Trzy lata temu mieliśmy arabską wiosnę. Wydaje się, że już w tym roku możemy mieć arabską jesień. No może nie tyle arabską, co szerzej – islamską. Ostatnio powstały dwa nowe kalifaty, trwają przymiarki do proklamowania trzeciego. Zaczyna być zauważalny efekt domina, a sukces jednego ugrupowania islamistycznego jest inspiracją dla kolejnych. Organizacja o nazwie Państwo Islamskie robi ostatnio wyjątkowo błyskotliwą karierę i włada już terytorium wielkości prawdziwego państwa, o powierzchni mniej więcej Holandii. Niestety, zainteresowania kalifatu wykraczają poza Bliski Wschód, sięgając Europy.

Już sama nazwa tej organizacji jest psychologicznym majstersztykiem. Podkreśla rzeczywiste dokonania grupy – jako pierwsza opanowała naprawdę duże terytoria. Nawet Al-Kaida nigdy w swej historii nie miała równie istotnych osiągnięć. Jej włości ograniczały się do kilku wiosek w górach Afganistanu, gdzie islamiści i tak musieli ukrywać się w obawie przed namierzeniem i zlikwidowaniem. Tymczasem nazwa Państwo Islamskie określa za jednym razem organizację społeczną i twór polityczno-państwowy. Ale nie tylko, ponieważ przywódca IS (alternatywna nazwa organizacji, skrót od angielskiego Islamic State) ogłosił się kalifem, czyli… następcą Mahometa. Odnosząc to do mojego poprzedniego tekstu pt. Religia pokoju… rzymskiego, Abu Bakr al-Baghdadi – przywódca Państwa Islamskiego – rozwiązał problem sprawowania władzy, ciągnący się od śmierci Mahometa. Po prostu obwołał siebie przywódcą wszystkich muzułmanów, którzy winni mu posłuszeństwo mniej więcej tak samo, jak katolicy powinni słuchać papieża. Z tą tylko różnicą, że – jak to już kiedyś błyskotliwie zauważył Stalin – papież nie posiada żadnej dywizji, a al-Baghdadi ma pod bronią kilkadziesiąt tysięcy ludzi.


To, że gdzieś tam na styku Syrii i Iraku zrodziło się utopijne państwo islamistów, stanowi wielki problem dla stabilności Bliskiego Wschodu. Ale trzeba sobie jasno powiedzieć, że już niedługo równie wielki problem stanowić będzie dla Europejczyków, ponieważ mieszka wśród nas obecnie kilkadziesiąt milionów muzułmanów, z których 15 milionów to stosunkowo świezi przybysze. Dużo. Państwo Islamskie ma z kogo wybierać. Tym bardziej, że w jego szeregach na Bliskim Wschodzie walczy już kilkanaście tysięcy mieszkańców Starego Kontynentu. Niestety, większość z nich przeżyje i spróbuje wrócić na „stare śmieci”. Zapewne także po to, by kontynuować świętą wojnę z niewiernymi już na ich – czyli naszym – terytorium. Co prawda Francja czy Anglia zaczęły utrudniać swoim obywatelom wyjazdy na Bliski Wschód, ale IS już znalazł na to sposób. Jego członkowie ogłosili na Twitterze, że jeśli ktoś nie może wyjechać na wojnę, powinien sprowadzić wojnę do siebie.


Zderzenie cywilizacji

Na dobrą sprawę, jeśli większość ludzi w Syrii czy Iraku – przynajmniej tych uzbrojonych w karabiny – chce żyć w mentalnym średniowieczu, ostatecznie i tak będziemy musieli to zaakceptować. Niestety, to nie jest już tylko mało znaczący konflikt lokalny. Państwo Islamskie przeniosło go z gruntu terytorialnego na poziom ideologiczny. A islamiści żyją w wielu miejscach świata, Europy nie wyłączając.


Poprzednie słynne wojny, takie jak te w Wietnamie czy w Afganistanie, dotyczyły narodu lub grup zamieszkujących jakiś konkretny teren. Także rozpad Jugosławii i seria następujących po tym fakcie konfliktów także miała charakter lokalny. Było to już jednak typowe zderzenie cywilizacji wieszczone przez Samuela Huntingtona, ponieważ główną osią podziałów była tożsamość i religia. Państwo to zostało stworzone sztucznie poprzez zlepienie kilku narodów i aż trzech cywilizacji – katolickiej, prawosławnej i muzułmańskiej.


Powinien być to dla nas jasny dowód na to, że mieszanie obcych sobie kultur prędzej czy później i tak prowadzi do konfliktów. Jedność udawało się utrzymać tylko tak długo, dopóty socjalistyczne rządy twardej ręki ograniczały znaczenie religii i tożsamości narodowych. Tymczasem w Europie Zachodniej dominuje zupełnie przeciwne podejście – afirmacja różnic kulturowych, zwana w Niemczech wymownym multikulti. Wygląda na to, że lekcja z wojny na Bałkanach nie została wyciągnięta. A o fiasku polityki integracji przez afirmację kulturowych różnic świadczy dobitnie badanie wykazujące, że im większa tolerancja dla imigrantów, tym większa radykalizacja islamistów. Najwidoczniej działa tu zasada, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, co potwierdzają coraz liczniejsze przypadki m.in. z Danii, Anglii czy Francji.


Paradoks? Wcale nie. Lewicowi politycy nie rozumieją po prostu fenomenu różnic kulturowych, które tak zachwalają. Społeczności Bliskiego Wschodu i Maghrebu nie mają szans oderwać się od swoich korzeni, jeśli nie zostaną to tego zmuszone. Tymczasem multikulti stara się te korzenie pielęgnować, nie zauważając, że szpagat między liberalną kulturą europejską a konserwatywną islamską nie jest możliwy. Albo należałoby przyjąć, że Koran jest przestarzały i nieadekwatny do współczesności, albo odrzucić współczesność i trzymać się form ustrojowych, które sprawdzały się w przeszłości w kontekście współistnienia z islamem. Oczywiście imigranci wybierają to drugie rozwiązanie, bo ono zapewnia im tożsamość w obcym świecie, do którego przyjechali przecież za dobrami materialnymi, a nie kulturowymi.


I to nastawienie – niepozbawione poczucia moralnej wyższości – muzułmanie często przywożą ze sobą do Europy, czego wielokrotnie doświadczałem, podróżując po krajach islamskich, a nawet po Europie Zachodniej. Spotykałem tam nieraz sympatycznych ludzi, którzy po cichu uważają nas za zgniły zachód, pełen perwersji i próżności, w czym – jeśli mamy być szczerzy – jest ziarnko prawdy. Wiele razy słyszałem, że chcieliby mieć europejską żonę, którą jednak… nawróciliby na islam. Mówili o tym tak po prostu, bez żadnego skrępowania, jakby to był fakt oczywisty. Ciekawe było też dla mnie spotkanie z Algierczykiem mieszkającym w Paryżu, który opowiadał mi, jak to w swojej dzielnicy walczą z policją. Przy czym była to względem mnie bardzo miła i pomocna osoba, mająca po prostu dość specyficznie określonego wroga – funkcjonariuszy państwa, którego była gościem. Tylko, że ona tak tego nie postrzegała. Widziała zamieszkiwaną przez siebie dzielnicę trochę jak swoją oazę, która jest najeżdżana przez wrogich żołnierzy obcego reżimu.


Chcę przez to powiedzieć, że to nie jest tak, iż muzułmanie są z definicji źli i wrogo nastawieni do nas, obywateli zachodu. Oni po prostu pochodzą z innej kultury i to jej ramy przykładają do rzeczywistości, w której obecnie żyją. Nie zmienią tego nawet dziesiątki lat pokojowego współistnienia, tak jak nie zmieniły tego dziesiątki lat trwania Jugosławii. Z tą tyko różnicą, że na Bałkanach konsekwentnie zwalczano przejawy kulturowego separatyzmu, a w Europie Zachodniej się je wręcz wspiera. Multikulti załatwi jednych i drugich – i nas i imigrantów, którzy też często nie wiedzą, w co się pakują. Jadą w poszukiwaniu materialnego awansu, zabierając ze sobą to, co mają wpisane w wielopokoleniowe doświadczenie – mentalność. Oczekiwanie, że da się odrzucić rdzeń swojej kultury po przeprowadzce do demokratycznego kraju, jest strasznie naiwne. Owszem, imigranci potrafią całkiem nieźle dopasować się do kraju gospodarza, ale tylko o ile pochodzą z podobnego kręgu kulturowego. Tymczasem lewicowa Europa kompletnie zarzuciła program asymilacji ludności napływowej, pozwalając jej rozwijać się wedle własnej woli. Na efekty nie trzeba było długo czekać.


Ciało obce

Kiedyś myślałem, że masowe konflikty etniczno-religijne na Starym Kontynencie zaczną się dopiero w latach dwudziestych XXI wieku. Jednak coraz więcej wskazuje, że wydarzą się prędzej. A Państwo Islamskie będzie jednym z katalizatorów tego stanu rzeczy. Już teraz wyjątkowo znamienne stało się przenoszenie polityki krajów pochodzenia do Europy. Podczas operacji Izraela w Strefie Gazy zamieszki wybuchły… w Paryżu, chociaż Francja nie była stroną tego konfliktu. Co się jednak stanie, kiedy kraje zachodnie faktycznie opowiedzą się przeciw wartościom bliskim europejskim muzułmanom? USA budują właśnie koalicję przeciw Państwu Islamskiemu. Skoro kilku tysiącom muzułmanów wiodących względnie wygodne życie w Europie chciało się wyjechać na wojnę, ilu tysiącom będzie się chciało zorganizować „tylko” zamieszki w islamskich dzielnicach Paryża, Londynu czy Sztokholmu? A ilu z nich faktycznie chwyci za broń lub dokona zamachu? Apel, aby mordować nas przy każdej nadarzającej się okazji, został już wysłany… przez media społecznościowe. Ma tu właśnie miejsce efekt małpy z brzytwą, o którym pisałem w jednym z poprzednich tekstów – osiągnięcia cywilizacji zachodniej wykorzystywane są przez ludzi, którzy nigdy by podobnych rzeczy sami nie byli w stanie wytworzyć, a używają ich przeciw kulturze euro-amerykańskiej.


Swoją drogą to, jak wielki i obcy jest islamski żywioł we Francji, dobitnie obrazuje choćby huczne świętowanie sukcesu reprezentacji Algierii… na Polach Elizejskich w Paryżu. Jest coś przewrotnego w fakcie, że imigranci wiwatują i wymachują flagami nie państwa, które dało im lepsze życie (w końcu gdyby było gorsze – nie przyjeżdżaliby), ale tego, które zdecydowali się opuścić.





Inna sprawa, że muzułmanie przywieźli ze sobą także własne podejście do płodności. Wciąż są mniejszością, ale za to jak dynamicznie się powiększającą. Najczęstszym imieniem nadawanym nowo narodzonym dzieciom w Londynie jest Muhammad. Po piętach depcze mu jednak… Mohammed. Nie inaczej jest choćby w Oslo. Zauważmy, że nie ma trendu świadczącego o asymilacji, ponieważ dzieci imigrantów nie dostają imion typowych dla kraju gospodarza, jak choćby John czy Olaf.


Mimo tego, że nie żywię względem muzułmanów żadnej zgeneralizowanej wrogości, jestem przekonany, że wspólna przyszłość rysuje się raczej w czarnych barwach. Nie chodzi tu jednak o inność, ale fakt, że nasze kultury zostały przemieszane. Muzułmanie w swojej większości nie chcą się asymilować, ponieważ czują się od nas… lepsi. To taka moralna wyższość, którą jako Polacy powinniśmy dość łatwo zrozumieć. Część z nas też czuje się biedniejsza od ludzi z zachodu, ale za to moralnie wyższa dzięki papieżowi i kilku heroicznym bitwom stoczonym podczas drugiej wojny światowej. Muzułmanie mają podobnie, tylko kilka razy silniej. Oni są blisko Boga, my Go odrzuciliśmy. Oni posiadają wysokie standardy moralne, my pielęgnujemy rozwiązłość i permisywizm. Dlaczego więc mieliby się z nami asymilować?


Pielęgnują w sobie z jednej strony dumę i wyższość, a z drugiej poczucie ekonomicznego pokrzywdzenia. W ich oczach jest jawną niesprawiedliwością, że moralnie zgniła Europa jest bogata, a ich macierzyste kraje – biedne. Odczytują to jako efekt wykorzystania sięgającego czasów kolonizacji. Bo przecież kiedyś było inaczej. W średniowieczu pierwsze kalifaty były ostoją wiedzy i wyższej kultury. To dzięki nim zachowały się do naszych czasów dzieła antycznych filozofów, tam powstało też wiele wielkich odkryć naukowych, choćby z dziedziny optyki. Muzułmanie pielęgnują w sobie pamięć po tych historycznych już osiągnięciach mniej więcej w ten sam sposób, w który my z dumą i melancholią wspominamy dawną Rzeczpospolitą „od morza do morza”. Do dzisiaj cieszymy się też bitwą, w której pokonaliśmy Zakon Krzyżacki, choć bitwa ta miała miejsce ponad 600 lat temu. Nawet w kontekście polityki Lecha Kaczyńskiego padał jeszcze epitet „jagiellońska”, co dowodzi długowieczności pewnych historycznych koncepcji. Dokładnie tak samo jest z ideą kalifatu. Świadomość średniowiecznej potęgi oraz kulturowej dominacji jest równie silna na Bliskim Wschodzie co w Polsce, wspominającej z rozrzewnieniem czasy Jagiellonów. Do tego należy dodać jeszcze poczucie religijnej misji, które u nas także było zawsze względnie wysokie (Polska jako przedmurze chrześcijaństwa, mesjasz narodów), choć nie aż tak, jak na ziemiach dawnego kalifatu – w końcu Chrystus nie był Polakiem i nie pozostawił po sobie dzieci, a potomkowie Mahometa żyją do dzisiaj na Bliskim Wschodzie.


Niedawno przybyli do Europy muzułmanie wciąż czują się częścią swojego pierwotnego środowiska. Są skłonni raczej dostosować nasz zgniły zachodni świat do swoich standardów, niż samemu zrezygnować z prawdziwej wiary i zasad moralnych. Stąd już niedaleko do radykalizacji. Islamizm jest kuszącą wizją. Zwłaszcza dla młodych ludzi, szukających swojej tożsamości. Dla nich dżihad jest mieszanką religijnego uniesienia i powrotu do korzeni, od których nie zostali nigdy odcięci. Wręcz przeciwnie – dano im wolną rękę w budowaniu swojej muzułmańskiej tożsamości. W przypadku kilku tysięcy europejskich dżihadystów ten europejski przeszczep się nie udał, odrzucił ciało nosiciela i wyjechał na wojnę do Syrii i Iraku. Ale wróci.


Piąta kolumna

Pomogliśmy wypuścić islamskiego dżina z butelki, a teraz dziwimy się, że ten dżin nie jest liberalnym demokratą. No cóż – on jest muzułmaninem, czyli kimś wychowanym w zupełnie innej kulturze. A za sprawą dziedzictwa cywilizacyjnego dżin ten nie miał wielkiego wyboru i szybko zwrócił się w stronę islamizmu. A jest to dla niego nie tylko religia, ale i ustrój społeczny. Piękna idea, która odwołuje się do sprawiedliwości i moralności. Ucieleśnieniem jej jest kalifat – państwo, które w założeniu ma zrzeszać ogół muzułmanów. Na razie tylko tych z Iraku i Lewantu, ale docelowo także wszystkich innych. Nakaz bronienia muzułmanów znajduje się w Koranie, o czym pisałem ostatnio:  I zabijajcie ich, gdziekolwiek ich spotkacie, i wypędzajcie ich, skąd oni was wypędzili – Prześladowanie jest gorsze niż zabicie. (…) I zwalczajcie ich, aż ustanie prześladowanie i religia będzie należeć do Boga.


Reasumując – nie da się pokojowo wyprosić muzułmanina z domu, w którym już raz zamieszka. A tam, gdzie się osiedli, należy umożliwić mu życie zgodne z islamem.  W innym przypadku będzie musiał z nami walczyć, a będzie to dla niego z definicji walka w słusznej sprawie. Niestety, państwa zachodniej Europy lekką ręką zapraszały do siebie muzułmańskich imigrantów, naiwnie wierząc, że podzielają oni europejskie wartości. I nagle z wielkim zdziwieniem odkryto, że wcale tak nie jest. W Londynie i innych dużych europejskich miastach powstały strefy, w których standardy de facto wyznacza prawo wyznaniowe – szariat. Pojawiły się religijne patrole oraz bliskowschodnia interpretacja demokracji. Ma ona postać przekonania, że skoro nas jest więcej, to my decydujemy, jakie prawo ma tu obowiązywać. Polska nie ma jeszcze podobnego problemu, ponieważ nasz średnio wydolny system socjalny nie jest atrakcyjny dla imigrantów, przynajmniej porównując z niemieckim czy francuskim. Powiedziałbym, że to taki paradoks, który w przyszłości może odwrócić role w Europie. Kiedy państwa zachodu będą zmuszone skoncentrować się na swojej sytuacji wewnętrznej, może się okazać, że jeszcze ostatni będą pierwszymi.


Tymczasem trwa rekrutacja do armii, która obecnie jeszcze walczy w kalifacie, ale zapewne już niedługo przeniesie płomienie wojny do naszego świata. Generalnie jestem pełen podziwu dla europejskich służb specjalnych, w które kiedyś wątpiłem. Nie licząc pojedynczych mniejszych zamachów we Francji, Anglii czy Hiszpanii, nie doszło do żadnej rzezi na masową skalę.  Wszystkie potencjalnie spektakularne akcje zostały udaremnione, ostatnia kilka dni temu w Belgii. Także Polska powstrzymała już trzy (!) próby zamachów terrorystycznych.  O tylu przynajmniej wiemy, ale może było coś jeszcze, co po prostu nie przedostało się do opinii publicznej.


Wkrótce jednak będziemy musieli stawić czoło nowemu wyzwaniu – piątej kolumnie, która zacznie działać na naszych tyłach. Al-Kaida była organizacją nieco elitarną i raczej trudno było się do niej zapisać. Niby gdzieś tam miała swoje obozy szkoleniowe, ale było to w górach na końcu świata i nie latał tam Ryanair. Teraz wystarczy dotrzeć do znanej z wakacyjnych kurortów Antaly, a potem jeszcze dzień czy dwa lądem i już jest się mudżahedinem. Państwo Islamskie jest „bliżej ludzi”. Na obszarze kalifatu ma nawet swoje oficjalne urzędy i sądy. Głośno zaprasza do siebie muzułmanów ze świata. Odzyskać tożsamość, wrócić do korzeni, odbudować kalifat, zmężnieć na wojnie, zyskać zbawienie – czy nie jest to kusząca oferta dla europejskich wyznawców Proroka?


Gry wojenne

Państwo Islamskie potrafi komunikować się z mieszkańcami krajów zachodnich. I robi to perfekcyjnie. Teraz także za pośrednictwem… gry komputerowej. Zapowiedziany ostatnio mod do GTA o nazwie Salil al-Sawarem (w wolnym tłumaczeniu „Szczęk mieczy”) przeniesie cię do świata dżihadu. Bomby, zasadzki, szturmy i wszystko to, o czym marzą dorastający chłopcy. Spodobało się? To teraz zrealizuj swoje marzenia „w realu” – zapraszamy do kalifatu.





Nie wątpię, że chętni się znajdą. Anders Breivik też ćwiczył się przed komputerem. Do tej pory gry były raczej próbą powtórzenia prawdziwych zdarzeń, np. wszystkie strzelanki mające oddawać klimat drugiej wojny światowej. Teraz będzie odwrotnie – swoimi realnymi czynami możesz powtórzyć to, co osiągnąłeś w grze.


Według mojej prywatnej koncepcji grupa terrorystyczna ma formę roju, o czym pisałem w tekście Psychologia terroryzmu. Osoby o innej konstrukcji psychicznej pełnią funkcję „matki”, inne są robotnicami, czyli dżihadystami, którzy – niczym pszczoła robotnica – potrafią użądlić, ale generalnie ginąć nie chcą i się tego po nich nie oczekuje. A jeszcze inne osoby są odpowiednikami termitów wojowników, które niczym pszczoła żądlą tylko raz, bo potem giną. To dżihadyści – samobójcy. Do przeprowadzenia tego typu zamachu potrzeba osoby albo bardzo zaburzonej, albo zdesperowanej, która straciła chęć życia i jedyną jej motywacją jest wola zemsty. Przy czym zapewne da się oddzielić od siebie te dwie podgrupy. Desperaci mają silną motywację wewnętrzną, a osobowości zaburzone wykorzystywane są tylko doraźnie – nie w długotrwałych zagranicznych misjach, tylko jako „zamachowiec krótkiego zasięgu”.


Popatrzcie na tego człowieka:



Miły człowiek głaszczący kotka. Wysadził się w powietrze razem z posterunkiem syryjskich żołnierzy walczących z islamistami. Wjechał w nich ciężarówką wyładowaną materiałami wybuchowymi. Czy jest w niebie w towarzystwie ciemnookich dziewic, nie będę rozsądzał, ale zapewne wizja raju w jakiś sposób towarzyszyła mu, kiedy poświęcał swoje życie w tym odległym konflikcie. Odległym, ponieważ 22-letni chłopak urodził się w USA. Rodzi się pytanie – dlaczego został samobójcą? Popatrzcie tylko na ten filmik z jego wypowiedzią.



Nie wygląda groźne. Nie jest psychopatycznym mordercą. Krzyczy jak mały chłopiec, który próbuje być straszny – zupełnie nie będąc pewnym, co tak naprawdę chce powiedzieć. Jego gesty nie są przekonujące, nie pokazują autentycznej stanowczości. Za tą fasadą kryje się człowiek o niskiej samoocenie i skłonnościach depresyjnych, co widać chociażby po ekspresji twarzy na początku filmu. Jego głos jest też smutny, co maskowane jest później powierzchowną agresją. To człowiek o kompletnie wypranym mózgu. Widać to nawet po formie wypowiedzi – w kontekście śmierci muzułmanów mówi, że „zabito twoich braci i siostry”, choć zwraca się do Amerykanów jako do zgeneralizowanego wroga. Nawiązuje do stworzenia świata przez Boga, mieszając to z założeniem, że ten fragment świata należy do muzułmanów. Bezrefleksyjnie powtarza po prostu fragmenty tego, co mu wtłoczono do głowy. Połączył slogany, które usłyszał od przełożonych. I najwidoczniej nie szło mu to najlepiej, bo filmik jest w wielu miejscach poprzycinany, a jego fragmenty są złączone w sztuczną całość.


Najciekawszy jest jednak fragment, w którym przyszły samobójca wspomina swoje życie w USA. Wygłaszając, że w Ameryce nie był nigdy szczęśliwy, zamyka oczy, nieświadomie odcinając się od swoich słów. Mówi przez siłę, bardziej deklarując niż zaświadczając. Jak dziecko, które chce przekonać rodziców, samemu nie będąc przekonanym do własnych słów. Osobowość tego młodego człowieka została złamana, a krytyczne myślenie – wytrzebione. Do tego stopnia, że faktycznie zaczął odczuwać pewne emocje, które w niego wmówiono. Podczas wygłaszania sentencji „you`re not happy” faktycznie pokazuje mikroekspresję smutku, która nie pojawiłby się, gdyby takie uczucie nie przeszło mu przez głowę. Jest ono jednak w kuriozalny sposób połączone z ekspresją wysiłku. O zakłamywaniu prawdziwych doświadczeń świadczą też nerwowe gesty palcami przy karabinie. Gdyby cała ta wypowiedź była zakotwiczona w rzeczywistości, ręka zostałaby zaciśnięta w pięść lub pokazywałaby agresję i stanowczość w jakiś inny, zbliżony sposób.


To wszystko jest jakąś teatralną scenką, odegraną przez człowieka o mózgu wypranym przez zawodowców. Wyraz „zawodowcy” nie jest tu przypadkowy, bo islamiści stosują techniki wykorzystywane przez sekty. Chcąc stworzyć marionetkę, należy odciąć ją od korzeni i zniszczyć jej poprzednią tożsamość. W kontekście grup islamistycznych działających w Syrii symbolicznym tego ucieleśnieniem jest publiczne podarcie i spalenie paszportu. To akt wyrzeczenia się swojego poprzedniego życia połączony z realnym odcięciem się od poprzedniego świata. Pierwszy w historii amerykański terrorysta-samobójca też tego dokonał, co zostało uwiecznione na filmiku umieszczonym w sieci. Zobaczcie, jak bardzo publiczna stała się przez to jego deklaracja. Po dojściu do tego punktu, praktycznie nie można się już wycofać. Poza tym po podarciu paszportu chłopak nawet teoretycznie nie mógł już tak po prostu wrócić do domu. Sekty wiedzą też, że jedynym realnym zagrożeniem ich władzy nad marionetkami jest obudzenie w nich emocji związanych z bliskimi związkami z poprzedniego życia. Dlatego też – jak wiemy z informacji prasowych – chłopak dzwoniąc do matki, jedynie obwieszczał, że wszystko u niego w porządku i się rozłączał. Najwidoczniej tylko na tyle pozwolili mu przełożeni, wiedząc, że wejście w emocjonalny kontakt mogłoby obudzić w marionetce człowieka.


Dlatego, gdybyście kiedykolwiek wpadli w ręce terrorystów – np. podróżując po Bliskim Wschodzie – wypytujcie ich o rodzinę, o dzieci, mówcie także o swoich bliskich relacjach. Nawet najbardziej wyprane mózgi zawsze zachowują jakiś ludzki potencjał. Jedynym sposobem na rozbudzenie empatii takich ludzi jest przywołanie w ich umysłach realnych wspomnień budzących głęboko zakopane lub odcięte uczucia. Chłopak, który dokonał zamachu, był w jakimś sensie wrażliwcem. W opanowanej przez wojnę Syrii stał się znany wśród dżihadystów z opiekowania się bezpańskimi kotami. Widocznie były one dla niego jakąś sublimacją bliskich więzi, których mu brakowało.


Stanowiło to jednak dla niego także śmiertelne obciążenie. Z relacji osób, które opuściły szeregi Państwa Islamskiego, wiemy, że tacy słabi dżihadyści z zachodu są oddelegowywani do roli samobójców, ponieważ w innych są bezużyteczni. Nie znają arabskiego, nie mają żadnych szczególnych umiejętności i są zbyt miękcy do walki. Mogą się jednak sprawdzić w roli „kamikadze”, którzy zadają dodatkowe – PRowe – obrażenia swojemu macierzystemu krajowi. Trudno o lepszy cios propagandowy niż obwieszczenie, że oto Amerykanin oddał swoje życie w samobójczej misji w imię islamu. Tego chłopca tak właśnie wykorzystano. Został wysłany na śmierć przez osoby pełniące inne funkcje w tym „dżihadystycznym roju” – nawiązując do wspomnianej wyżej koncepcji ugrupowań terrorystycznych mojego autorstwa. Przywódcy organizacji sami nie byliby skłonni poświęcić własnego życia, o czym świadczą ich wypowiedzi podkreślające różnice między nimi oraz zwykłymi „robotnicami”, a zamachowcami-samobójcami „posiadającymi wyjątkowe osobowości”. Liderzy oddelegowują do tej roli jednostki słabe, z definicji mające poświęcić się dla dobra roju i „królowej-matki”. Badania przeprowadzone pośród Palestyńczyków wysłanych na taką samobójczą misję wykazały, że cechowały ich depresyjność, niska samoocena, autorytarność oraz łatwe poddawanie się wpływom otoczenia. Dokładnie tam samo wydaje się wyglądać postać pierwszego w historii amerykańskiego zamachowcy-samobójcy. Była to jednak bomba krótkiego zasięgu, której nie dałoby się skutecznie użyć w misji zagranicznej. Do tej wyjątkowo wymagającej roli potrzeba osoby o bardziej psychopatycznej konstrukcji psychicznej, choć nie wątpię, że i takich da się wyłuskać z masy kilkunastu tysięcy zachodnich dżihadystów.


Dżihad z wytryskiem

Samobójcom i żołnierzom ryzykującym życie obiecuje się też seksualne spełnienie. Wizja 72 dziewic czekających w raju na poległych dżihadystów jest powszechną wykładnią w Państwie Islamskim. Ale także za życia mają oni prawo cieszyć się cielesnymi uciechami, bo pozwolił na to sam… Mahomet. Według hadisów (przekazów o życiu Proroka) przyzwolił on na gwałcenie niewolnic, także z wytryskiem dopochwowym. To ostatnie zdanie mogło zabrzmieć dziwnie, ale wierni zapytali się Mahometa, czy jest akceptowalne, jeśli współżyją z kobietami-jeńcami, ale jedynie poprzez stosunek przerywany. Czyli w taki sposób, aby nie zaszły one w ciąże i mogły być później wykupione z niewoli przez swoje rodziny. Prorok odpowiedział, że… to nie ma znaczenia, bo to Bóg decyduje o tym, czy dziecko zostanie poczęte (3371).


Generalnie popęd seksualny jest bardzo silnym motywatorem psychicznym, zwłaszcza jeśli jest powstrzymywany i warunkowo nagradzany. Pisałem o tym szerzej w tekście Onan barbarzyńca. Deprywacja seksualna sprzyja takim mechanizmom obronnym jak intelektualizacja. Polega ona na przekierowaniu energii psychicznej z działania (zaspokajanie popędu) na snucie abstrakcyjnych, rozbuchanych teorii. Czyli jeśli całkowicie zakażemy człowiekowi seksualnych odruchów, będzie musiał zająć myśli czymś bardzo angażującym, co pozwoli mu utrzymać na wodzy swoje naturalne instynkty. Myślenie o abstrakcyjnych, oderwanych od rzeczywistości rzeczach może polegać na filozofowaniu lub religijnych rozważaniach. Nic zatem dziwnego, że młodzi mężczyźni odcięci od naturalnej części swojej psychiki bardzo łatwo popadają w teologiczne rozważania, modlitwy i religijną ekscytację. Są na to bardzo podatni z powodu islamskiej kultury, która jest niezwykle opresyjna wobec popędu seksualnego. To jest też mechanizm, który doprowadzał wielu mistyków-ascetów do bardzo intensywnych, oderwanych od rzeczywistości doświadczeń i poglądów.


Drugim czynnikiem jest warunkowe zaspokajanie. Imam odbiera, imam daje. Najpierw każe się wyrzec nieczystych myśli i skupić na modlitwach i treningu, a potem pozwala wyładować im się ze zdwojoną siłą, ponieważ na raz mogą się rozładować popędy, tak agresywny jak i seksualny. Nagła, warunkowa eksplozja przyjemności jeszcze bardziej związuje dżihadystów z przywódcą i jego ideologią.


Dodatkowym czynnikiem jest fakt, że uwalnianie hamowanej dotąd agresji może pobudzić także wypierany dotąd popęd seksualny. Te impulsy są poniekąd połączone w ludzkich mózgach. Stąd tyle gwałtów, które towarzyszyły wojnom od zawsze. Ma to swoje ewolucyjne uzasadnienie – jeśli śmierć wisi w powietrzu, to aby geny danego organizmu przetrwały, musi on dokładać jak największych starań, żeby je szybko komuś przekazać. Choćby siłą. Zresztą nawet na poziomie zwykłych kłótni w związkach da się czasem zauważyć, że od furii do seksu droga nie jest daleka i „godzenie się przez łóżko” nie jest wcale takie rzadkie. Zwłaszcza we wczesnej fazie miłości, kiedy popęd jest bardzo wysoki.


Perswazja i manipulacja za pomocą popędu seksualnego zapewne jest wyjątkowo skuteczna wśród muzułmanów, mających z definicji bardzo ograniczony dostęp do kobiet. Aby dostąpić przywileju posiadania żony, muszą oni zgromadzić znaczny majątek i wykazać się nim przed rodziną dziewczyny. Dlatego wielu z nich długo pozostaje kawalerami. Ma to też swoje uzasadnienie antropologiczne. Arabowie są kulturą mającą korzenie pasterskie. Przekłada się to na sposób postrzegania świata, o czym szerzej pisałem w tekście (Psycho)logiczna przyczyna. Gospodarka pasterska powoduje wytworzenie kultury honoru oraz zacieśnia więzi plemienne i klanowe. W skrócie polega to na tym, że stada bardzo łatwo jest utracić, w przeciwieństwie do pół uprawnych, których nie da się tak po prostu zabrać w ciągu jednej nocy. W takim świecie każda oznaka słabości może zachęcać rywali do zagarnięcia owiec czy kóz sąsiada. Przeciwdziała temu dbanie o honor, czyli tworzenie opinii osoby silnej i stanowczej. Właściwie nie tyle osoby, co grupy, bo łatwiej jest się bronić – i atakować – w szerszym gronie, złączonym silnymi więziami rodzinnymi. Stąd tak istotna rola klanów w Szkocji, a rodów czy plemion na Półwyspie Arabskim i okolicach. Częścią własnego stada i majątku od zawsze  były tam kobiety. Z jednej strony należało je chronić jako swoją własność, z drugiej dbać o ich honor, jako członków własnej grupy. Do tego dochodziły ekstremalne warunki pustyni, na której trudno o jedzenie i tylko najbogatsi, mający dostęp do najlepszych oaz i pastwisk, mogli zapewnić swoim kobietom przeżycie. Stąd tak silnie zakotwiczyła się na tym terenie idea haremu i dbałość o to, by przyszły mąż miał należycie duży majątek.


Ponieważ rodzi się mniej więcej tyle samo dziewczynek co chłopców, w tym pustynnym świecie sukces jednych mężczyzn oznaczał porażkę innych, dla których już nie starczało kobiet. I ta niezamężna, seksualnie sfrustrowana grupa stanowi doskonałe zaplecze kadrowe dla organizacji terrorystycznych. Nabuzowani niewyładowaną energią są dobrym materiałem na religijnego wojownika. Jeśli nawet nie dostaną żadnej nałożnicy spośród kobiet pojmanych w walkach, w raju spotkają swoje 72 hurysy, czyli ciemnookie piękności. A przedtem poczują prawdziwą siłę, którą daje zwarta, solidarna grupa oraz jasno wskazany wróg. To także jedna z potrzeb niespełnionych młodych mężczyzn widoczna na całym świecie, Polski nie wyłączając (tradycyjnie odsyłam do tekstu poświęconego temu konkretnemu zagadnieniu – Kibol na kozetce).


Dzihad über Alles

Nie możemy jednak zapominać o bardziej humanitarnych motywach dołączania do grup islamistycznych. Nie tylko seks i agresja napędzają dżihadystów. Czasami jest to dość naturalna chęć zemsty oraz obrony siebie i swoich bliskich. Popatrzcie sami, czy nie macie ochoty chwycić za karabin, granat, bombę lub cokolwiek innego, co może należycie odpłacić osobom odpowiedzialnym za to, co widzicie. Tym razem sprawcą były wojska syryjskiego prezydenta Baszszara al-Asada, ale także amerykańskie bomby czasem chybiają celu.



Co czuje osoba będąca świadkiem okrutnej śmierci swoich bliskich, sąsiadów czy choćby tylko współwyznawców? Złość? Nienawiść? Furię? A może realną ochotę pomszczenia obecnych ofiar i uratowania kolejnych przez pokonanie sprawcy tych bombardowań? To na pewno też jeden z czynników motywujących naszych europejskich muzułmanów do dołączania do dżihadu. Islamiści dobrze o tym wiedzą. W swoich propagandowych filmach eksponują cierpienia muzułmanów, jakich faktycznie doznają oni ze strony niewiernych.


Jeśli połączymy to wszystko w jedną całość, która stanowi motywację europejskich dżihadystów, otrzymamy bardzo skomplikowaną mieszankę. Będzie w niej miejsce i na zwykłe ludzkie współczucie, na złość i chęć zemsty, na pragnienie odnalezienia swoich korzeni i tożsamości, na marzenia o odbudowaniu potęgi przodków, na niekoniecznie uświadomione pragnienia zrealizowania swoich popędów, na chłopięcą chęć przeżycia przygody i wejścia do świata prawdziwych mężczyzn, a nawet na wcielenie w życie marzeń i doświadczeń z gier komputerowych. A to wszystko z wizją religijnego uniesienia ze zbawieniem w tle. I wiecie co? Państwo Islamskie to dziecko bardzo inteligentnych ludzi. Oni te potrzeby rozumieją i potrafią za ich pośrednictwem wpływać na swoich współwyznawców. Na tyle skutecznie, że część z nich zgadza się zginąć w samobójczych misjach.


Spójrzcie na koniec na ostatni filmik, który sprawnie łączy w sobie teksty arabskie i niemieckie, i to z angielskimi tłumaczeniami . Jego siła i psychologiczna trafność sprawiają, że zaczynam mieć coraz głębsze obawy, że po arabskiej wiośnie nadchodzi naprawdę islamska jesień.