Onanizm to ludobójstwoSeks i religia to bardzo ekscentryczny duet. Zwłaszcza w kontekście naszego narodowego wyznania, czyli katolicyzmu. Jednak duet ten jest daleki od partnerstwa i równouprawnienia. Jest raczej formą gwałtu. I to, niestety, na naszej psychice.


Związek między wyznawaną religią a podejściem do seksualności nie jest niczym niezwykłym, choć dość niezwykłe mogą być jego konsekwencje. Zauważył to już Zygmunt Freud na przykładzie współczesnych mu Niemiec. Jest to kraj o tyle szczególny, że zamieszkują go zarówno katolicy, jak i protestanci. I jakimś dziwnym trafem na nerwice cierpieli głównie chrześcijanie rzymskiego obrządku. Dlaczego? Tu odpowiedź jest bardzo silnie związana z głównym podłożem nerwic, którym jest konflikt przebiegający w nieświadomości. Szkopuł polega na tym, że najczęściej są to tarcia między superego, które jest naszym wewnętrznym głosem mówiącym, czego robić nie wolno, a id motywującym nas do działania dzięki naturalnym popędom – agresji i seksualności.


Przekładając to na prostszy język, sprawa sprowadza się do tego, że katolicy mają narzucone bardzo silne ograniczenia seksualne (zakazy superego), co wywołuje konflikt z przyrodzoną każdemu człowiekowi cielesnością. Ludzki organizm jest w naturalny sposób seksualny, co objawia się na przykład adekwatnymi myślami i tendencjami, które w świetle religii okazują się grzeszne. W efekcie te najzupełniej zdrowe tendencje są wypychane do nieświadomości i objawiają się jako nerwice. Bardzo wyrazistym przykładem takiego problemu jest obsesyjne tropienie i zwalczanie homoseksualizmu, które jest po prostu próbą oczyszczenia się z własnych nieakceptowanych tendencji.


Jeden z moich dalszych znajomych po prostu nienawidzi gejów. Pewnego razu po nieco większej dawce alkoholu zaczął wykrzykiwać, że wszystkich ich by pozabijał, waląc przy tym agresywnie pięścią w stół. Oczy miał wtedy naprawdę opętane i daję głowę, że pobiłby każdego, kogo uznałby za geja. Zabawna była jednak jego argumentacja. Z lubością opisywał, jak to bardzo zboczeni są homoseksualiści. Koncentrował się przy tym na szczegółach budowy męskich genitaliów i plastycznie opisywał obraz kontaktu seksualnego między dwoma facetami.  Mówiąc o jądrach zrobił nieświadomy gest, jakby je czule głaskał, przy czym nie tyczył się on jego własnego przyrodzenia, tylko kogoś hipotetycznie stojącego przed nim. Takie fantazje nie rodzą się z nudów. Ani z obrzydzenia. Ten chłopak po prostu nieświadomie pragnął tego, czego świadomie tak nienawidził.


Niezależnie od tego, co myślimy o samym homoseksualizmie, musimy przyznać uczciwie, że wypieranie go jest czymś jednoznacznie szkodliwym. Udawanie, negowanie, a w głębi duszy nienawidzenie siebie samego, to drogi do samozniszczenia. Nie musimy jednak sięgać aż do homoseksualizmu, bowiem kultura katolicka – choć nieco słabiej – zwalcza także te, zdawałoby się, „poprawne” przejawy seksualności. Żyjąc zgodnie z nakazami kościoła należałoby wstrzymywać się z wszelką aktywnością płciową aż do ślubu. Problem w tym, że teraz bierze się go w wieku zwykle grubo powyżej 20 roku życia, a nie jak kiedyś mając 14 czy 15 lat.


Dlaczego nasza religia tak bardzo walczy z seksualnością? Odpowiedzi należy szukać nie w Ewangeliach, ani tym bardziej w Starym Testamencie, tylko w samym Kościele katolickim. Wzbudzenie poczucia winy i warunkowe przebaczanie pod postacią spowiedzi daje władzę. Nie fizyczną, ale psychiczną, czyli dużo cenniejszą, bo poddany jej działaniu człowiek sam staje się swoim własnym strażnikiem, a nierzadko i katem. Bardzo celnie opisał to Erich Fromm, nieżyjący już filozof i psychoanalityk. Zauważył on, że seksualność jest jedyną potrzebą fizjologiczną człowieka (obok jedzenia, picia, oddychania i snu), którą da się powstrzymać. Jednakże nie w pełni, ponieważ nie da się do końca wyzbyć czegoś, co jest nam przyrodzone. W taki czy inny sposób stłumiony popęd seksualny przedziera się do psychiki. Mogą to być sny, niechciane myśli czy skojarzenia. Swojej cielesności nie potrafili wyzbyć się nawet niektórzy święci, choć trzeba przyznać, że walczyli dzielnie – św. Benedykt na przykład zabijał swoje seksualne myśli przez tarzanie się w pokrzywach. Być może jest to nawet całkiem skuteczny sposób, trudno byłoby jednak rozpropagować go wśród współczesnej młodzieży, której niespieszno przecież do ołtarza.


Wracając jednak to poglądów Fromma. Uznał on, że wzbudzanie poczucia winy daje najskuteczniejszą kontrolę nad umysłami. Ingeruje bowiem w bardzo istotną część psychiki, którą mają wszyscy ludzie poza psychopatami – wspomniane już superego. Tak się składa, że żyjąc w świecie surowych zakazów nakreślonych przez doktrynę katolicką poczucie winy musi czuć dosłownie każdy z tego prostego powodu, że żaden zdrowy człowiek nie jest w stanie całkowicie wyzwolić się od swojego popędu seksualnego. Choć można próbować, ostatecznie i tak ponosi się bolesną porażkę.


Ta zależność jest podstawowym mechanizmem sprawowania kontroli stosownym przez Kościół katolicki. Od poczucia winy nie ma żadnej ucieczki, bo poprzez wprowadzenie do doktryny pojęcia nieuniknionego „grzechu pierworodnego”, jego ciężar został przypisany wszystkim bez wyjątku. Jesteśmy więc z założenia winni i źli, a tym samym kompletnie zależni od Kościoła, bo to on udziela (lub nie!) rozgrzeszenia, przyznając sobie prawo do obdarzania poczuciem ulgi. Jego podejście różni się fundamentalnie od praktyk dominujących w religiach protestanckich, które nie wymagają spowiedzi przed kapłanem, tylko bezpośrednio przed Bogiem. Poczucie winy łamie dumę i godność, uderzając w sam rdzeń samoakceptacji. W konsekwencji zniszczona zostaje niezależność człowieka, bo jedyną drogą od odzyskania spokoju ducha i poczucia własnej wartości jest powtórne upokorzenie, czyli wyznanie swoich grzechów przed księdzem nakładającym psychiczną karę zwaną pokutą. A taka zależność daje faktyczną władzę nie tyle nad „duszami”, co po prostu umysłami.


Ale nie tylko o władzę duchową tu chodzi. Sojusz ołtarza z tronem od zawsze polegał na utrzymywaniu społeczeństwa w strachu przed „grzechem pychy”, mogącym popchnąć ludzi do obalenia monarchy, którego – jak nauczał Kościół – „cała władza pochodzi od Boga”. Tym samym seksualność stawała się narzędziem sprawowania rządów. I to nie tylko w świecie chrześcijańskim, bo podobne patenty znane były także komunistycznym tyranom. W Chinach pod rządami Mao Tse-tunga także próbowano zawładnąć seksualnością. Państwo rozdzielało małżonków, wysyłając do pracy w różnych obozach. Para mogła przebywać razem tylko przez 12 dni w roku. Karano nie tylko cudzołóstwo, ale także… onanizm. Każdy, kto nie umiał stłamsić swojej seksualności, „grzeszył” przeciwko rewolucji.


Swoją drogą warto zauważyć, że treści prawd religijnych czy ideologicznych nie są przypadkowe. Zawsze w jakiś sposób służą społeczeństwu, a przynajmniej jego uprzywilejowanej części. Podlegają także ewolucji, nawet jeśli z założenia się nieomylne i niezmienne niczym Pismo Święte. Kościół od niepamiętnych czasów potępiał onanizm, wywodząc swoją dezaprobatę od mitycznego „grzechu Onana”. Szkopuł w tym, że to zwykła manipulacja. W istocie biblijny Onan nie bawił się w masturbację, a jedynie stosował… antykoncepcję. Jego grzech polegał na prowadzeniu stosunku przerywanego, podczas którego mężczyzna – mówiąc kolokwialnie – spuszczał się na ziemię. W istocie była to ważna przewina, ale należy ją rozumieć w zupełnie innych kategoriach. W czasach biblijnych kluczem do sukcesu danej społeczności była jej liczebność, przekładająca się na siłę bojową plemienia żyjącego w ciągłym zagrożeniu atakiem sąsiadów. Kiedy Onan „tracił z siebie nasienie na ziemię”, jego partnerka nie zachodziła w ciążę. W efekcie  kolejne dzieci nie zwiększały siły militarnej plemienia, co zostało potępione w formie tej dydaktycznej opowieści. Swoją drogą Onan nie oślepł, co wedle powszechnego mniemania miało jeszcze do niedawna grozić onanistom, tylko od razu został przez Boga… zabity. No cóż, Jahwe nigdy nie był szczególnie pobłażliwy, tak więc uważajcie.


Niemniej ci wierzący, którzy czytają Biblię ze zrozumieniem, mogą się nieco wyluzować – masturbacja to nie grzech. A już na pewno nie kobieca. Prawdziwym grzechem wedle wspomnianego fragmentu jest właśnie antykoncepcja, co z grubsza zgadzałoby się z tym, czego nauczał Jan Paweł II i współcześni nam hierarchowie. Chociaż z drugiej strony w XXI wieku nieco trudne musi być dosłownie traktowanie mądrości, powstałych w czasach, kiedy sukces narodu zależał od jego dzietności, a szczytem techniki była zwykła taczka.


Religia pojmowana dosłownie i rygorystycznie staje się systemem totalitarnym, w którym strażnik i więzień to ta sama osoba, czyli my sami. Istotą jego ustroju jest dążenie do całkowitej władzy nad człowiekiem, zmonopolizowanie jego wiedzy o świecie, myśli, uczuć, poczucia godności. Po przeciwnej stronie mamy anarchię, czyli stan kompletnego chaosu, braku ograniczeń i standardów moralnych. Żaden z tych ustrojów nie jest przyjazny człowiekowi. Najlepszym systemem sprawowania władzy, choć też nie pozbawionym wad,  jest jednak demokracja. To ustrój, w którym decyzje podejmowane są na drodze dyskusji, ścierania się poglądów, nieustannej walki między tym, co liberalne i tym, co konserwatywne. Myślę, że to jest też najlepszy odpowiednik dla naszego systemu wewnątrzpsychicznego. Zamiast skazywać się na surowy rygoryzm moralny podobny totalitaryzmowi lub poddawać egoizmowi i rozpuście w moralnej anarchii, negocjujmy wewnątrz siebie. Starajmy się pogodzić zakazy superego z popędami id, mediując miedzy nimi. Szukajmy wewnętrznych kompromisów. Tylko wtedy mamy szansę ominąć pułapkę, którą stanową młot religii z jednej i kowadło dekadencji z drugiej strony.