Co sprawia, że pewni ludzie szukają samorealizacji w samotności, a inni potrzebują do tego grupy? Pewne osoby zostają indywidualistami, kroczą swoimi własnymi ścieżkami. Inni czują potrzebę stopienia się z jakąś grupą, mimo wiążącego się z tym podporządkowania i rezygnacji z części własnej niezależności.

 

 

.

 

Mimo tym, co fanatyzm próbują w nas dusić, 

mimo wszystkim, co chcą nas po prostu ukrócić, 

mimo zakazom, nakazom mamy ich dupie, 

bo PRAWDZIWA SIŁA TKWI W NASZEJ GRUPIE


Ten cytat oddaje esencję instynktu stadnego – grupa oznacza siłę. A zwłaszcza grupa kultywująca wspólne wartości. Kiedyś funkcję tę pełniły subkultury. Ale subkultury już się skończyły, ponieważ wypaliło się nakręcające je paliwo. Przez całe dziesięciolecia był nim bunt przeciw zastanej rzeczywistości. Hippisi, punki, metale, skate`ci czy skini napędzali się sprzeciwem. Ich motywy były teoretycznie inne, ale z gruntu podobne – każda subkultura dawała poczucie oparcia w grupie, a więc także poczucie siły, sprawczości. Rzeczywistość się poprawiła, świat stał się bardziej wolny, momentami nawet sprawiedliwszy, a powszechnie obowiązującą wartością okazał się konsumpcjonizm. Subkultury wypsiały, zastąpione przez grupki egocentryków zwanych obecnie hipstersami czy emo.

 

A jednak obecna w pewnych ludziach chęć doświadczenia siły grupy nie zniknęła. Nie mogła, bo to cecha typowa dla dość powszechnie występującego typu charakteru, nazwanego osobowością autorytarną. Tworzy się ona w pewnym środowisku rodzinnym, które nierzadko ma miejsce w polskich domach. Z czasem zmienia się nie treść, a jedynie forma zewnętrznych wyrazów tego charakteru.

 

Jestem kibicem i tego się nie wstydzę, 

mam swą drużynę i mam swą dzielnicę,

 wierny im zawsze po życia kres,

 wierny i oddany, jak dobry pies.

 Wiem, że nigdy nie zostanę sam.


Kibole są ciekawym przykładem jednego z aktualnych wcieleń osobowości autorytarnej. Niegdyś opisywał ją Erich Fromm w „Ucieczce od wolności” na przykładzie Niemców w okresu III Rzeszy, ale pewne rzeczy się nie zmieniają. Wolność wymaga odwagi. Nie odwagi do bójki, ale dzielności wobec zwykłej ludzkiej samotności, wobec problemów z naszą prywatną przeszłością, z niepewną przyszłością. Podobno wszyscy rodzimy się i umieramy w samotności. Ale nie wszyscy potrafimy wytrzymać nasz indywidualizm w ciągu życia. Odpowiedzialność za własny los to ciężar, dla pewnych osób nie do zniesienia.

Dużo łatwiej jest podporządkować się grupie – pozwolić się ponieść wrażeniu wspólnej siły, przyjąć pewne wartości jako jedyne i niedyskutowalne. Dzięki temu życiowe pytania rozwiązują się same i nie wymagają już refleksji. Nie przez przypadek jedna z przyśpiewek kibiców Legii brzmi: „Szkoła, praca, dziewczyna, rodzina; wszystko to dziś nie liczy już się; kiedy gra ukochana drużyna, której dawno oddałem serce swe”. To nadaje jasne, klarowne ramy życiu, a świat od razu staje się prostszy. Czasem wręcz prostacki. Ale uciec od wolności, to uciec od samotności , co na głębszym poziomie jest istotą tej dezercji – „wiem, że nigdy nie zostanę sam”.


Fromm w charakterze autorytarnym widział mieszankę sadyzmu i masochizmu. Ale wbrew popkulturowemu skojarzeniu nie ma to nic wspólnego z seksem, a jedynie z postawą wobec otoczenia. Masochizm oznacza podległość. Wiąże się z nim przeżywanie poczucia niższości wobec silniejszych i stojących wyżej w hierarchii grupy. Masochizm to poddaństwo, charakteryzujące się także konformizmem, ale również ofiarnością, lojalnością i wiernością – „wierny im zawsze po życia kres; wierny i oddany, jak dobry pies”.

Z masochizmem nierozerwalnie związany jest sadyzm. Czasem jest to związek oparty na partnerstwie, czasem jeden biegun jest ukryty. Zwykle zależy to od okoliczności. Ta sama osoba może pochylać głowę przed grupą i jednostkami stojącymi wyżej w hierarchii, czym daje wyraz swoim tendencjom masochistycznym, a potem dominować i pogardzać słabszymi lub wrogą grupą, dając ujść tendencjom sadystycznym.


Sadyzm wiąże się także z przemocą. Dominowanie i wrogość to tendencje charakterystyczne dla tego wymiaru. Sadyście sprawia radość wyładowanie swojej złości na ofierze. Poniżać można wyzwiskami. Tymi stereotypowo obraźliwymi jak choćby „Żydzi!”, czy bardziej melodyjnymi np. „Moja piosenka jest bardzo krótka, XXX to kurwa i prostytutka”. Ale jeszcze lepszym wyładowaniem się jest kara fizyczna – narzucają się tu wcale nie tak rzadkie pobicia za kibicowanie niewłaściwemu klubowi.

O ile masochizm pozwala poczuć moralną przyjemność (satysfakcja ze świadomości poświęcenia ponoszonego dla wyższych wartości), o tyle sadyzm może wyzwolić wręcz prawdziwą ekstazę. Żołnierz o tym rysie na polu boju może przeżywać niewyobrażalną rozkosz. Przestaje być spętany ograniczeniami, liczy się tylko tu i teraz. I co najważniejsze – wreszcie bezkarnie może uwolnić od dawna skrywaną nienawiść. Czy nie tak czuje się kibol walczący na ustawce?

„Kiedyś byli rycerze, żołnierze, każdy o coś walczył. Teraz my walczymy o honor naszego klubu.”


Dlaczego tą drogą idą ci, a nie inni ludzie? Fromm wskazywał na kilka fundamentalnych czynników. Opisywał rodziny, w których miłość – zwłaszcza taka empatyczna –  to tylko puste słowo. Między jej członkami panuje emocjonalny chłód. Ojciec zwykle jest autorytarny i dominujący. Wymusza swoje decyzje na innych członkach rodziny, nie licząc się z autonomicznymi potrzebami i wolą swoich bliskich. Tak jak każda akcja budzi reakcję, tak każda agresja budzi nienawiść. Jednak złość powstająca naturalnie w dziecku, którego wola została złamana przymusem, musi zostać wyparta. Syn nie może okazać swojej złości wobec tyranizującego go ojca, bo spotkałaby go za to jeszcze gorsza kara.  Zdusza więc w sobie naturalną złość i podporządkowuje się. Z czasem ten proces nawarstwia się, a potem często dodatkowo potęguje patologicznymi sytuacjami w grupie rówieśniczej. W zaniedbanych, publicznych szkołach często dochodzi do przemocy, kiedy to silniejsze dzieciaki pastwią się nad słabszymi, a starsi nad młodszymi. To też utwardza cechy autorytarne – uczy, że jednym należy ustępować i wręcz dawać się poniżać, a odbić można sobie na słabszych. Nawet jeśli nie teraz, to za jakiś czas, kiedy samemu przestanie się być pogardzanym i będzie mogło zemścić się za doznane krzywdy na przyszłych „kotach”.


Przywołajmy w myślach obraz typowy dla wielu polskich rodzin. Zmęczona, mająca mało czasu i niezbyt czuła matka. Przez swój brak czasu oraz pochłonięcie własnymi problemami i trudnymi relacjami z mężem nie potrafi podchodzić do dzieci z należytą empatią i czułością. Nie jest więc w stanie zadośćuczynić szkodom, które w psychice dziecka wyrządza, mający ciężką rękę i surowe wymagania, gburowaty ojciec. Dziecko musi się więc podporządkować tyranowi (nie może uciec pod opiekę matki) i wyprzeć swoją frustrację. Ta frustracja rodzi chęć odreagowania, a ponieważ okazanie złości ojcu nie wchodzi w rachubę, jest przenoszona na otoczenie. Psychika szuka wtedy akceptowalnego obiektu zastępczego. Dzięki temu agresja jest wyładowywana w bezpieczny sposób, bo bez świadomości na kogo pierwotnie była kierowana.


Niekiedy ta utajona złość może drzemać stłumiona w człowieku całe lata. Tak działo się np. z bardzo autorytarnymi Niemcami przed nastaniem III Rzeszy. Obowiązującym modelem wychowania było wtedy chłodne i rygorystyczne „Ordnung muss sein” (Porządek być musi), a woli dzieci nikt nie brał pod uwagę. Wszystko trzymało się do czasu, aż system społeczny rozpadł się w czasie kryzysu gospodarczego. Całe masy autorytarnych ludzi, do tej pory sztywno trzymające się konwencjonalnych zasad, zaczęły szukać winnych swojego nieszczęścia. Wybór ofiary padł na „obcych” – Żydów, a później także Polaków, Czechów, Rosjan i innych „słabszych”, nazwanych – nomen omen – podludźmi. Nagromadzona agresja mogła być wreszcie bezpiecznie dla psychiki wyrzucona na niezagrażający psychice obiekt.


Czy nie czymś podobnym są współczesne okrzyki „Żydzi!” lub pokrewne nazywanie grupy obcej „kurwami”,  czy chóralne wezwania do jej „jebania”? I w tym i w tym przypadku chodzi o upokorzenie drugiej grupy, która staje się kozłem ofiarnym dla własnych frustracji. Wroga wskazuje społeczeństwo, a dokładniej rzecz biorąc nasza własna grupa odniesienia. W czasie subkultur przeciwnika definiowała ideologia. Mogli być nim kapitaliści, komuniści, Kościół, aparat państwowy czy system społeczny. Wraz z końcem ery subkultur powróciliśmy jednak do bardziej trywialnych wartości – zamiast ideologii mamy terytorializm. To atawistyczna potrzeba stadna, typowa już dla małp i naszych przodków z czasów plemiennych. My jesteśmy stąd, więc nie lubimy tych, co są stamtąd. W grupie siła – własnej. A w obcej wróg, czyli potencjalna ofiara.


Choć „deal”, jaki robi psychika z budzącym skrywaną agresję doświadczeniem, wydaje się korzystny, pociąga za sobą jednak istotny koszt. Jest nim wyzbycie się autonomii. Niemcy oddali władzę komuś, kto dawał grupie poczucie siły – Hitlerowi i NSDAP. Dostali przewodnika i wrażenie jedności, co napełniło ich wrażeniem siły. W istocie stali się grupą o ogromnym potencjale niszczenia. Jednak każdy z nich z osobna przestał być wartością. Bo wartością była tylko zbiorowość, czyli naród. Za choćby tylko symboliczne wyłamanie się z wierności grupie groziła kara. Człowiek zaznaczony w kółku na zdjęciu poniżej był członkiem Partii Nazistowskiej, jednak za „obrazę rasy”, polegającą na niewyciągnięciu ręki, został skazany i uwięziony. Ukryć w tłumie może się tyko ktoś, kto kracze jak reszta wron. Swoją drogą, czy nie jest tak, że za nieśpiewanie na trybunie ultrasów zostaje się przez przywódcę („zapiewajłę”) lub jego przybocznych przywołanym do porządku strzałem w pysk? Czyżby chodziło o obrazę klubu?

 

 

Siły szuka ten, kto czuje się słaby. Może ją znaleźć, poddając się potężnej zbiorowości. Jednak siła grupy kosztuje – zaprzedanie się grupie zabija naszą indywidualność. Złożyć ciężar życiowych wyborów na rzecz prostych odpowiedzi jest łatwo. Inna sprawa, czy te łatwe odpowiedzi faktycznie dotyczą sensu życia, czy są tylko ucieczką do archaicznej potrzeby znalezienia bezpieczeństwa wśród „swoich” i zrzucenia ciężaru swoich prywatnych nieszczęść na „obcych”.


Mimo tym, co fanatyzm próbują w nas dusić, 

mimo wszystkim, co chcą nas po prostu ukrócić, 

mimo zakazom, nakazom, mamy ich w dupie,

bo prawdziwa siła tkwi w naszej grupie. 

Jak rycerze zakładali zbroje i brali miecze,

tak my bierzemy barwy i chodzimy na mecze.

Jak ludzie się modlą o łaskę w kościele,

tak my na stadionie o wygranych wiele.

Nasz potencjał wielki, nasze głośne przyśpiewki,

wciąż kroczymy pewni, starzy jak i młode łepki.

(…)

Za klub oddamy życie, to nasza wspólna racja,

za klub oddamy wszystko, bo to nasza wspólna pasja.

tekst i muzyka: Beron, „To my kibice”


PS. Nie jestem kibicem, jednak mam wśród swoich znajomych prawdziwych ultrasów, którzy za swoim klubem jeżdżą po całej Polsce, a nawet świecie. Nie chciałbym, żebyście poczuli się tym tekstem w jakikolwiek sposób dotknięci – wiecie przecież, że jest wiele innych powodów, aby kogoś cenić, poza wspólnymi zainteresowaniami sportowymi.