Biskup Tadeusz PieronekJezus Chrystus nauczał miłości bliźniego. Zamiast walczyć – nadstawiał drugi policzek. Zamiast rzucać kamień – polecał spojrzeć najpierw na siebie samego i swoje winy. Był też waleczny. Ale walczył z nieprawością, a nie z krytykami własnej osoby. Kiedy wyrzucał handlarzy ze Świątyni, bronił prawa ważniejszego niż interes kupców i kapłanów. Jak to więc możliwe, że wyznawcy człowieka-Boga, który kazał nastawiać drugi policzek, są tak bardzo różni od swojego mistrza?






Do napisania tego tekstu natchnął mnie biskup Tadeusz Pieronek, profesor prawa kanonicznego. Choć brzmi to jak skecz z Monty Pythona, ten dostojnik kościelny publicznie relatywizował i de facto bronił pedofili w sutannach. Jeśli ktoś nie miał okazji posłuchać – wiele stracił. Warto więc nadrobić zaległości w teologii.



Były już papież Benedykt XVI „dbał o to, żeby ludzie żyli zgodnie z przykazaniami bożymi. To jest o wiele ważniejsze zadanie niż ukrócenie sprawy pedofilskiej, która była na świecie, jest i będzie”. Jak logicznie wynika z tego wywodu – przykazania boże nie zabraniają pedofilii. Istotnie tak jest. Dzieci w Biblii stanowią własność rodziców tak samo jak osły, kozy i reszta dobytku. Jako takie są przez starszych dowolnie wydawane za mąż, a nawet oddelegowywane do uczestniczenia w zbiorowym gwałcie (Rdz 19:1-8). I to bez możliwości najmniejszego utyskiwania na swój los, bo karą za złorzeczenie rodzicom (choćby skarżenie się na nich) była śmierć. Poza tym z rachuby biblijnej wynika, że 40-letni Izaak poślubił Rebekę, gdy dziewczynka miała lat… 3. Trochę wcześnie. Ale tradycja na poły pedofilskich małżeństw do dzisiaj ma się dobrze w tej części świata i w takiej na przykład Arabii Saudyjskiej wciąż za mąż wydawane są dzieci – nie ma tam żadnych prawnych wymogów odnośnie minimalnego wieku. Zresztą nie tylko tam, bo podobne praktyki znane są u naszych rodzimych Cyganów, ale też w wielu innych częściach świata. U plemion żyjących według pierwotnego rytmu natury – choćby Aborygenów – dziewczynka stawała się kobietą w dniu pierwszej miesiączki, czyli tak około 11 roku życia. Ale wykorzystywani seksualnie byli także chłopcy. Oddawano ich nieraz w używanie starszym mężczyznom, którzy nie mogli już znaleźć dla siebie kobiety. Bardzo podobnie było w starożytnej Grecji, gdzie seks z chłopcem uchodził za rzecz przyjemną i w pełni naturalną. Nota bene zwyczaj ten przesiąknął całą kulturę tamtego okresu. Czy nigdy nie zastanawiało Was, że starożytne posągi mają tak śmiesznie małe przyrodzenia? Niestety – to nie tyle nasze penisy są nadnaturalnie dużych rozmiarów, tylko wielkość tych greckich wzorowana jest na rozmiarze cechującym młodego chłopca. Takie przyrodzenie uchodziło wtedy za piękne i seksowne. Zresztą, młody wiek nie był przeszkodą także na naszych ziemiach. Królowa Jadwiga, kiedy była wydawana za 24 letniego Władysława Jagiełłę, miała zaledwie 12 lat. A to tylko kropla w morzu znanych przypadków.


Biskup Pieronek ma też rację co do jednego – pedofilia istniała od zawsze. W pewnym sensie jest nawet naturalna dla ludzkości. Tak jak gwałty, grabieże, zabójstwa i wszelkie inne formy wykorzystywania słabszych. Ale dlaczego – u diabła – ma być naturalna także dla wyznawców religii miłości? Jak to możliwe, że osoby uważające się za zastępców Jezusa Chrystusa na ziemi, piętnują seks przedmałżeński, a jednocześnie usprawiedliwiają seksualne wykorzystywanie dzieci? Czy naprawdę „żadna siła nie powstrzyma człowieka od tego, żeby korzystać z pewnych możliwości, jakie daje człowiekowi wolna wola i do czego go pchają namiętności”? Gdyby tak było, to czy jakiekolwiek moralne zakazy miałyby sens?


Dlaczego uczniowie Chrystusa tak łatwo dostrzegają źdźbło w oku swoich owieczek, a belka w ich własnych oczach jawi im się jako „namiętność, z którą nie można walczyć”? Wbrew pozorom takie zachowanie da się wyjaśnić. Zrobił to Erich Fromm, który próbował dociec, skąd bierze się tak gigantyczna sprzeczność między założeniami chrześcijaństwa a rzeczywistym zachowaniem jego wyznawców. Psychoanalityk starał się wyjaśnić, jak naśladowcy z gruntu łagodnego Chrystusa mogli dopuścić się masowych morderstw czasów wypraw krzyżowych, inkwizycji i późniejszych wojen religijnych. To dokładnie ten sam mechanizm, który sprawia, że biskup Pieronek jest gotów zrelatywizować i usprawiedliwić pedofilię, mimo ewidentnego i jednoznacznego zła, które wynika z wykorzystywania dzieci.


Wyjaśnienie zaczyna się od analizy więzi, która łączy ludzi z Bogiem. Właściwie trafniejsze by tu było określenie „transakcja”. Według Fromma ludzie bojąc się śmierci, stworzyli koncept miłującego Boga, który daje im obietnicę zbawienia i życia wiecznego. Jednak miało to swoje koszty. Ludzie przypisali swój potencjał dobroci Bogu, przez co sami się jej… pozbawili. W antropologii mówi się w dwóch oddzielnych sferach – sacrum i profanum. Pierwsza z nich odnosi się do tego, co boskie, uświęcone, wyjątkowe i niedostępne śmiertelnikom. Sfera profanum jest przeciwieństwem sacrum, w niej mieszczą się rzeczy ziemskie, wręcz przyziemne. Tym samym, kiedy ludzie przenieśli dobro do sfery sacrum, wyrzucili je z siebie, bo z samej definicji nikt nie może być tak dobry jak idealny Bóg. Stąd wzięło się uświęcone religią przeświadczenie, że ludzie z natury rzeczy są grzeszni, źli i okrutni. W istocie krzyżowcy mieli świadomość, że kiedy mordowali mieszkańców Jerozolimy, w tym kobiety i dzieci, czy wyrzynali Katarów i innych heretyków, czynili inaczej, niż zrobiłby to Chrystus – ich patron. Patron z samej definicji niedościgniony, bo pochodzący ze sfery sacrum. Ale oni mogli tak robić, bo są tylko ludźmi, istotami z założenia ułomnymi i grzesznymi. Ale – dzięki zawartej transakcji – Bóg im wybaczy i w zamian za wyznawaną wiarę i modlitwy obdarzy upragnionym życiem wiecznym.


To jest też sposób postrzegania świata charakterystyczny dla biskupa Pieronka, a jednocześnie dla przeważającej większości Kościoła. Grzech jest zły i trzeba go napiętnować, ale jest też naturalny, ponieważ tylko Bóg jest bezgrzeszny. Pedofilia jest grzechem, a jako taka jest nieunikniona, bo „żadna siła nie powstrzyma człowieka od tego, do czego go pchają namiętności”. To mechanizm wyjątkowo elegancki w swej prostocie – słudzy Boga mają walczyć z grzechem, ale z samej definicji też są grzeszni i nic nie da się z tym faktem zrobić. Fromm nie pozostawia jednak złudzeń – taka wiara to zubażanie siebie, bo dobro, które ludzie przypisują Bogu, tak naprawdę ma swoje źródło wewnątrz samego człowieka. W momencie wpisania swoich pozytywnych cech w sferę sacrum, nasze ziemskie profanum staje się uboższe, a tym samym podatne na czynienie zła. Jeśli Bóg jest miłością, nie możemy się dziwić kapłanom, którzy molestują dzieci – w końcu są „tylko” ludźmi. Prawda, proszę biskupa?


Generalnie zastanawiające jest to, jak bardzo wiara religijna przypomina schizofrenię. W pewnym sensie można nawet przyjąć, że jest jej moralną odmianą. Jednym z kluczowych mechanizmów wywoływania tej choroby jest tzw. podwójne wiązanie. Zasadniczo składa się ono z trzech elementów. Najpierw jest wysyłany jeden komunikat, potem drugi, ale kompletnie sprzeczny z tym pierwszym, a ostatecznie gdzieś w tle musi pojawić się też zakaz komentowania powstałej sprzeczności. Przykład zaobserwowany w szpitalu psychiatrycznym wyglądał tak – do pacjenta przychodzi matka, co wywołuje u chłopaka naturalną radość. Kobieta jednak podchodząc, bardzo się usztywnia i wysyła niewerbalne, ale jednoznacznie negatywne sygnały. Chłopak reaguje na nie i też się usztywnia, a wtedy matka wyrzuca mu ze złością, że „wcale się nie cieszy na jej widok”. Nieporozumienia różnego typu zdarzają się w życiu, ale zawsze istnieje jakaś okazja, aby je nazwać i wyjaśnić. Ale nie w spętanej rodzinie schizofrenika, w której gdzieś w powietrzu wisi zakaz konfrontowania takich sprzecznych komunikatów. Stałe i systematyczne natężenie podobnych fałszywych i przekłamanych zachowań prowadzi z czasem do rozwoju wewnętrznego napięcia, zaburzeń osobowości, a nierzadko owocuje rozwojem choroby psychicznej.


Temat schizofrenii jest oczywiście bardziej złożony i podwójne wiązanie jest tylko jednym z indukujących ją mechanizmów (postaram się poświęcić tej chorobie kiedyś oddzielny wpis), ale pozwala zobrazować to, co nazywam tu moralną schizofrenią. Wiara religijna również sprawia, że człowiek jest narażony na życie we wzajemnie sprzecznych komunikatach, a rzekomy autorytet Kościoła nie pozwala katolikom na otwarte nazywanie rzeczy po imieniu. Często dobrze wiemy, którzy księża mają kochanki, dzieci, a nawet, że są homoseksualistami. Mamy świadomość, że wielu z nich z moralnego punktu widzenia jest osobami po prostu obrzydliwymi. Ale jednak wierzący boją się ten fakt komentować i nawet jeśli czasem po kielichu na łonie rodziny padają cierpkie słowa, nigdy nie przenoszą się one w sferę publiczną. W sumie można by nad tym przejść do porządku dziennego, gdyby nie fakt, że taką schizofreniczną zasłoną milczenia przykrywa się także księży pedofilów.


Pochodzę z południowej Wielkopolski, z niewielkiego powiatowego miasteczka. Dziura jakich wiele. Dobrze wiem, kto z okolicznych księży ma dzieci (jeden nawet dwójkę). Wszyscy to wiedzą. Najbardziej przerażające jest jednak to, że jeden z plebanów jest… pedofilem. Znajomy z tej parafii opowiadał mi przerażające rzeczy, jednak podane w takim „żartobliwym” sosie. Dzieciaki ukuły sobie nawet zawołania typu „na kolanko” lub „ksiądz idzie!”. To ostatnie jest hasłem rzucanym podczas przebierania się na lekcję wychowania fizycznego, na które wszystkie dzieci reagują histerycznym przykrywaniem się kurtkami i czymkolwiek, co wpadnie im w rękę. Bardzo śmieszne, tym bardziej, że należałoby się zastanowić, ile w tym autentycznego humoru, a na ile jest to maskowanie żartami rzeczywistych traum i poczucia poniżenia na oczach kolegów.


Wszyscy wiedzą, że wspomniany ksiądz bierze dzieci na kolana i obmacuje podczas lekcji religii. Choć słowo „dzieci” nie jest tu najbardziej trafne, bo duchowny preferuje wyłącznie chłopców. Jest do tego dość wyrafinowany, bo molestuje tylko synów swoich parafian, mając świadomość, że są oni w jakiś sposób od niego zależni. Więcej szczęścia mają chłopcy chodzący do tej samej klasy, ale dojeżdżający z wioski obok. W ich przypadku ryzyko buntu ze strony rodziców jest zbyt duże i ksiądz daje im spokój. Pedofil w sutannie od lat uczy religii w tej samej szkole we wsi, której nazwy niestety nie mogę podać. Chociaż bardzo bym tego chciał. Ale tenże ksiądz jest kryty zasłoną milczenia i oficjalnie nikt tych doniesień nie potwierdzi. Dorośli uznali, że „w końcu nic złego się nie dzieje”, a ich dzieci nie były przecież zgwałcone. Czymże w końcu jest dotykanie, a to niby dzieciaki się nie dotykają? Jedynym widocznym efektem działalności duchownego jest nieprzeciętnie wysoki nakład antyklerykalnej gazety „Fakty i mity”, której spora kupka jest dostarczana do lokalnego sklepu. Ale to tylko taki cichy opór, który nigdy nie wyszedł na światło dzienne. Kiedy pytałem swojego znajomego, dlaczego nikt z tym wszystkim nigdy niczego nie zrobił, zbył sprawę bardzo jednoznacznie – kto się narazi księdzu, będzie wyklęty z ambony i wytykany palcem przez sąsiadów. Choć on sam już dawno we wspomnianej wiosce nie mieszka, są tam dalej jego rodzice. A kto nie zna mentalności popegeerowskich miejscowości, ten nigdy nie zrozumie tego układu. A poza tym, kto chciałby publicznie się przyznać, że był molestowany?


Moralna schizofrenia trwa do dzisiaj. Wiadomo, co robi ksiądz, choć oficjalny przekaz jest zupełnie inny – to bogobojny człowiek troszczący się o dobro swoich parafian, a branie dzieci na kolana jest tylko wyrazem sympatii. Tymczasem zakaz komentowania tej oczywistej sprzeczności jest równie głęboko zakorzeniony w atmosferze wioski, jak bywa to w rodzinach typowych schizofreników. W tych ostatnich efektem zaburzonego układu jest choroba psychiczna, podczas gdy w społeczeństwie katolickim, jest nim właśnie „moralna schizofrenia”. To stan, który pozwala nie tylko osobom takim jak biskup Pieronek usprawiedliwiać swoich kolegów po fachu, ale umożliwia jednocześnie wiernym wytrwanie w zakłamaniu i obojętności. To choroba, która stała się tak powszechna, że uznaliśmy ją za normę.


Na koniec chciałbym wprowadzić pewne rozróżnienie. Fromm pisał o wierze religijnej, a nie wierze jako takiej. Istnieją osoby duchowne, których życie i postawa faktycznie są zbieżne z ideami Jezusa Chrystusa. Ja znam takich ludzi osobiście, ale mamy też przykłady z życia publicznego, np. słynny ksiądz Wojciech Lemański. Prawdę powiedziawszy nie dostrzegam żadnych istotnych wartości w Kościele katolickim, który jest dla mnie jak łańcuch – o jego sile stanowi najsłabsze ogniwo, przynajmniej o ile to najsłabsze ogniwo (jak ksiądz pedofil) jest kryte i usprawiedliwiane. Dostrzegam jednak wartość w poszczególnych osobach, często żyjących nieco na przekór instytucji, którą reprezentują. Mam jednak wrażenie, że ich wiara ma inne podstawy. Nie wynika z chęci skorzystania na transakcji, którą opisywał Fromm. Dla tych osób chrześcijaństwo jest bardziej filozofią niż religią. Chrystus jawi się im nie jako niedościgniony Bóg, ale jako prawdziwy nauczyciel, realna postać, która wyznacza sens życia wokół wartości takich jak empatia, otwartość, poczucie jedności z wszystkimi ludźmi, ale też odwaga do przeciwstawiania się nieprawości. Takie osoby budzą mój prawdziwy szacunek, podobnie jak buddyjscy mnisi i wszyscy inni ludzie, którzy rozumieją dobro w kategoriach humanistycznych, a nie doktrynalnych. Mam nadzieję, że na przestrzeni lat, może dzięki zmianie pokoleniowej, taka postawa zatriumfuje. A księża pedofile i ich biskupi-adwokaci zostaną potępieni i ukarani. Tymczasem warto przypomnieć, że ofiary, które decydują się na milczenie, stają się współwinne, bo pozwalają, aby krzywda działa się dalej, a winowajca czuł się bezkarny. Dość powiedzieć, że terapia osób schizofrenicznych (tak, jest możliwa!) polega właśnie na ujawnianiu bolesnej prawdy o przeszłych relacjach i odnajdywaniu prawdziwej, stłumionej tożsamości. Dlatego serdecznie namawiam ofiary nadużyć do wychodzenia z szafy, bo żaden wstyd ani ostracyzm nie jest gorszy niż ropiejące, psychiczne rany, które w tej zatęchłej szafie nigdy nie byłyby w stanie prawdziwie się zagoić.