Jaka jest geneza zła? Dlaczego ludzie mordują innych dla 20 złotych lub nawet dla przyjemności? Czemu matki katują swoje dzieci? Skąd bierze się wszystko to, co w ludziach najgorsze? To nie są pytania retoryczne. W tym tekście zamierzam na nie dokładnie odpowiedzieć.


Zdarzają się ludzie czerpiący przyjemność z zadawania innym cierpień. Istnieją też bezwzględne osoby, które dla własnego zysku mogą bez mrugnięcia okiem krzywdzić i sprawiać ból. Są jednostki mogące wpaść w agresywną furię i spontanicznie zabić przypadkową osobę, która ich zdenerwuje. Mamy wreszcie ludzi, którzy w odwecie za prawdziwe lub wyimaginowane krzywdy będą zadawać ból z mściwą satysfakcją zwycięzcy. I wiecie co? To są często zupełnie inne osoby, ukształtowane przez odmienne doświadczenia życiowe.


Ostatnio popularny stał się termin „psychopata”. Powstało wiele książek na ten temat, nie zawsze sensownych. Równie wielu ludzi utożsamia to pojęcie z Hannibalem Lecterem lub innym Kubą Rozpruwaczem. Zacznijmy więc od uściślenia terminologii. Uporządkuję pojęcia według podejścia psychodynamicznego, które jako jedyne zdołało odróżnić je od siebie z uwzględnieniem przyczyn powstawania poszczególnych zaburzeń.


PSYCHOPATA

Psychopata to po prostu osoba, która nie posiada rozwiniętej moralności. Psychoanalityk powiedziałby o braku superego, które opisałem nieco szerzej w tekście Było ich trzech. Generalnie superego to taka część psychiki, która zawiera zinternalizowane normy moralne. Normy te powstają przede wszystkim w dzieciństwie poprzez włączenie do osobowości nakazów, zakazów i pragnień naszych opiekunów odnośnie tego, jacy ich zdaniem być powinniśmy. U zdrowego człowieka superego jest rozwinięte i stabilne. Znajdują się tam wewnętrzne zakazy typu „nie wolno kraść” oraz nakazy, np. „trzeba bronić słabszych”.  Jest też ideał ego, czyli np. przekonanie, że powinniśmy być pracowici i staranni – choć to już zależy od konkretnych rodziców i ich wartości.


Powiedzmy sobie szczerze – superego nas ogranicza. Nie pozwala na przykład okraść bezbronnego dziecka, które niesie w ręce drogi telefon komórkowy. I bardzo dobrze, bo dzięki takim ograniczeniom możemy cieszyć się zdobyczami cywilizacji. Gdybyśmy kierowali się tylko własnym dobrem, krzywdzilibyśmy innych, kiedy tylko mielibyśmy przekonanie, że ujdzie nam to bezkarnie. A jednak większości ludziom generalnie można jakoś tam ufać. A to dlatego, że gdyby postąpili wbrew nakazom własnego superego, nie potrafiliby spojrzeć sobie potem w oczy. Tak to właśnie działa. Spełnianie nakazów superego sprawia moralną przyjemność pod postacią ulgi i szacunku do siebie. A uleganie pokusom sprowadza na nas poczucie winy, czyli nieprzyjemny stan, którego generalnie staramy się unikać.


I to właściwie tyle, jeśli chodzi o sedno psychopatii. Reszta jest już efektem mieszania się tego zaburzenia z innymi, np. narcyzmem, sadyzmem, schizofrenią czy dewiacjami seksualnymi. Znani z popkulturowych przekazów tzw. psychopatyczni mordercy to tylko pewien drobny – ale za to jakże widowiskowy – wycinek z grupy psychopatów. Ci zwyczajni niczym się nie wyróżniają, poza właśnie brakiem moralności. Daje im on pewną przewagę w dziedzinach życia, w których etyka i poczucie winy są tylko ciężarem. Podwyższony odsetek psychopatów znajdujemy na szczytach dużych korporacji, w grupach przestępczych, ale także w wywiadzie i innych zawodach, w których zachowanie zimnej krwi i chłodnej kalkulacji pozbawionej skrupułów daje wymierne profity.


Psychopatyczni mordercy to po prostu te jednostki, które – posiadając w swojej osobowości silny aspekt psychopatyczny – mają też skłonności to zaburzonego funkcjonowania w innych wymiarach. Mogą to być poważne zaburzenia psychiczne owocujące pojawieniem się urojeń, do czego nawiązywał np. film „Siedem”. Większość z nich działa jednak z pobudek seksualnych. Poprzez zbrodnię zaspokajają swoje wyuzdane potrzeby, np. fascynację gwałtem. Inni, pozornie zdrowi ludzie, też je miewają, jednak nie dopuszczają do siebie myśli, że mogliby pójść aż tak daleko. Gdyby nie mieli superego, to pewnie by rozważyli wprowadzenie swoich skrywanych seksualnych perwersji w życie.


Wbrew popkulturowym przekazom znakomita większość morderców o psychopatycznych skłonnościach działa jednak z chęci… zysku. Nie mając moralnych hamulców, sięgają po pieniądze tam, gdzie najłatwiej je zdobyć. A jeśli ktoś przy tym ucierpi – mówi się trudno. Jeśli ktoś popełnia zaplanowaną zbrodnię wiedziony chęcią zysku i nie czuje z tego powodu  wyrzutów sumienia, zapewne jest psychopatą.


SADYSTA

Z psychopatią często mylony jest sadyzm. Choć zaburzenia te często współwystępują, mają jednak inne korzenie. O ile czysty psychopata nie ma hamulców, aby krzywdzić innych, nie czuje jednak żadnej przyjemności podczas zadawania cierpień. To dla niego tylko narzędzie do osiągnięcia jakiegoś wymiernego celu. Sadysta wprost przeciwnie – dla niego esencją jest napawanie się czyimś cierpieniem, a nie inne profity mogące wynikać z tego faktu. Motorem powstawania psychopatii jest nieumiejętność wpojenia dziecku moralności i empatii. Może to wynikać zarówno z nieobecności wyższych wartości w rodzinie – co dość często ma miejsce w tzw. rodzinach patologicznych – jak i np. przesadnego dogadzania dziecku, któremu nie zostają wpojone żadne ograniczenia i uniwersalne zasady.


Sadyzm kształtuje się dla odmiany poprzez łamanie woli dziecka. W ludzkiej psychice można wyróżnić wymiar osobowości zwany sado-masochizmem. Te pojęcia są połączone. Tworzą coś na kształt duetu, w którym mogą być widoczne oba bieguny – jak u osób autorytarnych, które jednocześnie są masochistycznie uległe wobec autorytetów i sadystycznie agresywne wobec wrogów. Czasem jednak dominuje tylko jeden z tych wymiarów, a drugi jest zmarginalizowany i zepchnięty do nieświadomości. To, w kierunku którego rozwiązania wyewoluuje psychika danego człowieka, zależy od stopnia złamania woli dziecka przez opiekunów, a także od tego, czy proces ten był wszechogarniający.


Jeśli proces ten był totalny i miał znamiona psychicznego wykorzystywania, dochodzi do wykształcenia się osobowości masochistycznej. Osoba taka z definicji czuje się zła i nieświadomie jest przekonana, że po prostu zasługuje na cierpienie. Masochizm społeczny przejawia się jako uległość, skłonność do podporządkowywania się, poświęcania dla innych, a nawet szukania sobie kolejnego tyrana w dorosłym życiu. Ktoś taki – niczym córka alkoholika-sadysty – będzie czuł się „na miejscu” tylko w układzie, który ma zakodowany we własnym dziecięcym doświadczeniu. Masochiści mogą deklarować cierpienie i chęć zmiany, ale w głębi duszy będą ciągnąć do relacji, którą znają od podszewki i która wydaje im się naturalna, a przez to w jakiś przewrotny sposób bezpieczna. Czasem wręcz nieświadomie dążą do bycia wykorzystanym i skrzywdzonym ponownie, co wpycha ich w relacje z… psychopatami i sadystami.


Osobowość sadystyczna z kolei jest efektem wychowania, które było surowe i łamało wolę dziecka, ale jednak nie w tak totalny sposób jak w przypadku masochisty. W tym przypadku za twardymi nakazami, zakazami, a nawet rozkazami musiała stać jakąś zdegenerowana rodzicielska troska. Sadysta musiał pozwolić złamać swoją wolę i zaadoptować się to tego faktu, tłumiąc w sobie złość i agresję. Nie został jednak tak zgnieciony i doszczętnie wykorzystany psychicznie przez rodziców jak masochista. Dlatego sadysta ma ukształtowane ego, a nawet superego. On został jedynie zmuszony przez rodziców do nagięcia się, częściowego wyrzeczenia swojej woli, a agresja – która się przez to złamanie zrodziła – jest potem w dorosłym życiu przekierowywana na obiekt zastępczy, czyli przyszłe ofiary.


Dorosłe dziecko wychowane bardzo twardą ręką w rodzinie, w której nie było miejsca na empatię i bliskość, będzie czuło mściwą satysfakcję, zadając cierpienia innym osobom. Agresja, odczuwana początkowo np. do zbyt surowego i krzywdzącego ojca, zostaje wyparta i przekierowana na bardziej bezpieczny obiekt. Chroni to psychikę przed uświadomieniem skrywanego w sobie konfliktu między miłością do ojca i chęcią bycia przez niego akceptowanym, a wrogością wobec niego i buntem przeciw przymusom.


Ofiara, która w trakcie dorastania przeistacza się w sprawcę, wypiera z siebie poczucie krzywdy. W pewnym stopniu dzieje się tak nawet u osób dorosłych, np. w wojsku. Człowiek, który przeszedł tzw. falę, sam często męczy kolejne pobory. Spycha do nieświadomości, jak było mu źle i utożsamia się z katami, którzy zadawali mu cierpienia. Czasem nawet ich idealizuje – niczym maltretowane dziecko, które już jako dorosła osoba zaczyna wychwalać bijącego ojca i przekonuje samo siebie, że dzięki temu wyszło na ludzi. W sadyzmie zaczyna działać mechanizm obronny zwany identyfikacją z agresorem. Zamiast czuć się pokrzywdzonym, człowiek taki sam zaczyna krzywdzić, dzięki czemu nie czuje już ciężaru swojej złej przeszłości. Niestety – kosztem innych ludzi.


Ponieważ mechanizm powstawania osobowości sadystycznej zakłada pewne pozytywne kontakty z rodzicami, sadysta – w odróżnieniu od psychopaty – może mieć ukształtowaną jakąś formę moralności. Te kategorie się nie wykluczają, ponieważ sadystyczne tendencje mogą być społecznie akceptowane. Komornicy, tzw. nadgorliwi urzędnicy czy np. rzeźnicy mogą odczuwać przeniesieniową przyjemność ze swojej pracy. Szczególnie widoczni stają się sadyści w czasie wojen i rewolucji, kiedy dzięki zamiłowaniu do brutalności mogą rozwinąć skrzydła. Nazistowscy czy komunistyczni oprawcy mieli jakąś tam wykrzywioną moralność. Potrafili niekiedy oddać życie za umiłowany ustrój, okazywali też czułość swojej rodzinie. Ich problem polegał na mszczeniu się za własne krzywdy na niewinnych ludziach, z czego oczywiście nie zdawali sobie sprawy.


Generalnie całe społeczeństwo hitlerowskich Niemiec miało zauważalny rys sado-masochistyczny, będący mieszanką tendencji do zadawania krzywdy jak i podporządkowywania się dominacji. Ludzie wychowani w pruskim drylu byli masowo łamani w dzieciństwie i zmuszani do posłuszeństwa w swoich rodzinach, a potem w szkołach i innych placówkach państwowych. W efekcie wielu Niemców z tamtego okresu nosiło w sobie gotowość do sadystycznych zachowań, dzięki którym mogli oni odreagować własne krzywdy z dawnych czasów. Żydzi, Polacy i inni podludzie byli do tego idealnymi obiektami. To był wróg, na którego można było przelać osobiste frustracje z dzieciństwa. I to wskazany przez wodza-sadystę, któremu Niemcy dalej mogli się bezwarunkowo podporządkowywać, niczym kiedyś własnym surowym rodzicom. Narodowo-socjalistyczna ideologia pozwalała temu narodowi w przerażający sposób wykorzystać destrukcyjny potencjał, którego fundamentem był wpajany od dzieciństwa pruski model wychowania.


SADO-MASO

Osobną kwestią jest seksualny sadomasochizm, który wcale nie musi współwystępować z sadyzmem czy masochizmem społecznym. Faktem jest, że oba problemy w dużej mierze mają podobne podłoże – łamanie woli i nieświadome mszczenie się za ten fakt na innej osobie lub na sobie samym. Łóżkowi sadyści wywodzą się spośród ludzi mających jakieś negatywne zaszłości z matką. Partnerka w dorosłym życiu jest jej naturalnym przedłużeniem. Czasem matka bywa jednocześnie obiektem miłości jak i nienawiści. Do tego dochodzą komplikacje związane z kompleksem Edypa. W skrajnych przypadkach nienawiść do matki jest tak silna, że blokuje odczuwanie popędu seksualnego. Aby go odblokować, osoby takie muszą podczas kontaktów płciowych uwalniać własną agresję. Dając jednoczesny upust nagromadzonemu i zablokowanemu gniewowi, zyskują sposobność, aby dopuścić do siebie także popęd seksualny i odczuć płynącą z niego przyjemność. W efekcie, w skrajnych przypadkach tylko dzięki przeniesieniowym, sadystycznym zachowaniom mogą osiągnąć erekcję i orgazm.


Masochiści – wprost przeciwnie. Czują się winni swoim seksualnym popędom. Poddawanie się biciu lub innym formom cierpienia jest dla nich nieświadomą karą za nieakceptowane erotyczne potrzeby. Ponieważ podczas kontaktu płciowego pokutują za właśnie popełniany grzech, mogą jednocześnie uwolnić się od poczucia winy. Tym samym cierpienie staje się dla seksualnych masochistów drogą do nawiązania kontaktu ze swoją seksualnością i pełniejszego przeżywania płynącej z niej przyjemności.


SOCJOPATA

To kolejny termin, który jest powszechnie mylony. Trudno się dziwić, ponieważ nawet w literaturze naukowej jest różnie definiowany. Trzymajmy się jednak podziałów stosowanych w psychologii psychodynamicznej, ponieważ daje ona nie tylko definicje, ale też dokładne wytłumaczenie mechanizmów powstawania danego problemu.


Socjopata to człowiek, który nie panuje nad swoimi destrukcyjnymi impulsami. Od psychopaty i sadysty różni się tym, że jego agresja nie jest kontrolowana. Socjopata potrafi wpaść w furię z powodu – zdawałoby się – błahostki. Zdarzało się, że ktoś taki wybuchał żądzą mordu, kiedy okazywało się, że napotkany przez niego człowiek nie miał pieniędzy, które można by mu ukraść. To socjopaci są odpowiedzialni za zabójstwa dla 20 złotych czy za pobicia za krzywe spojrzenie się na nich. Sadysta wie, kiedy i kogo może uderzyć. Socjopata działa bardziej impulsywnie. On też nieświadomie mści się za krzywdy doznane w dzieciństwie. Jednak jego traumatyzujące doświadczenia wydarzyły się w bardzo wczesnym okresie życia, kiedy mały człowiek nie miał wykształconych jeszcze mechanizmów samokontroli.


Sadyści i psychopaci maja ukształtowane ego. Potrafią przewidywać i kontrolować się. Co prawda w dzieciństwie wolę sadysty także złamano, zrobiono tak jednak pozornie dla jego dobra. Poza destrukcyjnymi doświadczeniami spotkały go też pozytywne, które pozwoliły zbudować ramy ego. Dzięki nim sadysta wykazuje względną stabilność zachowań i nie jest tak wrażliwy na frustrację jak socjopata. Ten ostatni jest kruchy psychicznie. Każda, nawet najmniejsza frustracja, uruchamia u niego lawinę niekontrolowanych uczuć. Jest jak stóg siana, gotowy zająć się ogniem od niewielkiej iskierki.


Bierze się to z faktu, że socjopata doznał kolosalnych urazów psychicznych w bardzo wczesnym dzieciństwie. Nie miał więc szans zbudować silnego ego, które chroniłoby go przed wpadaniem w szał. Każdy noworodek ma rozbudowany system potrzeb, które powinny być spełnione przez otoczenie. Nie kiedyś, ale tu i teraz – w innym przypadku niemowlę zaczyna złościć się i płakać. Dla zbudowania zdrowej osobowości strasznie ważne jest, żeby na te potrzeby empatycznie reagować.


Jedzenie dostarczane we właściwym czasie buduje w niemowlęciu przeświadczenie, że jego potrzeby generalnie będą zaspokajane – zarówno teraz jak i w przyszłości. Bliskość fizyczna oraz pieszczoty kształtują podstawowe umiejętności społeczne i poczucie bycia akceptowanym. Dotyk, kołysanie i empatyczna opieka tworzą poczucie bezpieczeństwa.  Dziecko uczy się, że prędzej czy później mama usłyszy jego płacz i przyjdzie nakarmić, utulić, zmienić pieluchę. Niestety, niektórym osobom nie jest dane zaznać tych podstawowych pozytywnych doświadczeń. Mało tego, część z nich staje się ofiarami mniej lub bardziej jawnego maltretowania. Takie dzieci wyrastają na socjopatów.


Osoby odporne psychicznie zachęcam do obejrzenia poniższego filmu. Ale ostrzegam – mnie mdliło podczas tego oglądania.



To dziecko – jeśli przeżyje – zapewne będzie miało osobowość socjopatyczną. I naprawdę nie można się mu dziwić, po prostu jest na to skazane. Nie chcę tu usprawiedliwiać sprawców przestępstw, ale prawda jest taka, że ich tendencje są efektem patologii. A patologie te to efekty wykorzystywania, przemocy, która bywa tak straszna, jak na powyższym filmie. Podstawowe i fundamentalne potrzeby dziecka – jak poczucie bezpieczeństwa, akceptacji, bliskości – zostały nie tylko odrzucone. One zostały zrównane z ziemią, bez jakichkolwiek nadziei na zaspokojenie. Dziecko takie – jak już dorośnie – nie będzie potrafiło zapanować nad swoimi emocjami, nie będzie umiało powstrzymać frustracji i planować swoich działań. Socjopata żyje cały czas na psychicznym poziomie niemowlęcia, które po prostu chce jeść, domaga się przytulenia. Kiedy te potrzeby nie są zaspokajane – płacze, wije się, miota. Dorosły socjopata instynktownie zrobiłby to, czego nie zrobiło dziecko z filmiku, ponieważ nie mogło. Oddałby wyrodnej matce, zemściłby się bezpośrednio na niej. I to byłoby dobre, bo agresja zostałaby przekierowana na właściwy obiekt. Jednak mechanizmy obronne stosowane przez psychikę sprawią, że pamięć destrukcyjnych zdarzeń zostanie wyparta. Echa tych zapomnianych traum powracać będą do świadomości za każdym razem, kiedy przywołają je – choćby nieco tylko podobne –  negatywne doświadczenia. To dlatego pozorna błahostka jest w stanie wzbudzić w socjopacie niewspółmiernie mocną reakcję. On na każdą frustrację reaguje tak, jak zareagowałoby na zachowanie swojej matki dziecko z filmiku, gdyby tylko mogło. Tyle, że ofiarami dorosłego socjopaty są nie prawdziwi sprawcy cierpienia, a przypadkowi ludzie.


URODZENI MORDERCY

To tytuł dobrego filmu, a jednocześnie naiwnego ludzkiego przekonania. Nie rodzimy się źli. Ale nie rodzimy się też dobrzy. Na świat przychodzimy w sensie moralnym jako tabula rasa, niezapisana tablica. To nasze doświadczenia sprawiają, że stajemy się tacy lub inni. Jest w tym pewien fatalizm, czyli przekonanie, że nie możemy zmienić swojego losu. To prawda, nie możemy zmienić naszych pierwotnych doświadczeń. Jednak mimo wszystko już jako dorośli ludzie mamy szansę zyskać pewien wgląd w przyczyny własnych zachowań. I podjąć kroki, aby przeszłe traumy skutecznie odreagować i zapełnić braki z dzieciństwa. Dzięki samoświadomości – a najlepiej psychoterapii – możemy modyfikować swój los, choć w przypadku opisanych powyżej zaburzeń jest to bardzo trudne. Psychopata po prostu nie widzi problemu. Leczenie tego zaburzenia – o ile w ogólne do niego dojdzie – jest olbrzymim wyzwaniem dla terapeuty. Wiąże się z psychicznym pokonaniem narcyzmu pacjenta, przy jednoczesnym empatycznym reagowaniu na jego regresyjne potrzeby. Dlatego często uchodzi za niemożliwe. Czasami się udaje, są to jednak Himalaje psychoterapii.


Podobny problem jest z socjopatą. Jak pomóc człowiekowi, który ma tak kolosalne braki, w tak fundamentalnych kwestiach? Powszechne ujęcia psychoterapeutyczne są praktycznie bezradne. Tak głębokich problemów nie wyleczą słowa, bo trauma ta powstała, jeszcze zanim powstały słowa, w dzieciństwie tak wczesnym, że jeszcze niewerbalnym. One są zakodowane w przerażającym doświadczeniu, w zdegenerowanych – ale prawdziwych i przez to cennych – odruchach. Tu pomóc może tylko terapia traumy odwołująca się do pierwotnych instynktów ciała, połączona z empatycznym, stopniowym budowaniem ego. Wszystko to musi odbywać się w atmosferze, która jest zastępczym – bo odbywającym się w warunkach terapii – dawaniem miłości, której zabrakło w dzieciństwie. To teoretycznie możliwy proces, ale piekielnie trudny do przeprowadzenia.


NA GRANICY

Podobnie – choć na dużo słabszym poziomie – jest w przypadku osobowości borderline, innym stosunkowo powszechnym i często źle rozumianym zaburzeniu. To stan nieco podobny do socjopatii, cechujący się wybuchowymi zachowaniami, w którym lawinę negatywnych uczuć może przywołać stonkowo drobne wydarzenie. Borderline to jednak osobowość znajdująca się na nieco wyższym poziomie rozwoju i poza negatywnymi emocjami zna także pozytywne. Tylko nie potrafi obu tych doświadczeń połączyć i dlatego łatwo jest jej radykalnie zmieniać nastawienie. Z uwielbienia wobec kogoś może wpaść w nienawiść względem tej samej osoby. Lub odwrotnie.


W przypadku osobowości borderline trudno mówić o byciu „złym”, bo osoba taka nie ma złych intencji, choć często bywa destrukcyjna. Szczególnie dla relacji interpersonalnych, ale czasem także dla siebie samej – poprzez tzw. cięcie się lub inne formy samoniszczenia. Osobowość borderline można opisać raczej jako krzywdzącą i raniącą. Dzieje się tak szczególnie wobec bliskich, na których siłą rzeczy zostają przenoszone własne złe doświadczenia z przeszłości – szczególnie z dzieciństwa. Żadne zaburzenie osobowości nie bierze się z niczego i nie można się z nim tak po prostu urodzić. Fakt, że ludzie często nie pamiętają własnych traum i złego dzieciństwa, niczego nie zmienia. To dziecko z filmiku powyżej też w dorosłości może nie pamiętać, jak było bite i krzywdzone. Szczególnie, gdyby z jakiegoś względu ten proces został zaprzestany, np. na skutek późniejszej adopcji przez inną rodzinę. Te pierwotne doświadczenia jednak zostaną w psychice i będą przejawiać się w osobowości oraz zachowaniach dziecka. Ku rozpaczy nowych – adopcyjnych – rodziców.


Taka trauma może wydarzyć się także tylko w sferze emocji, ponieważ krzywdzenie nie zawsze musi mieć formę fizyczną. Nie trzeba bić, aby pozostawić niegojące się rany. Blizny w psychice są często dużo trudniejsze do wyleczenia, bo pozornie niezauważalne. Wiele osób mówi, że miało dobre dzieciństwo. Często dopiero w trakcie psychoterapii okazuje się, że nie wszystko było tak różowe, jak mogłoby się wydawać. To naturalne, że idealizujemy swoich rodziców. W końcu każde dziecko chce być kochane, nawet wbrew realnym doświadczeniom. Popatrzcie na ten straszny filmik. Mimo wyrządzania wielkiej krzywdy, dziecko to wcale nie odsuwało się od matki. Wręcz przeciwnie – wijąc się, przysuwało się do niej, jak gdyby mimo wszytko wierzyło, że będzie przytulone. To naturalna reakcja. Dlatego wypieramy z psychiki negatywne doświadczenia i idealizujemy swoich opiekunów. Instynktownie wolimy mieć takich niż żadnych. A żeby zachować jakiś spójny obraz świata i nie zwariować – wypieramy z siebie negatywne doświadczenia i stojącą za nimi złość. Często przenosimy potem tę agresję na inne osoby albo kierujemy ją na siebie samych, co objawia się pod postacią autoagresji, masochizmu, dziwnych lęków, nerwic, a nawet chorób psychicznych.


Dziecko z filmiku może zapomnieć, co przeżyło. Ale jego psychika będzie „pamiętać”. W  obu wspomnianych zaburzeniach – borderline i socjopatii – ego jest słabe, fragmentaryczne i niezdolne do znoszenia frustracji. Nie da się go odbudować samą siłą woli ani samokontrolą. Impulsy wywodzące się ze sfrustrowanych potrzeb są zbyt silne, by dało się je opanować. Choć przykre, są one jednocześnie jedyną drogą wyjścia z problemów. Muszą być tylko odpowiednio ukierunkowane, powoli dopuszczane do głosu i połączone z budowaniem struktur ego. Ten ostatni proces przeprowadza się w podobny sposób, jak dzieje się to naturalnie u dzieci – przez delikatne frustrowanie archaicznych potrzeb, które jednak generalnie są w jakiś sposób zaspokajane przez terapeutę. Dzieci także nie zawsze są karmione natychmiast, jak tylko zasygnalizują głód. Powoli uczą się, ze mama jest oddzielną osobą i nie może być idealnym odzwierciedleniem niemowlęcia. Jeśli te frustracje są małe, w dziecku tworzy się przekonanie, że jest bezpieczne, bo prędzej czy później jego potrzeby zostaną zaspokojone. Takie optymalne, niewielkie frustracje wzmacniają ego i budują zdolność do emocjonalnej samokontroli. Podobną sytuację próbuje się odtworzyć w psychoterapii. Jednak w przypadku osobowości socjopatycznej oraz borderline jest to praca niezwykle trudna, bo terapeuta musi zapełnić braki sięgające często wczesnego niemowlęctwa. I to przy wykorzystaniu stosunkowo małego wpływu własnej osoby. Trudno w przeciągu kilku godzin w tygodniu nadrobić braki, które tworzyły się latami.


Z sadystą jest trochę łatwiej. Zbudowanie świadomości własnych destrukcyjnych mechanizmów obronnych i przekierowanie złości na właściwy obiekt może utorować zmianę całej osobowości. O czymś podobnym wspominałem w tekście Teoria chaosu, gdzie przytoczony był przykład człowieka torturującego szczenięta. To także był sadyzm, do tego podszyty seksualną dewiacją. Zło rodzi zło. Ale psychoterapia potrafi przeprowadzić na tym złu skuteczną aborcję, choć nie zawsze jest to łatwe.


DOBRY PARADOKS ZŁA

Krzywda jest złem i trudno ją gloryfikować. Czasem potrafi być jednak tym, co pozwoli dobru zakiełkować. U źródeł altruizmu w pewnym stopniu leży też własne cierpienie. W tekście Pomyłka ewolucji opisywałem brutalny eksperyment, polegający na stworzeniu diabolicznej zależności. Sięganie po pożywienie przez jedną małpę powodowało rażenie prądem drugiej. Badano, jak długo zwierzęta mające kontrolę nad cierpieniem innych, będą powstrzymywać się od jedzenia. Jednym z efektów była obserwacja, że czas ten wydłużał się, jeśli makak mogący sięgnąć po pożywienie był wcześniej w tej drugiej sytuacji i to on był rażony prądem. Małpy mają wiele wspólnego z ludźmi. Tak naprawdę to człowiek też jest jednym z gatunków małp naczelnych. Opisane powyżej doświadczenie ukazało badaczom ten fenomen jeszcze lepiej. I ludzie i makaki reagują podobnie. Samemu mając na swoim koncie bolesne doświadczenia, łatwiej rozumiemy cierpienia innych osób, które znajdą się w podobnie przykrej sytuacji co my kiedyś. Między innymi w ten sposób rodzi się empatia i altruizm. A dobro nie jest prostym brakiem zła. Jest czymś więcej. Czymś, co czasem bierze swój początek w pozornie jednoznacznie złym doświadczeniu.


Dowodzi to tego, że nawet najgorsza przeszłość może stać się czymś, od czego można się odbić i co można przekuć w siłę potrzebną do pomagania innym. Nie ma lepszych i bardziej zaangażowanych terapeutów uzależnień niż byli alkoholicy czy narkomani. Dawni przestępcy, którzy przeszli wewnętrzną przemianę, potrafią czasem poświęcić się dla ratowania innych, także pozornie skazanych przez los na pogrążanie się w spirali przemocy i agresji. Zło może dać wielkie źródło energii do działania na rzecz dobra. Trzeba jednak najpierw odbić się od dna i samemu wypłynąć na powierzchnię. Najlepiej z pomocą psychoterapeuty, bo trudno utrzymać się na powierzchni tylko o własnych siłach, mając przywiązany u szyi kamień osobistych traum. Walka z ciężarem swojej przeszłości jest do wygrania. Jest to potyczka niezwykle trudna i długotrwała. Ale czyż nie na tej nierównej walce polega prawdziwy heroizm ludzkiego życia?