PsychoterapiaIstnieją setki sposobów, aby zniszczyć życie własnemu dziecku. Niestety, większość rodziców mniej lub bardziej świadomie popycha swoje pociechy ku jakiejś formie zatracenia. Jako dorośli ludzie musimy zmagać się z tym, w co nas wrzucono. Jesteśmy funkcją naszego dzieciństwa, czyli czasów, kiedy nie mogliśmy decydować za siebie. Zdecydowano za nas, ale konsekwencje tych wyborów będziemy zwykle ponosili przez całe życie.





W poprzednim wpisie pisałem o charakterach. Generalnie, jeśli typowe dla nich cechy nie są zbytnio nasilone, uchodzą za jeden z alternatywnych wobec siebie przejawów zdrowia. Jest to jednak uogólnienie. Wykształcenie każdego typu osobowości jest pewnego rodzaju ustępstwem i stratą. To kompromis między tym, kim bylibyśmy, gdyby nikt nie zakłócił naszego rozwoju, a rzeczywistością. Innymi słowy – charakter jest efektem dopasowania się rozwijającego się dziecka do wymogów stawianych mu przez otoczenie, głównie przez rodziców.


W pułapce charakteru

Wilhelm Reich, urodzony na ziemiach polskich psychiatra i psychoanalityk, pisał wręcz o pułapce charakterologicznej. Wpada w nią każde dziecko, którego potencjał i wola jest łamana w toku tzw. wychowania. Efektem jest zgniły kompromis dostosowania, który wymusza na psychice kształtującego się młodego człowieka wypracowanie wielu mechanizmów obronnych. Często są one bardzo kosztowne. Utrzymanie wyparcia, zaprzeczenia, reakcji upozorowanej i innych wymaga istotnych poświęceń ze strony psychiki. Te niedojrzałe mechanizmy obronne oddalają nas od rzeczywistości, sprawiając, że nasze działania są mniej adekwatne do sytuacji i w efekcie przynoszą mniej obiektywnych korzyści. Angażują także wiele energii psychicznej, której nie starcza potem na inne czynności. To dlatego osoby histrioniczne i podobne są nieuważne, mało spostrzegawcze i stosunkowo bezrefleksyjne. Tak dużo energii jest przeznaczane na wypieranie z ich umysłu bolesnych doświadczeń i emocji, że nie starcza jej już na bieżące działania.


Zablokowana energia

Negatywnych konsekwencji kompromisów, do zawierania których zmuszane są dzieci w trakcie wychowania, jest oczywiście dużo więcej. Wyparcie emocji owocuje także tzw. blokami ciała. Wspomniany wyżej Reich używał nawet określenia „pancerz charakterologiczny”. Określał nim napięcia ciała oddalające człowieka od doświadczania pełni życia, czyli wszystkich – także negatywnych – emocji. Wprawny terapeuta bioenergetyczny  jest w stanie określić czyjąś osobowość tylko na podstawie jego wyglądu i sposobu poruszania się (bioenergetyka jest poboczną gałęzią psychoanalizy, proszę tego nie mylić z tzw. bioenergoterapią, czyli pseudonauką bazującą  na leczeniu dotykiem – to dwie zupełnie inne sprawy, choć ich nazwy są częściowo zbieżne). Dla przykładu, wspomniane osoby histrioniczne muszą zmagać się z traumą seksualnego uwiedzenia przez rodzica. Jak w przypadku każdego charakteru, owocuje to czymś na wzór odcięcia newralgicznych fragmentów ciała. Miednica i brzuch takiej osoby są zwykle napięte i zblokowane, co dla wprawionego oka jest możliwe do dostrzeżenia. Jest to wyrazem psychicznych tendencji, aby odłączyć te doświadczenia i odpowiadające im miejsca ciała od świadomości. Także różne inne charaktery mają typowe dla siebie bloki energetyczne, czyli obszary ciała, które zostają zmienione przez doświadczenia psychiczne. To generalnie trudna i skomplikowana wiedza, ale wystarczy wyobrazić sobie choćby przygarbioną postawę osoby, która jest przybita porażką, aby mniej więcej zobrazować cechy wyglądu ciała występujące w osobowości masochistycznej. W przypadku charakterów schizoidalnego, oralnego i niekiedy narcystycznego występuje między innymi napięcie mięśni w zwężeniach mięśni okolicy szyi, które osłabia przepływ impulsów między głową a ciałem. To także efekt dostosowania do sytuacji, kiedy bardziej opłacało się wyzbyć części siebie, by zablokować odczuwanie destabilizujących emocji.


Równie ważny jest sposób poruszania się. Może nie każdy ma potencjał, by przemieszczać się jak śnieżna pantera, ale niezdarność i brak płynności ruchów są efektem takich właśnie usztywnień ciała, mających swoje źródło w psychice. Zadawnione konflikty odbijają się na napięciu mięśni, zwinności, nawet na sposobie stawiania nóg. Osoby słabo osadzone psychicznie (a więc m.in. lękliwie) nie przykładają całych stóp do ziemi, ale chodzą bardziej na ich krawędziach. W różnych problemach charakterologicznych występują też m.in. tendencje do wykonywania przeprostu w kolanach. Wszystko to ma swoje uzasadnienie w blokowaniu impulsów. Nawet ludzie nie mający znacznych problemów w omawianym obszarze mogą zauważać, jak w sytuacji stresu napina im się brzuch, nierzadko prowadząc nawet do kolki czy innych problemów gastrycznych. To, o czym tu piszę, to bardzo podobne mechanizmy, które jednak stały się typowe i w miarę stabilne w czasie dla danej osoby. Choć teoria analizy bioenergetycznej może wydawać się nieco naciągana, tak naprawdę jest dość intuicyjna, o ile przypomnimy sobie takie drobne doświadczenia i zrozumiemy, że bloki energetyczne są po prostu nawarstwieniem takich problemów. Terapeuci połączyli po prostu powyższe informacje z obserwacjami przeżyć swoich klientów i wyciągnęli wnioski.


Ciało i umysł

Dodatkowo bioenergetyka znajduje swoje odbicie w chorobach organów wewnętrznych. Obszarem styku między ciałem a psychiką zajmuje się nauka zwana psychosomatyką. Obecnie ta dziedzina wiedzy zdryfowała w kierunku teorii bardziej biologicznych, jednak jej podwaliny złożyła psychoanaliza, szczególnie nieoceniony Franz Alexander, amerykański lekarz i psycholog. Tam też upatruję najbardziej wartościowych obserwacji, które jednak wychodzą poza rygorystycznie pojętą naukę, dotykając sfery niemożliwej do prostego zweryfikowana. Tym niemniej psychoanaliza potrafi przewidzieć i wytłumaczyć obserwacje, które na gruncie biologicznym pozostają niezrozumiałe – tu opisywałem eksperyment dotyczący astmy u dzieci.


Generalnie nasze wyparte konflikty przekładają się nie tylko na widoczne gołym okiem blokady mięśni, ale także na procesy dotyczące organów wewnętrznych. Nie jest przypadkiem, że różne rodzaje stresu powodują zaburzenia układu krążenia, pokarmowego czy oddechowego. Dotyczy to m.in. astmy, chorób wynikłych z niedokrwienia organów czy tych związanych z osłabieniem odporności. Psychika, będąc zmuszoną do stosowania bloków energetycznych chroniących uświadomienie sobie wewnętrznych konfliktów, wzmaga napięcie pewnych elementów ciała (w naczyniach krwionośnych także znajdują się mięśnie!). Jest to wynikiem kompromisu między dobrostanem fizycznym a psychicznym. Z subiektywnego punktu widzenia lepiej jest zachorować w przyszłości, niż rozpaść się emocjonalnie już teraz. Tu także sprawdza się zasada, że objaw jest najlepszym z możliwych sposobów dostosowania się do trudnej sytuacji, o czym więcej będzie w dalszej części tekstu.


Istotną informację o stanie umysłu daje także sposób oddychania – osoby tłumiące emocje robią to płytko. Głęboki oddech pobudza ciało, skłania nas do intensywniejszego kontaktu z uczuciami. Kto nie wierzy, niech zwróci uwagę, że w momencie dopuszczenia do siebie jakiejś trudnej, poruszającej myśli wykonujemy nieświadomie głębszy wdech. Widać to szczególnie w rozmowie, kiedy ktoś podejmuje decyzję, aby powiedzieć nam coś krępującego. Zanim jeszcze padną słowa, osoba dopuszcza do świadomości tę trudną informację i wykonuje wtedy głębszy wdech. Na tej właśnie zasadzie działa wspomniana analiza bioenergetyczna – boczna gałąź psychologii głębi. Jeśli ktoś chciałby poznać bliżej tę nie do końca intuicyjną dziedzinę wiedzy, polecam książki Alexandra Lowena, np. Miłość, seks i serce.


Wszystkie cechy charakteru są w istocie próbą jak najskuteczniejszego w danych okolicznościach dostosowania się. Zamiast np. rozpaść się w rezultacie przytłoczenia świadomością seksualnego wykorzystania przez najbliższych, lepiej jest wyprzeć z siebie to destrukcyjne doświadczenie i zablokować tę sferę – także cieleśnie. Jeśli ktoś miał okazję zbliżyć się seksualnie do osoby histrionicznej, prawdopodobnie będzie wiedział, o czym piszę. Stopień lęku oraz wewnętrznego rozbicia jest po prostu obezwładniający i odcięcie tych doświadczeń jest najlepszym, co taka osoba mogła zrobić. Z wyparciem da się jakoś żyć, z ciągłym doświadczaniem przerażenia i paniki już by się nie dało. Dlatego nawet najbardziej niedojrzałe mechanizmy obronne są ostatecznie korzystne. Potrafią skutecznie hamować napływ emocji, których nagłe ujawnianie popchnęłoby wiele osób do samobójstwa lub otworzyło drogą do popadnięcia w prawdziwą chorobę psychiczną. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby były bardziej dojrzałe lub zanikły w ogóle, ale w sytuacji, kiedy ich dalszy rozwój był niemożliwy, były najlepszym, co dziecko postawione w danej sytuacji mogło wykształcić.


Swoją drogą część przypadków schizofrenii zostaje zainicjowana w trakcie kontaktu z narkotykami, które robią sztuczny wyłom w obronach i potrafią w jednej chwili wpuścić do psychiki taką dawkę wypartych doświadczeń i związanych z nimi emocji, że system się załamuje już na stałe. Obrazuje to wagę mechanizmów wyparcia i pokrewnych, z którymi nie ma żartów i nawet w psychoterapii należy pracować bardzo ostrożnie, krok po kroku.


Mniejsze zło

W istocie, nawet najbardziej uciążliwe objawy są w pewnym sensie błogosławieństwem. Zwrócił na to uwagę Milton Erickson, wybitny amerykański psychiatra, który dał początek nowemu kierunkowi psychoterapii. Objaw jest w nim zjawiskiem pozytywnym, ponieważ chroni przed doświadczaniem czegoś jeszcze gorszego. Na przykład terapię alkoholika zaczyna się od stwierdzenia „Jak to dobrze, że istnieje alkohol”. Nawet najgorszy nałóg psychiczny jest w istocie ucieczką przed doświadczaniem bolesnych i trudnych problemów wewnętrznych. Niezależnie czy będzie to alkohol, narkotyki, hazard, seks czy coś jeszcze innego, spełnia w życiu pacjenta także pozytywną rolę. Z czysto pragmatycznego punktu widzenia, lepiej jest się przecież zapić niż zabić, choć to tylko jedna literka różnicy.


Kierując się sztywnymi zasadami moralnymi można by zarzucić takiemu podejściu niezwracanie uwagi na koszty, które ponoszą najbliżsi. W końcu osoba pozostająca w szponach nałogu krzywdzi także innych. To silna pokusa, jednak terapeuta powinien patrzeć na świat z punktu widzenia samego klienta. Ostatecznym celem jest przecież jego wyleczenie, co z pewnością ostatecznie i tak przełoży się na dobro rodziny. Do tego trzeba jednak umieć zaakceptować, że nawet alkoholizm może być relatywnie skutecznym sposobem na radzenie sobie z rzeczywistością wewnętrzną, która jest po prostu nie do zniesienia i obcowanie z nią na trzeźwo i bez wsparcia groziłoby fatalnym samopoczuciem, a nawet samobójstwem.


Oczywiście w alkoholizmie występuje także czynnik uzależnienia fizycznego, ale nie on tu jest kluczowy, ponieważ nawet po jego zwalczeniu w trakcie detoksu, większość osób prędzej czy później wraca do nałogu. Skuteczność klasycznej terapii opartej na grupach AA w dłuższym terminie jest żenująco niska i z czasem spada do kilku, góra kilkunastu procent. Wszystko dlatego, że „zdrowienie” oparte jest na samopotępieniu – vide słynne wyznanie „Jestem alkoholikiem”. Wsparcie grupy potrafi zaspokoić niektóre psychiczne potrzeby, ale cały ten model jest tylko wzmacnianiem kontroli nad swoją chorobą i stojącymi za nią emocjami. Nie znika jednak prawdziwa przyczyna, która jest jedynie skuteczniej powstrzymywana przed ujawnieniem się. Niestety, w sytuacji stresowej ta tama często po prostu pęka i człowiek wraca do nałogu. Tymczasem, wbrew tezom głoszonym przez AA, istnieje droga od alkoholizmu do kompletnego wyleczenia, czyli… picia pod kontrolą. Wymaga ona jednak długoterminowej terapii indywidualnej, która dla NFZ-u byłaby nie do udźwignięcia.


Czyja wina?

A teraz kolejne przewartościowanie – nawet najgorszy i najbardziej uprzykrzający życie objaw jest efektem dobrego dostosowania… do złego środowiska. W tym prostym stwierdzeniu zawiera się pewne bardzo ważne przesłanie. Nie jesteśmy winni temu, jakie mamy zaburzenia. Jesteśmy za to co najwyżej odpowiedzialni – w tym sensie, że to od nas zależy, co z tym bagażem uczynimy i czy będziemy dalej kręcić się w kręgu swoich problemów, czy poszukamy działającego rozwiązania. Niestety, musimy zrozumieć, że sami sobie nie jesteśmy w stanie skutecznie pomóc, ponieważ brakuje nam dystansu do własnych doświadczeń. Potrzebujemy kogoś, kto będzie umiał przewartościować to, czego doświadczamy. Aby zobrazować, jak trudno jest wyjść poza schemat subiektywnego postrzegania rzeczywistości, przytaczam poniżej pewne zadanie. Polega ono na tym, aby, nie odrywając ręki, połączyć wszystkie kropki za pomocą tylko czterech linii prostych. Umiesz? Podobne trudności ma człowiek, który skacze między swoimi myślami i problemami. Próbuje je połączyć, ale brakuje mu perspektywy, aby rozwiązać problem, ponieważ nie potrafi wyjść poza schemat własnych doświadczeń i zobaczyć je z szerszej perspektywy.

Z faktu, że zaburzenia są efektem dobrego dostosowania do złego środowiska, wynika jeszcze jedna ważna konkluzja – winę za obecne problemy danego człowieka ponosi nie on sam, ale osoby, które miały wpływ na jego pierwotne doświadczenia. W praktyce chodzi oczywiście o rodziców. To wielki problem naszej kultury, który bardzo utrudnia psychoterapię – w mniej lub bardziej świadomy sposób wyznajemy biblijne przykazanie „Czcij ojca swego i matkę swoją”. Warto zdać sobie sprawę, jak bardzo uprzedmiatawiający jest ten nakaz. Oto dziecko staje się własnością rodzica, na którym nie ciążą żadne obowiązki, a jedynie prawa, w tym prawo do wymuszania bezwzględnego posłuszeństwa. Przypomnijmy, że Biblia pozwala nawet zabić dziecko, które złorzeczy swojemu ojcu, jakikolwiek by on był. Jeszcze większą tragedią jest sytuacja, kiedy opiekun w chwili rozpoczęcia terapii już nie żyje. Do zakazu ujawniania złości wobec rodziców dochodzi jeszcze zakaz mówienia źle o zmarłych. Po raz kolejny – niezależnie od tego, jacy naprawdę byli. Czyli niezależnie od prawdy. Bardzo trudno jest wtedy przekonać człowieka, że szacunek nie jest czymś danym raz na zawsze. Na szacunek trzeba sobie zasłużyć. I tyczy się to także rodziców – sam fakt poczęcia i utrzymania przy życiu to za mało.


Święty gniew

Głęboka terapia polega na odkryciu tych negatywnych emocji, w tym złości, furii i rozpaczy z powodu krzywdy, jaką dziecko – w swoim subiektywnym doświadczeniu – doznało od każdego z opiekunów. I tak, jest tam miejsce na złorzeczenie, ponieważ tylko prawda może wyzwolić z więzów charakteru, a prawda ta zwykle prowadzi do złości, czyli naturalnej ludzkiej reakcji na krzywdę. Kiedy ta złość nie jest akceptowana, zostaje przeniesiona na innych ludzi lub „połknięta” i skierowana przeciwko sobie. W tej ostatniej formie wychodzi potem pod postacią samoobwiniania się, depresji, lęku oraz wspomnianych chorób psychosomatycznych.


Co więcej, pożądana jest także agresja. W terapii bioenergetycznej zachęca się do krzyku, a także fizycznego rozładowania napięcia, np. poprzez napierdalanie kijem w tapczan. Nieprzypadkowo użyłem tu tak ciężkiego słowa, ponieważ za prawdziwym rozładowaniem napięcia musi iść prawdziwa emocja – w tym przypadku furia. Ma ona sens o tyle, o ile jest połączona ze świadomością istoty problemu. Nie chodzi zatem o samo uderzanie w coś kijem. Sensem jest walenie nim w chwili, kiedy człowiek łączy się ze swoją złością na rodzica, który furię tą spowodował, nawet jeśli ten ostatni nie uczynił tego intencjonalnie. Rodzimy się z pewnymi potrzebami, które powinny zostać bezwzględnie zaspokojone i dla dziecka nie jest żadnym wyjaśnieniem, że rodzic nie był tego świadomy. Można tu przywołać dobitne porównanie do innej formy odpowiedzialności – jeśli kogoś nie stać na codzienne wychodzenie na spacer, nie powinien kupować sobie psa.


Fałszywa zemsta

Takie przykładowe nawalenie kijem w tapczan jest pewną formą przeniesienia – terapeuta nie chce oczywiście, aby pacjent zrobił krzywdę swojemu rodzicowi, a jednak musi doprowadzić go do stanu, kiedy ten dopuści do siebie wyparte, destrukcyjne emocje.  Takie zastępcze, fizyczne wyładowanie złości jest ku temu najlepszą drogą, ponieważ pozwala skontaktować się nie tylko z psychiką, ale i z ciałem, z którego w efekcie mogą zejść wspomniane bloki energetyczne.


W istocie ciało jest połączone z psychiką dużo mocniej, niż zwykło nam się wydawać. I dużo bardziej, niż zauważają to typowi psychoanalitycy, zakleszczeni w swoich teoretycznych dywagacjach (pracę z ciałem docenia za to m.in. analiza bioenergetyczna, Gestalt czy terapia nastawiona na proces).


Jeśli mowa o przenoszeniu agresji, warto zdać sobie sprawę, jak powszechne jest to zjawisko. Osoby, które były bite w dzieciństwie, często rozwijają w sobie cechy sadystyczne. A sadyzm to nic innego, jak przerzucanie swoich cierpień na inne osoby według zasady, że skoro mnie krzywdzono, to teraz się zemszczę na kimś innym – słabszym. Odwrotny mechanizm występuje u masochistów (społecznych – nie mylić z seksualnymi). Osoba taka kieruje agresję przeciw sobie, zamiast przeciw innym, a szczególnie zamiast przeciw prawdziwym ciemiężycielom-rodzicom, o miłość których przecież zawsze zabiegała. Istotą terapii w obu przypadkach jest przekierowanie agresji na właściwy obiekt, oczywiście w sferze symbolicznej, ewentualnie werbalnej. Kiedy sadysta czy masochista uświadomią sobie, że tak naprawdę mają ochotę odreagować na swoich pierwotnych ciemiężycielach, a nie na obiektach zastępczych lub sobie samych, wówczas uwolnią się ze swojej pułapki charakterologicznej. Droga do tego jest oczywiście skomplikowana i przebiega przez wiele różnych interwencji terapeutycznych, ale ostateczny cel jest jasny – dojść do prawdy, odreagować, zaakceptować straty, które już się wydarzyły i w konsekwencji nauczyć się żyć inaczej.


Wracając jednak do wspomnianego sadysty – on cały czas przenosi swoją złość, ale nie daje mu to długotrwałej ulgi, ponieważ robi to w sposób nieświadomy. Krzywdzi lub bije, ale nie łączy tego faktu z prawdziwymi wydarzeniami ze swojej przeszłości. Wybuch agresji pozwala ujść nagromadzonej frustracji, ale długofalowo niczego to nie zmienia. Ulga jest chwilowa, choć te chwile stają się sposobem na życie i tłumienie poczucia własnej krzywdy. Jest to efektem mechanizmów obronnych, które nie pozwalają, aby prawdziwy cel tych negatywnych emocji został uświadomiony. Dziecko nie może pozwolić sobie na odczuwanie nienawiści do krzywdzącego rodzica, ponieważ straciłoby jego miłość – chorą, ale jednak miłość. Nie ma wyboru, złość do opiekuna musi zostać wyparta i przeniesiona na bardziej bezpieczny obiekt, czyli przyszłe ofiary. Dzieci takie zaczynają wcielać ten ostatni mechanizm obronny bardzo wcześnie, choćby prześladując słabszych kolegów lub dręcząc zwierzęta. To przewrotne, ale z punktu widzenia psychiki lepiej jest zadać ból komuś innemu, niż spotkać się z nim samemu i narazić na dezintegrację. Dręczenie np. psa bywa sposobem na odreagowanie nienawiści do ojca bez potrzeby konfrontowania się z nim, co dla dziecka byłoby przecież niemożliwe. Tragedia polega na tym, że taki sposób radzenia sobie z własnym bólem staje się sposobem na życie, stylem charakteru. Ten kompromis działa, ale – jak dobrze wiemy – pociąga za sobą wielkie koszty. Jest nim rezygnacja z części życia, choćby z głębi miłości, z empatii, z sedna człowieczeństwa.


Wykorzystane dziecko

Bardzo często – zbyt często – jest tak, że dziecko stanowi dla rodzica jakiś sposób zaspokajania własnych potrzeb. W najczarniejszych scenariuszach staje się sposobem na zastępcze odreagowanie agresji lub potrzeb seksualnych – nawet jeśli nie dochodzi do typowego molestowania, a „seksualność” ujęta jest w wielki cudzysłów i przejawia się tylko w sferze psychicznej. Znacznie częściej dochodzi do innej formy wykorzystania – rodzic używa dziecka w celu przydania sobie ważności i wartościowości. Chwali się swoim synkiem lub córeczką, ubiera w ładne ciuszki, a potem zakazuje swobodnej zabawy w obawie o ich pobrudzenie. Zresztą już samo chwalenie dziecka za to, jak bardzo spełnia potrzeby rodzica, jest destrukcyjne. Potrzebą taką może być pragnienie, aby dziecko – w istocie pełniące funkcję przedłużenia ego mamusi czy tatusia – ładne wyglądało, było mądre i zdolne. Nagradzanie miłością za takie powierzchowne cechy owocuje rozwojem charakteru narcystycznego. Dotknięty nim człowiek czujesię wyjątkowy, ale nigdy nie jest do końca pewny swojej wartości. Nauczył się przecież spełniać czyjeś pragnienia i za to był „kochany”. A nie za to, kim naprawdę jest. W dziecku takim tworzy się tzw. fałszywe self, kolejny kamień milowy psychoterapii.


Pojęcie „self” wprowadził Heinz Kohut, twórca humanistycznej wersji psychoanalizy. Wniósł do niej to, czego tej dziedzinie wiedzy zawsze brakowało – zwykłej ludzkiej wrażliwości i świadomości roli emocji. Klasyczni psychoanalitycy uważali, że drogą do pozbycia się problemów jest zrozumienie ich istoty. Kohut zauważył, że to tylko pierwszy krok, który wcale nie gwarantuje sukcesu. Sednem tego procesu jest emocjonalne przepracowanie problemu. Zatem intelektualne zrozumienie swojej sytuacji jest tylko krokiem umożliwiającym namierzenie prawdziwego celu, czyli realnych emocji kryjących się za tymi z gruntu abstrakcyjnymi teoriami. Koncepcje psychoanalityczne to tylko mapa, ale prawdziwa podróż odbywa się fizycznie, poprzez ponowne doświadczanie dawnych traum, ale też uczenie się nowych reakcji w czasie zbierania nowych doświadczeń w toku psychoterapii. W tym ujęciu terapeuta jest już nie zimnym, nieobecnym emocjonalnie „lustrem”, które  pomaga jedynie zrozumieć swoją obecną sytuację poprzez zinterpretowanie przeszłych doświadczeń. U Kohuta stał się osobą, która wręcz powinna wchodzić w autentyczną, emocjonalną relację z klientem. Po to, by poprzez swoje adekwatne, empatyczne reakcje pozwolić mu zastąpić stare, destrukcyjne doświadczenia z dzieciństwa nowymi, nabytymi m.in. w gabinecie terapeutycznym. Kohut był osobą, która nadała psychoanalizie prawdziwie ludzkie oblicze i podniosła jej skuteczność. Niestety wielu współczesnych terapeutów do dzisiaj nie potrafi zrozumieć wagi tego odkrycia.


W poszukiwaniu prawdziwego siebie

Wróćmy jednak do koncepcji self, która jest prosta i trudna zarazem. Self oznacza poczucie tożsamości przejawiające się nie tyle w intelektualnym samoopisie, ale w emocjonalnym doświadczeniu samego siebie. Z jednej strony to złożona struktura, a z drugiej proste przeżycie, które płynie zarówno z umysłu jak i z ciała. Zatem self nie jest deklaracją w stylu „jestem urzędnikiem” ani „lubię lody truskawkowe”. To taka esencja tożsamości, w której kryje się sposób doświadczania siebie, ugruntowanie we własnej emocjonalnej rzeczywistości, poczucie sensu i celu swojego życia. Nieco pokrewnym pojęciem jest ego, jednak tym drugim terminem określamy raczej umysłowo-poznawcze aspekty „ja”. Ego chroni nas przed konfliktami, stosując różnorakie mechanizmy obronne, stara się jak najlepiej dostosować do rzeczywistości, dokonuje wyborów. Self to bardziej „humanistyczna” struktura, która dotyczy przede wszystkim poczucia tożsamości wynikającego z doświadczeń życia, szczególnie z czasów dzieciństwa.


Niestety u osób dotkniętych problemami osobowościowymi wykształcają się aż trzy self – fałszywe, prawdziwe i symptomatyczne. Najbardziej widoczne jest to pierwsze. Fałszywe self jest wynikiem nagięcia się dziecka do narzuconej mu woli otoczenia. Jest dostosowaniem się do woli opiekunów. Na przykład fałszywe self dziecka odrzuconego i niechcianego będzie zawierało przeświadczenie „nie potrzebuję” (w domyślę miłości, opieki, ciepła, kontaktów z innymi ludźmi). Z kolei osoba, która doświadczyła warunkowej miłości, była kochana i doceniana – lub nawet wielbiona –  za „zasługi” takie jak ładny wygląd, mądrość czy zdolności, wykształci w sobie przekonania w stylu „zasługuję na szczególne względy za sprawą swojej wyjątkowości”, „moja wartość wynika z moich osiągnięć” i wreszcie „muszę osiągać sukcesy i być podziwiany, abym czuł się wartościowy”. To są przekonania przepełniające fałszywe self osobowości narcystycznej. W swojej istocie służą kompensowaniu wykorzystania, jakiemu zostało poddane tak warunkowo kochane dziecko.


Kiedy te obronne mechanizmy załamują się, na przykład w obliczu jakiejś bardzo bolesnej porażki, ujawnia się symptomatyczne self. W przypadku osobowości narcystycznej będzie to wrażliwość na wstyd i upokorzenie, hipochondria, a także bolesne poczucie bezwartościowości przejawiające się samopotępieniem, a nawet tendencjami depresyjnymi. Symptomatyczne self jest esencją tego, co człowiek o tym charakterze odczuwa jako swój główny dyskomfort. Jeśli osoba dotknięta problemem narcyzmu w ogóle poszukuje pomocy, zwykle dzieje się tak z powodów będących pokłosiem ujawnienia się tej właśnie struktury. Do gabinetu przychodzi więc człowiek chcący, by terapeuta pomógł mu odbudować wysokie mniemanie o sobie, by upewnił go, że jest wartościowy i wyjątkowy. Na początku oczywiście tak się dzieje, jednak z czasem praca ukierunkowuje się na faktyczną zmianę charakteru – odrzucenie fałszywego self, asymilację symptomatycznego self i odnalezienie prawdziwego self.


Tak to oczywiście powinno wyglądać w terapii czerpiącej ze zdobyczy psychoanalizy i psychologii humanistycznej. Są jednak szkoły, które poszły zupełnie inną drogą. Czasem można na przykład poznać facetów (głównie handlowców) bardzo mocno nakręconych przez NLP, czyli słynne programowanie neurolingwistyczne. To bardzo ciekawy nurt, jednak jego terapeutyczne oblicze zbyt często sprowadza się do wzmacniania fałszywego self, którego istnienia nota bene ten system nie uznaje. Istnieje np. technika, która sugeruje wyobrażeniowe deprecjonowanie osób, których opinie są nieprzyjemne. Spotkałem kiedyś człowieka, który w takiej sytuacji wyobrażał sobie, że… z lasu wybiega jelonek i oddaje mocz na osobę wygłaszającą niewygodne dla niego twierdzenia, np. podważające poczucie wyjątkowości mojego znajomego. Niestety, to oddala od rzeczywistości. Jeśli ktoś cierpi z powodu osobowości narcystycznej, będzie się starał ze wszystkich sił zachować we własnych oczach poczucie siły i omnipotencji. A więc dzięki takiej technice zacznie deprecjonować wszystko, co zaburzałoby obraz jego fałszywego, wielkościowego self. W ten sposób będzie mógł zachować kompensację i dalej żyć w ułudzie własnej doskonałości, a do bolesnej prawdy się nie zbliży i nie będzie miał okazji zmienić się i otworzyć na pełnię człowieczeństwa. Dlatego terapia terapii jest nierówna.


Prawda, która wyzwala

Obie opisane powyżej struktury – fałszywe i symptomatyczne self – są dwiema stronami tej samej monety. Jedna jest odzwierciedleniem dostosowania własnej tożsamości do wymogów otoczenia i dumą, która przepełnia takie wykorzystane, ale i wywyższone przez rodziców dziecko, a później także już dorosłego człowieka. Druga strona tego medalu to przykre odczucia, kiedy to sztuczne dostosowanie się załamuje i do głosu dochodzi wyparte poczucie krzywdy i zakłamania. Pod fałszywym i symptomatycznym self znajduje się jeszcze – zwykle bardzo nierozwinięte – prawdziwe self. Odkrycie go jest jednym z celów terapii. Niestety, to bardzo bolesny proces. Tak jak już pisałem, mechanizmy obronne – nawet najbardziej prymitywne – pełnią jakąś funkcję przystosowawczą. Prawdziwe self jest zepchnięte do nieświadomości właśnie po to, że doświadczanie go byłoby zbyt bolesne i niszczące.


Osoba narcystyczna tak naprawdę czuje się bezwartościowa, ponieważ cała jej duma jest wynikiem warunkowego spełniania czyichś oczekiwań. Pierwotnie były to oczekiwania rodziców, ale ten mechanizm przenosi się później na otoczenie. Narcyz kwitnie tylko wtedy, kiedy ma widzów, którzy go podziwiają. Kiedy tego podziwu brak – fałszywe self ma tendencję, aby się załamywać i dopuszczać do głosu przykre symptomatyczne self. Wielcy aktorzy i muzycy bardzo często kończyli swoją karierę przez samobójstwo lub tragiczne w skutkach uzależnienie od substancji psychoaktywnych, np. Elvis Presley czy Merlin Monroe. Podobnie różne ikony piękna popadają w depresję z powodu poczucia własnej brzydoty, które zwykle jest oczywiście mocno przesadzone. Do dysmorfofobii, czyli lęku przed własną brzydotą, przyznali się m.in. Cameron Diaz, George Clooney czy Salma Hayek – ludzie uchodzący przecież za pięknych. Niestety, wygląd to esencja ich fałszywego self, czyli elementu, za który byli nagradzani, a pewnie w jakiś sposób także „kochani”. Utrata uwielbienia jest dla takich osób czymś tak strasznym niczym dla dziecka utrata miłości własnego rodzica. Dlatego każdy niuans wyglądu sugerujący nieuchronny spadek atrakcyjności jest śmiertelnym zagrożeniem dla fałszywego self, czyli tego, co dana osoba świadomie uważa za esencję siebie. Niestety, całe nasze społeczeństwo staje się coraz bardziej narcystyczne i te problemy wcale nie tyczą się tylko gwiazd. Ale – co znamienne – ich też.


Ponieważ wykształcenie fałszywego self jest wynikiem złamania woli dziecka – które instynktownie chciałoby być kochane i wspierane za to, że jest, a nie za to jakie jest – prawdziwe self naładowane jest bólem. Jest tam uczucie bycia wykorzystanym, zawiedzionym, a nawet zniszczonym. Jest uczucie pustki, paniki, wściekłości i bólu z powodu braku empatii w czasie, kiedy była ona potrzebna, czyli w dzieciństwie. Jest też archaiczne żądanie zaspokojenia tych pragnień. A także świadomość straty, która została zastąpiona poczuciem sztucznej dumy i wielkościowości w postaci fałszywego self. Dlatego pod płaszczem symptomatycznego self kryje się prawdziwa złość i rozpacza. Ale nie z powodu niespełniania narzuconych przez otoczenia oczekiwań, np. bycia pięknym czy mądrym. To nieuświadomiona złość na najbliższe osoby, które nie kochały bezwarunkowo. Każdy zna przecież ludzi niedoskonałych, którzy jednak doskonale siebie akceptują w swoich własnych ograniczeniach. To właśnie jest objaw zdrowia. I szczęścia. Osoby takie kształtują się wśród akceptujących rodziców, którzy empatycznie kochają za samo istnienia dziecka, a nie za spełnianie ich oczekiwań. Tak więc pod warstwą cichej depresji, samopotępienia i wstydu symptomatycznego self, osoby narcystyczne ukrywają wypartą złość i furię wobec rodziców, którzy nie pozwolili im akceptować się w pełni takimi, jacy są. Uświadomienie tego faktu jest kluczowym elementem terapii.


Z pozytywnych aspektów słabego prawdziwego self osoby narcystycznej jest jednak pewien potencjał – wrodzone zdolności, autentyczne pragnienia, ambicje i ideały, które jednak są w stanie mocno nierozwiniętym i niedojrzałym. Odnalezienie ich, wzmocnienie i rozwinięcie jest także jednym z istotnych elementów terapii.


Osoby zdrowe, które miały szczęście mieć empatycznych i kochających rodziców, posiadają tylko jedno self – to prawdziwe. Fałszywe i symptomatyczne self są jednak udziałem większości ludzi, którzy byli zmuszeni iść z życiem na zbyt daleko idące kompromisy. To efekt zafałszowania rzeczywistości wewnętrznej, które było konieczne, aby dostosować się do wymogów otoczenia i zachować miłość najbliższych.


Czy zatem dziecku należy pozwalać na wszystko? Oczywiście nie. W psychoanalizie funkcjonuje pojęcie optymalnej frustracji. Jest to stan, kiedy potrzeby dziecka są zaspokajanie, ale nie w pełni. Pewien delikatny poziom frustracji jest niezbędny, aby skłonić psychikę do rozwoju, który to rozwój jest w istocie szukaniem jak najlepszego sposobu na zaspokajanie wrodzonych potrzeb. Przykładem może być np. trening czystości, czyli uczenie dziecka, aby załatwiało się do nocnika. Jeśli rodzic będzie wymagał tego za wcześnie lub wymuszał zbyt surowymi metodami, w dziecku wykształci się zablokowanie na tym etapie, które przełoży się na problemy charakterologiczne. Jednak także zbyt późne i mało jednoznaczne próby wprowadzenia wymogów higieny będą błędem, który odbije się negatywnie na psychice. To oczywiście tylko przykład, a etapów rozwojowych jest całe mnóstwo i każdy jest spotkaniem się z pewnym istotnym wyzwaniem. Błędy wychowawcze na każdej z tych faz rozwojowych będą prowadziły do wykształcenia się innych zaburzeń osobowości. Postaram się przybliżyć ten problem w osobnym wpisie. Teraz zasygnalizuję tylko, że kluczowe ze strony rodziców jest przejawianie daleko idącej empatii wobec potrzeb dziecka. Co jednak wcale nie oznacza tzw. bezstresowego wychowania.


Odzyskać siebie

Wielu ludziom bardzo trudno przychodzi zaakceptowanie, że teraźniejszość jest pokłosiem naszych doświadczeń. Wolą myśleć coś w stylu: „Po co grzebać się w przeszłości i obwiniać rodziców, których należy szanować i być im wdzięcznym za to, co się dostało – zwłaszcza, jeśli miało się co jeść, a dom nie był patologiczny w klasycznym tego słowa znaczeniu”. Oczywiście należy zaakceptować takie postawienie sprawy. Nawet jeśli przeszłość była naprawdę tragiczna, można odciąć się od niej wg. zasady „Całe szczęście, że dzieciństwo jest już za mną” i skoncentrować się na teraźniejszości. Z takim postawieniem sprawy wiążą się pewne koszty, jednak także powyższa postawa może być do pewnego stopnia konstruktywna. Sprawnie działające mechanizmy obronne potrafią niekiedy sprawdzać się względnie dobrze przez całe życie. To my sami musimy podjąć decyzję, którą drogę wybieramy – trwania czy zmiany.


W wyborze zwykle pomaga nam nasz stan psychiczny. O ile osoba o względnie zdrowej (mało zaburzonej) osobowości może sobie pozwolić na kompromis odcięcia się od źródła swojego charakteru, to ktoś przeżywający własne problemy intensywniej ma większą motywację do zmiany. Na przykład człowiek mający cechy osobowości masochistycznej może akceptować tę część siebie i znajdować ciągłe zaspokojenie w poświęcaniu się dla innych. Podobnie sadysta może odnaleźć się w roli np. komornika, przestępcy czy bijącego męża i dzięki temu kompromisowi oraz stojącymi za nim mechanizmami obronnymi nie odczuwać potrzeby żadnej zmiany.


Tym niemniej każde takie ustępstwo wobec prawdy wewnętrznego doświadczenia pociąga za sobą jakieś koszty. Masochista nie potrafi odczuwać głębokiej radości, a jedynie powierzchowną przyjemność ulgi. Sadysta traci człowieczeństwo i zdolność do odczuwania głębi miłości. Narcyz nigdy nie jest w pełni pewny swojej wartościowości i – wbrew pozorom – żyje bardziej dla podziwu ze strony innych niż dla siebie.  Podobnie inne charaktery z ich długiej listy, zawsze są pewnym kompromisem między samorealizacją i doświadczeniem pełni siebie, a rzeczywistością. Jedyną skuteczną drogą zmiany jest konfrontacja z prawdą – zawsze bolesną i rozczarowującą. Nie każdy jest w stanie przez nią przejść i to też należy uszanować.


Zmienić się, znaczy spotkać się z prawdą. Frederik Perls, twórca psychologii Gestalt, stworzył nawet tzw. paradoksalną teorię zmiany. Głosi ona, że człowiek staje się tym, kim jest – a nie tym, kim chciałby być. Prawdziwa zmiana jest zrozumieniem i akceptacją siebie samego, a dopiero ta akceptacja jest warunkiem osiągania zmian przez świadome decyzje. Dla przykładu – osoba nieśmiała nie ma szans stać się odważniejsza przez to, że tego chce. Najpierw musi zaakceptować swoją nieśmiałość, uświadomić sobie jej podłoże i głęboko przeżyć związane z tym emocje.


Jednak, aby spostrzec siebie i swoje problemy w innym świetle, zwykle potrzeba nam nowej perspektywy i wyjścia poza schematy, w których dotychczas się poruszamy. Do tego służy właśnie psychoterapia. Jest ona nie tyle drogą do zdrowia psychicznego, ale do samorozwoju i samorealizacji. Mimo wszystko w polskim społeczeństwie dominuje głupie przekonanie, że psychoterapia jest dla ludzi chorych i kompletnych świrów. Trochę jest to wynikiem ignorancji, a trochę zarozumiałości  – w końcu, jeśli ktoś wierzy, że tylko on sam jest w stanie zrozumieć siebie najlepiej, to jest to postawa co najmniej zarozumiała, żeby nie powiedzieć… narcystyczna. Tymczasem psychoterapia to po prostu samorozwój – trudny i często bolesny, ale zwykle konstruktywny. A zdrowa osobowość i poczucie spokoju czy szczęścia są dopiero rezultatem tego wewnętrznego dojrzewania. Musi być to jednak proces oparty na prawdzie. A prawda wymaga wyjścia poza schemat konserwatywnych przekonań moralnych i ograniczeń, które nam narzucono.Wyjście poza schemat

PS. Powyżej znajduje się rozwiązanie zagadki z tekstu, polegającej na połączeniu wszystkich punktów czterema liniami prostymi bez odrywania ręki. To tylko przenośnia, ale obrazuje sens psychoterapii. Zrozumienie siebie wymaga wyjścia poza schemat, bo proste łączenie znanych nam faktów jest tylko miotaniem się w obrębie starych problemów.

Temat charakteru i rozwoju zaburzeń wróci (kiedyś) w tekście pt. Drogi do zatracenia.