Rozczarowuje mnie skomasowanie ludzkiej naiwności, które przetacza się właśnie przez Polskę. Mnóstwo ludzi tańczy w rytm tego, co gra im niejaki Sylwester Latkowski, naczelny tygodnika “Wprost” i nowomianowany naczelny obrońca wolności słowa. Człowiek znany z szemranych filmów dokumentalnych i tabloidowego zacięcia robi właśnie super tanią – a przy tym super głośną – kampanię reklamową swojemu staczającemu się pismu. Awans z zera na bohatera jednym, przemyślanym zagraniem.


Naczelny “Wprost” powoli stopniuje napięcie. Zna te triki, bo nakręcił już przedtem kilka przebojowych filmów dokumentalnych, o których mówiło się, że “podrasowują” rzeczywistość. Najpierw w sobotę odpala „teaser” w internecie, potem podkręca go w niedzielę, a po niedzieli informuje manipulacyjnie, że „dodruku pisma nie będzie”. Ale – tu dobra wiadomość – można je kupić w internecie. Najpierw publikuje łatwiejsze w odbiorze zmontowane nagranie, a potem pełne. Zysk jest ewidentny – podwaja w ten sposób ilość informacji, które będą potem cytowane przez inne media jako „taśmy Wprost”. Reklama doskonała, bo tania i budzące emocje.


Inscenizuje też dziennikarską histerię w obronie wolności mediów, chociaż nikt jej nie kwestionuje. ABW nie podważa tajemnicy dziennikarskiej o tyle, że nikt nie zmusi pana Latkowskiego do ujawnienia swoich informatorów. Ale służby mimo to muszą znaleźć sprawców podłożenia nielegalnych podsłuchów, bo taka ich rola. Chcą więc zgodnie z prawem zabezpieczyć podejrzany komputer, choć dobrać się do jego zawartości będą mogły dopiero, kiedy wyrazi na to zgodę sąd. Interesy do pewnego stopnia przeciwne, ale zgodne z prawem. Ale naczelny Latkowski robi sobie operę mydlaną i skrzeczy wzorem Jana Rokity „Ratujcie mnieeeee!!! Niemcy mnie biją!”.




Kto na tym wszystkim zyska – na pewno Sylwester Latkowski, który zrobił kapitalną reklamę sobie i czasopismu. Ważniejsze pytanie jest jednak, kto to wszystko zainicjował. Rzymskie powiedzenie mówi „ten zrobił, kto zyskał”. Opozycja na początku miotała się bezradnie, sama będąc zaskoczoną. Nie jest więc prawdopodobne, aby maczała w tym palce. Rosjanie? Wątpliwe, ponieważ nie czekaliby z tym rewelacjami i osłabili przeciwny im polski rząd dużo wcześniej, nim zdołał nabruździć w sprawie Ukrainy. Prywatna inicjatywa pracowników lokalu? Też nieprawdopodobne, bo im bardziej opłacałoby się sprzedać nagrania pikantnych rozmów celebrytów, niż zadzierać z całą machiną państwową i prowokować medialny zamach stanu.


Więc kto? Wskazówką jest to, że nagrania wypłynęły do mediów po wyborach do europarlamentu. Sugerowałoby to, aby poważnie wziąć pod uwagę… Grzegorza Schetynę, osobę mającą kontakty w służbach, ponieważ polityk ten pełnił w przeszłości rolę ministra spraw wewnętrznych. To człowiek, który lada moment wylądowałby poza Platformą, wykoszony do końca przez Tuska. Nie ma czasu do stracenia, ale – chcąc zemścić się na rywalu – i tak musiałby poczekać do czerwca. Gdyby taka afera wybuchła przed majowymi wyborami, wielu obecnych europarlamentarzystów z PO nie dostałoby się do Brukseli, czego by nie wybaczyli inicjatorowi tego przewrotu – gdyby oczywiście wywodził się z ich szeregów. Mamy więc hipotetyczny rozwój sytuacji: rząd Tuska upada, władzę w PO przejmuje jego były główny konkurent, który tworzy też rząd tymczasowy.


Warto jednak pamiętać, że słynna afera podsłuchowa na Węgrzech, także – wedle wszelkich wskazówek – została przeprowadzona przez rywala ówczesnego premiera Gyurcsány`ego. Tyle, że nie wyniosła do władzy jego inicjatora, ale opozycję.