Od kilku tygodni dzieją się rzeczy ważne. Może nawet bardzo ważne dla przyszłości Polski, Europy, a kto wie, czy nie świata. Pamiętajmy o teorii chaosu, która mówi, że jedna pozornie mała zmiana danego układu może z czasem przełożyć się na ogromne przeobrażenie całego systemu. Metaforycznie ujmując – machnięcie skrzydełek motyla w Brazylii ma szansę wywołać tornado nad Pacyfikiem. A strzał oddany tysiące kilometrów stąd, może w efekcie zabić miliony Polaków. Tak się już zresztą zdarzyło, kiedy w wyniku zastrzelenia arcyksięcia Ferdynanda gdzieś na peryferiach zachodniego świata rozpętało się piekło pierwszej wojny światowej.


Na Ukrainie zmiany. Wydaje się, że rewolucja się udała. Mam jednak mroczne przeczucie, że jeszcze może polać się krew. Nie za bardzo wiem, dlaczego, ale w komentarzach na ten temat pomija się jeden z głównych czynników warunkujących wybuch rewolucji na Ukrainie. Jest to bowiem także konflikt… etniczny. Na wschodzie Ukrainy przeważają ludzie, którzy sami siebie określają jako Rosjan. Warto pamiętać, że to poglądy polityczne są pokłosiem tożsamości narodowej, a nie odwrotnie. Osią podziałów są nie tylko kwestie światopoglądowe ani nawet materialne. Dla wielu osób to walka o tożsamość, czego jaskrawym dowodem jest zaangażowanie nacjonalistów z Prawego Sektora. Z drugiej strony mamy Federacją Rosyjską, która wprost mówi o ochronie „swojej” ludności, czyli osób rosyjskojęzycznych.


Mozaika regionalna

Ukraina to układanka złożona z kilku sprzecznych regionów. Mamy dość jednolity tożsamościowo zachód, gdzie bezsprzecznie dominuje język ukraiński. Wyjątkiem są enklawy Węgrów i dość ekscentrycznej mniejszości narodowej – Karpatorusinów. Ci ostatni to taka etniczna skamielina, wyznająca prawosławie w wersji Patriarchatu Moskiewskiego i odcinająca się od Ukrainy poprzez żądania autonomii. To potencjalny dynamit, który może zostać odpalony przez Moskwę – podobnie jak Kreml rozsadza obecnie Mołdawię, podsycając separatystyczne tendencje w Gagauzji, jednym z regionów tego i tak małego kraiku. Im bardziej Kiszyniów chce iść na zachód, tym bardziej Gagauzi chcą się odłączyć i… przyłączyć do Rosji. Kto te tendencje inspiruje, jest chyba dla każdego oczywistością.


Daleko na wschodzie Ukrainy mamy tereny związane historycznie z Rosją. Tam też jednoznacznie dominuje język carów, którym posługuje się od 50 do 80% mieszkańców. Niestety – to także region najbardziej uprzemysłowiony, więc i najcenniejszy z gospodarczego punktu widzenia. Wiele osób ze ściany wschodniej uważa się jednocześnie za Rosjan jak i Ukraińców, jednak bardzo niepewna to przynależność. Podróżując po tym regionie, spotykałem ludzi, którzy wprost negowali, że ich stolicą jest Kijów. To w dużej mierze ludność napływowa, która przybyła w te rejony po wojnie w czasie rozbudowy fabryk i kopalń.


Bardziej rosyjski od południowo-wschodniej Ukrainy jest tylko Krym. Niegdyś zamieszkiwali go Tatarzy, ale zostali wybici i wysiedleni przez Stalina, a w ich miejsce sprowadzono Rosjan. Sam fakt, że Krym stanowił część Ukrainy, jest dziełem kaprysu losu. W ciągu setek lat Kozaczyzna i chanat byli odwiecznymi wrogami, których nic nie łączyło poza ciągłymi konfliktami i najazdami. Krym podbiły ostatecznie wojska carskie pod koniec XVIII wieku i od tego czasu region pozostawał pod rządami Rosjan. Jednak dość niespodziewanie w 1954 roku półwysep został przyłączony do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Stało się tak za sprawą kontrowersyjnej decyzji Nikity Chruszczowa, ówczesnego przywódcy ZSRR, który nota bene pochodził z Donbasu, miasta leżącego we wschodniej Ukrainie. Pretekstem było uczczenie ugody perejasławskiej, czyli umowy, na mocy której kozacki przywódca Bohdan Chmielnicki (ten koleś z „Ogniem i mieczem”, co to go Żebrowski na początku przypadkowo uratował) poddał Zaporoże pod władanie carowi. Rosjanie ostatecznie stłamsili kozacką niezależność, ale data 1954 była trzysetną rocznicą tego wygodnego dla propagandy radzieckiej wydarzenia, więc prezent też musiał być widowiskowy. Ostatecznie gest ten nie był wcale taki rewolucyjny, bo po przyrównaniu go do polskich realiów stanowił coś w stylu przeniesienia administracji jednego powiatu między dwoma województwami. Problemy zaczęły się dopiero po rozpadzie ZSRR, kiedy Krym ogłosił niepodległość, ale Ukraina wale nie chciała ze swojego prezentu zrezygnować. Ostatecznie region został tylko republiką autonomiczną w obrębie Ukrainy. Dzisiaj jest już praktycznie częścią Federacji Rosyjskiej, choć będzie to raczej pyrrusowe zwycięstwo, bo Krym nie jest w stanie sam się utrzymać i wymaga ciągłego dofinansowania. Swoją drogą to zadziwiające, jak wielkie znaczenie niektóre kraje przywiązują do takich peryferyjnych terytoriów, które wcale nie pomnażają bogactw danemu państwu, a wręcz przeciwnie. Posiadanie Krymu, do którego trzeba „importować” nawet wodę, było bardzo kosztowne. Teraz obciążenia te spadną na Rosję, która ekonomicznie też nie stoi zbyt dobrze, zwłaszcza po wydatkach związanych z olimpiadą. A do tego dojdą oczywiste koszty związane ze stopniowym uniezależnianiem się Europy od głównego towaru eksportowego Federacji – gazu i ropy.


Kim jestem?

Przed tym pytaniem stanie niedługo wielu mieszkańców centralnej Ukrainy. Spora część mieszkańców środkowej części kraju mówi po rosyjsku, ale uważa się za Ukraińców. Do tej pory nigdy nie musieli wyraźnie się określać. Niby pochodzą z Ukrainy, ale mówią po rosyjsku, bo to ten język zdominował kulturę popularną, także za sprawą ciekawszych kanałów telewizyjnych.


Mroczna to analogia, ale bardzo podobnie wyglądała sprawa sprzed rozpadu Jugosławii. Serbowie, Bośniacy i Chorwaci mówią właściwie tym samym językiem, wyglądają tak samo i nierzadko żenili się między sobą. Zawsze byli też bardzo wymieszani. Jak długo w państwie dominował system socjalistyczny, różnice narodowe były marginalizowane. Dopiero jego upadek uruchomił nacjonalizmy. Ludzie nagle zaczęli odkrywać w sobie Bośniaka, Serba czy Chorwata i identyfikować się według tego schematu. Niedługo potem polała się krew, a sąsiad zaczął strzelać do sąsiada.


Czy podobnie może stać się na Ukrainie? Nie wykluczałbym tego. Świadczyć o tym może choćby sytuacja na Krymie, gdzie 1/3 ukraińskiej armii przeszła na stronę rosyjską. Na razie konflikt ten nie przeszedł w fazę gorącą, ale można wyobrazić sobie scenariusz, kiedy ci żołnierze będą zmuszeni strzelać do swoich dawnych kolegów. Gdyby nie czuli się Rosjanami – nie zmieniliby godła. W końcu nikt nie przyłączałby się dobrowolnie do armii wroga.


Niestety, taka niejednoznaczność etniczna nie wróży niczego dobrego, ponieważ nawet w przypadku teoretycznego podziału państwa nie ma szansy wytyczyć linii demarkacyjnej w sposób naturalny. Granice etniczne są płynne, a poczucie przynależności niejednoznaczne. Główna linia podziału przebiega z północy na południe, ale którędy dokładnie – nie sposób powiedzieć. Pewne wyobrażenie daje mapa pokazująca, gdzie głosowano na generalnie prorosyjską Partię Regionów, a gdzie na pozostałe ugrupowania.


Tożsamość

Bardzo ciekawa jest sprawa tożsamości Ukraińców. Niestety, wielu Polaków ma problemy z jej zaakceptowaniem. Krecią robotę robią szczególnie osoby tak fanatyczne jak ks. Isakowicz-Zaleski, jakby żyjące tylko po to, by rozrywać stare rany. Ustalmy na początek pewien fundamentalny fakt – Ukraińcy potrzebują tożsamości narodowej, która da im poczucie godności i siły. Bez niej staliby się kolejną Białorusią, gdzie miejscowy język używany jest tylko na głębokiej wsi, a powszechną nadzieją jest powrót na łono potężnej Federacji Rosyjskiej.


Ukraińcy przez wieki byli poniewierani przez silniejszych sąsiadów. Najpierw podbili ich Litwini, potem przekazali Polakom, którzy próbowali uczynić z miejscowej ludności pańszczyźnianych chłopów, co dla mentalności nigdy do końca nie ujarzmionych ludzi z Dzikich Pól było pogwałceniem ich tożsamości. To była też zresztą główna oś konfliktów z Rzeczpospolitą, która nie chciała przyznawać kozakom szlachectwa ani uczynić z nich normalnego wojska otrzymującego regularny żołd. Ostatecznie w wyniku kilku powstań spora część obecnej Ukrainy przeszła w ręce Rosjan, którzy okazali się wcale nie lepszymi panami niż Polacy. Po pierwszej wojnie światowej ten historyczny region znowu został podzielony między odrodzoną Rzeczpospolitą a ZSRR.


Kim są zatem współcześni Ukraińcy? Z jednej strony uważają się za potomków kozaków walczących z polskimi panami. Narodowym bohaterem jest nie kto inny, jakBohdan Chmielnicki, przywódca powstania, które oderwało Zaporoże od Rzeczypospolitej. Z drugiej strony jest to UPA, organizacja wojskowa, która u nas znana jest głównie z przeprowadzania czystek etnicznych na spornych terenach.


Paradoksalne podobieństwo

Historia dzieli nasze narody, jednak w dużej mierze jest ona… analogiczna. Zarówno Polska jak i Ukraina w podobny sposób budują swoją tożsamość. Nasze mentalności różni jedynie to, że my mieliśmy imperialną przeszłość, a oni nie. Wschodni sąsiedzi Polski sławią przywódców swoich powstań przeciw okupantom, my także to robimy – że wspomnę choćby Kościuszkę. Jedyna różnica polega na tym, że tymi okupantami w ich przypadku byliśmy my, a w naszym – Rosjanie. Ukraińcy patrzą przez palce na swoją Ukraińską Powstańczą Armię, nie dopuszczając głosów, że miała ona na swoim sumieniu także śmierć niewinnych ludzi. Ale – UWAGA! – także nasza Armia Krajowa mordowała niemieckich cywili. Prawdę powiedziawszy to AK działała dokładnie tak samo jak współczesna Al-Kaida (swoją drogą zabawna zbieżność akronimów), ponieważ jej agenci podkładali bomby na dworcach kolejowych III Rzeszy, o czym pisałem tutaj. U nas oczywiście nie mówi się o tych sprawach głośno, ponieważ umniejszałoby to szlachetności Armii Krajowej, która – jako symbol tożsamości narodowej – powinna pozostawać jednoznaczna. Musimy jednak zrozumieć, że analogiczny mechanizm występuje u Ukraińców z zachodu kraju, którzy wolą milczeć o ciemnych kartach UPA. Ta organizacja stanowi element ich tożsamości, więc nasze usilne wołanie o samopotępienie jest w istocie wołaniem o wyrzeczenie się odrębności narodowej. Żaden polski patriota nie chce myśleć o tym, że AK podkładała bomby niczym Al-Kaida, tak jak żaden ukraiński nie chce pamiętać o zbrodniach UPA, która według ich narracji także walczyła w słusznej sprawie i jedynie mściła się za nasze występki przeciwko ich narodowi.


Do tego dochodzi oczywiście sprawa obrony przed obcą kulturą. Nas przymusowo rusyfikowano, a Ukraińców także polonizowano, co wspierał z kolei nasz narodowy bohater Roman Dmowski. Paradoks. Polacy, jako naród podbity i wykrzewiany z własnej kultury po odzyskaniu niepodległości starali się zwalczać tożsamość swoich nowych-starych „poddanych”. Niestety, działa tu mentalność Kalego, z której powinniśmy jednak wyrosnąć, o ile chcemy budować dobre relacje z sąsiadami, także z Litwinami.


Bardzo podobnie jest ze słynnym romansem UPA z nazistami. Będąc pod okupacją sowiecką związali się z najsilniejszym przeciwnikiem swojego wroga, co było w istocie krokiem naturalnym. Czy nieodżegnywanie się od faszyzmu to zbrodnia? Gdyby tak było, zbrodniarzem musielibyśmy nazwać także innego naszego bohatera narodowego – Romana Dmowskiego. Stwierdził on m.in. „Gdybyśmy byli podobni do dzisiejszych Włoch, gdybyśmy mieli taką organizację jak faszyzm, gdybyśmy wreszcie mieli Mussoliniego, największego niewątpliwie człowieka w dzisiejszej Europie, niczego więcej nie byłoby nam potrzeba.” Dmowski nie wielbił faszyzmu niemieckiego, wolał odwoływać się do państwa, które nie było naszym bezpośrednim sąsiadem, tak jak III Rzesza nie była bezpośrednim zagrożeniem dla hipotetycznej niepodległej Ukrainy. Zupełnie inne wspomnienia mogą mieć jednak Grecy, Jugosłowianie czy Etiopczycy, którzy zostali napadnięci przez faszystowskie Włochy. Skoro tak, to dlaczego nasza prawica tak bardzo wypomina UPA nazistowskie sympatie, a Dmowskiego – jawnie sympatyzującego z faszyzmem –  stawia za wzór patrioty?


Tak naprawdę Ukraińców i Polaków więcej łączy niż dzieli w sferze mentalności. Widać to także w kwestii niechęci wobec… oddawania czci poległym okupantom  W tej kwestii wielu Polaków także czerpie z dewizy Kalego. Zbudowaliśmy we Lwowie wielki cmentarz tzw. Orląt Lwowskich. Tak potocznie określa się ochotnicze oddziały wojskowe, które walczyły najpierw z wojskami próbującej odrodzić się Ukrainy, a potem także z bolszewikami. Niestety, o tym pierwszym fakcie często zapominamy i domagamy się, aby Ukraińcy pomagali nam czcić żołnierzy, którzy z ich punktu widzenia byli częścią… armii okupacyjnej. To byłaby dokładnie ta sama sytuacja, jakby Niemcy chcieli zbudować u nas wielki pomnik swoich żołnierzy, którzy próbowali stłumić nasze powstanie wielkopolskie! To kolejny paradoks, którego znakomita większość Polaków nie potrafi dostrzec.


Swoją drogą, jakiś czas temu pojawił się pomysł, aby pozwolić naszym zachodnim sąsiadom uczcić swoich obrońców Wrocławia, którzy dzielnie stawiali opór Armii Czerwonej. Problem w tym, że ich ojczyzną była wtedy III Rzesza, a miasto leży obecnie w granicach Polski. Inicjatywa na szczęście nie została zrealizowana, ale pomnik polskich Orląt Lwowskich – równie dzielnie walczących z Ukraińcami oraz z tąże samą Armią Czerwoną – stoi w pełnej krasie.


Między dwoma zaborcami

Warto zdać sobie jeszcze sprawę, że Ukraina w świadomości Rosjan to po prostu fragment ich ziem, które w średniowieczu nosiły zbiorczą nazwę Ruś. Terytorium to dzieliło się na różne dzielnice, m.in. Ruś Kijowską. Choć wielu Polakom Lwów wydaje się być rdzennie polskim miastem, dawna granica państwowa przebiegała dużo bliżej, niż jesteśmy tego świadomi. W skład średniowiecznej Rusi Halicko-Wołyńskiej wchodziły także takie miasta jak… Przemyśl czy Chełm, dawna stolica tego kraju.


Żeby zrozumieć to spojrzenie, wystarczy uświadomić sobie nasz stosunek do ziem piastowskich. W rosyjskiej mentalności Ukraina jest częścią ich kraju, tak jak dla typowego Polaka kawałkiem naszej wspólnej ojczyzny jest Wielkopolska. Gdyby jakimś zrządzeniem historii wspomniana kolebka polskości wyodrębniła się jako suwerenne państwo, Warszawa także miałaby problemy ze zmianą swojej perspektywy patrzenia na nowego sąsiada.


Dla Ukraińców Polacy i Rosjanie to dwaj okupanci, jak dla nas Rosjanie i Niemcy. Dwaj okupanci, którzy dzielili się ich ziemiami zgodnie z aktualnym układem sił. Stąd też pewna nieufność wobec naszych polityków mądrujących się na Majdanie. Ukraińcom zależy na samostanowieniu, a nie popadaniu w jakąkolwiek zależność od innego dawnego okupanta. Dlatego nie spodziewałbym się wielkiej wdzięczności za nasze zaangażowanie.


Narodowa demokracja

Jak to wszystko ma się do sytuacji obecnej? No trochę się ma, ponieważ współczesna mentalność poszczególnych grup obywateli Ukrainy jest wynikiem ich tożsamości narodowej, która z kolei bazuje w dużej mierze na historii i doświadczeniach. Niestety, nie wygląda to zbyt różowo.


Warto uświadomić sobie, że demokracja – mimo swojego liberalnego wydźwięku – powstała na gruncie państw narodowych. Był to warunek konieczny, aby ludzie poczuli się częścią jednej społeczności. Dzisiaj kompletnie o tym fakcie zapominamy i traktujemy ten ustrój po prostu jako jedną z alternatyw. Ale do sprawnego działania demokracji potrzebne jest poczucie tożsamości, zwykle narodowej. Nie ma go w Afryce, nie ma też w państwach arabskich. Tam ludzie myślą kategoriami przynależności plemiennej, która często pokrywa się też z religijną. Demokracja nie ma szans przyjąć się w takim niejednolitym państwie, ponieważ w jego warunkach oznacza ona jedyne tyranię narzucaną przez największe plemię. Wielu politycznych liderów ze starego kontynentu i USA trzyma się mrzonki, że ustanowienie naszego ustroju w Afryce czy na Bliskim Wschodzie jest tylko kwestią czasu. A jednak wymagałoby zbudowania poczucia wspólnoty, co nie może się nagle udać w kraju, którego granice nie pokrywają się z podziałami etnicznymi. Czasem wystarczą wspólne cele i historia, jak w przypadku złożonej z trzech grup językowych Szwajcarii. Jednak także ten kraj ma silną tożsamość narodową. Podobnie Stany Zjednoczone, które bardzo mocno wbudowują w swoich obywateli poczucie wspólnych wartości, jakim jest choćby odwołanie do wolności i mitu założycielskiego. Silnie celebrowane Dzień Niepodległości i Dzień Dziękczynienia są tego najlepszym przykładem. Niestety – takiej zbiorowej tożsamości nie ma na Ukrainie.


Podziały

Co łączy mieszkańca wschodniej Ukrainy uznającego się za Rosjanina i mówiącego na co dzień w tym języku z osobą z terenu Galicji, która używa języka ukraińskiego i czuje powinowactwo do narodowych ikon – wszelkiej maści Chmielnickich i UPA? Do niedawna była to wspólna przeszłość w ramach ZSRR. Potem została już tylko pusta świadomość życia w jednym państwie, które generalnie stopniem korupcji i zepsucia nie odbiegało za bardzo od innych krajów powstałych po upadku Związku Radzieckiego. Ale teraz wszystko się rozjechało. Ukraińcy z zachodu chcą pielęgnować swoją odrębność narodową, czego kompletnie nie czują mieszkańcy wschodu, o Krymie już nie wspominając. Kijowski Majdan – a przynajmniej jego oficjalna część – wyraża chęć pójścia drogą do Unii Europejskiej, a Charków czy Donieck definitywnie wolałby dołączyć do tworzonej właśnie przez Rosję Unii Eurazjatyckiej.


Obecna sytuacja na Ukrainie idealnie pasuje do stylu polityki zagranicznej Władimira Putina, która zakłada rozpalanie konfliktów etnicznych, by potem pomagać tym krajom, które chodzą na pasku Rosji. Bardzo podobny scenariusz rozgrywany był w przypadku Azerbejdżanu i Armenii, które wciąż spierają się o Górski Karabach. To region zamieszkany głównie przez Ormian, ale przydzielony w sztuczny sposób do Azerbejdżanu, niczym Krym do Ukrainy. Ten ostatni oczywiście nie zamierzał z prezentu rezygnować i zwracać go Armenii, o co na początku lat 90-tych wybuchła wojna. Wygrali ją Ormianie, ale gwarantem tego stanu rzeczy jest Rosja, której wojska do dzisiaj stacjonują w regionie. Im bardziej Armenia zwracała się ku Unii Europejskiej, tym bardziej dostawała sygnały, że przynależność Górskiego Karabachu nie jest wcale do końca przesądzona. Ostatecznie kraj zwrócił się w kierunku Rosji i przystąpił do zainicjowanej przez Kreml Unii Celnej, która długofalowo ma przekształcić się w Unię Eurazjatycką. O tym, że nie będzie to odpowiednik Unii Europejskiej nie ma chyba co pisać, wystarczy wspomnieć imperialistyczne tradycje Rosji i ogromną dysproporcję między nią i resztą krajów mających tworzyć nowy związek.


Dziel i rządź

Podobnie działo się w Gruzji, od której Rosja de facto oderwała Osetię Południową i Abchazję. Miałem okazję być ostatnio w tym drugim kraiku. Ogólnie biednie, drogo i pusto, bo większość Gruzinów uciekło do swojego macierzystego kraju, zostawiając po sobie opuszczone budynki. Wszędzie widać za to propagandowe billboardy sławiące bohaterów wojny narodowowyzwoleńczej. Granicy z Gruzją strzeże rosyjskie wojsko, w którym znajduje się także miejsce dla oficerów politycznych. Miałem okazję być przez jednego takiego przesłuchiwany na okoliczność swoich poglądów dotyczących sytuacji w regionie. Mam wrażenie, że to doświadczenie stanie się niedługo typowe także dla turystów wyjeżdżających na Krym. Swoją drogą kuriozalny jest obecny sojusz Abchazów z Rosjanami, ponieważ ten mały naród także ma w swojej historii krwawo stłumione powstanie przeciwko carskiej okupacji, a włączenie Abchazji do Gruzji odbyło się decyzją Stalina.


Scenariusz gruziński w przypadku Ukrainy będzie jednak bardziej skomplikowany. O ile oderwanie Krymu pod pretekstem ochrony ludności rosyjskiej przebiegło jeszcze w miarę spokojnie, podsycanie nastrojów separatystycznych we wschodniej części kraju może zakończyć się już bardzo krwawo. Zachodnia Ukraina ma świadomość, że sama się nie utrzyma, a kluczowy przemysł znajduje się na wschodzie. Nie ma też wspomnianej linii demarkacyjnej, które pozwoliłaby przeprowadzić hipotetyczną granicę. Łącząc to z „kozacką” odwagą i bitnością Ukraińców, dostajemy wizję bardzo ponurą. Aby unaocznić determinację rewolucjonistów, wystarczy przypomnieć sobie okoliczności protestów na Majdanie. Trzaskający mróz, brud, brak skutecznej pomocy medycznej – warunki, które skutecznie zniechęciłyby inne narody do podjęcia tej nierównej walki. Ale nie Ukraińców. Ich twardość i upór można porównać tylko do kozackiej mentalności hajdamaków, którzy toczyli niegdyś podjazdową wojnę z wojskami znienawidzonej Rzeczpospolitej. Jeśli dostawali się do niewoli – kończyli wbici na pal. Mimo to wznosili do siebie toasty „Bodajbyś ze mną na jednym palu sterczał”. Ta mentalność po prostu zakłada odwagę, nawet jeśli graniczy ona z samobójstwem, czego przykład dała straż Majdanu, nie cofając się nawet w obliczu ostrzału z broni maszynowej. Jest w tym coś szalonego, ale w końcu wyraz „przykozaczyć” nie wziął się z niczego.


Iluzja jedności

Każda rewolucja przebiega według podobnego schematu. Najpierw ludzie o stosunkowo różnych poglądach jednoczą się wokół idei walki ze wspólnym wrogiem. Kiedy już odniosą sukces i brak jest tego spajającego ogniwa, zaczynają się walki między różnymi frakcjami rewolucjonistów, które tak naprawdę nigdy nie wyznawały takich samych ideałów. Wzajemne wycinanie się rozkwitło zarówno w tych wielkich rewolucjach jak francuska czy bolszewicka, ale też w tych mniejszych i bardziej nam współczesnych, jak arabska wiosna, a prędzej np. powstanie mudżahediów w Afganistanie. Poniekąd te warunki spełnia także nasza Solidarność, która po zwycięstwie rozpadła się na śmiertelnie wrogie sobie obozy, czego popłuczynami są obecnie PO i PiS.


Zapewne podobnie będzie z Ukrainą. W końcu o sukcesie rewolucji przesądziło dołączenie do niej Prawego Sektora, czyli ugrupowania przeciwnego integracji z Unią Europejską. Tymczasem protesty miały miejsce na… tzw. Euromajdanie i zaczęły się jako sprzeciw wobec wycofania się byłego już prezydenta Janukowycza z podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE. Ostatecznie szalenie mało łączy nacjonalistycznych bojówkarzy ze zwolennikami proeuropejskich zmian, a obie te frakcje dodatkowo dystansują się od żądnej zemsty Julii Tymoszenko i jej zwolenników, umoczonych już w skorumpowanym systemie. Jeśli dołożymy do tego niechętnych nowemu rządowi w Kijowie „ukraino-rosjan” ze wschodu, zauważymy, że koktajl ten jest naprawdę wybuchowy. Niedługo opadnie entuzjazm i do głosu dojdą stare niesnaski. Być może premier Jeceniuk dogada się z oligarchami, czego nie zaakceptują nacjonaliści i zwolennicy proeuropejskich zmian. Zaczną się kolejne protesty, a potem może i starcia. Do tego ciągłe zagrożenie ze strony Rosji, która ewidentnie gra na destabilizację Ukrainy.


Nasi wschodni sąsiedzi są dość skomplikowanym społeczeństwem, bo tak do końca trudno mówić w ich przypadku o narodzie w kontekście całego państwa. Mało skonsolidowanym, bez wyraźnego poczucia jedności. Targają jednak nimi sprzeczności. Jedna narracja każe cenić UPA i Stepana Banderę, druga uważa ich za faszystów i kolaborantów. Pośrodku – także geograficznie – są masy nie wiedzące, co o tym wszystkim myśleć, którzy to ludzie nie są nawet często pewni swojej tożsamości narodowej. Niestety, w takiej mieszaninie mogą wytworzyć się związki wybuchowe, których nie sposób będzie nawet do końca kontrolować – zarówno Putinowi jak i duetowi USA-UE. Wypada mieć tylko nadzieję, że sytuacja nie będzie rozwijała się podobnie, jak miało to kiedyś miejsce w byłej Jugosławii. Tam też przynależności narodowe zbudowały się szybko, ale radykalnie. A, jak wiadomo, najbardziej żarliwi są zawsze neofici.