, przypisało tej sceptycznej grupie poniżające określenie homofobów. Homofobii – definiowanej jako niechęć przed pełną afirmacją homoseksualizmu z prawem do adopcji włącznie –  należy się bowiem wstydzić. W ten sposób stworzono rzeczywisty problem, ponieważ ludzie zaczęli odczuwać autentyczną fobię, aby ktoś nie nazwał ich homofobem. Po prostu mistrzostwo PRu!

Tak naprawdę dla równowagi należałoby ukuć i wypromować jeszcze jedno określenie – „homofilia”, czyli emocjonalnie umotywowane, euforyczne podejście do zagadnień związanych z homoseksualizmem. I ta homofilia autentycznie jest zaraźliwa, ostatnio za pośrednictwem Facebooka. Tyle, że – dla odmiany – nie uchodzi za zaburzenie, ale za powód do dumy. Zupełnie niesłusznie.


„Żądamy dzieci!”

Przy facebookowej euforii związanej z przyznaniem pełni praw homoseksualistom w USA często zapominano, że wiąże się z tym także prawo do adopcji dzieci. Za stanowiskiem APA przyjęto, że „nie ma żadnych różnic między rodzinami homo i hetero”, choć badania wychodziły w tej kwestii bardzo niejednoznacznie, a osoby wyrokujące w tej sprawie miały bardzo istotną motywację wewnętrzną do przyjęcia takiego stanowiska.

 

Uderzano też w inne, bardziej emocjonalne tony – lepiej pozwolić homoseksualistom na adopcję dzieci, niż skazać je na bycie wiecznymi sierotami. I trudno się z tym nie zgodzić. W istocie, lepiej jest mieć niestandardową – a nawet zaburzoną – rodzinę, niż nie mieć jej wcale. Gdyby sprawy miały wyglądać tak, jak w przypadku adopcji przez osoby samotne, nie byłoby problemu. W tym ostatnim przypadku preferowane są pełne rodziny i to one mają pierwszeństwo. Osoby samotne też mogą adoptować, ale głównie w sytuacji, kiedy po dane dziecko nie zgłosi się żadna para. Wydaje się to uczciwym podejściem do tematu i podobnie mogłoby być z rodzinami homoseksualnymi. Wystarczyłoby traktować je jako mniejsze zło (mniejsze niż sierociniec), co z punktu widzenia psychologii niezależnej od homoseksualistów z APA mogłoby być całkiem sensownym kompromisem.

 

Ale nie o to chodzi środowisku LGBT! Ono uznałoby takie postawienie sprawy za dyskryminację, ponieważ geje domagają się absolutnego i jednoznacznego zrównania z tradycyjnymi rodzinami. Wydaje się, że chcą w ten sposób ostatecznie udowodnić sobie i światu, że są w pełni normalni. Każde inne postawienie sprawy narusza ICH prawa. A prawa dzieci? Czy na pewno powinno się eksperymentować na sierotach, szczególnie w sytuacji, kiedy w tej sprawie pozostaje tyle niejasności? Warto sobie na koniec zadać fundamentalne pytanie, o czyje dobro tak naprawę walczy środowisko LGBT i jego fejsbukowi sympatycy –  o dobro dzieci czy o dobro samych homoseksualistów, bo to bardzo istotna różnica.


PS. Z góry przepraszam wszystkich moich znajomych i czytelników o orientacji homoseksualnej – nie jest moją intencją szkodzenie Wam, ani stygmatyzowanie Waszej tożsamości. Mimo wszystko pewne rzeczy powinny być jasno nazywane i poddane dyskusji, bez względu na aktualne trendy poprawności politycznej i obawę, że jej brak może kogokolwiek urazić. A do tematu homoseksualizmu jeszcze kiedyś wrócę.