Dziwny jest ten świat, dziwni są ci ludzie, którzy go zamieszkują. Z pozoru wszystko z nimi w porządku, wszyscy uśmiechają się i wydają cieszyć się życiem. Ale często to tylko pozory. Jeśli przyjrzeć się niektórym osobom z pewnego dystansu, można odnieść wrażenie, że żyją oni w jakichś szklanych kulach. Ludzie tworzą swoje mikroświaty, w których wszystko toczy się według pewnego schematu. Nieustanna, powtarzająca się pętla tych samych wyborów, tych samych błędów, tych samych rozczarowań. Bita kobieta trafia na kolejnego agresywnego mężczyznę. Pozornie silny facet wciąż bezsensownie naraża swoje życie, bo tak naprawdę nim gardzi i nie oczekuje już od niego, że da mu poczucie prawdziwego szczęścia. Takich małych, tajnych mikroświatów są wokół nas miliony, mniej więcej tyle, ilu jest zagubionych ludzi. Spróbuj przyjrzeć się bańce, w której żyją osoby z twojego otoczenia – może wtedy dojrzysz też własne szklane ścianki, które wokół siebie zbudowałeś.


Teledyskiem, który najbardziej cenię, jest „Turn the page” w wykonaniu Metaliki. Nie napiszę, że jest to moje ulubione muzyczne wideo, bo nie wracam do niego zbyt często. Ciężar tej kreacji jest nieprzyjemnie przytłaczający. Ale tym samym prawdziwy. Pokazuje pewien uniwersalny dramat życia wielu ludzi – niemożność wyrwania się z pętli tych samych błędów. Podkreśla to także sam scenariusz, który w swojej głównej części zaczyna się i kończy widokiem pomiętych pieniędzy. Coś diabolicznego jest też w doborze głównej aktorki. To Ginger Lynn, znana niegdyś gwiazda porno. Teledysk pokazuje życie przegranej kobiety, będące nieustannym pełzaniem po mulistym dnie, po którym ciągnie ona również swoją córkę. Miłość między nimi wydaje się jedynym jasnym punktem tej historii, ale to przecież także wikłanie dziecka w swój styl życia. Najbardziej wymowne jest jednak zakończenie. Kobieta mówi w nim: „Gdybym mogła zacząć swoje życie od nowa, dokonałabym dokładnie tych samych wyborów, które dokonałam.”

Chciałbym, żebyście przed przeczytaniem dalszej części wpisu, obejrzeli ten teledysk i poczuli jego przytłaczający klimat. Mam wrażenie, że wtedy łatwiej złapiecie to, co chcę tym razem przekazać.




Pamiętam, że na długo zanim zacząłem studiować psychologię – widząc ten teledysk w telewizji – zacząłem się zastanawiać, dlaczego ona tak powiedziała. Może nawet nie chodziło tylko o nią, bo to jedynie postać z pewnej opowieści, ale ogólnie o ludzi. Dlaczego tak często mówią, że „niczego nie żałują”, kiedy wydaje się, że powinni? Lub że „są sobą”, kiedy udają kogoś lepszego, niż naprawdę są? I że „gdyby mogli coś zmienić, to dokonaliby dokładnie tych samych wyborów”, choć wybory te doprowadziły ich do cierpienia? Dlaczego w ludziach jest tyle irracjonalności?


Zdrowa patologia

Na studiach okazało się, że to nie brak logiki. To wyparcie, czyli wyrzucenie ze świadomości nieprzyjemnych myśli, wspomnień i doświadczeń oraz inne mechanizmy obronne. I co najbardziej zaskakujące – te mechanizmy są jednocześnie zarówno problemem jak i wybawieniem od niego. Stwierdził tak m.in. Milton Erickson, amerykański psychiatra i psycholog, który zrewolucjonizował myślenie o ludzkim „szaleństwie”. Jako pierwszy powiedział wyraźnie, że nawet za najbardziej patologicznymi zachowaniami kryją się dobre intencje. Bo patologia nie jest złym dostosowaniem do świata. Wprost przeciwnie. To zawsze najlepsza możliwa adaptacja do świata, w którym danemu człowiekowi przypadło żyć.


Nie wiem, czy rozumiecie wagę tego przewartościowania. Ludzie powtarzają swoje błędy nie dlatego, że się źle przystosowali do otoczenia. Przystosowali się najlepiej, jak tylko mogli. To środowisko było złe, a nie człowiek, który po prostu reagował na swoje otoczenie w najlepszy dostępny mu sposób. Te reakcje się utrwalają i utrzymują także w przyszłości. Nawet wtedy, kiedy – wskutek zmiany sytuacji – stają się już dysfunkcjonalne, a nawet szkodliwe. Mimo wszystko jest to zawsze najlepsza z reakcji dostępnych danej osobie. Zamiast wiec walczyć z objawem jako takim, Erickson starał się poszerzać swoim pacjentom wachlarz dostępnych im strategii radzenia sobie z wyzwaniami stawianymi przez świat.


Pożyteczny problem

Za tą myślą idzie jeszcze jedna rewolucja. Wychodzi bowiem na to, że każde zaburzenie jest w pewnym sensie korzystne, bo bez danego objawu stałoby się coś jeszcze gorszego. W najbardziej skrajnym wypadku można powiedzieć, że lepiej jest wpaść w alkoholizm i żyć na dnie, niż nie żyć wcale, popełniając samobójstwo lub wpadając w chorobę psychiczną. Takie przykłady można mnożyć. Czyż mimo wszystko nie lepiej jest żyć w szaleństwie patologii borderline – dając w bolesny sposób upust swoim skrajnym emocjom – niż dać się tym emocjom rozsadzić? Czy nie lepiej jest się pociąć po rękach, niż od razu podciąć sobie żyły lub popaść w psychozę?


Każdy objaw ma swoją pozytywną funkcję, broniącą nas przed czymś jeszcze gorszym. Nerwica chroni nas przed szaleństwem otwartych konfliktów, co widać choćby na przykładzie tzw. psychoz ponarkotykowych. Substancje psychoaktywne potrafią dosłownie zrobić dziurę w mechanizmach obronnych. Wtedy nagle wszystkie wyparte doświadczenia i konflikty wpadają przez nią do świadomości. Człowiek często nie może tego znieść i szaleje – popada w schizofrenię lub głębokie stany lękowe. Lepiej jest więc zaburzyć swoje życie i np. obsesyjnie myć ręce, niż zdać sobie sprawę, że nienawidzi się swoich najbliższych, a kompulsywna dbałość o higienę jest wyrazem zaprzeczenia temu, co by się chciało tymi rękoma komuś zrobić. To tylko przykład, ale praktyka psychoterapeutyczna zna miliony konfliktów, które pozwalają ludziom uciekać od sedna problemu w jakieś oboczne – choć dokuczliwe – dolegliwości. W innym przypadku doszłoby do dekompensacji i kompletnego zdezorganizowania życia,  niczym w typowych chorobach psychicznych i wspomnianych psychozach ponarkotykowych. Mechanizmy obronne są dla nas korzystne, bo pozwalają przetrwać. Nawet w bardzo ciężkich warunkach i z dużym, destrukcyjnym obciążeniem psychicznym.


W pułapce schematów

Teraz możemy wrócić do pytania, dlaczego osoby takie jak bohaterka teledysku żyją w swoich szklanych kulach, gdzie wszystko toczy się według wciąż powtarzanego schematu. Ano dlatego, że dostosowały się do świata, który je ukształtował. Kobiety często wiążą się z partnerami podobnymi do swoich ojców. Jeśli był nim bijący alkoholik, związek z kimś takim staje się niejako naturalnym wyborem. Choć przynosi cierpienia, daje też… spokój. Wszystko jest wtedy bowiem po staremu. Choć związek taki przynosi cierpienie i ciągłe zawody, jest przynajmniej czymś znanym i oswojonym. Jeśli do tego dochodzi wyparcie swojej złości do krzywdzącego ojca, tworzy się zwykle swoista „pętla życia” – schemat, który trudno przerwać mimo kolejnych niepowodzeń. Jeśli takiej kobiecie nie wyjdzie z jednym alkoholikiem, znajdzie sobie kolejnego faceta w podobnym typie. To także jest pewne przystosowanie. Wyparcie nienawiści do ojca pomagało przetrwać. Przecież otwarty konflikt z nim groził poczuciem niekochania, odrzucenia, braku sensu życia, a może nawet buntem prowadzącym do eskalacji przemocy. Dzieci bardzo łatwo akceptują krzywdzących rodziców dzięki wyparciu swoich negatywnych emocji względem nich. W końcu z ich subiektywnej perspektywy lepiej jest mieć złego ojca niż żadnego, zwłaszcza gdy nie ma się innej alternatywy w postaci np. dziadków czy wujków.


To wyparcie sprawia też, że człowiek nie chce przyznać się do błędu – także przed sobą samym. Aby jakoś funkcjonować, musimy w końcu ufać własnym odczuciom i wierzyć w siebie. Jeśli więc rzeczywistość nie przystaje do naszych oczekiwań, tym gorzej dla rzeczywistości – przynajmniej tej obiektywnej, bo nasz umysł potrafi gładko modyfikować odbiór faktów, aby pasowały do wewnątrzpsychicznych oczekiwań. Dla przykładu, wiele bitych kobiet jest przekonanych, że są kochane. Pojawiło się nawet kuriozalne powiedzonko „bije więc kocha”. Absurdalne, prawda? Ale wielu z nas ma własne podobnie nielogiczne przekonania. Problem w tym, że tak często wydaje nam się, iż są one obiektywne. Uważamy powszechnie, że życiowe decyzje podejmujemy racjonalnie. Ale nasza ocena sytuacji jest obficie modyfikowana przez emocje zakotwiczone w poprzednich doświadczeniach, o czym pisałem m.in. w tekście Racjonalne złudzenia. Także same doświadczenia często są modyfikowane przez mechanizmu obronne, przez co tak trudno nam połączyć aktualne zachowania z ich odległymi przyczynami.


Wielu pacjentów przychodzi na terapię z silnym przeświadczeniem, że mieli wspaniałe dzieciństwo. Mówią, że wszystko byłoby super, gdyby tylko udało się usunąć z nich jakiś problem, z którym sobie nie radzą, np. lęki lub wybuchy agresji. Tymczasem prawda jest taka, że nie można zmienić człowieka bez zmiany jego wewnętrznego doświadczenia, bez dopuszczania do głosu tego, co on sam w sobie blokuje za pomocą mechanizmów obronnych. Te mechanizmy – jak sama nazwa wskazuje – bronią go przed konfliktami i kompletną dezintegracją psychiki, ale są też pewnym usztywnieniem, zamknięciem się w starym schemacie. Nasza przykładowa maltretowana kobieta może potakiwać głową, kiedy koleżanki mówią jej, żeby zainteresowała się innym typem mężczyzn. Ale kiedy przychodzi co do czego, to schemat i tak się powtarza. To nie przypadek, ani zwykły pech. Jej pętla życia wciąż się powtarza, bo jest ona… dobrym przystosowaniem do złych wydarzeń. I to wydarzeń z przeszłości, przypomnijmy. W dzieciństwie kochała takiego ojca, jakiego miała. Było to dla niej najlepszym możliwym wtedy przystosowaniem. Tyle, że to przystosowanie utrwaliło się i nie pozwoliło wykształcić innych sposobów funkcjonowania w świecie. Do tego dochodzą mechanizmy obronne. Nie dopuszczają one do głosu tych myśli i uczuć, które mogłyby zniszczyć już wypracowanie formy przystosowania do świata. W efekcie rodzą się przekonania, że „on się jeszcze zmieni”, „bije, bo kocha”, „każdy facet jest taki sam”. A także takie jakie wypowiedziała bohaterka teledysku: „Gdybym mogła zacząć swoje życie od nowa, dokonałabym dokładnie tych samych wyborów”. To naturalny odruch obronny, który pozwala przetrwać. Nie pozwala jednak zmienić się i żyć szczęśliwiej.


Po drugiej stronie maski

Taki mamy świat, że czasem trafiam do klubu go-go. A to jakiś wieczór kawalerski, a to wyjście z partnerem biznesowym. Jako że należę do tych osób, które łączą seksualność z emocjami, niespecjalnie kręci mnie odpłatne udawanie zainteresowania i dość toporna erotyka tego typu przybytków. Będąc już jednak w podobnym miejscu, lubię rozmawiać z pracującymi tam dziewczynami. Zawsze uderzało mnie, jak bardzo cieszą się one z autentycznej uwagi i jak przy tej okazji spadają im maski. Pozornie pewne siebie i bezpruderyjne, często okazują się zagubionymi dziewczynkami. Ojciec alkoholik i bierna matka, przemoc w rodzinie, czasami nawet wykorzystywanie. Jedna powiedziała mi nawet wprost „wiesz, tak naprawdę nie ma tu ani jednej szczęśliwej dziewczyny”. Było to tym bardziej wymowne, że padało z ust kobiety mającej na rękach blizny świadczące o próbach samobójczych. Nie było ich prawie widać w półmroku panującym w klubie, ale za to mocno przebijały z jej psychiki.


Dlatego nie wierzę w to, że prostytucja – nawet w formie soft – jest w pełni autonomicznym  wyborem. Jest tylko pewnym przystosowaniem. Dobrym przystosowaniem, ale do złego środowiska. I jeśli nawet ktoś pozornie wydaje się szczęśliwy żyjąc w podobnym układzie, jest to tylko maska, która utwardza miękkie i poranione wnętrze. Tak jak w przypadku kobiety z teledysku. Teoretycznie „mogłabym zmienić swoje życie, być taka jak inni, wychować swoją córkę… tak samo dobrze jak każda inna osoba”, ale tak naprawdę nigdy tego nie zrobię, bo jestem uwięziona w swojej pętli. To wszystko się łączy. Dawne sposoby przystosowania mogły uratować jej życie przed kompletną dezintegracją psychiki, ale jednocześnie sprawiły, że nie potrafi dostrzec, że mogłaby już żyć inaczej. I prawdopodobnie nigdy tego nie zrobi, bo przecież „gdyby mogła, to dokonałaby dokładnie tych samych wyborów”. Zabawne, prawda? Tym niemniej czarny to humor.


Ucieczka spod szubienicy

Wielu ludzi żyje w swojej własnej pętli, powtarzając w kółko te same wybory. To oczywiste, że łatwiej nam dostrzec błędy innych. Właściwie to od tego warto zacząć. Ale potem trzeba nauczyć się nie tylko spostrzegać problemy innych ludzi, ale także je rozumieć. Łatwo jest potępiać osoby, niemogące uporać się z tym, z czym my sobie świetnie radzimy. Ale jaki to ma sens? Dużo lepiej jest nie tylko zauważać problemy innych, ale także je rozumieć. Stąd już względnie prosta droga do nas samych. Poprzez nabranie większego dystansu do siebie i dzięki uważnemu słuchaniu opinii na swój temat – czyli dzięki tzw. feedback`owi – można zacząć zauważać także swoje własne pętle. To już będzie realny krok do wewnętrznej przemiany. Ale nie ostatni. W końcu na drodze do zmiany stoją jeszcze wspomniane mechanizmy obronne. Jak je pokonać? Nie trzeba, a nawet nie powinno się z nimi walczyć. Lepiej jest powoli – ale systematycznie – tworzyć sobie nowe drogi radzenia z problematycznymi sytuacjami. Nie potrafisz znieść samotności, więc ciągle rzucasz się w objęcia kolejnego faceta, który i tak nie spełnia emocjonalnych oczekiwań? Spróbuj zatem powoli budować sieć przyjaźni, może adoptuj psa ze schroniska lub zaangażuj się w pomoc osieroconym dzieciom. Zrób cokolwiek nowego, co pozwoli Ci w inny sposób zrealizować te same potrzeby, w tym przypadku bliskości. Nie zmuszaj się do nagłego zrywania ze schematem. Raczej powoli – ale konsekwentnie – buduj sobie inne drogi. Potem wybierzesz, którą ostatecznie zechcesz pójść. Ale najpierw… spróbuj.


No i zaakceptuj fakt, że masz problemy. Każdy ma jakieś trudności w życiu, z którymi musi się mierzyć. Nie jest ważne, ile ich masz i jak są one duże, ale to, co z nimi robisz. Zaakceptuj również własną omylność. Powiedzenie „niczego nie żałuję” jest zwyczajnie głupie. I nieprawdziwe. Tak naprawdę żałujemy mnóstwa rzeczy. Zaprzeczanie temu świadczyłoby, że nie popełnialiśmy błędów. A przecież to niemożliwe. Błędy są rzeczą ludzką, wręcz naturalną. Często wzbraniamy się przed uświadomieniem sobie tego faktu z obawy przed przytłaczającym poczuciem winy. Ale nawet najgorszą stratę da się przeboleć i zaakceptować, a przewinienia wobec innych – naprawić. Przeprosić, spróbować wynagrodzić czyjeś cierpienia, jeśli je spowodowaliśmy. Często już sama świadomość, że ktoś się poczuwa do winy, działa kojąco na ofiarę. Prawda wyzwala. Ale nawet, kiedy nie ma już kogo przepraszać, bo ten ktoś np. nie żyje, i tak warto naprawiać swoje błędy – choćby zastępczo. Nawet największy przestępca może odkupić swoje winy. Jeśli nie względem byłych ofiar, to choćby względem świata. Kiedy w wyniku kontaktu z prawdą o sobie i poczuciem winy taki „zły człowiek” traci chęć życia, zawsze może odnaleźć ją w życiu dla innych. Na przykład w pracy z dziećmi z domu dziecka, we wspieraniu weteranów wojennych lub w pomocy osobom uzależnionym od alkoholu czy narkotyków. Warto pamiętać też, że żal to nie to samo, co poczucie winy, więc nie musi przygniatać. Żal to jedynie zaakceptowanie swojej odpowiedzialności. To prosta myśl, że „wolałbym wtedy podjąć inne decyzje”, choć połączona z akceptacją tego, gdzie się jest obecnie.


Warto rozumieć życie – zarówno innych ludzi jak i swoje własne. Warto rozwijać się, zmieniać i poszerzać własną samoświadomość.  I otwierać przed sobą możliwości innych życiowych wyborów. To prawda, że stare schematy i wypracowane niegdyś mechanizmy obronne są generalnie pozytywne i chronią nas przed dezintegracją. Ale mimo wszystko stanowią pewną pętlę życia. Zwykle nie warto jej gwałtownie rozrywać, a raczej delikatnie poluzowywać. Powoli otwierać przed sobą inne drogi rozwiązywania starych problemów. Aktywnie uczyć się, jak coraz lepiej wykorzystywać swój życiowy potencjał, zamiast biernie pozwalać, aby ta pętla stopniowo zaciskała się na szyi.