Zdrada przestała być czymś wstydliwym. Prawdopodobnie co trzeci czytający te słowa ma ją już za sobą. Drugie tyle za jakiś czas będzie miało. Norma? Jeśli nawet tak, to tylko połowiczna. Choć wielu z nas nie potrafiło sobie jej odmówić, dalej wzdragamy się przed myślą, że nas też ktoś może zdradzać.

 

Dokładne dane statystyczne są cokolwiek niepewne i nieco rozbieżne. Ludzie zwyczajnie lubią racjonalizować sobie swoje grzechy. Pojawiają się uzasadnienia typu „To tylko jedna noc, ona nic dla mnie nie znaczyła” lub „Byłam pijana, na trzeźwo nigdy bym tego nie zrobiła”. Skoro tak, to nie był to żaden romans, jedynie przygoda – żadna zdrada. Dlatego w pewnych badaniach do zdrady przyznaje się „tylko” co trzeci badany. Natomiast według szacunków opartych o bardziej pogłębione wywiady jest ich nawet dwa razy więcej. Warto zwrócić tu uwagę, że pomiar dotyczy całego społeczeństwa, więc zaniżają go osoby starsze, często mniej aktywne seksualnie. Gdyby ograniczyć się do młodszego pokolenia, statystyka byłaby jeszcze wyższa.


Nasza kultura ewoluuje w kierunku nieskrępowanego realizowania wszelkich popędów. Tym samym przyzwolenie na zdradę systematycznie rośnie. Pokolenie naszych rodziców w okresie swojej młodości nie byłoby już co prawda publicznie napiętnowane za niewierność, ale ze swoimi grzechami wolało się raczej kryć. Nasze nie musi się już wysilać. Kultura wręcz sugeruje, żeby się wyszaleć. Znamienne są tu np. wieczory panieńskie czy kawalerskie, traktowane jako ostatni dzień wolności. Dla jednych więcej w tym zabawy, dla innych – rozwiązłości. Jeden ze znajomych dostał na tę okazję tancerkę z wykupioną opcją „zrobienia loda”. Skorzystał. Niedługo potem stawał przed ołtarzem. Czy miał wyrzuty sumienia? Nie sądzę. Czy była to zdrada? Nie wydaje mu się.


Zupełnie inną sprawą od tego, czy zdradziliśmy, jest to, czy w ogóle mieliśmy ku temu okazję. Gdyby wierność mierzyć potencjalną gotowością do zdrady, wskaźniki mogłyby okazać się druzgoczące. Wiele osób po prostu nie spotyka na swojej drodze adoratorów lub jest zbyt nieśmiała na podjęcie ryzyka zawierania nowej znajomości. Wierni są więc tylko nominalne, ale w praktyce wcale by się za bardzo nie opierali. Ostrożne szacunki polskich seksuologów sugerowały, że takiej czy innej formy zdrady dopuści się 3/4 mężczyzn i 1/2 kobiet (jeden z seksuologów mówił nawet o 90% mężczyzn).


Pozostaje jeszcze sprawa definicji. Czy zdradą jest flirt sugerujący, że z chęcią byśmy z tą drugą osobą zrobili coś więcej? Czy jest nią angażowanie się w bardzo intymne rozmowy, w emocjonalną więź, która jest bliższa niż relacja z naszym stałym partnerem? A odwrotnie – czy zdradą jest sam przygodny seks, który nie łączy się z żadnym zaangażowaniem? Co ciekawe, odpowiedzi na te pytania zależą od płci ankietowanego. Mężczyźni częściej upatrują zdradę w samym seksie – bardziej nie chcieliby być zdradzeni fizycznie niż emocjonalnie, a kobiety odwrotnie – mocniej boją się, że ich partnerzy zaangażują się z kimś innym emocjonalnie niż tylko cieleśnie.


Dlaczego zdrada boli? Jest formą odrzucenia i oszustwa. A wszystko to ze strony najbliższej osoby, która w mniej lub bardziej bezpośredni sposób obiecywała nam pewną wyjątkową więź. Kiedy cała ta nadzieja rozpada się jak zbite lustro, tracimy też wiarę we własną wartość. Oto ktoś inny był bardziej cenny od nas, zdołał zniszczyć to, co – jak nam się wydawało – przynależało już do nas na zawsze.


Nasze poligamiczne zapędy do niedawna jeszcze hamowała kultura i sprzęgnięta z nią opresyjna religia. Ostatnimi czasy sprawy przyjęły nieco inny obrót, także w sferze społecznego przyzwolenia. A jak wiadomo okazja często czyni złodzieja. Najłatwiej kradnie się oczywiście w miejscu pracy – zwłaszcza w dużych korporacjach. Według badań prof. Jedrzejko jeszcze w 2006 roku do zdrady stałego partnera z kolegą z pracy przyznawało się 17% kobiet i 18% mężczyzn. Dwa lata później wskaźnik ten wzrósł odpowiednio do 23 i 31%. Przy czym możemy spokojnie założyć, że istnieje też grupa osób, które albo nie chcą się do tego przyznać w ankiecie, albo przed samymi sobą zdradę tłumaczą jako „nic nie znaczącą chwilę słabości”.


Ze zdradą nierozerwalnie związana jest też zazdrość. To uczucie uwarunkowane biologicznie, wiążące się gdzieś u swoich źródeł z doborem naturalnym. Mężczyźni cenią sobie pewność ojcostwa, czyli przeświadczenie, że nie inwestują w wychowanie cudzego dziecka. W świecie zwierząt sprawy są prostsze. Kiedy nowy lew przejmuje przywództwo w stadzie, zwyczajnie zabija potomstwo spłodzone ze swoim poprzednikiem. Podobnie czynią też np. szympansy z samicami pochodzącymi z obcego stada. U ludzi sprawy zwykle nie wyglądały tak drastycznie, choć do dzisiaj pozostała w mężczyznach pewna fascynacja dziewicami. W końcu w ich przypadku pewność ojcostwa jest stuprocentowa.


Wracając jednak do wierności. Niegdyś wymuszał ją element przymusu. Haremów największych samców alfa strzegli nieszkodliwi eunuchowie, specjalnie w tym celu kastrowani. Ale także niższe warstwy społeczeństwa walczyły z niewiernością. W niektórych krajach do dzisiaj stosuje się za nią brutalne formy kary, jak ukamienowanie. A i to czasami nie powstrzymuje ludzi przed skokiem w bok, ponieważ popędy często bywają silniejsze od najbardziej restrykcyjnej religii czy bezwzględnego prawa. Nic dziwnego, w końcu chodzi o bardzo pierwotne instynkty. Nasi przodkowie także się zdradzali. Choć nie znali instytucji małżeństwa, wiadomym było, że najlepsze kobiety należą do przywódcy grupy. Im bardziej był on zazdrosny, tym więcej kobiet upilnował i tym więcej potomstwa dziedziczyło jego geny.


Nawet małpy się zdradzają. Prymatolodzy (naukowcy badający naczelne) opisują sytuacje, kiedy samice prowokują seksualnie samce inne niż alfa, kiedy ten chwilowo znika z zasięgu wzroku. Przyłapane na wysyłaniu tych jednoznacznych sygnałów, udają zupełnie inne intencje i teatralnie przeganiają niedoszłych kochanków. Im bardziej podejrzliwy i kontrolujący jest alfa, tym więcej podobnych prób udaremni. Zazdrość sprzyja ewolucji.


Podobnie jak zdrada. Samica, mając wielu partnerów, ma też zróżnicowane genetycznie potomstwo. Dzieci mające innych ojców, różnią się też posiadanymi cechami, z których część może okazać się kluczowa dla przeżycia i odniesienia własnego sukcesu reprodukcyjnego. Dlatego potomstwo spłodzone z różnymi samcami zwiększa szansę, że geny samicy doczekają się przekazania następnemu pokoleniu przez te dzieci, którym udało się odziedziczyć najbardziej przydatne cechy. Ze strony samca sprawa jest jeszcze prostsza – im więcej atrakcyjnych samic zmonopolizuje, tym więcej wartościowego potomstwa będzie miał.


Biologia biologią, ale zdradzani być nie chcemy. Tyle, że nie o nasze chęci tutaj chodzi – statystycznie rzecz biorąc i tak przynajmniej raz w życiu będziemy. Świat nie jest miejscem pełnym wiernych i oddanych ludzi. Tacy stanowią raczej wyjątek. A skoro tak, to spróbujmy określić ich cechy. Przecież jedynym, na co realnie mamy wpływ, to wybór partnera, z którym się wiążemy. Jaki powinien być, aby mógł nam ofiarować wierność?


Zacznijmy od tego, kogo powinniśmy unikać. Na pewno osób narcystycznych. Badania konsekwentnie pokazują, że to grupa osób podwyższonego ryzyka. Mając ocenić prawdopodobieństwo, że zdradzą kiedyś swojego partnera, osoby narcystyczne wyraźnie wybijały się powyżej przeciętnej. Co więcej, także ich partnerzy jako wysokie szacowali szansę, że będą zdradzeni. Przynajmniej mieli jako taką świadomość, na co się piszą. Z narcyzmem często związana jest też psychopatia. Jednak, o ile narcyz nastawiony jest na swoje ego i w niewielkim stopniu skłonny jest do empatii względem partnera, to psychopata po prostu nie odczuwa wyrzutów sumienia. Nie ma więc motywacji, by dochować wierności. Oczywiście o ile ma przeświadczenie, że zdrada ujdzie mu na sucho.


Utrzymaniu wierności sprzyja za to silne superego. Wdrukowana w nie moralność – o ile zakazuje zdrady – jest dobrym hamulcem, pozwalającym zatrzymać się, zanim popełni się głupstwo. Pewną tamą dla popędów jest tu religia mówiąca o wstrzemięźliwości. Ale oczywiście nie jedynym – równie dobre są po prostu wartości uniwersalne, odwołujące się do empatii wobec potencjalnie zdradzonej osoby lub do woli dotrzymywania obietnic – w tym obietnicy wierności.


W kwestii religii muszę oddać tu jej pewną sprawiedliwość. Katolicyzm do niedawna całkiem nieźle hamował nasze zapędy do zdrady, które wciąż są niższe niż w bardziej laickich zachodnioeuropejskich społeczeństwach. Nie wiem, na ile wciąż jest to aktualne, ale kiedy z 6 lat temu włóczyłem się po Turcji, poznałem tam jednego miejscowego playboya. Opowiadał mi, że lubi podrywać turystki, ale nie szanuje ich i nigdy by się z takimi „kurwami” nie ożenił. Za wyjątkiem… Polki lub Włoszki, bo jako jedyne nie dają się zaciągnąć do łóżka. Jako muzułmanin (ale raczej niezbyt gorliwy) przypisywał to katolicyzmowi i jego zakazom moralnym. Poniekąd potwierdza to znaną regułę mówiącą, że mężczyźni lubią łatwe dziewczyny, ale ich nie szanują. Ewolucjonista powiedziałby, że z samczego punktu widzenia dobrze zrobić sobie gratisowego dzieciaka, ale utrzymywać go – jeśli nie ma pewności, czyje geny odziedziczył – absolutnie nie ma sensu. Wspomniany Turek był ucieleśnieniem tej zasady.


Wracając do wierności – pozytywnie korelują z nią więzi rodzinne. Wychowując się w domu pełnym miłości, przyzwyczajamy się do pewnego wzoru postępowania. Dodatkowo uczymy się, jak budować i pielęgnować więzi międzyludzkie. Głęboka i silna relacja staje się dla nas czymś nie tylko wartościowym, ale wręcz naturalnym. W pewnym stopniu dokonujemy też przeniesienia uczuć i postawy z rodzica na partnera. Skoro mama i tata (generalnie rodzic płci przeciwnej) stworzyli z nami pozytywną, trwałą więź, która bazowała na dobrych emocjach, w naturalny sposób będziemy dostrzegali te aspekty w dorosłym życiu u naszego partnera. Nie popadamy też wtedy zbyt szybko w skrajne uczucia i nie reagujemy zniechęceniem ani chęcią odwetu, kiedy spotykamy się z naturalnymi kryzysami dorosłych związków.


Skoro mowa o tle rodzinnym, to cechą związaną częściowo z wiernością jest posiadanie rodzeństwa. Jedynacy przez całe dzieciństwo koncentrują się na jednej relacji uczuciowej – z rodzicem. Dlatego w dorosłym życiu rzadko decydują się na romans. Na drugim biegunie lokują się dzieci (zwłaszcza najmłodsze) mające dużo rodzeństwa płci przeciwnej. Ich nawykiem jest posiadanie wielu relacji. Stąd w dorosłości naturalne wydaje się im posiadanie wielu koleżanek lub kolegów, co w oczywisty sposób sprzyja nawiązywaniu romansów – zwłaszcza długotrwałych.


Wierność to szczytna idea. Niestety biologia generalnie jej nie sprzyja. Nasi najbliżsi krewni – szympansy – to prawdziwi „psychopaci”. Seks wymuszają przemocą, niekiedy nawet tak wyrachowaną, jak krzywdzenie potomstwa nieugiętej samicy. Gwałty są na porządku dziennym. Zdrady też. I zemsta za niewierność – kiedy samiec wyższy rangą przyłapie zmonopolizowaną przez siebie samicę na seksie z innym szympansem, atakuje właśnie ją, a nie rywala (co byłoby dla niego bardziej niebezpieczne). Do tego systematyczna przemoc, walki, morderstwa, a nawet kanibalizm. To wszystko szympansia codzienność.


Popatrzmy na gwałty – one także towarzyszyły nam od zawsze. Mężczyźni walczyli i zabijali się nawzajem. Zwycięzcy mordowali dzieci przegranych i gwałcili ich kobiety. Dokładnie tak samo jak małpy na wolności. Może zatem nie powinniśmy potępiać zdrad? A może przymknąć też oko na gwałty i przemoc seksualną?


To bardzo wygodne, ale i głupie myślenie. Ma cechę samospełniającego się proroctwa – kiedy wierzymy, że coś jest prawdą, będziemy działać w zgodzie z tym przekonaniem i ono faktycznie się ziści. Ani my nie jesteśmy przodkami szympansów, ani one naszymi. Gatunek ludzki ma pewną bardzo ważną cechę. Jest elastyczny. Wykształcił wiele różnorodnych kultur, niejednokrotnie daleko od siebie odbiegających, także w kwestii zwyczajów seksualnych. Mamy możliwość wyboru, które z dawnych mechanizmów eksponujemy, a które tłumimy. Najbardziej spokrewnione z nami gatunki małp – szympansy i bonobo – przejawiają mnóstwo zachowań homoseksualnych, które są dla nich codziennością. A jednak jakoś nikt z osób skłonnych tłumaczyć swoją rozwiązłość naszą zwierzęcą naturą, nie czuje się zobligowany tym pokrewieństwem do homoseksualizmu. Skąd ta ciekawa wybiórczość?


To prawda, że ewolucyjnie nie jesteśmy ścisłymi monogamistami. Dlatego wierność wymaga od nas pewnego wysiłku. Może jednak dawać dużo satysfakcji, podobnie jak inne formy „godnego” życia  pozwalające nam cieszyć się przyjemnością płynącą z moralności, empatii i bliskich więzi, które nie były zbyt powszechne ani u naszych przodków, ani u naszych małpich kuzynów. Zresztą zwalanie odpowiedzialności za nasze grzechy na tych ostatnich też trąci pewną hipokryzją. Nie wszystkie małpy są szympansami. Niemało wspólnych genów mamy też z gibonami. Pozwolę sobie tu zacytować opis ich zachowań, zaczerpnięty z książki „Cienie zapomnianych przodków”:

Gibony są monogamiczne, bez wyjątku. Ich związki trwają aż do śmierci. Śpiewają przejmujące pieśni, które słychać na kilometr lub nawet dalej. Dorosłe samce często śpiewają solo w ciemnościach tuż przed świtem. Kawalerowie śpiewają dłużej niż starsi, żonaci osobnicy, a także o innych porach dnia. Żony tworzą duety z mężami. Wdowy znoszą smutek w milczeniu i nie śpiewają wcale. 

Gibony również mają swoje terytoria, a ich godzinki mają na celu utrzymanie obcych na dystans. Typowa komórka rodzinna, składająca się z rodziców i dwojga dzieci, kontroluje niewielki teren. Obrona ojczyzny polega  nie na rzucaniu kamieniami lub walce na pięści, lecz na śpiewaniu hymnów. Niektórzy starzejący się ojcowie przekazują odpowiedzialność za obronę terytorialną swoim dorosłym synom. W innych, równie wzruszających sytuacjach, rodzice zakazują dorosłym synom wstępu na rodzinne terytorium, być może ze względu na pokusy kazirodztwa. Dorosłe samce i samice zachowują się bardzo podobnie, a ich status społeczny jest niemal taki sam. Prymatolodzy opisują samice jako „współdominujące”, a partnerów w małżeństwie jako „zrelaksowanych” i „tolerancyjnych”.  


Gibony także są seksualne i potrafią dzielnie bronić swojej małej ojczyzny. Tyle, że typowym dla nich układem jest monogamia, a „walka” polega na odstraszaniu potencjalnych rywali śpiewem, niosącym twarde przesłanie – „Jesteśmy tutaj, jesteśmy silni, śpiewamy dobre pieśni. Lepiej zostawcie nasz teren w spokoju”. Jako ludzie możemy korzystać z różnych rozwiązań wymyślonych przez naturę. Możemy iść drogą rozwiązłego bonobo lub monogamicznego gibona, choć zakres naszych zachowań obejmuje też inne małpie strategie, np. tyranię typową dla pawianów. Wszystko zależy od wartości, którym chcemy być (nie)wierni.