Żyjemy w świecie pełnym hipokryzji, w którym nikt nie ma odwagi nazywać rzeczy po imieniu. Chcemy o sobie dobrze myśleć, więc myślimy schematami. Nasze dzieci wierzą, że mięso pochodzi ze sklepu, a nie z ciała zwierzęcia – z krówki, która kiedyś była słodkim cielaczkiem. Takim samym jak w bajkach czy filmach familijnych. Ale w końcu ten cielaczek dorósł i ktoś musiał go zabić. Po to, aby można było zjeść pysznego burgera lub nosić piękne skórzane buty.


Śmierć śmierci nierówna

Śmierć jest częścią tego świata. Chociaż bardziej jest częścią innego świata, którego zwykle nie widzimy. Kiedy myślimy Afryka lub Indie, przed oczami stają nam piękne widoki sawanny lub imponujący gmach Tadż Mahal. Ale to nie wszystko. Jeśli spuścimy głowę i spojrzymy w dół, zobaczymy ludzi umierających na ulicach lub bezpośrednio na pustyni. Widziałem i jedno i drugie, a także okrutne traktowanie zwierząt, z publicznym katowaniem ich włącznie. Dla mnie, jako dla Europejczyka, było to szokiem. Ale nie dla miejscowych. Inne kultury inaczej podchodzą do cierpienia i śmierci. I my z perspektywy Europy tych różnic nie rozumiemy, ponieważ przekładamy swoje standardy na zupełnie obcych nam ludzi.

Dla nas dzieci są przede wszystkim sposobem na samorealizację – choćby instynktu macierzyńskiego. Wielkim mitem jest założenie, że ujemny przyrost naturalny jest wynikiem biedy. Niewiele wyższy niż w Polsce jest w bogatych Niemczech, a w nie mniej zasobnej Japonii nawet niższy niż u nas. Dużo dzieci rodzi się za to w kulturach ubogich, gdzie nie ma powszechnych ubezpieczeń społecznych. Dzieci są tam inwestycją w przyszłość rodziców. Rodzi się ich dużo, nawet kiedy nie ma gwarancji, że uda się je wszystkie wykarmić. Wedle prostej zasady, że im więcej się urodzi, tym więcej przeżyje z korzyścią dla rodziców. W krajach trzeciego świata (które dziś – często życzeniowo – nazywa się „krajami rozwijającymi się”) śmierć głodowa lub z chorób związanych z niedożywieniem zawsze była naturalnym ogranicznikiem populacji. Działa tam paradoksalna zasada – im więcej dzieci przeżyje, tym więcej dzieci umrze, ponieważ te uratowane dzięki pomocy żywnościowej także urodzą większą liczbę dzieci, niż ten region będzie mógł utrzymać przy życiu. To przykre, ale tak było zawsze i gdzieniegdzie dalej jest. Nie zmienimy tego tak długo, jak długo nie zmieni się lokalna kultura.


Czego oczy nie widzą

Obecnie Europejczycy ubolewają nad losem imigrantów tonących niekiedy podczas przeprawy na Stary Kontynent. Ale jedyna różnica między wczoraj a dziś polega na świadomości tej śmierci. Także kiedyś Afrykańczycy umierali – z głodu, czy w wyniku wojen. Tyle, że kiedyś nie musieliśmy się z tym faktem konfrontować, bo tamci ludzie nie byli w stanie dopłynąć do Europy. Ale także ginęli, równie okrutną śmiercią.

Nic się tak naprawdę nie zmieniło i nie zmieni. Nawet jeśli przyjmiemy miliony uciekinierów z Syrii czy Libii, dalej kolejne ich miliony będą cierpieć w państwach, które nie mają dostępu do Morza Śródziemnego. A populacja Afryki szybko rośnie i dalej będzie się powiększać. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – im więcej uchodźców przyjmiemy, tym więcej przypłynie. To równie obrazoburcze jak przyznanie, że im więcej ludzi z regionów o permanentnej nadwyżce ludności uratujemy od śmierci głodowej, tym więcej umrze w przyszłości. Nasze „humanitarne” umysły po prostu nie chcą się z tymi faktami konfrontować, ponieważ chcemy myśleć o sobie jako o dobrych ludziach. „Jakoś to będzie”, nie możemy pozwolić im tonąć, ani nie możemy deportować z powrotem do ich biednych i niestabilnych krajów. Tak zdaje się myśleć współczesna Europa. Aż dziw bierze, że nikt nie postuluje, aby wysyłać po imigrantów europejskie wycieczkowce, wtedy już na pewno podróż upłynęłaby im w pełnym bezpieczeństwie i komforcie.

Prawda jest brutalna – dopóki Europa nie zniechęci imigrantów do podejmowania ryzyka lub nie zacznie ich odsyłać, będą przypływać coraz szerszym strumieniem. Także z tego paradoksalnego powodu, że kiedy jedna grupa już tu dotrze i jakoś się urządzi, prześle pieniądze swojej rodzinie, aby i ich ściągnąć do Europy. Warto przypomnieć, że przekazy pieniężne takie jak Western Union działają nawet w regionach znajdujących się pod rządami islamistów. Nielegalna imigracja finansowana jest więc pośrednio przez same państwa europejskie, które wypłacają zasiłki ludziom już przybyłym. Tak koło się zamyka.

Osobną kwestią jest pytanie, dlaczego do krajów Zatoki Perskiej nikt się nie wybiera. To kolejny paradoks. Tamtejsze państwa – choć znacznie bliższe kulturowo i bogate – są konsekwentne i imigrantów nie przyjmują. Zapewne wiedzą, czym by się to skończyło.


Zabójcze panaceum

Kolejnym mitem – choć tym razem bardziej typowym dla naszych pobratymców zza oceanu – jest przeświadczenie, że demokracja to najlepszy system społeczny. Pewnie tak jest, ale tylko… w naszym kręgu kulturowym. Powszechnie zapominamy, że demokracja powstała na gruncie państw narodowych. To naturalne, bo tylko taka jedność pozwalała ludziom odczuwać realną wspólnotę i skupić się na ideach, a nie stopniu pokrewieństwa i zbieżności interesów plemiennych. Dlatego ten system nie działa w Afryce i części Azji. W tych regionach wybory sprowadzają się do plebiscytu, czyje plemię lub grupa wyznaniowa są liczniejsze. Demokracja nie ma prawa tam zadziałać i zamiast do pokoju, próby jej wprowadzenia prowadzą do wojny. Ale Ameryka tego nie dostrzega, tak samo jak kiedyś ZSRR równie bezskutecznie próbował przeszczepić swoją ideologią państwową – socjalizm – na grunt państw do tego nieprzystających kulturowo. Wtedy też się nie udało.

Zniszczyliśmy funkcjonujące państwa północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, które chroniły nas zarówno przed masową imigracją do Europy jak i powstaniem tworów takich jak Kalifat. Lecz zamiast naszej cudownej demokracji dzisiaj panuje tam teraz anarchia i stan permanentnej wojny domowej. To wszystko dało się przewidzieć – ale nie z punktu widzenia ideologii, tylko trzeźwego patrzenia na rzeczywistość. Brutalną rzeczywistość. Ale jednak dużo mniej brutalną niż obecnie, po interwencjach zachodnich mocarstw naiwnie szerzących ideologię demokracji.


Feministka w burce

Europejczycy nie lubią konfrontować się ze sprzecznościami, które mogą budzić dysonans. Tak właśnie działa ideologia, czyli przekonania, które z założenia nie potrzebują weryfikacji, a nawet ich unikają. Powszechną współcześnie ideologią są „europejskie wartości”, które łączą idee multikulturalizmu, feminizmu i gender studies. Zrezygnowaliśmy z asymilowania przybyszów z innych kręgów kulturowych na rzecz ich integrowania. Pozwalamy rozwijać się w Europie ruchom islamistycznym, które domagają się własnych praw i przywilejów, np. oddzielnego sądownictwa opartego o szariat. A nawet sami te ruchy wspieramy finansowo. Zupełnie nie biorąc pod uwagę, że wspomniane grupy negują inne europejskie wartości, takie jak prawa kobiet czy homoseksualistów. Boimy się oskarżeń o rasizm, choć zupełnie nie o rasę tu chodzi. Problemem nie jest kształt nosa czy kolor skóry, ale obca kultura i stojące za nią wartości – sprzeczne z europejskimi. W końcu, czy  można być jednocześnie zwolennikiem równości i akceptować grupy, które tę równość chcą z definicji ograniczać? Logicznie rzecz biorąc – nie. Ale praktycznie, jak najbardziej. Wystarczy o tych sprzecznościach nie myśleć.

Nasz zachodni świat jest pełen hipokryzji. Ale Europa nie chce tych sprzeczności zauważać, a tym bardziej nazywać po imieniu. Jesteśmy jak ludzie z bajki Andersena. Boimy się powiedzieć „król jest nagi” w obawie, że inni wezmą nas za głupców lub rasistów. Na takim zbiorowym konformizmie żerowali właśnie oszuści, którzy sprzedali królowi jego tytułowe „nowe szaty”. Tyle, że były one niewidzialne, a tak właściwie nieistniejące, tylko wszyscy bali się o tym głośno powiedzieć, aby nie wyjść na głupców.


Quo vadis, Europo?

Obecny poziom życia świat zachodni osiągnął dzięki naszej laickiej, naukowej kulturze. Ale to nie kulturę chcą od nas brać imigranci oraz kraje trzeciego świata. One wolą pomoc materialną, choć czasem dochodzi do takich paradoksów jak w Gambii, gdzie otrzymywana pomoc humanitarna jest dodatkowo opodatkowana przez państwo. Czyli, trzeba płacić państwu, aby móc pomagać jego mieszkańcom. Prawdziwie afrykańska to logika.

Nie wszystko da się wytłumaczyć dawnym kolonializmem. Niegdyś Afryka stanowiła ląd pełen małych plemiennych państewek, w których ludzie także umierali wskutek wojen i głodu. Tyle, że kiedyś zabijali się dzidami, a dzisiaj karabinami maszynowymi. Wymowny jest nawet fakt, że popularny kałasznikow trafił na godło państwowe Mozambiku. Kraju tyleż niepodległego, co jednego z najbiedniejszych na świecie. Poza tym, czy nie jest paradoksalne, że dawni poddani państw kolonialnych tak bardzo chcą teraz przyjechać do swoich byłych „panów”?

Polska nie miała kolonii, a będzie miała imigrantów. Ale prawdziwy problem czeka państwa zachodu. Co prawda my – z perspektywy Starego Kontynentu – jeszcze tego nie widzimy, dostrzegają to jednak już analitycy z USA. George Friedman ze słynnej agencji analitycznej Stratfor wieszczy wielkie konflikty, które wstrząsną Francją czy Niemcami. Konflikty między rodowitymi mieszkańcami, a przybyszami, którzy nie przyjeżdżają tu, aby zostać Europejczykami, tylko po prostu za lepszym życiem. I nie zamierzają się zasymilować ani porzucać swoich radykalnych przekonań.

“Dochodzimy do punktu, z którego nie ma wyjścia. Wszystkie wybory będą złe. To, co musi się stać, stanie się. Ci, którzy odmówią dokonania wyboru, będą widzieli się jako bardziej moralni od tych, którzy go dokonają. Toczy się wojna i jak w przypadku wszystkich wojen, ta wojna jest inna niż poprzednie w sposobie jej prowadzenia. Tym niemniej – to jest wojna i zaprzeczanie jej jest zaprzeczaniem oczywistości.” (George Friedman; A War Between Two Worlds)


Rzeczywistość jest brutalna

Świat ciągle się zmienia, choć często tego nie dostrzegamy. W dobrej wierze dopasowujemy rzeczywistość do naszych oczekiwań, wypierając z siebie to, co niewygodne, a nawet bolesne. Nie pierwszy to raz zresztą – po pierwszej wojnie światowej powszechne było przekonanie, że ludzkość nie zazna już więcej tak wielkich konfliktów. Zaznała, a świat zamknął oczy i nie powstrzymał nadchodzącej rzezi, kiedy jeszcze była taka możliwość.

Uspokajamy swoje sumienia, przyjmując uchodźców, których tym samym tylko zachęcamy do dalszej imigracji. To okrutne, ale im mniej ich utonie, tym więcej przypłynie, bo tym mniejsze będzie ryzyko, które podejmują, decydując się na wyprawę. A ostatecznie na dno pójdziemy wszyscy. Nie dzisiaj, nie jutro, ale za jakiś czas. To brutalne, ale świat jest brutalny. Zawsze był. A mięso pochodzi z zabitego cielaczka.