Żyjemy w świecie pełnym zaawansowanych technologii. Komunikujemy się z prędkością światła, przemieszczamy z prędkością bliską dźwięku. A jednak część z nas – ludzi – ciągle chce pozostawać na poziomie mentalnym zbliżonym do czasów, kiedy szczytowym osiągnięciem techniki była taczka. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ta mentalna taczka chce używać w pełni współczesnego napędu jądrowego. To oczywiście przenośnia odnosząca się do religijnych fundamentalistów, w szczególności islamistów. W tym wpisie chcę się zastanowić, jakie prawo do korzystania z bogactw wyrosłych na zachodniej kulturze nauki i techniki mają ludzie świadomie pozostający na poziomie średniowiecza. Wnioski będą kontrowersyjne.


Sentencja „małpa z brzytwą” wywodzi się ze – znakomitego zresztą – opowiadania Edgara Allana Poe pt. „Morderstwo przy Rue Morgue” (jeśli ktoś nie jest obczytany, to może zna chociaż utwór Iron Maiden inspirowany tą historią – „Murders in the Rue Morgue”). To jeden z pierwszych kryminałów na świecie, a na pewno pierwszy typowo detektywistyczny. Generalnie zagadka zabójstwa sprowadza się do przewrotnego rozwiązania, że niezwykle brutalnej i nielogicznej masakry dokonała małpa, która przedtem uciekła swojemu właścicielowi. Problem w tym, że w trakcie tej ucieczki chwyciła brzytwę, a jak wiadomo brzytwy nie występują w naturalnym środowisku orangutanów.


Podobnie karabiny maszynowe, a tym bardziej broń atomowa nie powinny występować w środowisku osób pozostających mentalnie na etapie wczesnego średniowiecza. Wtedy właśnie powstał Koran, którego zapisy wciąż stanowią prawo w wielu krajach. I tu dochodzimy do paradoksu, bo część z tych krajów jest niezmiernie bogata. Jednak nie dzięki Koranowi, ale dzięki zachodniej technologii, która wymyśliła silniki spalinowe oraz metody wydobycia i rafinowania ropy naftowej. Pokusiłbym się wręcz o zadanie pytania– jakie prawo do korzystania z tego bogactwa myśli ludzkiej mają osoby tę wolną i naukową myśl zwalczające w imię religii? Mówię np. o Arabii Saudyjskiej, gdzie do dzisiaj występuje praktyczne niewolnictwo kobiet, a wszelkie przejawy wolnomyślicielstwa – czyli fundamentu nauki – są zwalczane? Wyznawcy innych religii, a nawet innych odmian islamu, są prześladowani, a odejście od wiary karane jest śmiercią. Dla ścisłości, jest to publiczna egzekucja polegająca na ścięciu głowy skazańca katowskim mieczem. Bardziej wymownego odwołania do średniowiecza nie potrafię już sobie wyobrazić.


Brzytwa atomowa

Cały ten archaiczny system finansowany jest z wydobycia i sprzedaży ropy naftowej, czyli wynalazku powstałego w świecie zachodnim. Swoją drogą warto pamiętać, że do rozwoju tego sektora mocno przyczynił się także Polak – Ignacy Łukasiewicz – tworząc w drugiej połowie XIX wieku lampę naftową i inicjując powstanie tej gałęzi przemysłu. W tym czasie na terenie Półwyspu Arabskiego istniały sobie lokalne państewka plemienne, które ostatecznie podbił ród Saudów. To właśnie od niego pochodzi nazwa kraju – Arabia Saudyjska, czyli państwo klanowe. Zapewne kraj ten wyglądałby dzisiaj tak samo biednie jak, dajmy na to, równie pustynna Mauretania, gdyby nie wynalazek Łukasiewicza. W latach 30-tych XX wieku rozpoczęto wydobycie i się zaczęło. Niestety, nie przemiany kulturowe, bo Arabia Saudyjska pozostała do dzisiaj najbardziej ortodoksyjnym krajem na świecie, tylko gospodarcze. Do zamieszkałych tam Arabów popłynął wielki strumień petrodolarów. Jak na ironię, spora część z nich inwestowana jest w brzytwy. Miliony brzytew w postaci najnowocześniejszych myśliwców, helikopterów szturmowych i innej broni, która w tej kulturze i w tej części świata po prostu nie miała prawa powstać. Za niedługo Arabia Saudyjska prawdopodobnie wejdzie także w posiadanie broni jądrowej, aby zrównoważyć wpływu Iranu, który wciąż próbuje zrealizować swoje atomowe marzenia. Nie będzie to trudne, bo za petrodolary można kupić wszystko, nawet coś tak absurdalnego jak mistrzostwa świata w piłce nożnej. A jest od kogo kupować, bo technologię wytwarzania broni nuklearnej wykradł z Europy i USA Pakistan, inny islamski kraj czerpiący garściami z wczesnego średniowiecza.


Pakistan z kolei zbroi się do konfrontacji z Indiami, kolejnym atomowym mocarstwem pozostającym gdzieś w pradziejach świata. Jest chyba oczywistym, że najpotężniejsza i najbardziej niszczycielska broń wszechczasów nie powinna znajdować się w rękach pseudo-mocarstw, których mieszkańcy w większości żyją w skrajnej nędzy. Indie posiadają własny lotniskowiec, a nie posiadają systemu socjalnego, który sprawiłby, że ludzie przestaliby umierać na ulicach. I to dosłownie, bo podróż w głąb Indii to jak podróż w czasie. I nie mam tu na myśli pięknych starych świątyń, tylko powrót to średniowiecznej mentalności, która nie znała solidarności ani współczucia. Cierpisz, bo bóg tak chciał – tak to działa.


Pamiętam szok kulturowy, który udzielił mi się po przylocie do Indii. Lądując w Bombaju, trzeba liczyć się z przejazdem do centrum miasta przez dzielnice slumsów. Jadąc w nocy, musiałem zmierzyć się z widokiem matki tulącej do piersi swoje dziecko i ogrzewającej je ciepłem ogniska ze śmieci, które rozpaliła przy drodze. A to był dopiero początek, bo jadąc w głąb tego atomowego mocarstwa, musiałem po prostu oswoić się ze śmiercią. Widziałem ludzi leżących w stosach śmieci i konających w sposób niegodny człowieka. I działo się tak w dzień w centrum dużego miasta. Ale na nikim z przechodniów nie robiło to wrażenia. Tam to jest norma. Ludzie umierają na ulicach, ale kraj inwestuje w lotniskowce i broń atomową. A są to kwoty olbrzymie, bo lotniskowce należą do okrętów najdroższych zarówno w budowie jak i późniejszym utrzymaniu. Pierwszy Indie nabyły od Wielkiej Brytanii, drugi skonstruowały same przy wsparciu zachodnich przedsiębiorstw. Mówiąc wprost – Hindusi kupili z Europy i Ameryki tak lotniskowce, jak i technologie potrzebne do stworzenia bomb atomowych. Mogli sobie na to pozwolić, ponieważ zaoszczędzili na systemie socjalnym, pozwalając ludziom umierać na ulicach. A co chyba najbardziej przerażające, ten lekceważący stosunek do śmierci udziela się Hindusom także w kontekście ewentualnego użycia tej ostatniej. O ile kraje zachodnie od czasów zimnej wojny posiadają głowice jądrowe, to jednak nigdy na poważnie nie rozważały ich użycia. Tymczasem w Indiach ludzie mówili mi, że nie boją się wojny atomowej z Pakistanem, bo… ją wygrają. Na moją uwagę, że co to za zwycięstwo, jeśli zginą miliony Hindusów, w tym także moi rozmówcy jako mieszkańcy jednego z głównych miast kraju, które z pewnością zostałoby zalane ogniem w pierwszej salwie, dostałem szokującą odpowiedź. „Nie szkodzi, ponieważ Indie i tak wygrają, bo nas jest po prostu więcej.”


Nie muszę tu chyba dodawać, że tę najstraszniejszą z brzytew także stworzyła nauka zachodnia, a nie islamska czy hinduska. Tylko dlaczego oddaliśmy ją w tak nierozważne ręce kierowane przez archaiczną mentalność „większego plemienia”?


„Rasizm” kulturowy

Wygłoszę tu teraz bardzo kontrowersyjne i niepoprawne polityczne oświadczenie. Tak, jestem „rasistą”. Ale rasistą kulturowym. Nie obchodzi mnie czyjś kolor skóry, kształt oczu czy nosa. Liczy się mentalność. A tę warunkuje kultura. Tak więc uważam, że są kultury lepsze i gorsze – przynajmniej z perspektywy wartości, które są mi bliskie. A są to m.in. produktywność, empatia, humanitaryzm, solidarność społeczna czy otwarty umysł niezbędny do prowadzenia m.in. badań naukowych. Nie znaczy to jednak, że nie toleruję kultur, które nie spełniają tych kryteriów. Kiedy podróżuję po odległych (także obyczajowo) krajach, jako gość bez dyskusji dopasowuję się do otoczenia, czego życzyłbym sobie także ze strony imigrantów przybywających do Europy. Oczywiście wolałbym, żeby żadni Hindusi – ani inni ludzie – nie umierali na ulicach, ale jestem w stanie pogodzić się z myślą, że tak musi być, skoro są osoby pragnące dalej utrzymywać swój własny, archaiczny rodzaj systemu społecznego. Akceptuję ich wybory, tak jak akceptuję niewolnictwo kobiet w Arabii Saudyjskiej. Tym niemniej wolałbym, aby wojny między tymi ludźmi prowadzone były zgodnie z naturalnym poziomem ich kultury – na kije, nie na brzytwy.


Jako Europejczycy spieprzyliśmy sprawę. Opuściliśmy postkolonialny świat, zostawiając tam nasze „zabawki”, a nawet wciągając go w rywalizację między sobą nawzajem. Podobnie kiedyś Francuzi, walcząc z Anglikami w Nowym Świecie, dozbrajali wrogich im Indian, by potem na dłuższą metę musieć zmagać się z ludźmi żyjącymi w epoce kamienia łupanego (dosłownie taki poziom prezentowali np. Apacze), ale strzelającymi do nich z broni palnej. Tak też kilka wieków później Amerykanie i Rosjanie wpompowali najbardziej destrukcyjne technologie w kultury, które co prawda opanowały już broń palną, ale raczej czarnoprochową, a nie maszynową. A tym bardziej nie atomową, która w tym kontekście jest technologią praktycznie z innego wymiaru. O ile bowiem Indianin strzelający z muszkietu do Amerykańskiego osadnika nie był jeszcze wielką tragedią, to Hindus, Pakistańczyk, Irańczyk czy Saud odpalający głowicę jądrową w kierunku niewiernych już jest. Jako sojusznicy USA coraz bardziej się kwalifikujemy do tej roli, a w zasięgu atomowej brzytwy… już prawie jesteśmy.