Obraz BogaTo zadziwiające, jak mało ludzi zna biblijne przykazania. I bardzo dobrze, bo znajomość Pisma Świętego zabiłaby wiarę w niejednym katoliku. Przeczytanie świętej księgi uwidoczniłoby, że to, co rzekomo boskie i niepodważalne, zostało w perfidny sposób zmanipulowane i dostosowane do bieżących potrzeb przywódców Kościoła. Tak właściwie to było bowiem… 11 przykazań.

Nie zastanawiało Was nigdy, dlaczego Bóg w dziesiątym przykazaniu wypowiedział się tak niegramatycznie? „Ani żadnej rzeczy, która jego jest” brzmi dość absurdalnie. W rzeczywistości Bóg mówił jednak do rzeczy, a to ludzie przycięli Jego wypowiedź do swoich potrzeb.

Oryginalne dziesiąte przykazanie brzmi bowiem: Nie będziesz pożądał domu bliźniego twego: ani będziesz pragnął żony jego, nie sługi, nie służebnice, nie wołu, nie osła, ani żadnej rzeczy, która jego jest. (Księga Wyjścia, 20, 17; wg.  Biblii ks. Jakuba Wujka, czyli najbardziej dosłownego przekładu). Niby podobnie, ale jednak inaczej. Bóg powiedział po prostu: „nie chciej przywłaszczyć sobie dóbr innego Izraelity” i dobra te wyszczególnił jako: żona, służący, dziewki służebne, bydło i inny inwentarz oraz pozostałe przedmioty. Przy czym powiedzmy sobie jasno, że mowa tu o jednym przykazaniu, a nie dwóch, jak chciałby Kościół katolicki. Nasuwa się więc oczywiste pytanie – po co rozbijano ten zapis? Odpowiedź jest równie oczywista – aby się zgadzała liczba 10, bo tyle powinno być przykazań.


Choć być może trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, to w Biblii istnieje jeszcze jedno przykazanie, które wyrzucono z oficjalnego Dekalogu głoszonego przez Kościół katolicki. Pierwotnie było ono drugie i brzmiało: Nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał ani służył. Ja jestem Pan, Bóg twój, mocny, zawistny, karzący nieprawość ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą; a czyniący miłosierdzie tysiącom tych, którzy mię miłują i strzegą przykazań moich.

Pozornie wydaje się ono bez sensu, ale tylko pozornie. Przykazanie to stanowi zakaz tworzenia przedmiotów kultu, które byłyby odzwierciedleniem jakiegokolwiek Boga. Zakaz ten ma swoje odbicie także w innych fragmentach Biblii, choćby w opowieści o Złotym Cielcu (o czym już kiedyś pisałem) i wiąże się z wprowadzaniem monoteizmu wśród z natury politeistycznych Izraelitów. Drugie przykazanie do dzisiaj jest przestrzegane przez Żydów, a nawet… muzułmanów. Wewnątrz synagog i meczetów znajdziemy jedynie ozdobne motywy roślinne, nigdy ludzkie ani zwierzęce. Mahomet wręcz skupił się na tym aspekcie i zakaz oddawania czci wszelkim pomnikom powtarza się w Koranie wielokrotnie – wyznawcy Allaha nie powinni nawet budować nagrobków, by nie kusiły ich one do kultu przodków. Oczywiście także przywódcy islamu zaczęli z czasem ignorować pozornie najświętsze nauki i widok muzułmanina modlącego się przy grobie jakiegoś „świętego” nie jest niczym nadzwyczajnym. Wracając jednak do rzeczy – w świątyniach islamu i judaizmu nie ma wizerunków zwierząt ani ludzi. Kiedyś nie było ich także w kościołach chrześcijańskich, ale z czasem drugie przykazanie zaczęło ciążyć i być niewygodne. Katolickie świątynie stawały się coraz bogatsze i mogły pozwolić sobie na rzeźby i obrazy, a mieszanie się z religiami pogańskimi niejako wymusiło wprowadzenie kultu świętych, który odpowiadał na potrzeby ludów politeistycznych. Teoretycznie można by jeszcze próbować bronić tego podejścia, argumentując, że Chrystus przybrał przecież ciało człowieka, a i święci byli ludźmi z krwi i kości. No dobrze, ale przecież obraz Boga Ojca także pojawia się w katolickich świątyniach, że wspomnę tylko sławną Kaplicę Sykstyńską.


Wizerunek Boga Ojca


Jak by ktoś nie wiedział, Bóg to ten starszy facet po prawej. A że Jego przedstawienie jest grzechem najcięższym, bo zapisanym w Dekalogu? Nie szkodzi – wystarczy zastąpić oryginalne przykazania nowymi, zapisanymi w Katechizmie, który jest tłumaczeniem Słowa Bożego na język Kościoła katolickiego. Dla zasady trzeba jednak zaznaczyć, że oficjalnie nic się nie zmieniło, bo to, co zawsze było drugim przykazaniem, włączono po prostu do pierwszego i zmarginalizowano. Było to tym łatwiejsze, że w oryginalne Pismo Święte zapisane jest ciurkiem. Nie ma w nim więc żadnych numerków przy konkretnych przykazaniach. Ale – co by nie było – zakaz malowania i rzeźbienia podobizn Boga jest tam wypisany bardzo jednoznacznie. I co? I nic, bo obecnie na lekcjach religii uczy się już zmodyfikowanych przykazań z Katechizmu, a nie tych oryginalnych z Biblii. Pismo Święte stało się więc tylko luźną inspiracją dla tych, którzy reprezentują Boga tu na ziemi i którzy skorygowali Jego prawa tak, aby były im wygodne. Zresztą Kościół katolicki nigdy nie ukrywał, że „tradycja” stworzona głównie przez tzw. Ojców Kościoła (do czego jeszcze wrócimy) jest równie ważna jak Biblia. A często nawet ważniejsza.


Tak na dobrą sprawę to nawet pierwsze przykazanie bywało w widowiskowy sposób łamane przez strażników prawa bożego. „Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie!” (tłumaczenie za Biblią Tysiąclecia) wydaje się dość jednoznaczne. Tymczasem poniżej załączam zdjęcie zrobione w kościele pobernardyńskim w Ostrzeszowie. Obecnie rezydują tam siostry Nazaretanki, ale niegdyś był to męski klasztor, którego główna świątynia powstała na przełomie XVII i XVIII wieku. Jakość zdjęcia może nie powala, bo zrobiłem je telefonem, ale postać widniejąca u dołu to Chronos, czyli…  grecki bóg czasu. Zdaje się, że to jednak „bóg cudzy”, a już bardziej przed nosem naszego Boga nie dało się go chyba postawić. Przypomnę tylko, że alternatywna wersja tego przykazania wymieniona w Księdze Powtórzonego Prawa brzmi: „Nie będziesz miał bogów cudzych przed oczyma Mymi!” (Biblia ks. Jakuba Wujka). Chronos stoi… przed ołtarzem. Może i nieco za filarem, ale nie sądzę, aby to ratowało sprawę. Tak więc jeśli piekło naprawdę istnieje, to paradoksalnie musi być pełne przedstawicieli kleru.


Chronos - grecki bóg czasu


Przez całe tysiąclecia Kościół miał problem z Biblią, którą umieścił nawet na… Indeksie Ksiąg Zakazanych. Chodzi oczywiście o przekłady narodowe, bo Pismo Święte w wersji łacińskiej uchodziło za względnie niegroźne z tego prostego powodu, że było zrozumiałe tylko dla bardzo wąskiej grupy ludzi znających ten wymarły język, a więc pochodzących z kleru lub elit władzy. W tamtym czasie dla pospólstwa Biblia była księgą magiczną, którą mogli czytać i interpretować tylko wybrańcy Boga. Właściwie to od zakazu posiadania Pisma Świętego w języku prowansalskim wszystko się zaczęło. Był to sposób na zwalczanie herezji albigensów, którzy w XII wieku wyciągali z Pisma nieco odmienne wnioski niż papież. „Bezbożni heretycy” potraktowali słowa Jezusa dosłownie i pochwalali ubóstwo, a potępiali feudalizm, służbę wojskową, oddawanie czci krzyżowi i czyściec (o którym nota bene nie ma nawet wzmianki w Biblii). Albigensi zostali oczywiście wymordowani przez inkwizycję i wyprawy krzyżowe. To wtedy miała paść słynna sentencja wypowiedziana przez legata papieskiego po zdobyciu miasta zamieszkanego przez wyznawców różnych wersji chrześcijaństwa: „Zabijcie wszystkich! Bóg rozpozna swoich”. Tak więc pierwszy zakaz posiadania zrozumiałej wersji Pisma Świętego sformułowano już w XIII wieku, a do idei powrócono 300 lat później, kiedy powstał oficjalny Indeks Ksiąg Zakazanych.


Trzeba przyznać, że były to działania jak najbardziej sensowne. Trudno budować społeczeństwo klasowe w oparciu o nauki kogoś mówiącego o równości, nadstawianiu drugiego policzka i o tym, że „łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielnie, niż bogatemu dostać się do nieba”. Z perspektywy władców taka wykładnia religijna byłaby bezpośrednim podkopywaniem fundamentów państwa. Już pierwszy przekład Pisma Świętego na język angielski zaowocował wybuchem w 1381 roku groźnego powstania, które zachwiało całym królestwem. Chłopi, zachęceni przez ubogich, wędrownych duchownych wyposażonych w ową przetłumaczoną Biblię, zażądali większej równości oraz ukrócenia samowoli urzędników i przywilejów duchowieństwa. Mimo zdobycia Londynu powstanie upadło, a przeciwko Johnowi Wycliffe`owi, autorowi wspomnianego przekładu, papież Grzegorz XI wydał aż 5 potępiających go bulli. Po swojej śmierci tłumacz został pochowany w niepoświęconej ziemi, ale i to okazało się niewystarczającą karą. Na polecenie kolejnego papieża kości Wycliffe`a wyjęto z grobu, zmiażdżono, spalono i wrzucono do rzeki. Po prawdzie papiestwo miało rację – tłumaczenie Biblii na język zwykłych ludzi było działaniem na szkodę Kościoła, czerpiącego zyski z poddaństwa chłopów i istnienia systemu feudalnego.


Reasumując – Pismo Święte jest święte tylko wtedy, kiedy nie jest zrozumiałe do ogółu, bo ogół ten w swojej naiwności jest gotów interpretować je dosłownie, a nie tak, jak wygodnie samemu Kościołowi katolickiemu. Aby rozwiązać ten problem raz na zawsze wymyślono… Katechizm. Pierwsza wersja powstała już w 1562 roku, ale była potem jeszcze wiele razy ulepszana. Ostatecznie Katechizm stał się ważniejszy niż samo Pismo Święte, czego najlepszym dowodem jest to, że nikt już dziś nie pamięta o oryginalnym drugim przykazaniu. Współczesnym katolikom nie przeszkadza nawet fakt, że obecne dziewiąte przykazanie jest fragmentem wyrwanym ze środka innego.


Ulepszeń wobec oryginalnych słów Boga jest oczywiście dużo więcej, także w samym Dekalogu. Oryginalne przykazanie czwarte (po katolickich modyfikacjach – trzecie) brzmi:

Pamiętaj, abyś dzień sobotni święcił. Sześć dni robić będziesz i będziesz wykonywał wszystkie roboty twoje; ale dnia siódmego sabat Pana, Boga twego, jest: nie będziesz wykonywał weń żadnej roboty, ty i syn twój, i córka twoja, sługa twój i służebnica twoja, bydlę twoje i gość, który jest między bramami twymi. Przez sześć dni bowiem czynił Pan niebo i ziemię, i morze, i wszystko, co w nich jest, a odpoczął dnia siódmego; i dlatego pobłogosławił Pan dniowi sobotniemu i poświęcił go. (Biblia ks. Jakuba Wujka)

Tak więc Bóg nakazał święcenie soboty, a nie niedzieli. Nawet polski wyraz „sobota” pochodzi bezpośrednio od hebrajskiego „szabat”, a niedziela w rachubie Kościoła jest dalej pierwszym dniem tygodnia. Problem w tym, że Chrystus zmartwychwstał trochę nieszczęśliwie, bo w pierwszy dzień tygodnia, czyli generalnie w dzień roboczy. Ostatecznie Kościół uznał, że jest to wystarczający powód, by skorygować Dekalog po raz kolejny.


Przy okazji poprawiono też same tablice. Choć inne wyznania chrześcijańskie i żydowskie dalej przestawiają je jako dwie płyty, gdzie na każdej wyrytych jest 5 numerów, nasz Kościół podzielił je sobie inaczej. Po wyrzuceniu drugiego przykazania Dekalog podzielono na 3 przykazania  „boskie” i 7 „ludzkich”. Stąd w naszych kościołach możemy zobaczyć taki obraz jak poniżej. To tyle a propos powszechnego przekonania, że moralność człowieka musi opierać się na czymś wiecznym i niezmiennym, czyli Dekalogu.


Dekalog katolicki


Kościół oczywiście głupi nie jest i całe zamieszanie tłumaczy tym, że Nowy Testament jest ważniejszy od Starego i de facto go zastępuje. Problem jednak w tym, że Chrystus powiedział wprost: Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. (Mt. 5, 18)

Doktrynę Kościoła ratuje jedynie odwołanie się do Ducha Świętego, który rzekomo ma kierować rękoma zmieniającymi zapisy Prawa. Niestety Duch ten z definicji nie kierował już innymi czytelnikami Biblii, a co najwyżej mieczem i pochodnią Inkwizycji, która niestrudzenie mordowała wszystkich odstępców od oficjalnej interpretacji papiestwa.


Jednak największy dowcip Kościoła katolickiego dopiero przed nami. O ile można jeszcze jakoś mataczyć, że Nowy Testament jest ważniejszy od Starego, to poniżej przytaczam słowo w słowo cytat z samego Jezusa. Dla jasności dodam, że jest to najbardziej oficjalne z oficjalnych tłumaczeń Pisma Świętego, bo z zaczerpnięte z Biblii Tysiąclecia: Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. (Mt 23, 9). A teraz pytanie – jak nazywa się przywódca Kościoła? Dla ułatwienia dodam, że drugi człon jego tytułu brzmi „Święty”.

Zabawnie czyta się teksty próbujące z punktu widzenia Kościoła wytłumaczyć tę ewidentną hipokryzję. Jednak, aby właściwie zrozumieć sens słów Jezusa, warto abyśmy poznali szerszy kontekst kulturowy. Zarówno Izraelici jak i prawie wszystkie ludy zamieszkujące od tysięcy lat Europę należą do kultur patriarchalnych, czyli takich, gdzie władza należy do mężczyzn. Wszędzie tam główne bóstwa miały męską postać, a głową rodziny był ojciec. To on podejmował wszystkie decyzje i to jemu należał się największy szacunek. Stąd „Ojcem” tytułowano osoby najważniejsze – przywódców. Chrystus nazywa tak tylko Boga-Ojca, ale w czasach przedchrześcijańskich nasi przodkowie zwracali się tak do… wołów. Wynikało to z tego, że dawni Słowianie byli ludem w przeważającej mierze rolniczym, a to woły – a nie konie – były niegdyś głównymi zwierzętami pociągowymi i to one orały pola. Zwierzęta te otaczano więc największym szacunkiem, w sumie podobnym do tego jak do dzisiaj traktuje się krowy w Indiach.

Ojciec Święty to po prostu naturalny tytuł najwyższego przywódcy religijnego, w odróżnieniu od np. ojca Rydzyka (pisanego przez małe „o”), który mimo wszystko jest tylko takim lokalnym watażką. Problem w tym, że Jezus wyraźnie zabronił używania wspomnianego wywyższającego tytułu wobec kogokolwiek innego niż Bóg. Cała przemowa, której fragment przytoczyłem, dotyczyła faryzeuszy, czyli uczonych w Piśmie, którzy także wtedy tytułowani byli per “ojciec”. Chrystus jednoznacznie zakazał apostołom wynoszenia się i zakaz ten w oczywisty sposób dotyczy także współczesnego duchowieństwa. Ostatecznie jednak to tradycja jest dla Kościoła ważniejsza niż słowa Jezusa i wierni odmawiają „Ojcze nasz” pod dyktando… Ojca Świętego.


Zdaję sobie oczywiście sprawę, że wszystko można sobie jakoś wytłumaczyć. Szczególnie, jeśli tyczy się to religii. Skoro nie rozsypały się sekty, których przywódcy obwieścili datę końca świata i koniec ten nie nadszedł, tym bardziej Kościół poradzi sobie z pytaniami o niezgodność jego poczynań z Pismem Świętym. Zawsze można zasłonić się enigmatycznym Duchem Świętym, który rzekomo osobiście kieruje działaniami hierarchów.

Jednak tak naprawdę wiara nie jest przecież aktem myślenia, tylko odczuwania. Wielu ludzi ma potrzeby psychiczne, które najłatwiej zaspokoić właśnie poprzez religię. Wiara daje poczucie bezpieczeństwa, ukojenie i nadzieję niezbędną do życia. To są uczucia, które dopiero później przyoblekamy w bardziej racjonalną formę modlitw, przekonań i świętych tekstów. Walka z wiarą byłaby nieludzka. To jak mówienie dziecku, że tak naprawdę już nigdy nie spotka swojej zmarłej mamy, a wszystkie jego cierpienia nie są żadną inwestycją w życie wieczne, ale nieodwracalną i bolesną stratą. To byłoby okrutne i dlatego nie lubię wojujących ateistów.

Tym niemniej sądzę, że można wierzyć „zdrowiej” niż po katolicku. Nie ma sensu katować się prawami stworzonymi przez ludzi w imię ich ziemskich interesów. Spowiedź i pokuta to forma zniewolenia, które służy utrzymaniu przez Kościół władzy nad ludźmi, o czym już kiedyś pisałem w tekście Onan Barbarzyńca. Jeśli Bóg naprawdę istnieje, jego główną cechą nie może być przecież paskudna ludzka przywara – pragnienie poklasku. Naturalnym wydaje się, że byłaby to istota pełna tego, co w ludziach najlepsze, a zatem skromna, wspaniałomyślna i łagodna. Czy Ktoś taki mógłby naprawdę pragnąć modlitw, pokłonów i nienaturalnych wyrzeczeń w stylu tłumienia własnej seksualności? Po co? Dlaczego taka Istota miałaby skazywać swoje dzieci na wieczne męki, jako karę za odwagę życia w prawdzie? Osobiście nie widzę powodów. A wiara ze strachu przed karą byłaby dla mnie czymś upodlającym. Ale nawet jeśli istnieje Bóg opisany w Piśmie Świętym, to pociesza mnie fakt, że trafię do piekła w doborowym towarzystwie – nomen omen – Ojców Kościoła.


PS. Informacja dla tych mniej domyślnych – zwrot “jedenaste przykazanie” to przenośnia, w której chodzi o przykazanie usunięte z Dekalogu, ale zastąpione formalnie przez nowe, wydzielone z części dziesiątego. Przykazań zawsze oficjalnie było 10 – i przed i po zmianie.