Czy jeden Bóg jest lepszy od wielu? Generalnie… tak. W tym kierunku wyewoluowały religie najbardziej ekspansywnych ludów, a grupy te nadały ton całemu współczesnemu światu. I choć trudno mówić o realnym monoteizmie kultury, która czci potrójnego Boga (Trójcę Świętą), Maryję, całą masę świętych, a na dokładkę archaniołów i aniołów (czyli postacie demoniczne), to jednak przez całe wieki monoteizm był systemem, który gwarantował, że „cała władza pochodzi od Boga”.

 

 

W tej ostatniej sentencji tkwi sekret sukcesu monoteizmu. To system, który cementuje przywództwo. A silna i stabilna władza pozwalała na większą centralizację i szybszy rozwój państwa. Przynajmniej we wcześniejszych etapach postępu cywilizacyjnego, kiedy poziom dobrobytu kraju wiązał się z autorytetem władcy i wymuszaniem przestrzegania prawa wśród poddanych. Centralizacja i stabilizacja władzy sprawiła, że to chrześcijanie i muzułmanie zbudowali stosunkowo trwałe imperia, które rzuciły na kolana resztę świata. Ofiarami tych ekspansji byli Hindusi, Indianie i inne politeistyczne ludy, które albo przyjęły nową religię, albo traciły na znaczeniu lub nawet znikały z kart historii.

 

Sam monoteizm jako idea powstał jednak dawniej, niż jesteśmy nauczani na lekcjach religii. Po raz pierwszy wymyślił go i wprowadził w życie faraon Amenhotep IV, znany także jako Echnaton. Wywyższył on jednego z egipskich bogów – Atona (emanację boga Ra, czyli Słońca), zakazując kultu wszystkich innych. Wiązało się to z… władzą. Wprowadzając monoteizm, faraon pozbawił jej bowiem kapłanów, tradycyjnie mających olbrzymie wpływy nad Nilem. Ogłaszając się synem Słońca, czyli boga jedynego, pozbył się konkurencyjnych ośrodków władzy, które stanowiła kasta duchownych zakazanych przez niego kultów politeistycznych. Mimo dobrego pomysłu, całe to majstrowanie przy systemie społeczno-religijnym zakończyło się porażką, bo po śmierci Echnatona kapłani odzyskali dawne wpływy i przywrócili wielobóstwo.

 

Idea faraona-wizjonera nie została jednak całkowicie zmarnowana. Jej spadkobiercą jest… nasz Bóg, pisany przez wielkie „B”. Wedle chronologii historycznej mniej więcej w okresie rządów Echnatona wypada opisywana w Starym Testamencie niewola egipska. Znamy ją choćby z „Dzięsięciu przykazań” pod postacią rozpoczynających je słów: „Jam jest pan Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”. W tym właśnie okresie Izraelici mieli sposobność spotkać się z ideą egipskiego monoteizmu, by potem twórczo ją rozwinąć. Dokładnych danych na ten temat nie mamy, bo nie znaleziono dotychczas żadnych archeologicznych dowodów na potwierdzenie, ani niewoli egipskiej, ani późniejszej wędrówki Izraelitów do Ziemi Obiecanej. Podzielam jednak zdanie tych historyków, którzy uważają, że dawne przekazy nie mogą być pozbawione sensu, a ich esencja jest jedynie zmitologizowaną wersją prawdziwych wydarzeń. W tym wpisie idziemy właśnie tą drogą.

 

Nie wiemy dokładnie, jak Izraelici wydostali się z Egiptu. Być może czmychnęli w czasach zawirowań związanych z wprowadzaniem monoteizmu przez wspomnianego już Echnatona. Tacyt (rzymski historyk spisujący dzieje świata wiele pokoleń później) dla odmiany pisze, że zostali z niego… wyrzuceni. Według niego w Egipcie wybuchła zaraza, która „szpeciła ciała”. Wyrocznia uznała, że winni są innowiercy i poleciła wysiedlić ich z kraju. Egipcjanie wyprowadzili więc obce plemiona (czyli naszych Izraelitów) na pustynię i porzucili. W trudnej chwili przywództwo przejął Mojżesz i poprowadził w nieznane.

 

Ile w tym, prawdy trudno jednoznacznie wyrokować, jednak kiedy połączymy opis biblijny z innymi przekazami, wyłoni się dość spójna wizja. Oto faraon Echnaton koncentruje władzę i wprowadza monoteizm. Egipt nękają problemy, w tym jakaś nieznana choroba ciała. W Biblii czytamy o plagach egipskich, wśród których na miejscu szóstym występują… wrzody. Izraelici opuszczają Egipt korzystając z zamieszania lub są z niego wyrzucani za sprawą orzeczenia wyroczni. Przywództwo obejmuje Mojżesz. Być może prawdą są też inne zapisy Starego Testamentu – kto wie, czy po przejściu zarazy Egipcjanie się nie rozmyślili i nie wysłali po byłych niewolników swojej armii, przed którymi Izraelici uciekli na półwysep Synaj brzegiem Morza Czerwonego. Wszystko to zostaje potem zmitologizowane i upiększone – zarazę i inne nieszczęścia zsyła Bóg Izraelitów, żeby uwolnić ich z niewoli, a morze się rozstępuje. To z pewnością ładniej brzmi.

 

W każdym razie pomysł monoteizmu nie był Izraelitom nieznany. Losy ich Boga (czyli de facto naszego) były podobne, jak Atona. Jahwe na początku także nie był jedynym Bogiem, ale jednym z wielu. Zachowały się liczne przekazy mówiące o tym, że należał do całkiem sporego panteonu charakterystycznego dla tych ziem. Był co prawda tym najważniejszym, ale nie osamotnionym w swojej boskości. Miał żonę o imieniu Aszera, której imię, mimo późniejszych prób wymazywania, jest wymieniane w samej Biblii aż 49 razy. Ołtarz bogini zbudował nawet sam biblijny król Salomon. Nasz Bóg Ojciec, znany wtedy jako Jahwe, występował w roli mniej więcej greckiego Zeusa (najważniejszy spośród bogów). Jego małżonka była kimś pośrednim między Posejdonem (bogiem morza) a Gają (matką bogów). Z czasem został wywyższony i stał się Bogiem jedynym podobnie jak egipski Aton, który również stał się centralnym elementem religii monoteistycznej dopiero po zakazaniu kultu całej reszty panteonu.

 

Dla ścisłości trzeba dodać, że nie wiemy, jak dokładnie się ten nasz Bóg kiedyś nazywał. W językach semickich nie zapisuje się samogłosek, więc znamy Jego imię jako „JHWH”, co jedni czytają jako „Jahwe”, inni „Jehowa” (tak, ci od „świadków”), ale wybór jest dużo większy, bo w językach używających samogłosek występuje też jako „Jabai”, „Jaho”, „Jevo”, „Jaoth”  oraz kilku innych wersjach. Katolicy postawili na „Jahwe”, stąd na Wielkanoc wołamy „Alleluja”, gdzie to ostatnie „ja” pochodzi właśnie od „Jahwe”, a całość z hebrajskiego znaczy „sławcie Ja (hwe)”

 

Wróćmy jednak do Mojżesza. Po co był mu Jahwe? Postawmy się na chwilę w jego sytuacji. Oto przewodzimy grupie plemion, z których każde dodatkowo dzieli się na rody, co nie sprzyja centralizacji władzy. Nie pozostaje nam nic innego, jak iść przed siebie i wywalczyć sobie prawo do posiadania jakichś ziem. Problem w tym, że wszystkie są od dawna zajęte. Z Biblii wiemy, że już na początku Izraelczyków kusiły ziemie Kanaan, ale będąc słabi, nie odważyli się ich zaatakować od razu. Pamiętajmy też, że nikt nie witał wałęsające się plemiona z otwartymi ramionami. Nic dziwnego – skoro mamy swoje pastwiska, wodopoje i ziemie, na które ładuje się obca „ekipa”, stawiamy zbrojny opór. Tak też uczynili choćby Amalekici. Tyle, że nieskutecznie, bo „z Bożą pomocą” zostali pokonani, o czym wiemy z Biblii.

 

Tak więc Mojżesz nie miał lekko. Musiał sprawić, żeby ten wybuchowy związek plemion, które prowadził, nie tylko nie pozabijały się nawzajem, ale rozmnożyły i podbiły jakieś sensowne ziemie. To, czego potrzebowali Izraelici, to właśnie spójne prawo, które narzuciłoby jednakowe normy wszystkim nomadom z grupy. Takim kodeksem stały się tablice z 10 przykazaniami. Oficjalnie zabroniono więc kraść, cudzołożyć, zabijać, kłamać i dybać na czyjąś własność. Nakazano za to szanować starszych, czyli rodziców. W głowie Mojżesza pojawiło się na pewno pytanie – jak ten kodeks narzucić wszystkim, także innym przywódcom plemiennym. Tu właśnie sprawdził się patent Echnatona, czyli monoteizm. Mojżesz ogłosił nowy zbiór praw jako pochodzący od Boga najwyższego, który dodatkowo stał się prywatnym Bogiem opiekuńczym Izraelitów. Otrzymali oni tytuł „narodu wybranego”, co spoiło grupę, dając jej wiarę w przyszłość i motywację do podbojów. Tę funkcję pełniło przede wszystkim pierwsze przykazanie, które w doktrynie Kościoła katolickiego zostało zredukowane do dość nieznaczącego wstępu:  „Jam jest pan Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”. Żeby nowy kodeks był skuteczny, musiał też zawierać prawa chroniące jego ważność. Izraelici nie mogli mieć zatem „bogów cudzych przed Jahwe” (co nie znaczy że nie mogli mieć po Nim, w sensie jako drugorzędnych – choćby wielokrotnie wspominaną w Biblii Aszerę, żonę Jahwe). Musieli  też szanować Go i czcić Jego święta. Wszystko to jest bardzo spójne i logiczne, do tego w podobnych stosunkach występuje też np. w Koranie.

 

Monoteizm spoił grupę, przez co zwiększył jej potencjał do podbojów. A jak wiadomo silna społeczność w lepszy sposób potrafi zapewnić przetrwanie swoim genom, na co zwracają uwagę ewolucjoniści. Genom i ideom, bo tylko dzięki temu, że Izraelici nie zostali rozbici przez swoich wrogów, idea Boga jedynego w wersji Jahwe przetrwała do naszych czasów, choć zwykle w mocno ulepszonej wersji, jakimi są islam i religie chrześcijańskie. Dzięki spójności narzuconej przez monoteizm, liczebność i idąca za tym siła militarna Izraelitów ulegały stopniowemu zwiększeniu. Trwało to tak długo, aż w końcu mogli oni skutecznie zaatakować Kanaańczyków, którym uprzednio odpuszczono, gdy raporty zwiadowców nie były zachęcające do inwazji, bo wskazywały na przewagę przyszłych ofiar.

 

O tej spajającej roli religii monoteistycznej pisał m.in. Richard Dawkins, autor słynnego „Boga urojonego”. Z pewnością teoria ta tłumaczy sukces tej formy religii, ale… tylko częściowo. Dawkins skupiał się na grupach, zakładając, że to w rywalizacji między nimi i wyznawanymi przez nie ideami decydują się losy poszczególnych Bogów i religii. Moim zdaniem to tylko część prawdy. Ewolucjoniści mają wielką tendencję, by traktować społeczności ludzkie jak pozbawione rozumu zwierzęta. To błąd, bo o ile cechy pojedynczego szympansa faktycznie mają niewielki wpływ na losy jego grupy, u ludzi w wielkim stopniu to jednak jednostki kształtują świat. Tak było i tym razem, ponieważ i faraon Echnaton i wódz Mojżesz narzucili własną indywidualną wizję całej swojej grupie. Z tym, że Mojżesz, z uwagi na okoliczności, okazał się jednak skuteczniejszy.

 

Nie przekreślajmy jednak ewolucjonizmu, ani tym bardziej psychologii ewolucyjnej. Choć nie zauważał tego Dawkins, to teoria ewolucji pasuje też doskonale do tego przypadku. Trzeba jednak zmienić perspektywę z dużej grupy na małą. Wprowadzając monoteizm Mojżesz wzmocnił nie tylko całą społeczność wędrujących z nim Izraelitów. Wsparł także… swoje własne geny. Będąc wodzem z nadania najwyższego Boga, usankcjonował swoje przywództwo, które stało się od tej pory nienaruszalną sferą sacrum. A także umocnił władzę swoich genów, ponieważ synowie Mojżesza dzięki swojemu pochodzeniu zyskiwali na ważności i umocnili swoją pozycję w plemieniu. Zatem wywyższenie Jahwe niosło korzyści nie tylko dla dużej grupy, czyli Izrealitów, ale także dla samego wodza i jego potomków.

 

Wprowadzenie monoteizmu faktycznie uratowało Mojżesza przed przewrotem. W Biblii fakt ten opisany jest pod m.in. postacią „złotego cielca”. Izraelici stworzyli sobie figurę nowego boga w formie posągu ze złota przedstawiającego… woła, czym złamali ideę niecielesnego Boga jedynego. Ponieważ Jahwe był patentem Mojżesza, zazdrosny o władzę wódz nie wahał się zebrać wokół siebie wiernych mu ludzi i wybić zwolenników konkurencyjnego „boga”, czyli tzw. „bałwochwalców”. Tej nocy w bratobójczej walce zginęło 3 tys. mężczyzn, a wszystko to w imię monoteizmu i idącej za tym dominacji jednego – namaszczonego przez Najwyższego – władcy. Trzeba przyznać, że było to bardzo przytomne zachowanie ze strony Mojżesza, bo pozwoliło mu zachować przywództwo i utrzymać w ryzach całe 12 plemion, dzięki czemu możliwy był późniejszy podbój ziem Kanaanu i dopisanie reszty historii, którą znamy z Biblii.

 

Sojusz ołtarza z tronem był bardzo owocny także w ciągu następnych wieków. Założenie, że „cała władza pochodzi od Boga” pomagało utrzymać u władzy królów i cesarzy oraz wymusić posłuszeństwo wobec nich u poddanych. Dzięki temu Muzułmanie podbili pół średniowiecznego świata, biorąc w posiadanie m.in. Hiszpanię i południe Włoch. Podobne tendencje pozwoliły potem Europejczykom wziąć na nich odwet, a docelowo szerzyć monoteizm także w reszcie podbijanego przez siebie globu. Nawet jeśli nie lubimy teokracji, musimy ukłonić się przed jej rolą w centralizacji naszej kultury, bo to ona w dużym stopniu doprowadziła do dominacji cywilizacji tzw. „zachodu”. Jednak wszystko z umiarem, bo świat się zmienia powoli, ale nieustannie, a wraz z nim i idee optymalne do rozwoju. My potrafiliśmy poluzować naszą prawowierność, pozwalając nauce na wspomagającą rozwój autonomię. Niestety większy problem miał z tym Islam, więc jako idea przedawniona z motoru napędowego zmienił się w hamulec.

 

Spójrzmy na koniec wstecz i to najlepiej od razu na nasze podwórko. W czasach pogaństwa u Słowian każde plemię lub ich grupa miało swojego boga opiekuńczego. Były więc one sobie nawzajem równoważne – tymi opiekował się bożek A, tymi B, a tamtymi C. Nie była to sytuacja sprzyjająca zjednoczeniu. Nic więc dziwnego, że Mieszko I, pierwszy władca naprawdę wielu plemion w tym rejonie świata, skłonił się ku przyjęciu religii zapewniającej mu supremację nad podbitymi terytoriami. W tamtych czasach nie istniało coś takiego, jak Polska. Było tylko „państwo Mieszka” – obszar podporządkowany temu właśnie władcy. Przywódca Polan, który mieczem – a właściwie włócznią – wymusił posłuszeństwo na sąsiednich plemionach, potrzebował idei, która pozwoliłaby mu i jego potomkom utrzymać władzę nad ziemiami wziętymi w posiadanie. Tę rolę doskonale spełniło właśnie chrześcijaństwo. Tym bardziej, że twory państwowe nie podparte ideologią religijną dość szybko się rozsypywały, jak np. Państwo Samona czy związki Obodrzytów czy Wieletów. Ci ostatni dzielnie trwali przy pogaństwie i co rusz do niego wracali po kolejnych próbach nawracania. Przez to ich państwo było chwiejne i skłonne do rozpadania się na mniejsze plemiona, łatwe do podboju przez monoteistyczne, silnie scentralizowane społeczności germańskie. Dość przypomnieć, że Berlin – dzisiejsza stolica Niemiec – był niegdyś słowiańskim grodem leżącym w sercu ziem należących do wspomnianego pseudo-państwowego związku Wieletów.

 

Mieszko przyjął chrzest, dzięki czemu wzmocnił swoją władzę wobec wrogów nie tylko zewnętrznych, ale i wewnętrznych – rywali własnego rodu Piastów. Czy rok 966 był więc przełomowy dla Polski? Nie, bo Polska wtedy jeszcze nie istniała. Ale był przełomowy dla tej grupki plemion, która w przyszłości stała się Polakami. Grupki, która jeszcze tysiąc lat po wspomnianych wydarzeniu krzyczy często „Bóg, honor, ojczyzna!”, choć – jak pokazuje przykład całkiem nieźle prosperujących ateistycznych Czech – mogłaby już spokojnie sobie odpuścić.

 

poprzedni wpis w tym temacie >>