Świat idzie do przodu. Dylematy z dawnych lat przestają mieć rację bytu. Kiedyś Fromm zastanawiał się „mieć czy być?”. Dzisiaj nie ma już tego podziału, bo statystyczny młody człowiek potrafi jedynie „być” poprzez „mieć”. To znaczy tożsamość nowego pokolenia określa się poprzez rzeczy, które ktoś posiada – ubiór, gadżety, przedmioty użytkowe, modyfikacje swojego ciała oraz „fame”, bo w tego typu relacjach trudno już mówić o prawdziwej przyjaźni.





Proponuję małą retrospekcję. Ile razy w ciągu ostatniej doby zrobiłeś coś tylko dlatego, żeby zaimponować komuś, kogo tak naprawdę nawet nie lubisz? Choćby na Facebooku, gdzie masowo chwalimy się rzeczywistymi i wyimaginowanymi osiągnięciami. Bo co to w końcu za zasługa przyrządzić tartę na kolację lub przebiec parę kilometrów (Endomondo się kłania). Odpowiem za Ciebie – żadna. A wyjść na spacer lub na plażę? Zrobić zdjęcie kotu, a jeszcze lepiej znaleźć je gdzieś w sieci? To nawet więcej niż nic – po prostu wstyd się czymś takim chwalić.


A jednak to robimy. I co więcej – klikamy i lajkujemy bzdury innych ludzi. Czy naprawdę imponuje nam ich tarta lub głupie zdjęcie z wakacji? Nie, ale klikamy w „like” przy tych pierdołach w długim cyklu wzajemności. Ja polubię czyjegoś kota, a ktoś mój tatuaż. Oboje poczujemy się docenieni. Oczywiście fałszywie, ale… nikt nie będzie wnikał na tyle głęboko, aby zdać sobie z tego faktu sprawę.


Czy kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie, dlaczego to robisz? Prawdopodobnie nie, bo wtedy musiałbyś się spotkać z poczuciem własnej pustki, a może nawet ze stojącym za nim poczuciem beznadziei. A może nawet czasem doświadczasz tego stanu? Kiedy cała ta maska własnej zajebistości opada i dochodzi do Ciebie bolesna prawda, że to tylko pozory. Wcale nie jesteś tak wspaniały, jak chciałbyś być i jak przedstawiasz się innym. Praktycznie każdy narcystyczny człowiek ma takie chwile dekompensacji. Ale zawsze potem przychodzi nowy lajk, nowa sukienka lub nowe „wspaniałe” osiągnięcie, a wtedy fałszywe „ja” znowu zostaje wzmocnione.


Czy napisałem „narcystyczny”? Wygląda zatem na to, że odkryłem karty – takie właśnie jest nasze społeczeństwo, szczególnie młode pokolenie. W powszechnym mniemaniu narcyz to człowiek zarozumiały i samolubny. Nie jest to jednak cała prawda. Narcyz może być czarujący, a nawet miły i życzliwy. Esencją tego zaburzenia nie jest tylko egoizm, ale posiadanie tzw. fałszywego self, czyli powierzchownej, udawanej tożsamości. Oczywiście narcyz nie zdaje sobie sprawy z własnej sztuczności i to, co w istocie jest fałszywe, nazywa sednem samego siebie. Maska tak bardzo przyrasta do twarzy, że zapomina się o jej istnieniu. Człowiek naprawdę czuje się szczęśliwy, kiedy dostaje lajki pod wrzuconą fotografią, bo podziw jest paliwem dla wspomnianego fałszywego self – sztucznego “ja”.

Celem zabiegania o uwagę i docenienie jest tak naprawdę wieczne potwierdzanie własnej „zajebistości”. Ten wyraz  chyba najtrafniej oddaje współcześnie dominującą formę narcyzmu – poczucie wyjątkowości zmieszanej ze społecznym podziwem bazującym na popkulturze. Tak więc każdy sygnał utwierdzający nas w przekonaniu o własnej zajebistości niesie pewną dawkę uspokojenia dla wiecznie tlących się w nas wątpliwości, czy jesteśmy wystarczająco wspaniali. Otrzymywanie potwierdzenia, że tak właśnie jest, przydaje nam skrzydeł. Jest to jednak lot typowy dla manii, kiedy gubi się realny osąd sytuacji i daje ponieść wrażeniu siły. Oto nasi znajomi docenili fakt, że przebiegłem tyle kilometrów, ćwiczę na siłowni, skoczyłem na spadochronie itp. Muszę więc przebiec/ćwiczyć/zrobić więcej, żeby jeszcze bardziej im zaimponować, żeby zdobyć kolejne lajki, żeby móc wrzucić jeszcze lepszą fotkę, a broń Boże nie zostać w tyle za innymi i nie utracić ich uznania. Ten wyścig nigdy nie ma końca.


Krzywe zwierciadło popkultury

Oczywiście media tylko nakręcają sprawę. Promują celebrytów, sztuczne piękno, płytkie wartości (o ile oczywiście przekoloryzowany wygląd można nazwać wartością). Jednak to, co obecnie wydaje nam się naturalne, tak naprawdę jest tylko specyficznym skrzywieniem typowym dla współczesnej kultury. Kiedyś za piękne uchodziły np. bardzo wąskie damskie talie. Kobiety związywały się gorsetami, co teoretycznie ma jakieś tam ewolucyjne podstawy – talia węższa od bioder jest sugestią wyższej płodności. Ale przecież nie aż tak wąska, jak w XIX wieku! To była chorobliwa degeneracja, tak samo jak współcześnie wynoszone na piedestał chude kobiece sylwetki i biusty powiększone silikonem.


W pewnym sensie męskim odpowiednikiem plastikowych cycków jest muskularna sylwetka z siłowni. Siła fizyczna zawsze była mile widziana przez płeć piękną, ale nawet najbardziej sprawni myśliwi nie byli tak „dziwacznie” zbudowani. Kuriozalnie duże, wyćwiczone w nienaturalnych ruchach mięśnie, najczęściej pozbawione przy tym ochronnej tkanki tłuszczowej są w istocie podobne do chorobliwie wąskich talii obwiązanych gorsetem, jak i monstrualnie wielkich ciał z okresu baroku. Wszystkie te preferencje da się zrozumieć na gruncie ewolucjonizmu, ponieważ eksponowane cechy są w istocie przesadzonymi sygnałami świadczącymi o dobrych genach – sile, płodności, żywotności, wysokich predyspozycjach do rodzicielstwa itp. Zostały one jednak zdegenerowane przez różne odmiany kultury masowej. W zależności od okresu inne aspekty wyglądu przekoloryzowywano i wynoszono na piedestał. Ludzie z dawnych czasów nie widzieli jednak dziwności swoich gustów, tak jak i my zwykle nie dostrzegamy przegięć naszej kultury.


Chorobliwy ideał

Media zarzucają nas wyidealizowanymi obrazami ludzi. A nas to niszczy, bo podważa samoocenę. Ale także ocenę innych osób, w tym najbliższych. Dowiedziono tego w prostym eksperymencie psychologicznym. Pokazał on, jak bardzo zależna od medialnych obrazów jest nasza ocena partnera i zadowolenia ze związku. Sprowadzał się on do prostej manipulacji – części badanych pokazywano przed przekazaniem kwestionariusza z pytaniami zdjęcia pięknych ludzi. Automatycznie oceniali oni niżej atrakcyjność swoich partnerów niż grupa kontrolna niefaszerowana takimi wyidealizowanymi obrazami.


Ale to nie do końca nasza wina. Zostaliśmy wrzuceni w ten chory świat przez media i różne firmy związane ze światem mody i sportu, zawsze chętne do wykorzystania nas w imię własnego zysku. Jako wzorce pokazuje się nam tzw. celebrytów, czyli nader wątpliwe autorytety, które wyróżniają się tylko wyglądem, tupetem czy faktem grania w jakimś bezwartościowym serialu. Chylimy przed nimi czoła, bo sami w głębi duszy czujemy się gorsi. Uroda ma jednak to do siebie, że nieuchronnie przemija. Niewielu ludzi się do tego przyzna, ale w głębi duszy cieszy ich upadek celebrytów, kiedy tabloidy ujawniają, że ta czy inna gwiazda ma normalne ludzkie problemy – cellulit, nadwagę, zmarszczki czy inne niedoskonałości świadczące o byciu zwykłym człowiekiem. Najpierw dajemy się porwać podziwowi dla czyjejś doskonałości – tłamsząc przy okazji w sobie zazdrość i poczucie gorszości – by potem z mściwą satysfakcją przyznać: „ha! ona ma CELLULIT! paskudztwo!”.


Mieć aby być

Współczesny świat zadziwiłby Ericha Fromma. Ten psycholog-filozof stawiał kiedyś przed ludźmi słynne pytanie „mieć czy być?” Ale mam wrażenie, że najbardziej aktualnej dzisiaj odpowiedzi by się nie spodziewał. Młodzi ludzie coraz częściej nie potrafią rozdzielić tych dwóch kategorii! Ich tożsamość określa się za poprzez autorski dobór rzeczy, które posiadają. Działa to na zasadzie „jestem zajebisty, bo mam swój własny styl”. Tu nie chodzi już o samo posiadanie mercedesa czy drogich ubrań, ani o zatracanie się w zarabianiu na te przejawy luksusu. Esencją bycia stało się budowanie wrażenia własnej wyjątkowości poprzez dobór życiowych rekwizytów – obojętnie drogich czy tanich. To dalej jest jednak „mieć”, tyle, że schowane pod fałszywą przykrywką „być”.


Kultura anno domini 2014 jest (przynajmniej w dużych miastach) hipsterska, czyli… egocentryczna, a mówiąc wprost – narcystyczna. W czasach Fromma była nasycona konsumpcjonizmem, czyli typowym pędem do zarabiania i wydawania pieniędzy. Dzisiaj wydaje się, że ludzie w większym stopniu pragną samorealizacji, ale tak naprawdę pragną posiadać wszystko to, co sprawi, że w oczach własnych i cudzych będą wydawali się wspaniali i wyjątkowi. To mogą być rzeczy z lumpeksu – oczywiście dobrane w niepowtarzalnym, autorskim stylu – i stary telefon (choć tak naprawdę nie jest on stary, tylko „oldschoolowy”), ale to wciąż jest postawa „mieć”. Może mniej jednoznaczna niż w czasach Fromma, ale dalej fałszywa, może nawet jeszcze bardziej niż kiedyś. Bardzo pasuje tu cytat z Oscara Wilda: „naturalność jest najbardziej irytującą z póz”. Pierwowzory hipsterstwa musiały widać pojawiać się już w XIX wieku…


Skąd jest w nas tyle fałszywego „ja”?

Narcyzm to podstępne zaburzenie. We własnym mniemaniu każdy narcyz ma siebie za jednostkę niezależną, ale to tylko samooszukiwanie się. Zależymy i to bardzo. Od uwagi ze strony innych, od ich oceny, od podziwu i akceptacji. A więc przebiegłeś 20 km, upiekłaś tartę z warzywami, spędziłeś dzień na plaży w Międzyzdrojach, masz kota, zrobiłeś tatuaż, byłaś w Hiszpanii, masz zgrabne nogi. Czy to czyni cię kimś wyjątkowym? Naprawdę w to wierzysz? Tylko dlatego, że ktoś to polubił, a może nawet dopisał u dołu jakąś bzdurę? I nie ma to nic wspólnego z tym, że ty też robisz innym dobrze w ten sam sposób? Przecież tak naprawdę masz w dupie ich koty, biegi, dzieci i wakacje – przynajmniej o ile nie sprawiają, że czujesz się gorszy, nie mając tego samego.


Tu dochodzimy do sedna sprawy – skąd bierze się narcyzm. Odpowiedź będzie smutna. Ma on swoje źródło w fałszywej, warunkowej miłości. Ten cały „fejm”, podziw ze strony innych i chęć zaimponowania otoczeniu jest tylko sublimacją źle ukierunkowanej potrzeby bycia kochanym. Dzisiaj trudno nam dokopać się do tych emocji, ale narcystyczne potrzeby są dalekim echem dziecięcych frustracji. Każde dziecko instynktownie pragnie być kochane. Kwestia w tym, że ta miłość powinna być bezwarunkowa (nie mylić z tzw. bezstresowym wychowaniem). Dzieci kochane w ten sposób nie mają tendencji, aby popadać w narcyzm. Ich ego jest silne i stosunkowo niezależne od opinii otoczenia. Kiedy ktoś najadł się bezwarunkowej miłości za młodu, nie potrzebuje już nikomu niczego udowadniać w dorosłości. „Twoim zdaniem jestem za gruba? No może trochę tak, ale co z tego. Przy okazji zrzucę kilka kilogramów, ale to przy okazji.” To jest zdrowa postawa. Ktoś taki nie czuje potrzeby obwieszczać o swojej diecie na Facebooku, ani chwalić się kolejnymi przebiegniętymi kilometrami.


Warunkowa miłość buduje w dzieciach fałszywe self – przybraną tożsamość. To ta część „ja”, która była nagradzana uczuciami za bycie takim synem czy córką, jakich chcieli widzieć rodzice. Narcystyczny inteligent od pierwszych lat swojego życia dostawał pełen uwielbienia przekaz, że „mamusia ma takiego mądrego synka” za każdym razem, kiedy w opinii matki przejawiał oznaki swojej intelektualnej wyjątkowości – dostawał dobre oceny, zachwycał błyskotliwością rodzinę czy znajomych rodziców. Dziecko szybko nauczy się zachowywać w sposób, za który jest nagradzane oznakami miłości. Analogicznie – ładna dziewczynka mogła być wynoszona przez rodziców na piedestał, ponieważ wtedy mogli się nią chwalić przed rodziną i sąsiadami. W przyszłości dzieci takie wyrosną na osoby z jednej strony przekonane o swojej wyjątkowości, ale z drugiej drżące na myśl, że mogłyby nie sprostać tym wygórowanym wymaganiom. Nasze obecne przerośnięte oczekiwania wobec siebie są efektem internalizacji (czyli włączenia we własny system wartości) nastawienia naszych rodziców. To dlatego narcyz na widmo porażki reaguje złością lub depresyjną rozpaczą. W końcu świadomość bycia nieidealnym – szczególnie na polu, na którym nagradzano go „miłością” za osiągnięcia – podważa sens jego istnienia. Nie być kochanym to tyle, co stracić sens życia.


Generalnie wszystko zaczyna się  w dzieciństwie, kiedy kształtują się nasze wzory osobowości. Te wzory są potem filtrami, przez które widzimy świat, uwypuklając jedne jego aspekty, a pomijając inne. Na nasz pierwotny charakter nakładają się potem impulsy pochodzące z otoczenia. Niestety, współcześnie jest to otoczenie sztuczne i raniące. Jesteśmy doceniani za pozory, za spełnianie zewnętrznych, kulturowo uwarunkowanych oczekiwań piękna, wyjątkowości czy niepowtarzalnych zdolności. Jest to oczywiście „miłość” warunkowa. A do tego płytka i fałszywa. Wypełnia nam poczucie niepewności, które pozostawiła w nas niepełna – bo warunkowa – miłość naszych własnych rodziców. Może oni sami byli narcystyczni, może byli zbyt zajęci karierą, aby poświęcić nam wystarczająco dużo czasu i dać odczuć, że zasługujemy na bycie kochanymi z definicji, a nie za coś. A może nawet wykorzystywali nas do zaspokajania własnej próżności, do obnoszenia się swoim ślicznym lub mądrym dzieckiem.


Dorosłe dzieci

Narcyzm, niestety, ma tendencję do kumulowania się. Zaburzeni rodzice wychowują zaburzone dzieci. Dorośli, którzy sami byli uprzedmiatawiani, bezwiednie – i często bez złych intencji – robią to samo swoim dzieciom. To już się dzieje. Współczesne dzieci przestały być po prostu dziećmi, a zostały małymi, słodkimi dorosłymi. Wystarczy spojrzeć na „modę” dla maluchów. Jest odbiciem narcystycznych oczekiwań rodziców. Mali-starzy tracą swoje dzieciństwo w imię zaspokajania ambicji mamy i taty. Co to w ogóle za chora idea ta moda dla maluchów? Czy dobrych, kochających rodziców w ogóle powinno obchodzić, jak modnie są ubrane ich pociechy? Dziecięce stroje powinny przede wszystkim być wygodne i przyjemne w noszeniu. Podążanie za modowymi trendami jest niczym więcej, niż przerzucaniem własnych kompleksów i aspiracji na swoje dzieci. Innymi słowy – jest formą psychicznego wykorzystywania. Narcyzm rodzi narcyzm.


W efekcie tak skrzywdzone dzieci nigdy nie dorastają. W desperackiej próbie spełnienia czyichś oczekiwań i potwierdzenia swojej niepewnej wyjątkowości całe życie będą gonić za akceptacją i podziwem. Spróbują stworzyć tzw. swój styl, udziwnią swoje ciała kolejnymi tatuażami i kolczykami, będą kreować swoją atrakcyjność na wszystkie możliwe sposoby. I dokumentować ją na zdjęciach – oczywiście „selfie”, z których większość zostanie odrzucona przed opublikowaniem, jako nie dość idealne. Na zewnątrz będziemy widzieli człowieka spełnionego i pewnego siebie. Ale jeśli przyjrzymy się bliżej, zobaczymy małe, przerażone dziecko.


Nasza kultura stała się totalnie narcystyczna. Kiedyś chwalenie się, samolubność i robienie sobie wszędzie zdjęć zostałyby uznane za egocentryzm i powód do wstydu. Dawniej też fajnie było być ładnym, bogatym, zdolnym itp., ale nie wypadało o tym krzyczeć dookoła. Dzisiaj takie zachowania nie tylko nie są już wstydliwe, ale uchodzą wręcz za powód do dumy – w końcu to jakaś forma zaradności i zbierania „fejmu”. Ale warto zdać sobie wreszcie sprawę, że tak naprawdę powyższy sposób zachowania najlepiej opisuje to hasło z Wikipedii.


———————————————————————————————————————

ten wpis bierze udział w konkursie Blog Roku

http://blogroku.pl/2014/kategorie/narcystyczna-hi-p-steria,9ez,tekst.html