Zły dotyk boli przez całe życie. Ale nie tylko kontakt fizyczny potrafi ranić. Gesty, słowa, a nawet niedopowiedzenia miewają równie destrukcyjną moc. Czasem bywają nawet bardziej niebezpieczne, bo na pierwszy rzut oka nie da się rozpoznać zagrożenia. Podobno żaba powoli podgrzewana w garnku nie wyskoczy z niego i pozwoli się ugotować. Nie inaczej jest z ludźmi, zmuszanymi do życia w cichej, domowej patologii.


Sprawa Josefa Fritzla była skrajnym przejawem pewnej patologii. Oto ktoś więził przez 24 lata swoją własną córkę w piwnicy, gwałcąc ją i płodząc z nią dzieci. Nie ulega wątpliwości, że sprawca był psychopatą pozbawionym moralności. Fritzl molestował swoją córkę już od najmłodszych lat, co jednak samo z siebie nie jest niczym tak niespotykanym, jak byśmy sobie tego życzyli. Wyjątkowa była jedynie jego determinacja, ponieważ zaczął sekretnie budować dla niej podziemne więzienie, kiedy dziewczynka miała zaledwie 12 lat. Trafiła do niego, kiedy skończyła 18. Widać więc skalę wyrachowania, a nawet pewną mroczną formę kreatywności.


Bierny współudział

Czy nie uderza Was pewien paradoks? Dziewczyna była gwałcona przez swojego ojca przez dziesiątki lat. Ale ich kontakty wcale nie musiały mieć formy klasycznego gwałtu, kiedy ofiara krzyczy i się wyrywa. I prawdopodobnie nie miały. Trudno sobie przecież wyobrazić setki, a pewnie tysiące, zbliżeń seksualnych ze zdesperowaną, gotową na wszystko kobietą. Szok może wystąpić za pierwszym razem, ale za każdym kolejnym można by się już spodziewać, że krzywdzona osoba znienacka wbije swojemu oprawcy widelec w oko, poderżnie mu gardło lub go otruje. Co prawda Fritzl okłamał swoją córkę, że drzwi do jej celi są pod napięciem elektrycznym, a po drodze było kilka wymyślnych zabezpieczeń, to droga na wolność nie była wcale aż tak skomplikowana. Potwór z Amsetten „goszcząc” u swojej córki miał przecież pęk kluczy zawsze przy sobie – poza kodem do zamku szyfrowego, który miał tylko w głowie. Elisabeth mogła jednak przypuszczać, że ktoś zainteresuje się ewentualnym zniknięciem jej ojca i na pewno będą go szukać tam, gdzie często przebywał. Czyli w piwnicy, bo dla nikogo z domowników ani sąsiadów nie było tajemnicą, gdzie często chadzał Joseph. Nic jednak się nie stało przez dziesiątki lat, podczas których Fritzl pod ziemią jadał, oglądał telewizję, sypiał, a nawet pracował nad powiększeniem więzienia. Elisabeth nie zabiła go, ani nie próbowała ucieczki, choć miała ku temu zapewne mnóstwo potencjalnych okazji. Mało tego, nawet wtedy, kiedy ojciec zabrał ją do szpitala do przebywającej już tam ich chorej córki, Elisabeth nie rzuciła się szukać pomocy. Dlaczego?


W psychologii funkcjonuje kilka terminów wyjaśniających ten paradoks, m.in. osławiony syndrom sztokholmski. Ujawnił się on u zakładników przetrzymywanych przez porywaczy. Już po kilku dniach ofiary zaczęły sympatyzować, a nawet utożsamiać się ze swoimi oprawcami. Czasem nie potrzeba nawet osobistego kontaktu, by dać się uwieść potencjalnemu oprawcy. Do rangi fenomenu urasta fakt, że seryjni mordercy mają swoje fanki, które się w nich zaocznie zakochują i piszą do nich namiętne listy.


To wszystko pokazuje, jak przewrotna bywa ludzka psychika. W naszym wewnętrznym świecie racjonalność staje się często tylko pustym pojęciem. Wygrywają emocje i stojące za nimi mechanizmy obronne, które czynią z nas nie tylko ofiary, ale czasem także… biernych wspólników. Odejdźmy tu jednak od drastycznego przykładu Elisabeth i skupmy się na bardziej powszechnych zjawiskach, które czerpią jednak z tego samego źródła.


Wina a odpowiedzialność

Nie da się zrozumieć sprawców, nie rozumiejąc jednocześnie ofiar. Ale rozumienie nie oznacza tylko współczucia im. Musimy dojrzeć mechanizmy poszkodowanych, które pomogły stworzyć z nich ofiary. A to oznacza złamanie pewnego społecznego tabu. Mam nadzieję, że jesteście na to gotowi. Bo nie wszyscy są.


Także specjaliści z psychopatologii wolą promować zakłamanie. Choć wiadomo, że sadysta do sukcesu potrzebuje współpracującego z nim masochisty, wiedza ta usuwana jest z oficjalnych materiałów. Widowiskowym przykładem było m.in. wyrzucenie z najpopularniejszego podręcznika diagnostycznego DSM osobowości sadystycznej i masochistycznej. Zrobiono tak na skutek nacisków m.in. środowisk feministycznych, które argumentowały, żeby nie czynić ofiar współwinnymi. Rzekomo zdiagnozowanie u kogoś osobowości masochistycznej miało potęgować u niego poczucie winy, a sadystycznej – tłumaczyć sprawcę. Jest to poniekąd logiczne, ale jednocześnie kompletnie zakłamane. Jeśli istnieją osoby predysponowane do odgrywania roli ofiary, tylko uświadomienie im tego faktu może cokolwiek zmienić. Wbrew pozorom to zamiatanie sprawy pod dywan potęguje problemy, ponieważ pozwala tym osobom dalej żyć w ułudzie i nieświadomie wchodzić w kolejne toksyczne związki.


Uznanie ukrytych – choć wstydliwych – intencji ofiary do bycia wykorzystaną wcale nie jest nieludzkie. Przeciwnie. Jest wyrazem prawdziwej troski, a nie powierzchownego i w gruncie rzeczy fałszywego poklepywania po ramieniu. Ostatecznie zarówno sprawca jak i współpracująca z nim ofiara są zaburzeni – choć to wcale nie znaczy, że w równym stopniu.


Nie znaczy to także, że ofiara jest współwinna. Ona staje się jedynie współodpowiedzialna – w momencie, którym może praktycznie przerwać ciąg wykorzystywania, ale tego nie robi. W tym przewrotnym postawieniu sprawy jest jednak pewien potencjał. Skoro ofiara jest współodpowiedzialna, ma tym samym jakąś władzę nad całą sytuacją. I to poczucie kontroli może zacząć wykorzystywać do zmiany realnego zachowania. Ale przedtem musi sobie zdać z niego sprawę.


Przywilej bycia ofiarą

Czy osoba wykorzystana może czerpać przyjemność z bycia ofiarą? Niestety tak. I to jest wielki problem, ponieważ bywa przyczyną dodatkowych cierpień. Wewnętrzny konflikt może boleć nawet bardziej niż zewnętrzne rany. Czasami sytuacja taka staje się udziałem wykorzystywanych dzieci. Szczególnie wtedy, kiedy cały proceder nie jest naznaczony typową przemocą, tylko uwiedzeniem i psychicznym uwikłaniem. Dziecko dopuszczone do zakazanej relacji z rodzicem może czuć się w pewnym sensie wyróżnione, co poniekąd związane jest z osławionym kompleksem Edypa.


W oczywisty sposób rodzice są dla swoich dzieci pierwszym obiektem miłości. A dzieci niejako samoistnie przekierowują na opiekunów własne seksualne instynkty, co zaobserwowano także u naszych małpich krewniaków. To rodzice muszą oddzielać pewne niepożądane zachowania od tych właściwych, tak jak szympansie matki przepędzają swoich synów próbujących z nimi kopulować. Kiedy tak się nie dzieje, rozwija się patologia. W najlżejszym wydaniu jest nią osławiony kompleks Edypa, w gorszym – uwiedzenie, a w najgorszym – seksualne molestowanie. Odpowiedzialni za wszystkie te problemy są w 100% rodzice, to trzeba wyraźnie powiedzieć. Ale z czasem w relacje mogą czynnie zaangażować się także ofiary, dla których sytuacja jest jednak dość niejednoznaczna. Z jednej strony dzieci wikłane w nienaturalnie bliskie relacje czują lęk i nieświadomą obawę przed zemstą rodzica, na którego pozycję wchodzą – np. w przypadku dziewczynek jest to własna matka zazdrosna o uprzywilejowaną pozycję córki u boku jej męża, a w przypadku chłopców – ojciec działający z analogicznych pobudek.


Ale z drugiej strony taka zbyt bliska relacja jest pewną formą wyróżnienia, a nawet przyjemności, co kompletnie gmatwa całą sprawię w umyśle dziecka. W terapii często okazuje się, że ktoś czuje wielkie opory przed uświadomieniem sobie faktu zbyt dużej bliskości seksualnej z rodzicem, ponieważ nie potrafi zaakceptować swoich ambiwalentnych odczuć z tamtego okresu. Patologiczna przyjemność z podtekstem kazirodczym budzi jednocześnie obrzydzenie, z którym ciężko się uporać, inaczej niż wypierając je z siebie. Pojawia się także ogromne poczucie winy. Tym większe, im więcej w tej patologicznej relacji było rzeczy, które wtedy sprawiały dziecku przyjemność – poczucie wywyższenia i wyjątkowości, a może nawet jakaś chora przyjemność cielesna. Ta niejednoznaczność bywa tamą, która blokuje szczere odreagowanie całego problemu i zaakceptowanie, że wszystkie odruchy dziecka są z założenia naturalne i dlatego nie powinny budzić żadnego poczucia winy. Winny wszystkiemu zawsze jest rodzic, bo to on kontroluje sytuację. Nawet jeśli dziecko daje się uwieść i w jakimś sensie współdziała z oprawcą.


Uwiedziona córeczka tatusia

Dziewczynki zwykle uwielbiają swoich ojców. I jest na to społeczne przyzwolenie. Sentencja „córeczka tatusia” ma generalnie pozytywny wydźwięk, choć „maminsynek” jest już raczej negatywnym określeniem. Czasem jednak pozornie niewinna relacja zaczyna być podszyta uwiedzeniem. Dzieje się tak wtedy, kiedy pojawia się niejasny komunikat w rodzaju „mały mężczyzna mamusi jest lepszy niż tatuś i nigdy jej nie opuści”, „zawsze ma dla niej czas”, „zawsze można na niego liczyć (w przeciwieństwie do tatusia)” itp. A „najukochańsza córeczka tatusia jest słudziutka, piękniusia, a tatuś jest z niej taki dumy, że zawsze wszystko dla niej zrobi”. Generalnie chodzi o poczucie wyjątkowości przemieszane z mniej lub bardziej jawnym wywyższeniem ponad rodzica tej samej płci. Albo symbolicznym postawieniem dziecka w roli dorosłego partnera, co dobitnie obrazuje poniższy obrazek z Kwejka. Dość powiedzieć, że jego przekaz zachwycił ponad 160 osób, co jak na ten portal stanowi całkiem niezły wynik.


Z czasem do takiej zbyt partnerskiej relacji bywa dodawany subtelny kontekst seksualny. Ten aspekt jest już trudniej definiowalny i polega na pewnym wyczuciu – co jest jeszcze w normie, a co już nie. Granica jest płynna, ale uwodzone dzieci mogą np. myć plecy rodzicowi, spać z nim w łóżku, zbyt intymnie się przytulać itp. Czasami tacy seksualnie korumpujący ojcowie kupują swoim córkom kwiaty, biżuterię, a nawet bieliznę. Mogą też opowiadać ze szczegółami o swoich podbojach miłosnych lub wypytywać o to samo dzieci. Erotyczny kontekst takiej sytuacji bywa początkowo w pewien sposób przyjemny dla dziecka, choć jest to przyjemność na dłuższą metę destrukcyjna. Buduje wewnętrzne konflikty, obawy, lęki i w pewien specyficzny sposób zaburza rozwój osobowości – rodzi patologię, którą określa się jako osobowość histrioniczną lub histeryczną, do czego jeszcze wrócimy.


Problem w opisanej sytuacji polega na tym, że dzieci wydają się same dążyć do bliskości i z natury rzeczy nie znają granic – to rodzice powinny je wyznaczać. Ale często tego nie robią. Tłumaczą sobie tę zbytnią bliskość wolą dziecka i nierzadko wypierają z umysłu erotyczny kontekst, jaki taka sytuacja może mieć dla córeczki czy synka. Ale opisana sytuacja zwykle daje im jakąś skrywaną patologiczną przyjemność. Bywa na przykład sublimacją potrzeby miłości ze strony nieobecnego lub niezainteresowanego męża czy żony. Mały chłopczyk mamusi bywa wtedy ofiarą jej samotności. A córeczka tatusia może dawać mu bliskość, której nie dostaje już od żony.


I tak się nierzadko dzieje. Tylko nieliczne przypadki seksualnego nadużywania dzieci mają tak widowiskowy przebieg jak w przypadku Josefa Fritzla. Choć schemat bywa podobny. Najpowszechniejszym modelem rodziny, na podłożu której rozwija się seksualne wykorzystywanie, jest rodzina patriarchalna, w której ojciec jest panem i władcą. Tak też było u potwora z Amstetten. Mówi się, że władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie. Jeśli głowa takiej rodziny ma tendencje psychopatyczne, nie zawaha się realizować własnych potrzeb kosztem swoich „bliskich” nawet w sposób tak bezpośredni jak Fritzl. Psychopata nie czuje wstydu ani skrępowania. Jeśli ma ochotę na gwałt – gwałci. Wie, że może sobie pozwolić na wiele, bo żona jest mu podległa. To też zwykle nie jest przypadek, ponieważ psychopaci i sadyści dobierają sobie partnerki niepewne siebie i zalęknione. Łatwiej je kontrolować. Kobiety w związkach, w których występuje molestowanie seksualne, same często pochodzą z rodzin o podobnej „tradycji”. Bywa, że tak bardzo boją się samotności, że ze strachu przed opuszczeniem przez męża przyłączają się do jego kazirodczych orgii. Z wywiadów ze sprawczyniami przestępstw seksualnych wobec własnych dzieci wynika, że nie czują podczas nich podniecenia ani przyjemności. Biorą udział w molestowaniu, ponieważ chce tego ich partner – ojciec ofiary. Podobnie musiało być w rodzinie Fritzlów, co tłumaczy, jak matka Elisabeth mogła nie domyślić się prawdy przez tak długi czas. Prawdopodobnie ze strachu przed opuszczeniem przez męża wypierała z siebie świadomość sytuacji. Jeśli nawet dochodziły do niej jakieś niepokojące myśli, zapewne ich nie weryfikowała. Z obawy, że jej przypuszczania się potwierdzą i będzie musiała coś z tym zrobić. Ale nawet zachowanie żony Fritzla jeszcze nie jest ekstremalne. Zdarzają się matki, które same wpychają swoje córki w objęcia ojców, żeby tylko one same nie musiały obcować z nim seksualnie. Choć to przerażające, tym niemniej bywa prawdziwe.


Czasami jednak schemat jest odmienny. Zaczyna się zupełnie niepozornie. Młody mężczyzna spotyka miłość swojego życia. Psychicznie jest słaby i niepewny siebie, zakochuje się więc w silnej i dominującej kobiecie. Biorą ślub. Rodzi się dziecko, które angażuje uwagę kobiety. Dzieje się to kosztem męża, który – samemu będąc niedojrzałym i potrzebującym opieki – czuje się zawiedziony. Małżonkowie powoli odsuwają się od siebie. Żona wraca do pracy i się jej poświęca. Mąż zajmuje się dzieckiem. Jeśli jest to córeczka, szanse na problemy rosną. Zawiedziony, sfrustrowany mężczyzna może rekompensować sobie braki w bliskości z żoną poprzez bliskość z dzieckiem. Jeśli nie ma w nim hamulców moralnych, może dojść nawet do typowego molestowania seksualnego. Często zaczyna się ono od uwiedzenia, a cała patologia nie musi być wcale naznaczona jawną przemocą. Krok po kroku mężczyzna taki uzależnia od siebie córkę i sprawia, by ta sama chciała posuwać się coraz dalej.


Toksyczni rodzice

Zatrzymajmy się na chwilę na poziomie bardziej subtelnym, gdzie w grę wchodzi raczej uwiedzenie niż realne molestowanie seksualne. Fritzlów jest niewielu, a uwodzących rodziców – wbrew pozorom – całe mnóstwo. Na mniej patologicznych poziomach problemu takie nieco tylko uwikłane relacje przejawiają się  m.in. jako zazdrość ze strony ojca wobec partnerów dorastającej córki. Chłopak takiej dziewczyny może być negowany, ośmieszany, albo nawet jawnie zwalczany przez potencjalnego teścia. W umyśle ojca jest intruzem, który chce zabrać mu jego własność – słodką, ukochaną córeczkę tatusia.


I odwrotnie, bywają matki, które nie pozwalają synom dorastać. Wyręczają ich we wszystkim, nie pozwalają się usamodzielnić lub dają przekaz, że „nigdy żadna kobieta nie będzie tak dobra jak ja”. Często jednak nie muszą się o to martwić, bo wielu uwiedzionych synów zostaje… gejami. Tak właściwie kluczowe jest wtedy nie tyle uwiedzenie, ale fakt, że są to często matki samotnie wychowujące dzieci. To niepoprawnie politycznie stwierdzenie, ale brak męskiego wzorca i idąca za tym niemożność naturalnego określenia własnej tożsamości płciowej jest genezą większości przypadków homoseksualizmu. To bardziej skomplikowany temat, może kiedyś opiszę go oddzielnie – na razie tylko zarysujmy potencjalne konsekwencje tego konkretnego układu. Otóż w niepełnych rodzinach, w których brakuje męskiego wzorca, a matka nieświadomie uwodzi syna, często dochodzi do wykształcenia się męskiej formy osobowości histrionicznej.  Taka osoba nawet w środowisku LGBT określana jest jako „przegięta ciotka”. Mężczyzna taki zachowuje się jak stereotypowy gej – jest wręcz nadmiernie kobiecy, mówi podniesionym głosikiem, przegina ręce w nadgarstkach, zdaje się słodziutki i nieco dziecinny, a jednocześnie na swój sposób zalotny i uwodzicielski. Niestety, pachnie to uwiedzeniem – choć w sumie psychologowie często unikają stawiania sprawy tak jednoznacznie, aby nie wywoływać zbyt drastycznego szoku. Ja wierzę w uzdrawiającą moc prawdy i ufam, że każdą odrzucającą informację z czasem można zaakceptować i przyjrzeć się jej z uwagą i bez strachu. Przy czym nie zamierzam tutaj nikomu narzucać na siłę powyższej interpretacji. Daję jedynie pod rozwagę jako jedną z teorii, którą dokładniej opiszę innym razem.


Dziwna histeria

Tu dochodzimy do pewnego kluczowego pojęcia – „histeria”. Potocznie oznacza ona wybuch wielkich, ale powierzchownych emocji. Tym niemniej histeria jako wyraz została spopularyzowana przez Freuda i innych psychoanalityków. Niestety, obecnie pojęcie to jest często mocno zniekształcane. Powszechnie uchodzi za seksistowskie i przede wszystkim fałszywe. Zupełnie niesłusznie. Do dzisiaj funkcjonuje w psychologii i psychiatrii, chociaż dla niepoznaki nadano mu nową nazwę – osobowość histrioniczna. Opis problemu się jednak generalnie nie zmienił. Cytując podręcznik diagnostyczny DSM-IV:

Utrwalony wzorzec nadmiernej emocjonalności i poszukiwania uwagi innych osób. Pojawia się we wczesnej dorosłości i obecny jest w różnych sytuacjach życiowych, na co wskazuje u danej osoby powtarzające się występowanie 5 lub więcej z poniższych cech i kryteriów:

  • osoba czuje się niekomfortowo w sytuacjach, w których nie znajduje się w centrum uwagi towarzystwa;
  • w kontaktach z innymi ludźmi przejawia nieadekwatnie uwodzicielskie lub prowokacyjne zachowania;
  • wykazuje zmienne i płytkie reakcje emocjonalne;
  • notorycznie używa wyglądu fizycznego, aby zwrócić na siebie uwagę;
  • jej sposób wypowiedzi jest nadmiernie emocjonalny i pozbawiony szczegółów;
  • zachowuje się w sposób teatralny, często dramatyzuje i przesadnie okazuje emocje;
  • jest podatna na sugestie, łatwo ulega wpływom innych ludzi lub okoliczności;
  • jest przekonana, że jej relacje z innym ludźmi są bliższe, niż są w rzeczywistości.

 


Zmiana nazwy z „osobowości histerycznej” na „osobowość histrioniczną” podyktowana była chęcią odcięcia się od seksizmu. „Histeria” oznacza po grecku „macicę”. Narządowi temu w starożytności przypisywano dość przewrotną rolę. Przyczyną przypadłości – według lekarzy z epoki klasycznej – miał być ucisk macicy na inne organy wewnętrzne kobiety. Tak starożytni medycy tłumaczyli sobie objawy nerwicy histerycznej (to już nazwa z czasów Freuda), czyli napady niepokoju, duszności, zawrotów głowy i kołatania serca. Nie mając innych narzędzi, drogą obserwacji powiązali te problemy ze sferą seksualną. I najzabawniejsze jest to, że w pewnym sensie mieli rację. Co do związku oczywiście, a nie w kwestii dokładnego wyjaśnienia mechanizmu rozwijania się przypadłości. Powstawanie nerwicy histerycznej jak najbardziej jest związane z zaburzeniami seksualnymi, najczęściej z jakąś formą molestowania.


Tak więc obecnie mamy w podręcznikach osobowość histrioniczną. I bardzo dobrze, ponieważ – jak już wspomniałem przy okazji adnotacji o homoseksualizmie – problem ten dotyka również mężczyzn. Jedyną zmianą od czasów Freuda w kwestii definiowania histerii jest źródło jej powstawania. Psychoanalitycy zauważyli związek między tym problemem osobowościowym a wypartymi, negatywnymi doświadczeniami seksualnymi z okresu dzieciństwa i na tej zależności się skupili. Współczesna naukowa psychologia nie zadaje już sobie trudu i nie definiuje źródła problemu, zadowalając się stwierdzeniem, że takie zaburzenie po prostu istnieje – wnioskując po objawach wspólnych dla pewnej istotnej grupy pacjentów. Szkoda, ponieważ dane bardzo mocno wspierają hipotezę stworzoną przez psychoanalizę. Wyniki badań przytoczonych przez Stephena Johnsona w książce „Style charakteru” mówią, że w 76% sprawozdań z leczenia pacjentów ze stwierdzoną osobowością histrioniczną znaleziono informacje potwierdzające hipotezę uwodzącego ojca. Była to metaanaliza opisów terapii takich pacjentów, więc nie jest powiedziane, że ten współczynnik naprawdę nie był większy – najpewniej nawet stuprocentowy. Po prostu w niektórych opisach zabrakło danych na ten temat. Tym niemniej tak wysoka korelacja jest silnym empirycznym dowodem wspierającym nie tylko wyjaśnienie problemu osobowości histerycznej jako takiej, ale ogólnie założenia psychologii psychodynamicznej, pod które generalnie trudno zaprojektować badania naukowe. Nie oddamy przecież jednej grupy dzieci do rodzin kazirodczych i nie porównamy po latach z grupą kontrolną.


Fritzl nasz powszedni

Jak częsta jest to przypadłość? To zależy, o jakim stopniu zaburzenia mówimy. Jeśli ograniczylibyśmy się tylko do grona ludzi o jednoznacznie zaburzonej osobowości, byłoby to zaledwie 3% populacji. Z jednoznaczną przewagą kobiet – zaburzenia histrioniczne stwierdza się u nich cztery razy częściej niż u mężczyzn. Generalnie z grubsza odpowiada to ilości kazirodczych relacji między dziećmi a rodzicami, które w USA oszacowano na 2% populacji. Co wcale nie jest małą liczbą – wyobraźcie sobie, że co pięćdziesiąta osoba, którą mijacie na ulicy miała jednoznacznie seksualne kontakty z kimś ze swojej najbliższej rodziny. Jeśli mieszkacie w dużym mieście, mogą to być dziesiątki osób dziennie. I choć nie potraficie dostrzec tego dramatu na ich twarzach, to on się po prostu dzieje. Nie tylko w Austrii, nie tylko u tak patologicznych zwyrodnialców jak Joseph Fritzl. Być może u Twojego sąsiada albo kolegi z pracy.


Dokładniejsze badania stwierdzają, że seksualnie molestowana jest jedna na 43 dziewczynki w sytuacji, kiedy wychowuje ją własny ojciec (czyli 2,3% z nich) oraz jedna na 6, kiedy jest to nowy partner matki (17%). Przypuszcza się jednak, że te liczby mogą być niedoszacowane z uwagi na powszechnie znaną tendencję do wypierania z siebie traumatycznych wspomnień lub nie przyznawania się do nich – nawet w anonimowej ankiecie. Ten mechanizm z kolei potwierdzają badania stwierdzające, że 60% osób, które pamiętają przykre przeżycia seksualne ze swojego dzieciństwa, nie pamiętało ich w jakimś okresie swojego życia. Inną istotną informacją jest fakt, że osobowość histrioniczną stwierdza się w USA u kilkunastu procent osób leczonych w placówkach zdrowia psychicznego. Pokazuje to prawdziwą skalę problemu molestowania i kazirodztwa, które wcale nie są tak marginalne, jak byśmy sobie tego życzyli.


Liczbę chłopców molestowanych przez ojczymów ustalono na poziomie 4,5%. Jednocześnie warto zauważyć, że w badanych rodzinach za przypadki molestowania chłopców odpowiadali w 80% mężczyźni, co dość jasno wskazuje, że kobiety dużo rzadziej dopuszczają się nadużyć seksualnych względem dzieci.


Dostępne badania skupiają się głównie na jednoznacznym wykorzystaniu seksualnym, które w USA jest sporym problemem. Jego ofiarami w ciągu życia pada ok. 23% dzieci. Przy czym najczęstszymi sprawcami są osoby znane ofierze przynajmniej z widzenia (71% z tych przypadków), a nie kompletnie przypadkowi pedofile (18% przypadków). Te liczby nie będą jednak przekładać się jednoznacznie na występowanie osobowości histrionicznej, ponieważ część z tych traumatycznych wydarzeń ma charakter jednorazowy. Oczywiście nie zmniejsza to dramatu wykorzystania, ale nie przekłada się też tak mocno za zaburzenia charakterologiczne. Przy pojedynczym zdarzeniu nie następuje cały szereg zależności rodzinnych, które wpychają dziecko w ręce molestującego rodzica i budują zręby typowej osobowości histrionicznej.

(Dane statystyczne wynotowane zostały z ich zbiorczego opracowania zawartego we wspomnianej książce pt. „Style charakteru” oraz badań Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.)


Jeśli jednak rozszerzymy definicję z typowego molestowania seksualnego na każdą formę wykorzystania, w tym psychicznego uwiedzenia, liczby te wzrosną jednoznacznie. Trudno jednak powiedzieć, ile dokładnie wyniosą, ponieważ w statystykach epidemiologicznych figurują tylko przypadki ze zdiagnozowaną osobowością histrioniczną lub te, które zaznały jednoznacznego fizycznego molestowania i się do tego przyznały. Trzeba jednak pamiętać, że każdy wymiar osobowości jest pewną ciągłą, a nie pojęciem zero-jedynkowym. Przypadki zdiagnozowane oficjalnie w oparciu o przytoczone powyżej kryteria DSM to tylko ten wycinek osób o cechach histrionicznych, który bardzo jednoznacznie przekroczył poziom akceptowany w psychiatrii. Bardziej subtelne formy stylu charakteru nie są uwzględnione w liczbie 2%, ale możemy przyjąć, że liczba osób mających zauważalne problemy histeryczne na pewno będzie dwucyfrowa. Samego zaciekawiło mnie, ile dokładnie wyniesie. Dlatego napisałem do twórców jednego z testów osobowości, którego skale zgodne są z kryteriami diagnostycznymi DSM. Dam znać, jak mi odpiszą.


Opera mydlana

A właściwie mydlany dramat. Tak można by opisać zachowanie osób histrionicznych. Lubią być w centrum uwagi, choć są przy tym zwykle nieco przesadne, sztuczne, egzaltowane. Stąd właśnie nowa nazwa tego zaburzenia – „histrio” to z łaciny „aktor” (w odróżnieniu od „hystera” – „macica”). Osoby takie często przeżywają zalew intensywnych, ale płytkich emocji. Wzburzenie, zachwyt, złość czy zauroczenie mogą być wielkie, ale zwykle szybko mijają i nie mają takiej głębi, jaką zwykle zauważamy w życiu emocjonalnym osób bez tej przypadłości. Jednocześnie wiele histeryczek (mimo wszystko będę używać także tej dawnej formy) wydaje się być dość –  przepraszam za kolokwializm – głupia. Nie stać je na głębokie analizy, dywagacje ani subtelności. Nie są spostrzegawcze. Wydają się mieć dziwnie słabą pamięć, także krótkotrwałą. Są roztargnione. Opowiadając, posługują się ogólnymi pojęciami i niejasnymi terminami, często nie potrafiąc doprecyzować, co dokładnie mają na myśli. W ich relacjach jest dużo impresji, a mało konkretów. Są także dość naiwne, ponieważ poddają się emocjom, nie analizując faktów.


Ktoś mógłby powiedzieć, że to przerysowany obraz stereotypowej kobiety. Trochę tak jest, ale jest to dość archaiczny wzór kobiecości. I faktycznie, kiedyś był to problem powszechniejszy, m.in. dlatego, że seksualność była tematem tabu, a w zamkniętych, purytańskich rodzinach częściej dochodziło do nadużyć seksualnych wobec dzieci. W  czasach pełnych pruderii i patriarchalizmu niektórzy ojcowie mieli tendencję, aby wyrównywać sobie niedobory w sferze seksualnej w kontaktach z własnymi córkami. Dlatego kiedyś częściej dochodziło do takiego typowego uwodzenia połączonego z molestowaniem. Dzisiaj mamy pornografię, prostytucję i większy dostęp do zdrady. Kiedyś każdy sfrustrowany mężczyzna musiał radzić sobie na własną rękę. Niestety, zamiast ręki czasem wolał wykorzystać do tego swoją córkę. W zakłamanej, purytańskiej epoce wiktoriańskiej – kiedy powstawała psychoanaliza – był to proceder dość powszechny. Obraz tych czasów zachował się m.in. w filmach, w których widzimy arystokratki mdlejące z byle powodu, choćby przy samym wspomnieniu kontekstu seksualnego. Niestety, często miały powód do omdlenia – wspomnienia, których psychika nie potrafiła zaakceptować.


Warto tu sobie od razu odpowiedzieć na pytanie, dlaczego kiedyś kobiety zachowywały się w tak kuriozalny sposób. To nic więcej niż mechanizm obronny. Omdlenie jest po prostu bardziej widowiskowym przejawem dysocjacji. Polega ona na odcięciu jakichś zagrażających impulsów psychicznych od kontaktu ze świadomością. „Wyłączenie” mózgu (omdlenie) jest jedną z najbardziej radykalnych form. Czasem wystarczy tylko odcięcie jakiejś części ciała, o czym kiedyś już pisałem. Dysocjacją jest też utrata odczuwania, która występuje w wielu traumach, nie tylko seksualnych. Człowiek zaatakowany przez lwa po prostu przestaje odczuwać ból w momencie, kiedy zwierzę rozszarpuje mu ramię.  Dzięki temu ten ból go nie sparaliżuje i da potencjalną szansę na obronę i ucieczkę. Podobnie dzieje się w przypadku wypadków samochodowych, kiedy człowiek doznaje dysocjacji, wskutek której potrafi nie zauważyć, że właśnie stracił nogę i idzie podpierając się tylko jej kikutem. W przypadku molestowania seksualnego dochodzi jednak do traumy rozwojowej, czyli takiej, która powstała stopniowo, na skutek powtarzania się pewnych niszczących zachowań. Człowiek z osobowością histrioniczną został w bardziej lub mniej jawny sposób wykorzystany seksualnie. Blokuje więc odczuwanie wspomnianych doświadczeń. A wszystkie objawy osobowości histrionicznej są jedynie przejawami tego blokowania.


Mówiąc wprost, histeryczka wydaje się głupia, ponieważ jej umysł nie chce zrozumieć, co tak naprawdę wydarzyło się w jej życiu. Jej emocjonalność jest płytka i pełna chaosu, aby nie poczuć negatywnych emocji, które przytłoczyłyby każdego człowieka. W istocie histeryczne zachowanie jest po prostu specyficznym przejawem przykrywania wewnętrznej tragedii. Konflikty psychiczne o podłożu seksualnym są dramatem, od którego człowiek próbuje za wszelką cenę uciec. A wybuchy silnych – lecz płytkich – emocji są sposobem na „wypuszczanie pary”, czyli redukcję napięcia w taki sposób, żeby odseparowane uczucia nie odsłoniły istoty problemu.


Dwie twarze jednej kobiety

Samoświadomość osób histerycznych także jest rozbita. Czasami widzą one siebie jako „dobre dziewczynki”, kochane córeczki tatusia, a innym razem jako złe zołzy, uwodzicielki sprowadzające mężczyzn na złą drogę. Ten rozdźwięk także wynika z niejednoznacznych doświadczeń. Wyjątkowa bliskość z ojcem dawała przyjemność, ale seksualny kontekst podsycał poczucie winy. Psychika dziecka nie jest w stanie połączyć tych dwóch obrazów i ostatecznie pozostają one rozbite. Do tego stopnia, że dorosła histeryczka może nawet nie zauważać, że zachowuje się uwodzicielsko. Mało tego, czasem prowokuje ona seksualnie, aby potem oburzać się, że mężczyźni traktują ją powierzchownie. Czasem bywa infantylna i zabiega na siłę o uwagę, by potem złościć się, że faceci nie biorą jej poważnie. Choć podobne zachowanie może wydawać się głupie, tak naprawdę często jest przejawem poważniejszych problemów. To tylko odgrywanie roli znanej z dzieciństwa, od której nie sposób się uwolnić samą tylko siłą woli.


W dorosłym życiu histeryczek problemy z dzieciństwa odbijają się oczywiście na ich na relacjach z mężczyznami. Paleta typowych zachowań jest bardzo bogata, wspomnę tylko o kilku najbardziej charakterystycznych. Typowe jest przecenianie mężczyzn, a wręcz instynktowne podporządkowywanie swojej woli do ich zdania – przynajmniej w pierwszej fazie relacji. Częsta jest też próba przyciągnięcia i utrzymania trudnego partnera lub angażowanie się w trójkąty. To także są powtórzenia schematów znanych z dzieciństwa, gdzie dziewczynka była wikłana w niejasny układ z drugą kobietą – matką. Nierzadkie jest też rozszczepiania obrazu mężczyzn na „ideał” i „świnię”. Zwykle najpierw następuje wielkie zauroczenie, kiedy do głosu dochodzi wewnętrzny obraz cudownego taty, który uwielbia swoją córeczkę ponad wszystko. Ale po pewnym czasie moneta się obraca i w użyciu jest – równie prawdziwy – wewnętrzny obraz złego, wykorzystującego ojca. Widziany przez ten pryzmat partner nagle zaczyna budzić rozczarowanie i złość. To także są odległe efekty rozszczepienia obrazu ojca na dwa oddzielne obiekty, za pośrednictwem których histeryczka postrzega świat mężczyzn.


Dla ścisłości trzeba jednak dodać, że nie zawsze da się rozpoznać osobowość histrioniczną u osób wykorzystywanych seksualnie w dzieciństwie. Zamiast stosować opisane wyżej mechanizmy obronne, molestowana osoba może uciec w używki. Alkohol i narkotyki (a w pewnym sensie także subkultury buntu) potrafią dobrze maskować urazy seksualne z dzieciństwa. Między innymi dlatego wspomniany psychoterapeuta Stephen Johnson woli trzymać się pojęcia histeria. Uważa on, że wyrażenie „osobowość histrioniczna” zbyt mocno zakotwiczona jest w jednym z możliwych przejawów wykorzystania – teatralności i uwodzicielskości. A tymczasem niektóre osoby mogą (choćby czasowo) prezentować zupełnie inne objawy, mając takie same problemy rozwojowe, czyli uwiedzenie i molestowanie. Warto więc mieć na uwadze, że ekspresja osobowości histrionicznej może – na skutek przyjmowania używek – znacząco odbiegać od przedstawionego schematu.


W kajdanach z poczucia winy

Jak to wszystko wygląda z punktu widzenia dziecka? Smutno. Na uwiedzenie i wykorzystanie seksualne najbardziej narażone są te dzieci, których wczesne dzieciństwo pozbawione było dużej bliskości z matką. Badania wykazują, że zwiększone ryzyko występowania kazirodczych relacji pojawia się w rodzinach, w których matka jest nieobecna z powodu choroby lub wycofania psychicznego. Z jednej strony sytuacja taka może skłaniać ojców do rekompensowania sobie emocjonalnych i seksualnych braków w kontakcie z córką. A z drugiej sprawia, że dzieci łatwiej poddają się wykorzystaniu. Trudno się dziwić. Dziewczynki często same zwracają się do ojców, szukając gratyfikacji niezaspokojonych przez matki potrzeb opiekuńczości. Nierzadko staje się to wymówką dla sprawców molestowania, którzy złapani za rękę mówią „sama do mnie przychodziła”. I w pewnym sensie bywa to prawdą, jednak dzieci w takich relacjach dążą jedynie do zdobycia uwagi i wsparcia ze strony rodzica płci przeciwnej, a nie do realizacji potrzeb seksualnych. Ojcowie po prostu korumpują takie córki, dając im uwagę, ale zabierając niewinność.


Rodzice wykorzystujący seksualnie swoje dzieci zwykle wciągają je w dość specyficzną pułapkę psychologiczną. Z jednej strony przekazują, że zachowanie córek (lub synów) jest niegodne, ale z drugiej chcą, aby było podtrzymywane. Występuje wtedy mechanizm tzw. podwójnego wiązania, który sprawia, że konflikt jest nierozwiązywalny i musi zostać wyparty ze świadomości. Tym bardziej, że dziecko nie ma możliwości skonfrontowania tej sprzeczności, a wręcz jest zmuszane do zachowania tajemnicy. Z takiej sytuacji nie ma wyjścia. Jeśli dziecko wyjawi sekret, przeciwstawi się zaleceniom rodzica i zostanie przez niego odrzucone. Jeśli nie wyjawi – będzie musiało kontynuować złe zachowanie. Na domiar złego, dziecku daje się odczuć, że jego „zdrada” bardzo zaszkodzi ojcu i zniszczy całą rodzinę. A poza tym, przekazuje się mu, że to ono sprowokowało całą sytuację swoim uwodzicielskim zachowaniem. To tragedia, z której jest tylko jedno wyjście – przestać czuć i rozumieć. Temu służą właśnie objawy histerii lub ucieczka w alkohol czy narkotyki.


Fałszywe wspomnienia

Pisząc o histerii i molestowaniu seksualnym, nie sposób nie wspomnieć o przykrej sprawie fałszywych wspomnień. Swego czasu dość nagminnie wtłaczali je do głowy swoim pacjentom niedouczeni psychoterapeuci. Ten epizod to tragiczny przykład fragmentarycznej wiedzy i pewnej kulturowej mody, która dosięgnęła część amerykańskich psychologów. Przez swoją nadgorliwość wyrządzili wiele zła nie tylko tym ludziom, którym pozwolili błędnie uważać, że padli ofiarą molestowania, ale także wszystkim, którzy z powodu wspomnianej afery zrezygnowali z leczenia, choć w ich akurat przypadku takie zdarzenia faktycznie miały miejsce.


Jak doszło do tych masowych pomyłek? Przez niezrozumienie i braki w wykształceniu. Trauma to dość skomplikowane zagadnienie. Jej praprzyczyna nierzadko ma miejsce w bardzo wczesnym dzieciństwie, kiedy dziecko nie posiada jeszcze wykształconych struktur mózgowych odpowiedzialnych za dokładne zapamiętywanie obrazów i kontekstów. Jeśli w takim wieku pojawi się uraz, zostaje zakodowany jako bezkształtne doświadczenie przerażenia, które łączy się ze skrajnie nieprzyjemnymi reakcjami płynącymi z ciała. Powodem zapomnianej traumy może być np. jakiś zwykły wypadek losowy jak atak psa, upadek lub coś pozornie banalnego – operacja lub zabieg medyczny, które z punktu widzenia dziecka są niezrozumiałym i niemożliwym do uniknięcia gwałtem na jego woli. Takie niejasne wspomnienie zadawnionego dramatu, mające dodatkowo poparcie w reakcjach ciała (ataki paniki, napięcie mięśni, bezsenność itp.) mogą łatwo zostać przypisane fikcyjnym wydarzeniom. To dlatego w USA relacjonuje się tak wiele przypadków uprowadzeń przez UFO, a w kulturach afrykańskich – opętań przez duchy (choć i u nas egzorcyzmy mają się całkiem dobrze). Kontekst kulturowy staje się matrycą, do której ludzie dopasowują swoje niejasne traumatyczne wspomnienia. Dlatego UFO nie porywa ludzi w Europie, ale w Stanach, gdzie popkultura dużo mocniej spopularyzowała tzw. zielone ludziki i ich domniemaną aktywność na Ziemi. Podobnie było z wykorzystaniem seksualnym. Kiedy pojęcie to stało się popularne, zaczęto dopatrywać się molestowania w różnych niejasnych kontekstach klinicznych, kiedy trudno było wyjaśnić dziwne ataki lęku i paniki. A trzeba pamiętać, że w tamtym okresie rozumienie traumy i powodów jej powstawania było mizerne, więc o błędy interpretacyjne nie było trudno.


Jednak współcześnie wykształcony i doświadczony psychoterapeuta nie będzie miał problemów z odróżnieniem fałszywych wspomnień od tych realnych. Dlatego, że w przypadku molestowania seksualnego poza wspomnieniami można dostrzec cały wachlarz charakterystycznych zachowań, jak to opisałem powyżej. Nawet, jeśli ktoś tłumi je nadużywaniem alkoholu czy narkotyków, to kluczowe problemy i tak pozostają widoczne dla specjalisty. Inna sprawa, ilu jest tych naprawdę dobrych psychoterapeutów i jak ich znaleźć. Ale to już jest temat na inny artykuł.


Bananowy relatywizm

Niestety, tak jak napisałem na początku, histeria jest zaburzeniem powszechnie nierozumianym, czego dowodzi np. ten artykuł z portalu Racjonalista. Jego autor stworzył sobie własną – nota bene idiotyczną – definicję tego problemu, a potem triumfalnie uznał, że ją obalił. Kiedy starałem się sprostować pomyłki, moje komentarze wykasowano. Prawdopodobnie nie spodobał im się dopisek, że „mają tylko wspólnego z racjonalizmem, co Unia Polityki Realnej z realną polityką”. No, ale niestety tak to wygląda.


O ile ignorancję środowisk ideowo lewicowych można jakoś zrozumieć, to trochę trudno przyjąć krytyczne stanowisko feministek. Tak się składa, że badania nad histerią potwierdzają ich główną tezę, że to mężczyźni (ojcowie i ojczymowie) są częściej odpowiedzialni za nieszczęścia kobiet niż matki za nieszczęścia swoich synów – przynajmniej w kontekście seksualnym. Problemem dla tego środowiska jest, że efekty tego molestowania ośmieszają kobiecość, a przez wyraźnie zwiększoną częstość występowania u jednej płci, pachną temu środowisku seksizmem i dyskryminacją. Trudno, takie są fakty. A jedynym sposobem żeby doprowadzić do równej powszechności histrionicznego zaburzenia osobowości u kobiet i mężczyzn byłoby wprowadzenie parytetów w kwestii… płci molestowanych dzieci.


Najbardziej przygnębiające jest jednak to, że niekiedy najciemniej bywa pod latarnią. Choć odkrycie mechanizmu dysocjacji było jednym z największych osiągnięć Zygmunta Freuda, ten po latach ostatecznie wycofał się ze swoich poglądów na temat histerii. Oficjalnie uznał, że niemożliwym jest, aby istniało tyle przypadków uwiedzeń, a zatem muszą być one wytworem dziecięcych fantazji. Niestety, prawda wydaje się być dużo smutniejsza. Zygmunt Freud był człowiekiem pogmatwanym i… zaburzonym. Przejawiał oczywiste symptomy narcyzmu, przez co zniszczył wiele ze swoich dokonań i zraził do siebie nawet najbardziej oddanych uczniów, którzy odważyli się kwestionować jego hipotezy. Za obecnymi sukcesami psychoterapii tak naprawdę stoją rzesze mniej znanych autorów, którzy naprawili błędy ojca psychoanalizy i rozwinęli to, co faktycznie może pomóc ludziom, bo skuteczność terapeutyczna tradycyjnej psychoanalizy jest znikoma. Niestety, popkultura ciągle odwołuje się do człowieka, który stworzył podwaliny pod nowy system myślenia, a zapomina o dziesiątkach nazwisk innych osób, które z tej pierwotnej i pełnej błędów koncepcji stworzyły działający system pomagania ludziom. Stąd tak łatwo ośmieszyć psychoanalizę, odwołując się do jej najbardziej idiotycznych teorii i podważając automatycznie trafność tych faktycznie działających. Psychologia psychodynamiczna nie jest systemem „wszystko albo nic”. Jest dziedziną wiedzy, która wykuwała się powoli i w bólach, z czasem powoli odrzucając błędne koncepcje i tworząc nowe, coraz bardziej trafne.


Zygmunt Freud nie potrafił przyjmować krytyki, dyskutować nad swoimi koncepcjami, a nawet odmówił prób weryfikacji psychoanalizy za pomocą badań naukowych. Przeczuwał zapewne, że część jego teorii okaże się błędna, a to podważyłoby wrażenie nieomylności, które wokół siebie budował. Narcystyczne wielkościowe „self” cenił jednak wyżej niż prawdę i dobro pacjentów. Niestety, wszystko wskazuje, że uwiódł także… swoją córkę. Anna Freud była najmłodszym dzieckiem ojca psychoanalizy, co jest w sumie dość typowe dla relacji o kazirodczym podłożu. Nigdy nie miała bliskich relacji z matką, więc szczególnie zabiegała o uwagę ojca. Z pamiętników Zygmunta Freuda wyłania się obraz człowieka, który faworyzuje jedno ze swoich dzieci. Można powiedzieć wręcz, że Anna była zakochana w ojcu – zapewne z wzajemnością. Wiernie kontynuowała jego dzieło, a nawet swój londyński dom kazała zamienić na muzeum ojca. Pozostała mu „wierna” także na tym najbardziej „histerycznym” polu – nigdy nie wyszła za mąż.


Prawdopodobnie prawdziwym powodem, dla którego Freud wycofał się ze swojego bardzo ważnego odkrycia dotyczącego histerii, była właśnie jego narcystyczna hipokryzja. Wiedzieć, a czynić zgodnie z tą wiedzą, to jednak często dwie zupełnie inne sprawy. Na czarny humor zakrawa więc sytuacja, kiedy osoba, której koncepcje przyczyniły się do uśmierzenia cierpień olbrzymiej ilości osób będących ofiarami molestowania i uwiedzenia, prawdopodobnie zgotowała ten sam los swojej własnej córce. Do tego odwołuje się też dowcip, krążący w środowisku psychoterapeutów:

Anna Freud przychodzi do ojca i mówi:

Tato, miałam w nocy dziwny sen. Szłam sobie ulicą i spotkałam młodego mężczyznę. I on dał mi banana. Ale jego banan był jakiś zielony, surowy. Oddałam mu go i poszłam dalej. Za chwilę spotkałam starszego mężczyznę, który też dał mi banana. Ale jego badan był taki ciemny, przejrzały. Też mu go oddałam i znowu poszłam dalej. I wtedy spotkałam Ciebie. I Ty też dałeś mi banana. Twój banan był dojrzały i twardy. Wzięłam go do buzi i ugryzłam. Bardzo mi smakował. Tato, co to może znaczyć?

Na co Zygmunt Freud odpowiada:

Wiesz córciu, czasami banan to tylko banan.


Wyjście z piwnicy

Ten dowcip może wydawać się śmieszny, ale nie powinniśmy zapominać, że molestowanie seksualne dzieci przez własnych rodziców to ogromny dramat. Podobnie jak uwiedzenie, które jest bardziej subtelne, a przez to nawet bardziej niebezpieczne. Bo o ile osoba jawnie molestowana zna źródło swoich problemów i wie, że może coś z tym zrobić, to ludzie cierpiący z powodu uwiedzenia, często są wobec niego bezradni. Wyparli swój konflikt ze świadomości i kompletnie nie rozumieją, skąd biorą się ich obecne problemy. Nie szukają więc pomocy. Choć powinni – dla własnego dobra i poczucia wewnętrznego spokoju. Trudno bowiem mówić o samorealizacji, kiedy ktoś żyje w wiecznym chaosie umysłowym, a jego emocje plączą się i eksplodują jako wybuchy niezrozumiałych (nomen omen) histerii.


Trudno jednak walczyć z cichym społecznym przyzwoleniem na rodzinne uwiedzenie, kiedy zdarzają się autorytety naukowe i moralne (sic!), zachęcające do akceptacji relacji kazirodczych. Profesorowi Janowi Hartmanowi poświęciłem kiedyś osobny artykuł. Zdawałoby się, że tekst podkreślający „piękno szczęsnego fenomenu” kazirodztwa musi pogrążyć filozofa-polityka. Ale nie, lewicowi fundamentaliści wszystko gładko przełknęli, a ich autor dalej bryluje w mediach w roli etycznego autorytetu. Widać, że pewne osoby z kręgów ideologicznych są po prostu niezatapialne. Zagorzali przeciwnicy Kościoła krzyczą o rzekomo wszechobecnej wśród księży pedofilii, ale zupełnie nie przeszkadza im, że ich ulubiony pogromca „czarnych” swoimi tekstami promuje takie zachowania na łonie rodziny.


Zgadzam się, że o kazirodczych relacjach należy otwarcie mówić. Ale nie o takie wyjście z piwnicy mi chodzi. Josefowi Fritzlowi też wydawało się, że wszystko jest w porządku i na starość – jak już odsiedzi swoje – wróci jeszcze na łono rodziny. On też miał wrażenie, że Elisabeth „tego” chciała. I że było to dla niej dobre. Czy w takim razie Fritzl także osiągnął ze swoją córką „nową, wyższą jakość miłości i związku”, o której Pan pisał, Panie profesorze Hartman?


To ofiary powinny wyjść z piwnicy i jasno powiedzieć, że to, co jest spotkało, było straszne. Ale to nie ich wina – z definicji i nieodwołalnie. Winni są tylko rodzice wykorzystujący swoją dominującą pozycję. To na nich spoczywa odpowiedzialność za właściwe pokierowanie emocjami i uczuciami dzieci. Jeśli tego nie zrobili – powinni za to odpowiedzieć. Nawet jeśli nie przed sądem (bo nie jest to możliwe z uwagi na przedawnienie lub dlatego, że uwiedzenie nie spełnia definicji paragrafów karnych) to przynajmniej psychicznie. Mądra psychoterapia dąży do przywrócenia poczucia kontroli u ofiary. Także poprzez wyrównanie rachunków. A nawet – mówiąc wprost – zemstę. Jej zakres każda ofiara musi ustalić sama. Ale dorosłe dziecko, które wychodzi z traumy wykorzystania seksualnego, ma w ręku narzędzia, pozwalające się odegrać. Jeśli rodzice – na przykład – bardzo bali się, że sprawa wyjdzie na jaw, ofiara może przełamać skrępowanie i tę sprawę nagłośnić, co czasem się zdarza. W końcu to nie ona była winna, więc to sprawca powinien czuć wstyd, a nie ona. Inni pacjenci mogą zdecydować np. po prostu zerwać kontakty z rodzicami i kompletnie zaprzeczyć czwartemu przykazaniu. Człowiek dopuszczający się molestowania – lub chociaż przymykający na nie oko – z definicji sam wyklucza się z pojęcia „mama” czy „tata”. Więc jeśli ofiara decyduje się komuś takiemu mimo wszystko wybaczyć (koniecznie po wylewnych przeprosinach i pokucie), to jest to wyjątkowy wyraz jej wspaniałomyślności, a nie obowiązek. Jednak nierzadko się tak nie dzieje i dorosłe dzieci po przepracowaniu problemu nie chcą znać swoich rodziców, a nawet nie przychodzą na ich pogrzeby. I trzeba to zrozumieć, bo takie jest naturalne prawo każdego człowieka – prawo do godności, a co za tym idzie, także do zemsty za odebranie tej godności. Przestępstwo molestowania się przedawnia. Wina za ten czyn – nigdy.


PS. Dopisuję obiecaną bibliografię, ale robię to wraz z krótkim omówieniem, aby zainteresowane osoby faktycznie coś z tego wyniosły. Na końcu dodałem (w drodze wyjątku – z uwagi na wagę tematu) linki do najciekawszych opracowań naukowych w języku polskim i tych badań, które udało mi się znaleźć w formie zdygitalizowanej – miłośnicy tematu resztę muszą sobie wyszukać w oparciu o bibliografie ze wspomnianych książek.


„Twój psychologiczny autoportret”; John Oldham, Lois Morris

Polecam tę książkę każdemu, kto interesuje się psychologią. Dzięki prostemu językowi i dużej liczbie przykładów z życia pozycja ta będzie zrozumiała praktycznie dla każdego. Jej wielką zaletą jest fakt, że zawiera bardzo dobry test osobowości oparty o kryteria diagnostyczne DSM. Dzięki temu testowi będziesz mógł scharakteryzować swoją osobowość i lepiej zrozumieć własne zachowania. Dodatkowym plusem jest zawarcie listy porad i ćwiczeń pomagających pokonać własne słabości i wykorzystać atuty. Książka pomoże także zrozumieć zachowania innych ludzi i lepiej sobie z nimi radzić. Jedynym mankamentem jest fakt, że autorzy – zgodnie z duchem diagnozy DSM – nie wnikają w przyczyny rozwoju danych typów osobowości, czyli nie próbują nawet tłumaczyć, jak mogła rozwinąć się w Tobie dana osobowość. Mimo wszystko to pozycja MUST HAVE dla każdego człowieka zainteresowanego samorozwojem.


„Zaburzenia osobowości we współczesnym świecie”;   Theodore Millon, David Roger

To pozycja obowiązkowa dla każdego psychologa i osoby mającej kontakt z diagnozą psychologiczną (pracownicy socjalni itp.). Podobnie jak „Twój psychologiczny autoportret” cała publikacja bazuje na systemie diagnozy DSM. Jednak książka profesora Millona jest zdecydowanie bardziej akademicka i adresowana do osób zmotywowanych do przebrnięcia przez bardziej naukowe opisy. Każdy wyszczególniony wymiar osobowości zawiera przegląd teorii z różnych gałęzi psychologii dotyczący możliwych przyczyn rozwoju danego problemu. Solidna baza wiedzy.


„Style charakteru”; Stephen Johnson

Książka napisana przez psychoterapeutę-praktyka, ale mocno obeznanego w teorii. Stanowi usystematyzowanie wiedzy na temat rozwoju poszczególnych charakterów. W odróżnieniu od książek wspomnianych wyżej, każda osobowość wyróżniona w „Stylach charakteru” posiada dokładny opis sposobu, w jaki kształtuje się w człowieku.  Johnson bazuje na teoriach różnych autorów piszących w nurcie psychologii psychodynamicznej, choć za każdym razem tworzy z nich jeden spójny obraz danego problemu. Niekwestionowanym atutem książki jest jej „treściwość” – praktycznie każde zdanie jest ważne i w jakiś sposób ciekawe. Niestety, jest to pozycja dość trudna w czytaniu, adresowana raczej do osób o pewnym warsztacie psychologicznym lub do ludzi, którzy mają motywację, aby powoli przedzierać się przez zawiłości psychologii głębi. Tę książkę na pewno trzeba przeczytać kilka razy, aby móc ją dogłębnie zrozumieć. Ma za to jedną wielką zaletę – zarysowuje cele terapeutyczne oraz sposoby ich realizowania.

Artykuły w języku polskim: 12345

Lista badań, na które się powoływałem w tekście, pochodzi z opracowania zawartego w „Stylach charakteru” oraz  danych  APA – to kilkadziesiąt pozycji, dlatego odpuszczę sobie przepisywanie ich. Wrzucam tu linki do kilku przykładowych, które udało mi się znaleźć jako dostępne w całości w sieci : 1, 2, 3, 4