Andy DufrenseWolność. To piękne słowo, jednak tak często zawłaszczane przez różne formy ideologicznego zniewolenia. Nie zamierzam tu pisać o patetycznej walce o wolność narodu, ani zaletach wolnego rynku. Chcę odnieść się do czegoś pozornie nieuchwytnego, czegoś, co sprawia, że „Skazani na Shawshank” jest przez większość ludzi wybierany najlepszym filmem wszechczasów.




Tak właśnie jest, czego dowodzi wiele rankingów, np. ten Filmwebu. Jak wielu słusznie zwraca uwagę, nie jest to jednak arcydzieło sztuki filmowej jako takiej. W roku 1994 Oscary powędrowały do Forresta Gumpa, podobnie jak Złote Globy. A jednak dzisiaj opowieść o niepełnosprawnym intelektualnie szczęściarzu wydaje się po prostu błyskotliwą anegdotą, podczas gdy wzruszająca historia niezłomności i walki o wolność jest tym, co autentycznie porusza miliony ludzi. Bo ten film faktycznie jest najlepszy. Jednak nie ze względu na super wyrafinowane zabiegi reżyserskie, ani jakiś sztuczny „moralny niepokój”, który – nie wiedzieć czemu – tak bardzo podoba się tzw. wyrafinowanym krytykom. „Skazani na Shawshank” wygrywa rankingi popularności, bo jest najbardziej poruszającym filmem wszechczasów. Wszystko dlatego, że w subtelny sposób dotyka pragnień, które w mniej lub bardziej świadomy sposób dręczą znakomitą większość ludzi.


Czym tak naprawę jest wolność? Wielu filozofów rozpisywało się o niej w swoich przydługich wywodach, jednak – przynajmniej moim zdaniem – najbliżej prawdy był Abraham Lincoln, który stwierdził wprost, że „świat nigdy nie znalazł dobrej definicji dla słowa wolność”. Lecz nie o definicję tu przecież chodzi. Aby zrozumieć fenomen „Skazanych na Shawshank”, musimy – jak zwykle – odwołać się do psychologii. Jednak nawet psychologia nie ma opracowanej gotowej definicji wolności. Dlatego będziemy musieli szukać jej sami.


Wolność pod kontrolą

Mam swoją koncepcję „wolności”, jest ona jednak dość przewrotna. Wolność to po prostu jeden ze sposobów uzyskiwania poczucia kontroli. A poczucie kontroli to najbardziej podstawowe dążenie każdego człowieka.


Choć brzmi skomplikowanie, teoria ta jest jednak bardzo intuicyjna. Wszystkie istoty rozumne, także co bardziej inteligentne zwierzęta, dążą do uzyskania poczucia bezpieczeństwa. Jedyną drogą do tego jest zdobycie przeświadczenia, że otaczający nas świat da się kontrolować. Człowiek czujący się bezpiecznie to taki, który wierzy w swoją sprawczość lub przynajmniej potrafi zawczasu przewidzieć to, co się wydarzy. Dokładnie tak samo jest u zwierząt, które pozbawione poczucia kontroli stają się depresyjne, apatyczne i bierne, tracąc jednocześnie apetyt i wolę życia, co z czasem prowadzi do śmierci.  Dowiodły tego dość brutalne eksperymenty (Seligman i Maier). Grupę psów zamknięto w klatkach i w losowy sposób rażono prądem. Część zwierząt miała możliwość, aby zakończyć swoje cierpienia poprzez naciśnięcie dźwigni, czego oczywiście szybko się uczyły. Druga grupa po początkowych próbach uniknięcia bólu rezygnowała i popadała w apatię. Zwierzęta leżały, biernie znosząc cierpienia, ale taki obrót sprawy miał też swoje szersze konsekwencje – psy pozbawione poczucia kontroli stały się apatyczne, nie chciały jeść, sprawiały wrażenie depresyjnych. Co więcej, nie próbowały unikać bólu nawet wtedy, kiedy stało się to już możliwe – wystarczyło, aby przeskoczyły do innej klatki. Psy pozbawione poczucia kontroli wyuczyły się bezradności i wykształciły w sobie przekonanie, że bólu nie można uniknąć, więc nie ma sensu nawet próbować.


Eksperymenty te dostarczają dość uniwersalnych prawd o wszystkich co inteligentniejszych zwierzętach, także o ludziach. Po pierwsze, brak poczucia kontroli prowadzi do depresji i bierności, a finalnie do śmierci. Po drugie, raz wyuczonej bezradności nie można się łatwo oduczyć, a osobniki pozbawione nadziei na zmianę swojego złego losu po prostu przestają walczyć. No i jest jeszcze jeden wniosek, tym razem dotyczący tylko ludzi – jeśli chodzi o okrucieństwo, to nie cofniemy się przed niczym, jeśli tylko możemy zrobić z tego doktorat lub odnieść inną korzyść (choć tego ostatniego wniosku to autorzy powyższych badań nie byli łaskawi sami wysnuć).


Wracając jednak do tematu – jestem zdania, że poczucie kontroli jest kluczową tendencją człowieka i bardzo istotnym składnikiem czegoś, co nazywam poczuciem sensu (także sensu życia). Ludzie mogą jednak zyskiwać poczucie kontroli na cztery różne sposoby. I to, z którego z tych sposobów korzystają, determinuje ich życie.


1)    Wolność – to po prostu nie podleganie kontroli zewnętrznej poprzez wyzbycie się ograniczeń. Osoba chcąca się uwolnić, pragnie uzyskać poczucie kontroli poprzez zerwanie sieci przymusów, której podlega. To jak najbardziej zdrowy odruch, choć w ekstremalnej formie prowadzi do patologii. Pełnię wolności posiadły osoby, które nic nie mają i tym samym nic nie mogą stracić. Tak czują się np. bezdomni, którzy z własnej woli zaczynają życie włóczęgów, co jest dla części z nich ucieczką od ograniczeń związanych z normalnym życiem. Takie poczucie kontroli ma aspekt wyłącznie negatywny, bo polega na braku (zewnętrznej kontroli), a nie na zyskiwaniu. Podobnie ludzie żyjący w wolnych związkach – nie mają żadnych ograniczeń, ale taki wybór pozbawia ich też bliskości, która może urodzić się tylko w związku pełnym zażyłości i oddania.

W istocie nie da się zbudować poczucia kontroli na samej tylko wolności, bo poczucie kontroli to także samoograniczanie się – choćby poprzez inwestowanie swojej energii w działania, które mogą przynieść owoce dopiero po czasie, np. praca, relacje międzyludzkie, nauka.


2)    Sprawczość – to najbardziej konstruktywny ze sposobów uzyskiwania poczucia kontroli. Korzystają z niego ludzie, którzy żywią przekonanie o tym, że mają duży wpływ na bieg wydarzeń. Skrajnymi przypadkami takich osób są psychopaci, którzy świetnie czują się w gierkach międzyludzkich oraz w walce o władzę i wpływy. Takie osoby nie marzą o wolności, bo świetnie czują się w świecie pełnym skomplikowanych i często niejawnych reguł gry.

Wiele osób nie potrafiłoby poświęcić swojej niezależności w imię awansu społecznego. Choć tak często narzekamy na polityków, mało kto chciałby w istocie samemu zostać np. premierem lub nawet osobą ze świata show-biznesu. Gdyby mi ktoś zaoferował życie pod nieustanną kontrolą mediów, pilnowanie się na każdym kroku, ciągłe ważenie słów i nieustanny stres związany z niepewnością jutra – kazałbym mu spadać na drzewo. Należę do ludzi, dla których – poza sprawczością – ważna jest wspomniana już wolność. Ale osoba narcystyczna, lub jeszcze lepiej psychopatyczna, prawdopodobnie by z takiej możliwości skorzystała. Dlatego kiedy tacy na przykład harleyowcy marzą o wolności, czyli niepodleganiu ograniczeniom, inni woleliby lawirować w świecie o jak największej liczbie reguł i ograniczeń. Ci drudzy są bowiem przekonani, że świetnie by sobie tam poradzili, a potrzeba wolności jest dla nich tak samo niezrozumiała, jak potrzeba władzy dla wspomnianego harleyowca czy innych ludzi chcących realizować swój potencjał w środowisku, które nie ogranicza ich zbyt wieloma niepotrzebnymi regułami gry.


Piękną mieszaninę wolności i sprawczości prezentował Andy Dufrense, główny bohater „Skazanych na Shawshank”. Potrafił skutecznie dopasować się do reguł świata, w którym się znalazł, jednocześnie naginając wiele z nich. Nie pozwolił się złamać i mimo porażek, dalej szukał drogi wyjścia z sytuacji – choćby wysyłając setki pozornie daremnych listów w sprawie więziennej biblioteki i kontynuując proceder pomimo zarówno porażek jak i pierwszego małego sukcesu. Potrafił także postawić na wolność, nawet kosztem sprawczości, za co wylądował w izolatce. Ale czy śpiew dwóch „ptaków”, który zabrzmiał po raz pierwszy w więziennych murach, nie był tego wart?


3)    Podporządkowanie – to najpowszechniejszy sposób zdobywania poczucia kontroli. Polega na ugięciu się pod presją sytuacji, przy jednoczesnym zachowaniu poczucia przewidywalności sytuacji. Tak postępowali inni więźniowe, z Redem na czele. Biernie dopasowując się do reguł więziennych, tracili nawet okruchy wolności i mocno ograniczali swoją sprawczość. Zachowywali jednak poczucie bezpieczeństwa, ponieważ trudny świat więzienny po zaakceptowaniu go i pasywnym dopasowaniu się do panujących reguł przynajmniej był dla nich przewidywalny. Już samo to pozwala zachować poczucie kontroli, choć tylko bierne. Psy znienacka rażone prądem radziły sobie gorzej niż te, które ostrzegano dzwonkiem. Tak samo osoby zdobywające poczucie kontroli poprzez podporządkowanie mogą czuć się względnie bezpiecznie, ale okupują to brakiem samorealizacji. Nie potrafią też później zmienić swojego zachowania, dokładnie jak psy, które uczyły się bierności w pierwszym z opisanych eksperymentów. W końcu gdyby nie Andy, Shawshank byłoby kolejnym mrocznym więzieniem dla tysięcy zobojętniałych skazańców. Nikt nie pomyślałby o stworzeniu nieprzewidzianej zapisami urzędników biblioteki, tym bardziej z kolekcją płyt Hanka Williamsa.

Podporządkowanie jest drogą zyskiwania poczucia kontroli dla znakomitej większości ludzi. Ma formę konformizmu, bierności lub wręcz zatracenia się w grupie, o czym pisałem kiedyś na przykładzie kiboli.


4)    Masochizm – jest sposobem paradoksalnym i typowym wyłącznie dla ludzi. Aby go zrozumieć, należy pojąć sytuację, w której wychowywała się osoba masochistyczna, zwana teraz przez psychiatrów samoniszczącą. Dzieciństwo takiej jednostki to pasmo upokorzeń i doświadczeń łamania woli. Relacje masochistów mówią często wprost o psychicznym niszczeniu przez najbliższych, za czym wcale nie musi iść krzywda fizyczna. Masochizm jest bardzo specyficznym sposobem odzyskiwania kontroli – człowiek wyprzedza wtedy cudzy cios i zadaje go sobie sam. W ciągu dzieciństwa osoba taka nabiera przekonania, że aby być „kochaną” (akceptowaną przez najbliższych), musi przyjąć na siebie cierpienia. Jednak, aby uzyskać nad nimi poczucie kontroli, sprowadza je sama na siebie. W ten sposób ma jakiś wpływ na swój los, bo sama go prowokuje. Lepiej jest cierpieć, niż żyć z brakiem poczucia kontroli, bo – jak wiemy z eksperymentów na psach – brak poczucia kontroli prowadzi do apatii, depresji a finalnie do śmierci. Masochista cierpi, ale jednak żyje.


Niestety u masochistów działa ten sam mechanizm, co w przypadku psów rażonych prądem. Akceptują oni swój los do tego stopnia, że stanowią najtrudniejszą grupę pacjentów w terapii. Jedyne co znają, to wewnętrzne cierpienie. To ich tożsamość, której terapia próbuje ich pozbawić. Psy z eksperymentu nie rozumiały, że po przeskoczeniu do innej klatki, nie będą już cierpiały, nawet kiedy siłą je tam przeciągano. Z człowiekiem jest jeszcze gorzej, ponieważ udręka staje się sednem jego bytu – czymś, co nadaje sens istnieniu i jest jedynym sposobem budowania (patologicznego) poczucia kontroli.


W pewnym sensie ilustracją tego mechanizmu w filmie był Brooks, stary bibliotekarz. Wolność była dla niego tak przerażająca, że wolał odebrać sobie życie, niż się z nią zmagać. Red nazwał to „zinstytucjonalizowaniem”, czemu sam podlegał, nie mogąc  – nawet po wyjściu na wolność -nauczyć się, aby nie pytać, czy może iść do ubikacji. On także pragnął złamać warunki zwolnienia, by tylko znowu znaleźć się w bezpiecznym – bo znanym – więzieniu. Podobnie czują masochiści, dla których odczuwanie przyjemności jest tak samo obce i przerażające jak wolność dla Brooksa i Reda.


Podporządkowanie i masochizm są formą ucieczki od wolności w stronę, może i trudnego, ale jednak bezpieczeństwa. Wolność wymaga siły i odwagi, a sprawczość – pewności siebie. Odnosząc to do świata zwierząt, przypomina mi się przypadek papugi, która wystąpiła w jednym z polskich filmów pt. „Matka swojej matki”. Treser stanął przed – jak się wydawało – niemożliwym do zrealizowania zadaniem, bo scenariusz przewidywał, że ptak zostanie wypuszczony z klatki, ale polata chwilę i sam do niej wróci. Sprawa okazała się banalna do zrealizowania, bo papuga po uwolnieniu była tak bardzo przerażona nowym otoczeniem, ekipą filmową i bezkresnymi widokami, że sama w popłochu wleciała do klatki. Jej poczucie kontroli ograniczało się do świata, który znała i który zamykał się w tych kilkudziesięciu centymetrach między ściankami z drutu. Podobnie jest z osobami bazującymi na podporządkowaniu i masochizmie. Jedyna różnica między nimi polega tym, że masochiści aktywnie poszukują cierpienia, a konformiści traktują je jedynie jako zło konieczne.


Nadzieja umiera pierwsza

Poza poczuciem kontroli jest coś jeszcze, co sprawia, że chce nam się żyć. To nadzieja, która – wbrew popularnemupowiedzonku – umiera zawsze pierwsza, zanim umrze ciało. Dowiedziono tego tradycyjnie przy pomocy brutalnych eksperymentów na zwierzętach. Zdrowy szczur wrzucony do wody utrzymuje się na powierzchni 60 do 80 godzin, zanim całkowicie wyczerpany utonie. Sprytni naukowcy wymyślili jednak sposób, by szczurowi odechciało się żyć i poddał się szybciej (Curt Paul Richter). Wystarczyło obciąć gryzoniowi wąsy, które są jednym z kluczowych narządów zmysłu zwierzęcia. Było to okaleczenie przede wszystkich psychiczne, bo nie wpływało na siłę mięśni, a jedynie na coś, co można by określić jako nadzieję na skuteczne utrzymanie się przy życiu. Okazało się, że szczury z obciętymi wąsami tonęły znacznie szybciej – walczyły ze śmiercią nie dłużej niż 15 minut. Eksperymentatorom udało się jednak wydłużyć ten okres, dzięki „treningowi nadziei”. Polegał on na odratowywaniu gryzonia, gdy już zaczynał się poddawać i… ponownym wrzucaniu go do wody. „Wytresowane” w ten sposób szczury odzyskiwały nadzieję na przeżycie i po kilku takich próbach były już gotowe, aby walczyć ze śmiercią przez pełne 60-80 godzin, czyli tyle, ile ich nie pozbawieni wąsów bracia.


Nadzieja jest równie ważna dla ludzi. Dowodzą tego obserwacje medyczne dotyczące na przykład osób, które zażyły truciznę w dawce, która nie powinna być śmiertelna. Mimo tego subiektywne przekonanie o nieuchronności zejścia z tego świata sprawiało, że organizm przestawał walczyć i nie radził sobie z detoksykacją nawet stosunkowo niewielkiej dawki szkodliwej substancji. Podobnie rzecz ma się z determinacją do przetrwania w wielu ekstremalnych sytuacjach – na morzu, w górach, w gruzach zawalonego budynku. Wszędzie tam większe szanse na przeżycie mają osoby, które wciąż żywią nadzieję na ratunek. Bez tej nadziei organizm poddaje się i przedwcześnie wyłącza systemy regeneracyjne, które w innych okolicznościach potrafiłyby utrzymać człowieka przy życiu znacznie dłużej.


Nadzieja jest niezbędna także w kontekście zwykłej codzienności. Nie zawsze możemy mieć pełną kontrolę nad naszym otoczeniem, ale jak długo żywimy przekonanie, że sprawy przybiorą jeszcze pozytywny obrót, chce nam się żyć. Samobójstwo jest pokłosiem utraty nadziei, podobnie jak eutanazja, na którą decydują się osoby, niemające już perspektyw poprawy swojego stanu zdrowia. Bez wiary w to, że czeka nas w przyszłości coś pozytywnego, popadlibyśmy w apatię i rezygnację przy pierwszych napotkanych przeciwnościach, których nigdy nie będziemy mogli przezwyciężyć. Może być to choroba, kalectwo lub nawet zwykłe starzenie się. Jak długo mamy jednak nadzieję, że mimo coraz większych z wiekiem ograniczeń spotka nas jeszcze coś miłego, mamy po co żyć.


Tak naprawdę nadzieję mają nawet osoby pozornie jej pozbawione. Tyle, że w ich przypadku jest ona zepchnięta do nieświadomości i nie nazywana po imieniu. Miał ją także filmowy Red, choć wolał się do niej nie przyznawać. W końcu wciąż chodził na rozmowy w sprawie warunkowego zwolnienia. Takie podejście było dla niego bezpieczniejsze, ponieważ kolejne odmowy nie podkopywały mu woli przeżycia. On wybrał poczucie kontroli poprzez podporządkowanie, a w związku z tym nadzieję musiał zakopać głęboko w nieświadomości. Była one jednak obecna w działaniu, ponieważ Red konsekwentnie opowiadał się po stronie życia, stawiając nieustannie przed filmowym dylematem – „zająć się życiem czy umieraniem?” (Get busy livin` or get busy dyin`).


Przed podobnym pytaniem stają codziennie na nowo miliony ludzi, dla których życie nie było pasmem sukcesów ani doświadczeń idealnej miłości – tak ze strony rodziców jak i późniejszych partnerów. Wiele osób nie otrzymało od najbliższych wystarczająco dużo wsparcia i akceptacji, by zbudować swoją osobowość na fundamentach tak twardych, jakie miał filmowy Andy Dufrense. Ta postać potrafiła odciąć się od otoczenia i otoczyć niewidzialnym kokonem wiary, nadziei i determinacji, który sprawiał, że nigdy nie dała się w pełni zniewolić. Wielu z nas nie jest jednak tak silnych Znakomita większość ludzi nauczyła się chodzić na kompromisy, sprzedawać swoją wolność za prestiż, uznanie i aprobatę jakiejś grupy odniesienia. Pewne osoby pracują w zawodach, które je męczą i ograniczają, ale które dają nadzieję na bogatą przyszłość. Wolności nie można jednak kupić, zwłaszcza za pieniądze zarobione z własnej niewolniczej pracy. Inni dostosowują się do panujących reguł, woląc nie ryzykować odrzucenia społecznego, które mogłoby nastąpić, gdyby zaczęli kwestionować ogólnie przyjęte zwyczaje Nawet ludzie, którzy wydają się nonkonformistami, często są tylko zamaskowanymi niewolnikami własnych kompleksów. Hipster, czyli człowiek tak bardzo chcący się wyróżnić i być oryginalnym, w istocie uzależnia się od opinii otoczenia, któremu próbuje zaimponować swoją odmiennością. Osoba taka nigdy się do tego nie przyzna, ale w końcu czym jest modny i ekscentryczny ubiór, jak nie wywieraniem wpływu. Co by nie było, w domu, gdzie jesteśmy sami, wolimy raczej chodzić w przysłowiowych dresach i miękkich papciach niż w obcisłych spodniach czy wchodzącej na oczy czapce, prawda?


Wszyscy zmagamy się w jakiś sposób z dylematem, jak zachować poczucie kontroli. Często jednak nie ma w nas wystarczająco dużo Andy`ego, by uciec z więzienia zewnętrznej presji i wewnętrznych przyzwyczajeń. Poddajemy się i uciekamy w wygodne podporządkowanie lub co gorsza w autodestukcyjny masochizm. Dlatego tak bardzo wzrusza nas opowieść o kimś, komu to się udało. Wolność jest wypartym marzeniem większości ludzi, bo większość ludzi zdecydowała się pójść w swoim życiu na daleko idące kompromisy. Problem jednak w tym, że samo rozrzewnienie wzruszającą końcówką filmu jeszcze niczego w nas nie zmienia. Zmianę może dać dopiero głębokie uświadomienie sobie murów własnych więzień, które zbudowano w naszej psychice. A potem czeka nas jeszcze mozolne, długotrwałe drążenie drogi na zewnątrz. Jest coś prawdziwego w historii ucieczki Andy`ego. Wolność nie jest bowiem jednorazowym aktem wyswobodzenia się. Moment, kiedy Andy rozpościera ręce w ulewnym deszczu, poprzedzony był latami żmudnej pracy oraz setkami metrów przeczołganych w prawdziwym szambie. Myślę, że to świetna analogia do głębokiej psychoterapii oraz codziennej pracy nad sobą, o której pisał m.in. Erich Fromm.


I jeszcze coś – nadzieja. Ta sama, o której na wiele lat zapomniał Red, i którą odnalazł w sobie dopiero dzięki Andy`emy – postaci, która dla tak wielu z nas jest uosobieniem marzenia o własnej wolności.