Do tych mało oryginalnych wniosków doszedłem, śledząc szum medialny wokół nadchodzących wyborów. Szczególnie utwierdziły mnie w tym przekonaniu debaty wyborcze w TVP pod szyldem „Wybory Polaków”. Problem polegał tu na tym, że pytania kandydatom zebranym w studio zadawali tzw. zwykli ludzie. I były one… głupie.

 

 

 

Nie trzeba być wiernym widzem programów publicystycznych ani czytelnikiem stosownych gazet, aby zauważyć, że poziom dyskusji w naszym kraju powoli – ale systematycznie – spada na pysk. Newsami dnia stają się wypowiedzi pikantne w treści, ale banalne znaczeniowo. Równie dobrze sprzedają się puste gesty w stylu słynnego rozdawania jabłek przez Napieralskiego i ociekające jadem wyznania czołowych pyskaczy życia publicznego. Kto jest odpowiedzialny za ten stan rzeczy – coraz bardziej cyniczni (a może zwyczajnie głupi?) politycy, bezmyślne media rzucające się łapczywie na kolejne „newsy” bez względu na ich realną wartość, czy może jednak odbiorcy tych przekazów? W końcu gdybyśmy tych treści nie łaknęli, media i politycy by ich nam nie serwowali.

 

Zapewne nie ma na to pytanie prostej odpowiedzi, bo jest to mechanizm sprzężony i wszystkie te czynniki wzajemnie się nakręcają. Politycy chcą pokazać się w mediach, więc wymyślają coraz to nowe prowokacje. Media muszą czymś żyć, wiec te brudne zagrywki rozchwytują jak ciepłe bułeczki. I nie ma się co dziwić, bo jak inaczej zapełnić cały półgodzinny serwis informacyjny, w sytuacji wyścigu kilku stacji konkurujących ze sobą o dostęp do coraz to nowych „sensacji”? Niestety na końcu jesteśmy my – finalni konsumenci tych bzdur. I niestety, społeczeństwu taki obrót sprawy się podoba. Ludzie zatopieni w serialach, śledzący życie gwiazd chcą „mięsa”, nie wnikliwej analizy skupionej na subtelnościach. Kochamy kłótnie, pyskówki i łzy. Myślenie jest trudne, wymaga wysiłku, skupienia. Odczuwanie – nie. Cieszymy się więc jak jeden drugiemu „przywali”, obrazi, powie coś wzruszającego lub pokaże klatę na zdjęciu w jakimś tabloidzie. Politycy zlali się nam z celebrytami. 

 

Efektem jest i tak duże odrealnienie naszego społeczeństwa. Skoro skupiamy się na relacjach interpersonalnych – kto dzisiaj kogo opluł i jak celnie – tracimy z oczu fakty i rzetelną wiedzę. Głosujemy w oparciu o emocje, a nie racjonalne przemyślenia. Dodatkowo mamy tę rdzennie polską cechę, że myślimy w kategoriach egocentryzmu – kto co nam da. Wiele razy miałem okazję słyszeć wytłumaczenie – „A tam polityka, oni ci i tak nic nie dadzą”. Racja, bo nie o to chodzi w polityce, żeby coś komuś dawać, ale żeby gospodarować. A więc i dawać, i brać, i decydować o wielu innych rzeczach niż prosty przepływ dóbr.

 

Tak więc dzięki tej tabloidyzacji mediów i przemiany polityków w barwnych celebrytów, jesteśmy coraz mniej świadomi faktów. I to widać choćby w programach typu „Wybory Polaków”. Dwa tygodnie temu padały ze strony społeczeństwa pytania typu „Jak rząd zamierza zmniejszyć bezrobocie wśród absolwentów kierunków humanistycznych?” lub „Jak rząd ułatwi znalezienie pracy mi, 50-letniemu managerowi?” Widać w nich dwie właśnie wspomniane tendencje – do nierozumienia istoty rzeczy i egocentryzmu. Skąd pomysł, by decydenci na szczeblu centralnym mieli ingerować w rynek pracy i tworzyć etaty z myślą o humanistach? Każdy człowiek dokonuje indywidualnych wyborów, zatem nikt nikogo nie zmuszał do podjęcia takich czy innych studiów. Nie od dzisiaj wiadomo, że z grubsza istnieją dwa typy humanistów – wybitni i bezrobotni (albo robotni na przysłowiowych zmywakach). Jednych od drugich odsiewa już sam rynek. Oczekiwanie ingerencji państwa na tym polu jest po prostu absurdalne.

 

Podobnie rzecz miała się z drugim pytaniem – jak kandydaci zamierzają pomóc znaleźć zatrudnienie człowiekowi w wieku 50 lat, który „z zawodu” jest managerem? Tu także widać niezrozumienie roli rządzących. Nie są oni po to, aby prostować ścieżki społeczeństwu i szukać pracy podstarzałemu facetowi, który wbrew potrzebom rynku chce być „managerem”. W ramach dostępnych instrumentów państwo może co najwyżej uruchomić programy mające na celu umożliwienie przekwalifikowania bezrobotnym – humanistom, managerom i wszystkim innym. Ale zapewne nie takiej odpowiedzi spodziewali się pytający.

 

Znamienne było więc też to, jak politycy zgromadzeni w studio odpowiedzieli na tak zadane pytania. Zrobili to w jedyny możliwy sposób – mówili nie na temat. Nikt, kto chce być wybrany przez społeczeństwo, nie może mówić mu prawdy – że jest głupie więc tak naprawdę nie będzie robił tego, czego ono niekiedy oczekuje. Zatem brak świadomości politycznej i wiedzy u tzw. zwykłych ludzi zmusza polityków do kłamania i wymijających odpowiedzi. I niestety to jest brutalnie racjonalna reakcja. Każda inna byłaby samobójstwem, bo jeśli premier mówi uczciwie, że na pewne rzeczy nie ma wpływu, to opozycja przydaje mu od razu cyniczną ksywkę Donald „nie da się” Tusk. Obiecać zawsze można, zwłaszcza jeśli nie jest się za nic odpowiedzialnym. Ale takie zagrywki zmuszają wszystkich uczestników życia politycznego do kłamania i zatajania prawdy. W końcu skoro wszyscy obiecują, że dadzą, jak tylko wygrają, trzeba mówić to samo, bo odpadnie się w przedbiegach.

 

Tak więc kłamać trzeba – byle umieć dobrze kluczyć i nie dać się złapać. Nasze społeczeństwo nie jest jeszcze na takim stadium rozwoju odpowiedzialności społecznej, by przyjąć prawdę i umieć pogodzić się z kosztami niezbędnymi do poniesienia. Jednak skoro kłamią i obiecują wszyscy, coś jednak musi przeważać, że jedni wygrywają, a drudzy nie. Tutaj oczywiście dochodzimy do sztuki manipulacji. Nie oszukujmy się – w debatach nie chodzi o ich merytoryczną zawartość. Ją mało kto jest w stanie pojąć. Idzie o wrażenie, emocje, upokorzenie przeciwnika. W poprzednich wyborach Tuskowi udało się zagiąć Kaczyńskiego pytaniem o ceny jabłek. Jakie znaczenia ma jej znajomość dla rządzenia? Kompletnie żadnego. Idea polegała na pokazaniu, że adwersarz nie orientuje się w problemach tzw. zwykłych ludzi. I to się udało, choć byłoby głupotą oczekiwać od managera najwyższego szczebla, aby znał cenę papieru do kserokopiarki. I w biznesie nikt by tego nie robił. Jednak polityka w społeczeństwach na niskim poziomie rozwoju demokracji to zupełnie inna bajka, gdzie takie chwyty jak najbardziej się przyjmują. Dlaczego? Odwołuję do tytułu.

 

Swego czasu opisywałem już, jak swoje wystąpienie rozegrał św. pamięci Andrzej Lepper. Doskonale dopasowana socjotechnika zmieniła ofiarę w zwycięzcę. Bo nie jest ważne, co kto powie – istotą jest, jakie to wzbudzi wrażenie. Starą sztuczką debat jest wyprowadzanie przeciwnika z równowagi. Pierwszy raz zastosował ją Francois Mitterrand w debacie przedwyborczej we Francji w 1981 roku. Zgodnie z radą swojego doradcy, zanim zostały włączone kamery, podszedł i przywitał się ze wszystkimi. Z prowadzącymi, z kamerzystami, z obsługą techniczną. Z wszystkimi poza… oponentem. Wszystko po to, aby wyprowadzić go z równowagi, co oczywiście się udało. Obrażony kontrkandydat wypadł z rytmu i zaperzył się, przez co został źle odebrany przez potencjalnych wyborców. Prawdziwe powody jego zdenerwowania były całkiem racjonalne, ale… widzowie o tym nie wiedzieli. 

Pomysłodawca tej zagrywki (Jacques Seguela) zrobił światową karierę, sprzedając swój pomysł kolejnym politykom z innych krajów. W Polsce ze wspomnianego patentu skorzystał nie kto inny jak Aleksander Kwaśniewski. Pamiętacie może słynne wypowiedzi Lecha Wałęsy „Panu to ja mogę nogę podać!” lub „Pan wszedł jak do obory, ani be ani me ani kukuryku”? To była właśnie reakcja na wspomnianą socjotechnikę. Wałęsa – czuły na punkcie swojego ego – dał się sprowokować, wypowiadał się agresywnie i na koniec rzucał owe niemądrze brzmiące sentencje. Wyszedł na prostaka i nerwusa, czyli zachował się zgodnie z planem opracowanym dla Kwaśniewskiego. Wybory wygrała psychomanipulacja, nie poglądy.

Poniżej załączam filmik z drugiej debaty – na końcu słychać echa tej pierwszej, kiedy to Kwaśniewski nie podał ręki Wałęsie, a ten w rewanżu na końcu uraczył go tekstem o podaniu nogi. Niestety nie ma na internecie tej pierwszej debaty – w tej poniższej (drugiej) widzimy tylko jak Aleksander na końcu próbuje się wyłgać, że się witał, a to jedynie Lech tego nie zauważył.

 

 

Czy jest więc sens przeprowadzać debaty wyborcze? Myślę, że znikomy. Widzowie i tak nie zwracają uwagi, co kto mówi, tylko jakie budzi to w nich wrażenie. A wrażenia, jak wiadomo, racjonalne nie są, lecz bazują na emocjach i skryptach poznawczych. Poza tym, jak już wspomnieliśmy, wszyscy muszą w jakiś sposób kłamać i obiecywać więcej, niż chcą i mogą dać, by nie dać się przelicytować konkurencji. O sukcesie decyduje prezencja (o roli wzrostu już kiedyś pisałem) i sztuczki socjotechniczne, czyli rzeczy nie mające realnego związku z rządzeniem. Debaty potrafią przekonać jedynie niezdecydowanych, a ci z reguły nie dokonują racjonalnych wyborów, bo polityką się generalnie nie interesują. Zatem po co mają głosować ludzie wiedzeni  jedynie chwilowymi emocjami? 

 

Dlatego nieracjonalne są powszechne narzekania komentatorów na tradycyjnie niską w naszym kraju frekwencję. Ideą demokracji jest podejmowanie racjonalnych decyzji i wyrażanie ich w głosowaniu powszechnym. Udział w wyborach to jednak nie żaden obowiązek, a jedynie prawo, czyli możliwość. I im mniej ludzi z niego korzysta, tym… lepiej, bo mniej jest wtedy wśród głosujących osób przypadkowych, oddających głos pod wpływem emocji, a nie wiedzy i ugruntowanych poglądów. Dlatego lepiej, kiedy o przyznaniu władzy decyduje 40% jako tako świadomych obywateli, niż 70%, z których połowa robi to, odwołując się do ulotnego wrażenia. Mimo wszystko Sejm to nie „Taniec z gwiazdami”, a posłowie decydujący o kształcie obowiązującego nas prawa to nie celebryci. Niestety, znakomita część społeczeństwa nie potrafi tego odróżnić. I dlatego – wbrew opinii wielu etatowych komentatorów – lepiej, żeby ta grupa potencjalnych wyborców została w domach.

 

Wnioski płynące z tego wszystkiego nie są specjalnie budujące. Czy jest jednak jakaś droga, aby ten stan rzeczy zmienić? Myślę, że byłaby, ale dość paradoksalna. Ludzie generalnie nie lubią myśleć, wolą czuć. Jednak jest mechanizm, który ich aktywuje – to porównywanie się do osób podobnych sobie. To dlatego tabloidy pokroju „Faktu” czy „Superekspresu” opisują często zwykłe problemy prostych ludzi. Do tego zauważcie, że przy każdej osobie podają jej aktualny wiek. Wszystko po to, aby czytelnik mógł się utożsamić i porównać ze sobą. 

 

Wyobraźmy sobie teraz reality show, który polegałby na zgromadzeniu takiej grupy ludzi, która byłaby reprezentatywna dla całego społeczeństwa. Rolnicy, robotnicy, studenci i wszystkie inne ważne grupy społeczne miałyby swoich przedstawicieli wybranych losowo według kryteriów socjologicznych. Na tego typu selekcji bazują ośrodki badania opinii publicznej, dzięki czemu ich przewidywania są mniej więcej trafne i daje się je uogólnić na wszystkich Polaków, choć bazują na kilkuset (do tysiąca) wyselekcjonowanych odpowiedziach. 

Zatem wybieramy taką reprezentatywną grupę, zapraszamy do udziału w programie (oczywiście odpłatnie, żeby odpowiednio umotywować uczestników) i tworzymy coś na wzór społecznego Sejmu. Jego rola byłaby jedynie opiniotwórcza, ale nie pozbawiona sensu, ponieważ jego głosowania i decyzje byłyby w miarę reprezentatywne dla całego społeczeństwa, więc pełniłyby rolę sondaży. Z tą wielką różnica, że byłyby bardziej racjonalne, bo osoby biorące udział w tym reality show miałyby możliwość głębiej wniknąć w fakty. Dostawałyby materiały, miały dostęp do stosownej wiedzy. Uczestnicy programu odbywaliby też spotkania z prawdziwymi politykami i wchodzili z nimi w dyskusję, co zapewne nie byłoby trudne do zaaranżowania w sytuacji, kiedy ci ostatni tylko szukają okazji, by zaistnieć w mediach. Do tego regularne dyskusje między uczestnikami, publiczna wymiana poglądów, a wszystko to podlane dla smaku emocjonalno-efekciarskim sosem typowym dla wszystkich programów typu reality-show. Dużo konfliktów, trochę łez, sojuszy, osobistych perypetii, a w tle nadzieja na ewentualną karierę w prawdziwej polityce.

 

Zyski z perspektywy społeczeństwa wydają się ewidentne. Programy typu reality show „ciągną” za sobą zainteresowania ogółu. „Taniec z gwiazdami” sprawił, że więcej Polaków interesuje się tą dyscypliną. Tym razem jednak zadziałałby dodatkowo wspomniany mechanizm podobieństwa. Bo oglądało by się nie abstrakcyjne gwiazdy, ale prawdziwych ludzi, wziętych prosto z ulicy. Porównywanie się widzów do uczestników dałoby tym pierwszym motywację do zastanowienia się i zajęcia stanowiska. Dobrze przemyślana formuła programu mogłaby stanowić sensowny kompromis między łatwą rozrywką (czyli to nasze kto komu przywalił), a przekazywaniem ważnych informacji o świecie i realiach gospodarczo-politycznych. Dodatkowo dochodzą profity w postaci patrzenia władzy na ręce – poinformowani uczestnicy programu byliby bardziej wiarygodni w swoich opiniach niż tradycyjne sondaże, ponieważ te ostatnie mówią nam tylko, jakie sympatie dominują w słabo poinformowanym i poddającym się emocjom społeczeństwie. 

 

Myślę, że to jedyny sposób, by radykalnie zwiększyć świadomość Polaków. Czy realny? Nie wiem, pewnie jeszcze nikt tego nie próbował. Mam jednak wrażenie, że gdyby jego realizacji  podjęła się korporacja telewizyjna mająca duet kanałów informacyjno-rozrywkowych (TVN + TVN24 lub Polsat + Polsat News), mogłoby zaskoczyć. Pytanie tylko, czy nasze rodzime media byłyby gotowe zaryzykować produkcję czegoś, co nie jest kolejną prostą kalką programu na licencji zachodnich telewizji.

 

PS.

W komentarzu do wpisu ogłosiłem mały konkurs – zachęcam do spróbowania swoich sił.

link do komentarza