Skąd się bierze homoseksualizm? Wersję świata widzianą przez tęczowe okulary już zapewne dobrze znacie do znudzenia, oczywiście o ile jesteście postępowi i czytacie Newsweeka czy takie naTemat. Drugą perspektywę – odwołującą się do Boga i Jego wizji rodziny – chcąc nie chcąc, także musieliście poznać (tu kłania się Fronda, wSieci i inne bogobojne media). Jednak, jak to często bywa, prawda leży pośrodku, a właściwie nieco z boku – nomen omen. Nie będzie to łatwe, ale spróbujmy spojrzeć na zagadnienie homoseksualizmu racjonalnie, bez mieszania do tego Boga, patriotyzmu, feminizmu, poprawności politycznej i innych ideologii zniekształcających obraz rzeczywistości. Zdejmijmy zarówno tęczowe okulary, jak i katolicką włosiennicę.

Nie da się zrozumieć zagadnienia homoseksualizm z jednej, płaskiej perspektywy. Nie ma pojedynczego badania, które wyjaśniałoby tę sprawę. Jest za to wiele naiwnych głupot, półprawd i zwykłych manipulacji, które czynią to zagadnienie czarno-białym. Jedni upatrują w homoseksualizmie czegoś naturalnego, pozornie powszechnego, inni nazywają chorobą i wzywają do przymusowego leczenia „degeneratów”. Z góry ostrzegam, że wizja, którą przedstawię w tym artykule, nie spodoba się ani jednym ani drugim. Zapraszam Was do poznania obrazu homoseksualizmu, który wyłania się z połączenia psychologii ewolucyjnej, psychodynamicznej, socbiologii, antropologii kulturowej i chłodnego racjonalizmu, który odżegnuje się od kategorii religijno-moralnych.


Ślepa droga ewolucji?

Nie da się analizować kwestii homoseksualizmu bez zadania sobie fundamentalnego pytania, jak możliwe było powstanie tej skłonności na gruncie ewolucji. Jeżeli kilka procent populacji wykazuje zachowania bardzo istotne z punktu widzenia przetrwania gatunku, nie może to być przypadkiem. Mutacje genów nie występują tak często, a kiedy już się pojawiają, szybko zanikają w procesie doboru naturalnego. Istnieją zatem dwie możliwości – albo homoseksualizm jest korzystny z punktu widzenia ewolucji albo… nie jest przenoszony przez geny.

Umysł ludzki jest giętki, a papier przyjmie wszystko. Powstało więc wiele dość kuriozalnych teorii, mających wyjaśniać, jak to homoseksualiści wpływali korzystnie na populacje, w których żyli. Mieli na przykład pomagać wychowywać dzieci swoich heteroseksualnych krewnych. Tyle, że ani pisana historia, ani dane antropologiczne nie potwierdzają takiej wersji. Także logika doboru naturalnego przeczy powyższemu tłumaczeniu – nie jesteśmy rojem pszczół mających jednakowe geny, a bezpotomna śmierć jednostki jest kresem istnienia jej indywidualnej konfiguracji cech.

Pozostaje drugie wyjaśnienie – homoseksualizm nie jest przenoszony przez geny. A przynajmniej nie wprost. Musimy tu dobrze zrozumieć istotę psychologii ewolucyjnej i teorii doboru naturalnego jako takiego. Jeśli jakieś zachowanie występuje powszechnie u danego gatunku, to z definicji jest lub było korzystne dla większości populacji. Ale niekoniecznie w danym natężeniu i konfiguracji!  Zaburzenia psychiczne w ujęciu psychologii ewolucyjnej są przesadzonymi lub zdegenerowanymi cechami, które w innym kontekście byłyby korzystne. Dla przykładu – ludzie mają pewną skłonność do podejrzliwości i jest to cecha generalnie pożyteczna dla całego gatunku homo sapiens i jego poszczególnych osobników. Od zawsze żyliśmy we wrogim środowisku, a do tego jesteśmy generalnie egoistami działającymi dla dobra naszych genów, pośrednio również występujących u naszej rodziny, której dobro cenimy wyżej niż innych ludzi. Nawet małpy oszukują, aby zachować dla siebie najlepsze kąski. Podejrzliwość jest przenoszona w naszych genach jako jedna z form reakcji na świat. I jako taka jest korzystna. Jednak kiedy ta ogólna gotowość do strachu i podejrzliwości spotka się ze szczególnie intensywnymi i niekorzystnymi doświadczeniami jednostki, może rozwinąć się z niej osobowość paranoiczna lub nawet jej cięższa, schizofreniczna odmiana.

Jak to się ma do homoseksualizmu? Bardzo prosto. Wszystkie dane wskazują, że nie powstaje on w wyniku dziedziczenia jednego, konkretnego genu, co jest w pełni logiczne, gdyż dobór naturalny szybko by go wyeliminował. Na gruncie psychologii ewolucyjnej homoseksualizm można rozumieć tak samo jak i inne zaburzenia psychiczne, które upośledzają sukces reprodukcyjny danej jednostki. Powiedzmy sobie szczerze – homo sapiens jako gatunek wykazuje dziedziczną skłonność do zachowań homoseksualnych, co za chwilę jeszcze dokładnie omówimy. Ale orientacja homoseksualna rozumiana jako preferencja wobec osobników tej samej płci jest zaburzeniem, tak jak opisywana powyżej paranoja, która w innym kontekście objawiałaby się jako w pełni przystosowawcza podejrzliwość.

Czy znaczy to, że gatunek ludzki ma skłonność do homoseksualizmu? Niedokładnie, on ma skłonność do zachowań homoseksualnych. A to bardzo wielka różnica. Skłonność do zachowań homoseksualnych bywała przystosowawcza, ale orientacja homoseksualna – z punktu widzenia ewolucji – jest zaburzeniem.


Seks na zgodę (dominację i z braku laku)

Dokładnie tak samo jest u innych gatunków naczelnych. Nie ma wśród nich homoseksualistów, choć szympansy – a szczególnie bonobo – często i obficie oddają się czynnościom seksualnym w obrębie tej samej płci. Po co małpy to robią? Dla korzyści społecznych! Bonobo wykazują więcej zachowań homoseksualnych niż zwykłe szympansy, a są przy okazji także mniej agresywne. Ewolucja wykorzystała przyjemność płynącą ze stymulacji narządów płciowych do regulowania relacji w stadzie. Kiedy dochodzi do konfliktu, małpy zaczynają się wzajemnie masturbować, dzięki czemu w ich mózgach uwalnia się serotonina – hormon obniżający agresję. W efekcie stada biseksualnych małp lepiej funkcjonują, mniej jest też destrukcyjnej przemocy, która dużo częściej występuje u szympansów, nieco mniej zainteresowanych homoerotyką.

 

 

Bonobo – podgatunek szympansa – powstał oczywiście na zasadzie doboru naturalnego. Kiedy geny ułatwiające nawiązywanie kontaktów homoseksualnych rozpowszechniły się w danej grupie, okazało się, że grupa ta funkcjonuje lepiej niż sąsiednie, nie posiadające tych cech. Mniej było w niej walki i zabójstw, co u szympansa zwyczajnego wcale nie jest rzadkością (nie dajcie się zmylić obrazkom z programów dla dzieci, tam zwykle występują tylko młode osobniki, które zostały wychowane w cieplarnianych warunkach i nie przejawiają typowej dla tego gatunku agresji). W efekcie skłonność do zachowań homoerotycznych stała się przewagą ewolucyjną i przyczyniła się do rozwoju nowego gatunku. Ale nie możemy mylić pojęć – bonobo nie jest gatunkiem homoseksualnym!

Drugą korzyścią z zachowań homoseksualnych jest regulacja hierarchii w stadzie na zasadzie dominacji, gdzie prym wiodą już szympansy zwyczajne (bonobo to drugi z gatunków szympansa). Małpy te regulują swoją pozycję w grupie, wykorzystując do tego – częściowo symulowane – kontakty gejowskie. Im wyżej w hierarchii stoi dany samiec, tym większą ilość innych samców może „posuwać”. Niższa pozycja na drabinie społecznej powoduje konieczność pokazywania swojej uległości, co objawia się pełnieniem roli „samicy” w tej konkretnej relacji. Warto zauważyć, że jedynie samiec alfa zachowuje swój odbyt tylko dla siebie, ma za to swobodny dostęp do wszystkich innych osobników w stadzie – męskich i żeńskich (poza własną matką, która nie pozwala mu się gwałcić).

Także u ludzi można zauważyć echa tej tendencji, szczególnie w sytuacjach, które skłaniają nas do porzucania kultury i uciekania się do grupowej regresji, np. w więzieniach. Tam często silniejsi gwałcą słabszych. Na wolności te genetycznie uwarunkowane tendencje u współczesnego homo sapiens są dużo bardziej wyparte. Wciąż jednak możemy je zauważyć w warstwie słownej i symbolicznej. Dość wymowny jest zwrot „chuj ci w dupę”, co znaczy mniej więcej „ja tu rządzę, jestem wyżej od ciebie”. Pisałem kiedyś o tym w kontekście popularnego swego czasu zwrotu HWDP (chuj w dupę policji) czy JP100% (jebać policję na 100%) – swoją drogą ciekawy tekst, polecam nadrobić, jeśli ktoś zaczął czytać Trzecie dno później.


Homo(seksualny) sapiens

Zachowania homoseksualne były korzystne dla naszego gatunku także na dalszych etapach rozwoju, np. dla budowania jedności – w pewnym sensie także miłości. Wśród oddziałów Spartan kontakty gejowskie były czymś naturalnym i pożądanym. Szczególnie, że służba była długoletnia i pozbawiona dostępu do kobiet, co zapewne też nie było przypadkiem, tylko świadomym wyborem dowódców. Wzajemne kontakty homoseksualne wzmacniały morale i budowały więź – żołnierze byli bardziej skłonni dokonywać bohaterskich czynów w obronie kochanka niż obcego człowieka.

Rozumienie homoseksualizmu jako skłonności gatunkowej ma też solidne podstawy w danych antropologicznych. Korzystamy z nich wedle zasady, że jeśli coś występuje powszechnie u ludów prymitywnych, jest zapewne naturalne dla naszego gatunku, a jedynie maskowane przez kulturę. U takich na przykład Aborygenów nie ma homoseksualistów, ale są zachowania homoseksualne. Przejawiają się one (a raczej przejawiały, kiedy jeszcze lud ten żył zgodnie ze swoimi pierwotnymi obyczajami) szczególnie w sytuacjach odosobnienia, np. podczas długotrwałych wypraw myśliwskich. Polujący mężczyźni kopulowali ze sobą nawzajem niejako z braku laku – z powodu nieobecności kobiet.

Spośród 76 badanych społeczności prymitywnych akty homoseksualne stwierdzono w 46, co daje 64%. Często były one zastępczą lub przejściową formą kontaktów seksualnych, np. w okresie dorastania, kiedy młodzi chłopcy kopulowali ze sobą nawzajem ze swoimi starszymi „nauczycielami”. Swoją drogą w innych grupach podobną funkcję pełnił seks ze zwierzętami. Do dzisiaj zwyczaj ten utrzymuje się w niektórych społecznościach patriarchalnych, gdzie dostęp do kobiet jest utrudniony. Młodzi chłopcy „ćwiczą się” tam na zwierzętach domowych, choć plemiona myśliwych sprowadzały niekiedy ten aspekt do sfery sacrum, nakazując kopulowanie z upolowanymi zwierzętami. Generalnie zachowania kultur pierwotnych są dużo bardziej zaskakujące, niż to wielu osobom się wydaje.

Homoseksualizm bywał też pewnego rodzaju przywilejem szamanów, np. u ludów Syberii. Ogólnie do tej profesji oddelegowywano osoby odstające od normy. Wierzono, że dziwne zachowanie świadczy o lepszym kontakcie ze światem duchów, stąd szamanami zostawały osoby, które zachodni świat często określiłby mianem schizofreników. Trzeba bowiem pamiętać, że także w kulturach prymitywnych zdarzają się zaburzenia psychiczne. Najwidoczniej musi ich być na tyle dużo, że w mitologii niektórych ludów syberyjskich jest nawet specjalne niebo dla samobójców.

Inna sprawa, że tacy na przykład Aborygeni dostarczają nam wytłumaczenia także dla niektórych innych zaburzeń seksualnych, niekoniecznie chlubnych. Znany jest zwyczaj oddawania młodych chłopców pod „opiekę” starszym mężczyznom, którzy nie mogli już liczyć na zainteresowanie ze strony kobiet. Było to coś na granicy pedofilii i homoseksualizmu, choć zastępczego. Szkopuł polega na tym, że młodzi chłopcy (ok. 11 roku życia) z wyglądu są dość podobni do dziewcząt i przy braku lepszych możliwości mogą je zastępować. Działo się tak nie tylko u ludów prymitywnych, ale także u tych bardziej zaawansowanych kulturowo. Młodzi chłopcy w podobny sposób służyli starożytnym Grekom (którzy – o czym często zapominamy – nie stronili też od zoofilii). Zwyczaj ten musiał być na tyle popularny, że przesiąknęła nim cała kultura antyczna. Choć starożytni artyści lubowali się w pieczołowitym oddawaniu detali ludzkiego ciała, penisy wszystkich męskich rzeźb cechuje wyjątkowa małość. Są wielkości tych chłopięcych, gdyż taki był wtedy ideał piękna. I tu ciekawa dygresja – tenże ideał najwidoczniej tak głęboko przeniknął do kultury i poczucia estetyki, że do dzisiaj Grecy są narodem o najmniejszych penisach ze wszystkich Europejczyków. Żeby nie narazić się tu na ataki czytelniczek (i czytelników!) mających inne doświadczenia z tą nacją, zaznaczę, że tak wychodzi w badaniach seksuologicznych, które badały średnią wielkość przyrodzenia wśród mieszkańców danego kraju.

Nie wiem, czy wariat, ale na pewno – mały.


Tęczowe muszki

O ile porównania między ludźmi a innymi gatunkami małp mają z pewnością sens, to odwoływanie się do much już go definitywnie nie ma. Ale najwidoczniej tonący brzytwy się chwyta. Jakiś czas temu środowisko gejowskie wielkie nadzieje wiązało z genetyką. Odkrycie genów homoseksualizmu zdejmowałoby ze środowiska LGBT piętno osób zaburzonych na zasadzie „Tie to my, to matka natura”. Nic takiego się nie stało. W sukurs homoseksualistom przyszły tylko muszki owocowe. To te małe natrętne robaczki, które kręcą się w kuchni koło jabłek czy pomidorów. Okazuje się, że kiedy podgrzeje się tym owadom powietrze do wyższej temperatury, to zaczyna im się mylić i kierują zaloty także ku przedstawicielom własnej płci. Naukowcom udało się wyodrębnić geny sprzyjające tym pomyłkom, a nawet wykazać, że muszki biseksualne mają więcej potomstwa (pewnie były po prostu bardziej aktywne seksualnie i mniej zwracały uwagę, do kogo się zalecają, co i tak dało im premię w postaci większej liczy potomstwa). Jednak Gazeta Wyborcza i naTemat z triumfem donosiły, że owady dostarczyły dowodów popierających tezę o dziedziczności homoseksualizmu u ludzi. Przypomnę, że chodzi o owady, które bada się głównie dlatego, że żyją krótko i szybko się rozmnażają, a ich genom jest mały i nieskomplikowany. Różnica między genami ludzi i muszek owocowych jest mniej więcej taka, jak różnica w wyglądzie obu gatunków.

Generalnie, powoływanie się na homoseksualne pomyłki owadów jest mniej więcej tak samo logiczne jak tłumaczenie ludzkiego transseksualizmu obserwacją, że pewne gatunki żab potrafią zmieniać płeć. No, może trochę przesadzam – z żabami łączy nas jednak dużo więcej pod względem genetycznym i jesteśmy do siebie też trochę bardziej podobni z wyglądu (sarkazm).

Środowisko LGBT często powołuje się na obserwacje, że u bardzo wielu gatunków zwierząt zaobserwowano zachowania homoseksualne. Właśnie – zachowania, a nie orientację. Poza tym to żaden argument w kontekście ludzi. Opisano na przykład nekrofilskie zachowania u kaczek (kilka lat temu ktoś dostał nawet za naukowe omówienie tych obserwacji IgNobla). Czy znaczy to, że nekrofilię też należy wykreślić z listy zaburzeń, skoro zdarza się także u zwierząt? Najprawdopodobniej biednej kaczce się po prostu pomyliło, jak to często ma miejsce w przyrodzie. Zaburzenia seksualne dotykają wielu gatunków zwierząt i na szczęście nikt nie próbuje czynić z tego dowodu na ich legalizację w ludzkich społeczeństwach. Nikt poza homoseksualistami.

Ludzie swoje wyobrażenie o przyrodzie czerpią z bajek i mocno cenzurowanych filmów przyrodniczych. Także sami naukowcy dawkują nam wiedzę o „zboczeniach” zwierząt. Jeden z uczestników dziewiczej wyprawy na biegun południowy z 1912 roku – lekarz George Levick – był tak przerażony swoimi obserwacjami, że spisał je w grece i wydał tylko w ilości 100 egzemplarzy. Co tak bardzo zawstydziło badacza? Zachowania pingwinów, wśród których zdarzają się nie tylko pomyłki związane z homoseksualizmem czy nekrofilią, ale także najzwyklejsze gwałty. Gdybyśmy zatem mieli traktować argumenty środowiska LGBT poważnie, powinniśmy za naturalne i pożądane uznać nie tylko relacje gejowskie, ale też kopulowanie z trupami i zwykłą przemoc seksualną. W sumie należałoby dołączyć do tego także zoofilę, ponieważ kontakty międzygatunkowe nie są żadną rzadkością w świecie przyrody. Tu załączam filmik, który pokazuje, że także wspomniane pingwiny nie mogą czuć się bezpiecznie – „nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”. Na dobrą sprawę można by pod to podciągnąć i kanibalizm, ponieważ jedna z zaobserwowanych uchatek zjadła potem swojego – przymusowego – partnera seksualnego.

 

 

Nie czujecie się przekonani? A środowisko LGBT tak i w homoseksualnych zachowaniach zwierząt upatruje dowodu swojej normalności. Tylko, że innych patologii wśród zwierząt już nie dostrzega. Taka to gejowska logika.

 

Dla jasności powinniśmy zaznaczyć, że zachowania homoseksualne wśród zwierząt faktycznie są powszechne. Ale zazwyczaj są efektem zwykłej pomyłki. Nie tylko muszki owocowe mają problemy z identyfikacją partnera zdolnego do rozrodu. U niektórych gatunków stawonogów pomyłki sięgają aż 85% prób. Przyczyna „homoseksualizmu” bywa bardzo trywialna – samiec przesiąka zapachem samicy, z którą niedawno kopulował i w efekcie staje się celem gejowskich zalotów innego samca, które tak naprawdę w zamierzeniu gejowskie wcale nie są.  Ot, cała zagadka rzekomego powszechnego homoseksualizmu w świecie zwierząt.


Tęczowa nauka

Z punktu widzenia środowiska LGBT najkorzystniej byłoby udowodnić, że homoseksualizm jest przekazywany w genach. Ale nie jest – i wiemy to już z całą pewnością. Potwierdziły to badania nad bliźniętami jednojajowymi (John M. Bailey i Richard Pillard). Tylko w około połowie przypadków dwoje dzieci było homoseksualnych, choć przecież oboje mieli identyczne geny. Kiedy porównywano orientację bliźniąt dwujajowych, zgodność orientacji spadała już do 22%, a dla rodzeństwa adopcyjnego – 11%. Spójrzmy na tę ostatnią liczbę. Choć dzieci miały zupełnie inne geny, w 11% homoseksualizm wystąpił u obu z nich. Jeśli przyjąć, że orientacja ta dotyczy średnio 5% populacji (oszacowania wahają się między 1 a 7%), statystycznie taka zgodność powinna pojawić się w grupie rodzeństwa adopcyjnego – badano tylko te pary rodzeństwa, gdzie przynajmniej jedna osoba była homoseksualna. Mamy zatem bardzo czytelny dowód, że homoseksualizm jest warunkowany doświadczeniem życiowym, a mówiąc dokładniej – rodzinnym. Oczywiście można jeszcze zwrócić uwagę, że bliźnięta jednojajowe mają większą zgodność niż dwujajowe – 51% wobec 22%. Tak, tyle że jednojajowi mają też dużo bardziej podobne doświadczenia życiowe! Choć badacze przekonywali, że homoseksualizm jest przenoszony przez geny, dowiedli de facto czegoś przeciwnego.

Ci sami naukowcy powtórzyli kilka lat później swoje badania na większej próbie. Wtedy wyniki okazały się jeszcze mniej korzystne dla hipotezy genetycznej – dwoje bliźniąt jednojajowych było lesbijkami w 24%, a gejami w 20%. Podsumujmy – w najlepszym wypadku geny odpowiadają za ok. 20% czynników kształtujących orientację seksualną. Choć w rzeczywistości procent też może być dużo niższy z uwagi na podobne doświadczenia życiowe dzieci o identycznych genach, co nie było czynnikiem branym pod uwagę w tym oszacowaniu.

Powyższe badania zadają jednocześnie kłam innej teorii lansowanej przez środowisko LGBT (i to lansowanej skutecznie, bo naucza się jej już na uczelniach). Skoro nie geny, to… hormony w brzuchu matki w okresie życia płodowego. Dalej „winna” jest biologia, czyli jest to teoria argumentująca, że homoseksualizm jest naturalny. Tym niemniej trzeba zauważyć, że środowiska płodów bliźniąt są identyczne, a zatem identyczna powinna być ich orientacja. Mało tego, nie powinno być różnic między bliźniętami jednojajowymi i dwujajowymi. Ale jak wiemy z powyższy badań – są, co neguje całą teorię o kluczowej roli hormonów w wodach płodowych.


Spartańskie wychowanie (seksualne)

Co zatem warunkuje rozwój homoseksualizmu? Podsumujmy. Jako gatunek mamy genetycznie uwarunkowaną gotowość do zachowań homoseksualnych, które w pewnych warunkach bywają korzystne dla społeczności. W historii mieliśmy kultury czysto heteroseksualne jak i w dużym stopniu biseksualne. Z tych ostatnich najbardziej znana jest starożytna Sparta, której żołnierze przez większą część dorosłego życia – podczas służby –zażywali miłości gejowskiej. Nie doprowadziło to jednak do wymarcia miasta, bo po przejściu do cywila potrafili zakładać normalne rodziny. Pamiętajcie o tym, kiedy kolejny raz dacie się uwieść magii kina i zaczniecie traktować na poważnie bajki w stylu „300” – Leonidas też to robił. A hasło „This is Sparta!” brzmi jak męskie wydanie „This is Lesbos!” (dla niewtajemniczonych – Lesbos to wyspa, od której swoje określenie zaczerpnął kobiecy homoseksualizm).

Musi zatem istnieć jakiś czynnik środowiskowy, który uaktywnia lub wycisza ludzką gotowość do zachowań homoseksualnych. Na poziomie grupowym tym czymś jest kultura, ale i ona może tylko bazować na głębszych, biologicznych mechanizmach, które w ogóle umożliwiają naszemu gatunkowi pole manewru w kwestii orientacji seksualnej.

Natura zwykła stosować najprostsze z działających rozwiązań. Kiedy ptak wykluwa się z jaja, nie ma zapisanego w mózgu wzoru rodzica. Jego program jest prosty – obiekt, który zobaczy jako pierwszy, uznaje za matkę i za nim będzie podążać. Zjawisko to opisano jako imprinting, czyli wdrukowanie. Występuje ono także u ludzi. I to w kontekście seksualnym. Chroni nas m.in. przed kazirodztwem, choć w obecnych czasach nie działa już tak dobrze jak dawniej. Z uwagi na negatywne konsekwencje chowu wsobnego ewolucja wytworzyła w naszym gatunku mechanizm pozwalający unikać płodzenia potomstwa z własnym rodzeństwem. Nasz umysł instynktownie przypisuje osoby, z którymi się wychowywaliśmy, do kategorii aseksualnych, tak samo jak ptaki instynktownie przypisują pierwszy obiekt w swoim życiu do kategorii „matka”. Do niedawna była to całkiem skuteczna metoda, ponieważ w tradycyjnych społecznościach ludzkich dzieci wychowywane razem były rodzeństwem lub przynajmniej miały duże szanse być spokrewnione. Ludzka seksualność poddaje się imprintingowi, a mechanizm ten odkryto w kibucach, czyli takich kolektywnych wioskach w Izraelu. Dzieci wychowywane razem – choć w praktyce były genetycznie niespokrewnione – nie łączyły się w pary i nie były dla siebie atrakcyjne seksualnie w dorosłości.

Zakłada się, że podobnie jest w przypadku orientacji seksualnej. Wraz z rozwojem dziecko zaczyna zauważać różnice między płciami i powoli identyfikuje się z własną. W efekcie wdrukowuje sobie tożsamość i orientację seksualną opiekuna tej samej płci co ono samo. Podobnie jak w przypadku imprintingu dotyczącego kazirodztwa, w przeszłości proces ten działał bez zarzutu. Ludzie mieszkali w dużych grupach lub plemionach, które wychowywały dzieci kolektywnie. Role były tam jasne i niezmienne – chłopcy naturalnie wzorowali się na myśliwych oraz wojownikach i nie mieli jak rozwinąć wątpliwości co do swojej tożsamości seksualnej. Jeśli dane plemię dopuszczało okazjonalne kontakty homoseksualne, młodzieńcy przejmowali także te obyczaje. Ale nie niszczyło to ich z gruntu heteroseksualnej tożsamości, tak samo jak Spartanie po okresie gejowskich relacji w czasie służby wojskowej potrafili ożenić się z kobietami i spłodzić potomstwo. Przyszli wojownicy opuszczali swoje rodziny dopiero po 7 roku życia, kiedy ich tożsamość seksualna była już ukształtowana, a więc nie było groźny rozwinięcia się patologicznej orientacji homoseksualnej, która zagroziłaby ciągłości pokoleń.

Z tego też powodu nie spotka się homoseksualistów w społeczeństwach tradycyjnych, w których nie ma miejsca na rozbite rodziny monogamiczne. To problem naszej, stosunkowo młodej kultury. W tradycyjnych społecznościach śmierć ojca nie narażała chłopca na brak kontaktu z dorosłymi mężczyznami, od których dalej mógł on przejąć tożsamość – także seksualną. Również u nas kiedyś kwestia homoseksualizmu nie była tak powszechna jak obecnie. Ludzie żyli w społecznościach bardziej tradycyjnych, wielopokoleniowych, gdzie poza ojcem był jeszcze dziadek, a nierzadko wujek czy inny spokrewniony mężczyzna. Identycznie w przypadku kobiet – poza matką była babcia i ciocie. Imprinting zachodził bez przeszkód, nawet kiedy jeden z rodziców zmarł.

Czy mamy jakieś naukowe badania na potwierdzenie teorii imprintingu? Tak, choć temat jest dość trudny do weryfikacji. Po pierwsze, możemy śledzić, jak ma się orientacja seksualna dorosłego człowieka do kwestii obecności rodziców w jego dzieciństwie. Powinniśmy oczekiwać, że statystycznie więcej homoseksualistów będzie pochodzić z rodzin, w których rodzic tej samej płci co dziecko był nieobecny. Co prawda brak np. ojca nie jest tożsamy z brakiem męskiego wzorca (może być nim np. ojczym, dziadek lub nawet wujek), ale jakaś ilościowa korelacja powinna być zauważalna. I faktycznie – powyższe założenia w pełni potwierdziło szeroko zakrojone badanie socjologiczne przeprowadzone na 2 milionach Duńczyków (Morten Frisch, Anders Hviid). Homoseksualiści płci męskiej istotnie częściej doświadczali w swoim dzieciństwie rozwodu rodziców i nieobecności ojca. Mieli też statystycznie starsze matki i byli najmłodszymi dziećmi. Jest to w pełni zrozumiałe zarówno na gruncie teorii biologicznej (brak obiektu do imprintingu), jak i psychologicznej – matki (szczególnie samotne) najmocniej przywiązują do siebie najmłodsze dzieci, szczególnie kiedy same są w starszym wieku i tracą zainteresowanie ze strony mężczyzn. W efekcie chłopiec może mieć utrudnioną męską identyfikację płciową, a ułatwioną kobiecą – za pośrednictwem dominującego w jego życiu obiektu matki. W kwestii lesbijek wykazano, że statystycznie częściej doświadczały śmierci matki, co ponownie wskazuje na brak obiektu do imprintingu.

Ciekawe są też wnioski z badań nad samymi homoseksualistami, które przeprowadzono w czasach, kiedy nie było to jeszcze niepoprawne politycznie. 84% gejów stwierdziło, że ich ojcowie byli obojętni i nie interesowali się nimi w okresie dzieciństwa. Dla porównania, z tym stwierdzeniem zgodziło się tylko 18% heteroseksualistów. Jedynie 13% homoseksualistów przyznało, że identyfikowało się ze swoim ojcem w dzieciństwie, a 18% uznało swoją relację z nim za zadowalającą. W heteroseksualnej grupie kontrolnej z ojcem identyfikowało się 66% badanych, a związek z nim jako satysfakcjonujący określiło 82% (Saghir i Robins). Równie ważna jest relacja z matką, ponieważ transmisja tożsamości i idącej za tym orientacji może być zaburzona także z jej strony. Znowu zapytano homoseksualistów o ich rodziców. 69% z nich przyznało, że ich matki były silnie wiążące emocjonalnie. W heteroseksualnej grupie kontrolnej było to 32% (Bieber).

To też tylko dane statystyczne i należy mieć na uwadze, że ludzka pamięć i oceny są wybiórcze – wielu ludzi nieświadomie idealizuje swoje dzieciństwo i rodziców. Tym niemniej różnica między obiema grupami jest kolosalna! Można oczywiście zadać pytanie, dlaczego te 13% homoseksualistów jednak identyfikowało się ze swoim ojcem, a zostało gejami. Odpowiedzią nie jest tylko fakt, że ludzie mają tendencję do wybielania swojej przeszłości. Nikt nie twierdzi, że problemy z imprintingiem są jedyną drogą do homoseksualizmu, a jedynie, że najbardziej typową. Do innych wrócimy za chwilę.

A co na to małpy? U nich również zachodzi proces uczenia się ról społecznych, jak się okazuje – także seksualnych. Ponieważ eksperymenty na zwierzętach uznane są obecnie za nieetyczne, możemy korzystać tylko z odkryć legendarnego Harrego Harlowa. W latach 50-tych badał on rezusy, które wystawiał na działanie różnych psychologicznie szkodliwych warunków, np. brak matki i kontaktów z rówieśnikami. Odkrył, że taka odseparowana mała małpka po dorośnięciu zupełnie nie radzi sobie w kontaktach z innymi przedstawicielami swojego gatunku. Traci nie tylko instynkt macierzyński względem swojego ewentualnego potomstwa (ciążę wywoływano drogą sztucznej inseminacji), ale ma także problemy z zachowaniami seksualnymi. Mimo późniejszych prób „rehabilitacji” w stadzie, tylko u 50% odseparowanych wcześniej małp rozwinęły się zachowania heteroseksualne. Stanowi to jasny dowód, że zaburzenia seksualne dotykają także zwierzęta, a przynajmniej naczelne. I nie można ich tłumaczyć wadliwymi genami, tylko zwyczajnymi problemami rozwojowymi, de facto takimi samymi, jakie spotykamy u homo sapiens. Zadziwiające jest, jak wiele ludzkich zaburzeń ma podobne podłoże co u małp – zwierzęcy instynkt wcale nie jest tak silny, jak zwykliśmy go sobie wyobrażać. Poza wadliwym rozwojem zachowań seksualnych, są to też problemy z przywiązaniem, przemocą czy opiekuńczością.

Również inne słynne badanie przeprowadzone przez Johna Calhouna prowadzi nas do wniosku, że homoseksualizm jako stała orientacja u zwierząt – owszem – występuje, ale… jako patologia. Eksperyment polegał na zamknięciu mysiej populacji w niewielkiej przestrzeni i zapewnieniu jej nieograniczonej ilości pokarmu. Jedynym problemem było wzrastające z każdym pokoleniem zatłoczenie. Z czasem w mysiej grupie umieszczonej w nienaturalnych warunkach zagościły wszelakie patologie – nieadekwatna przemoc, agresja względem własnych młodych oraz porzucanie ich, zachowania biseksualne, a potem także wyłącznie homoseksualne. Ostatecznie gryzonie kompletnie wymarły mimo pozornie sprzyjających warunków. Stało się tak generalnie z powodu rozpadu mysiej struktury rodzinnej. Osobniki wychowywane przez zestresowane matki były porzucane, zanim nauczyły się zachowań społecznych, przez co albo wcale nie wykazywały zainteresowania płodzeniem potomstwa, albo źle się do tego zabierały – powszechne były zachowania homoseksualne ze strony samców oraz brak instynktu macierzyńskiego u samic. I działo się tak nawet w okresie, kiedy populacja zaczęła się już kurczyć, więc teoretycznie poziom patologii powinien się obniżać. Ale nie zatłoczenie było już wtedy prawdziwym problemem mysiego środowiska. Z uwagi na rozpad struktury społecznej młode osobniki nie miały od kogo uczyć się zdrowych reakcji. Mimo dobrej kondycji fizycznej osobniki urodzone pod koniec eksperymentu, kiedy wielkość populacji już wyraźnie spadła, nie spłodziły i nie wychowały potomstwa. Jak widać nawet myszy muszą nauczyć się wzorców zachowań, a nawet tożsamości seksualnej. Homoseksualizm okazał się reakcją na dysfunkcjonalne środowisko, a nie „inną formą normy”.


Zaburzona tożsamość

Kolejne wartościowe dane na temat przyczyn rozwoju homoseksualizmu dostarczają badania nad innym składnikiem skrótu LGBT – nad osobami transseksualnymi. Sprawdzono, jak potoczyły się losy  44 chłopców, których przyprowadzono niegdyś do kliniki zdrowia psychicznego z powodu wyrażanej chęci zostania dziewczynkami. Okazało się, że tylko jeden z nich przejawiał tendencje transseksualne w wieku późniejszym. Ale za to aż 75% chłopców wykazujących uprzednio zaburzenia tożsamości płciowej zostało gejami lub biseksualistami. Płynie stąd wniosek, że homoseksualizm jak najbardziej ma powiązania z identyfikacją płciową, co zgadza się zarówno z biologiczną teorią imprintigu jak i obserwacjami psychoterapeutów psychodynamicznych.

Równie znaczące było stwierdzenie, że w praktycznie żadnym z badanych przypadków główny opiekun nie krytykował dziewczęcych zachowań młodych chłopców, takich jak zabawa lalkami czy naśladowanie kobiecych czynności. Nasuwa się więc podejrzenie, że sprawa tożsamości płciowej i seksualnej może być niekiedy prostsza niż mogłoby się wydawać – jednym z kluczowych mechanizmów jest warunkowanie (nagradzanie lub krytykowanie za określone zachowania) oraz modelowanie (uczenie się zachowań poprzez obserwację i naśladowanie). I te spostrzeżenia powstałe na gruncie behawioryzmu są jednocześnie w pełni spójne zarówno z założeniem o imprintingu tożsamości płciowej, jak i z obserwacjami psychoterapeutów psychodynamicznych co do znaczenia silnych kontaktów z matką i słabych z ojcem  – lub innym męskim opiekunem – w procesie rozwoju orientacji homoseksualnej u chłopców. Dziewczynek niestety nie zbadano.

Kwestie związane z imprintingiem właściwej tożsamości płciowej to oczywiście nie jedyna droga do homoseksualizmu. Seksuologia zna też inne, zwykle bardziej traumatyczne. Zbigniew Lew-Starowicz widzi tu – poza tłem rodzinnym – także m.in. uwiedzenie na początku okresu dojrzewania, następstwo wspólnej masturbacji z rówieśnikami tej samej płci, lęk przed płcią przeciwną, reakcję na poczucie ośmieszenia lub odrzucenie przez heteroseksualnego partnera czy gwałty homoseksualne. Nie wydaje się jednak, aby wszystkie były równie częste, warto mieć je jednak na uwadze, analizując wyniki badań kwestionariuszowych – nie wszyscy homoseksualiści musieli mieć problemy z przejęciem tożsamości rodzica tej samej płci. Dla ścisłości trzeba też dodać, że orientacja pewnej niewielkiej części homoseksualistów faktycznie może mieć tło wyłącznie biologiczne, jako efekt problemów takich jak hermafrodytyzm czy zaburzenia hormonalne.

Niestety, problemy z właściwym samookreśleniem niosą ze sobą także inne nieprzyjemne konsekwencje. Wiele badań stwierdza, że osoby wykazujące zaburzenia orientacji seksualnej i tożsamości płciowej (czyli homo i transseksualiści) są bardziej wrażliwe na problemy psychiczne w ogóle, w tym depresję, lęki czy próby samobójcze. Środowisko LGBT próbuje ukręcić z tego przykrego faktu bat na sceptyków i całą winą oskarża nietolerancyjne społeczeństwo. Ostatnio lewicowe media mocno nakręcały histerię związaną z samobójczą śmiercią 14-letniego Dominika. Szykanowanie na pewno jest destrukcyjne, ale nie powinniśmy mylić pojęć. Zaburzone ego jest bardziej podatne na urazy emocjonalne, ale jednak bierze się z czegoś innego niż odrzucenie ze strony społeczeństwa. Świadczą o tym choćby badania przeprowadzone w kraju najbardziej „gayfriendly” w Europie. W Holandii aprobatę dla homoseksualistów deklaruje aż 93% społeczeństwa. A jednak współczynnik samobójstw wśród gejów dalej jest wyraźnie wyższy niż wśród heteroseksualistów i to niezależnie od wieku. A zatem źródłem problemu nie jest odrzucenie przez rówieśników w okresie wchodzenia w dorosłość (jak sugerowano w przypadku Dominika), tylko coś głębszego, stałego w czasie. Coś co występuje także u starszych gejów i to w bardzo akceptującym środowisku, jakim jest Holandia.

Tak naprawdę nie powinno to być żadnym zaskoczeniem. Silna niestabilność własnej tożsamości występuje u ludzi z osobowością borderline, którzy często przejawiają też zachowania biseksualne, niejako nie będąc pewnymi, kim tak do końca są. Borderline to jednocześnie osobowość o najwyższej skłonności do samobójstw. Obserwacja ta rodzi podejrzenie, że oba problemy – zaburzenia tożsamości i skłonność do samobójstw – zazębiają się.

 

Nieistniejące panaceum

Czy zatem homoseksualizm to choroba? Nie, myślę, że to byłoby szkodliwe nadużycie. Orientacja homoseksualna jest raczej zaburzeniem, czyli odstępstwem od stanu pożądanego z punktu widzenia celów człowieka – jakim jest spłodzenie potomstwa i unikanie cierpienia, w tym wspomnianych tendencji samobójczych – ale mieszczącym się w zakresie zachowań dopuszczalnych dla naszego gatunku. Podobnie zaburzeniem jest osobowość paranoiczna, narcystyczna czy obsesyjno-kompulsywna lub – dajmy na to – fetyszyzm. Z punktu widzenia celów życia człowieka są to przeszkody lub obciążenia, ale względnie nieszkodliwe, więc nie określamy ich mianem chorób.

Niektórzy argumentują, że homoseksualizm nie może być nazywany zaburzeniem, ponieważ nie musi nieść ze sobą cierpienia, a i osoby nim dotknięte nie czują jakiegokolwiek braku. Jednak wtedy z listy zaburzeń należałoby wykreślić także psychopatię, czyli brak moralności, który także nie niesie ze sobą poczucia cierpienia ani deficytu. Ogólnie definiowanie problemów psychicznych przez to, czy niosą ze sobą dyskomfort, jest dyskusyjne, bo z automatu legalizuje choćby koprofilię (seksualną fascynację kałem i wydalaniem), nekrofilię czy jakieś mniej jednoznaczne formy pedofilii. Także w tej ostatniej kategorii następuje stopniowe poluźnienie, ponieważ np. w Danii seks z dzieckiem w wieku 12 lat już się pod to zaburzenie (orientację) nie kwalifikuje. O to samo walczy w Holandii organizacja pedofilów – Vereniging  Martijn.

Od tego, czy orientację homoseksualną nazwiemy zaburzeniem, zależy, czy możemy mówić o jej terapii – zdrowych nie leczymy z definicji. Inna sprawa, że między mówieniem a działaniem jest spora różnica. Ponieważ – jak to prześledziliśmy – orientacja seksualna często jest efektem wdruku, możliwość jej zmiany jest bardzo ograniczona. Ale czy jest możliwa choćby teoretycznie? To zależy od stopnia, w jakim ten wdruk się dokonał. Nic nie przekona kaczki, że człowiek – którego ujrzała jako pierwszy obiekt w życiu – nie jest jej matką. Tak samo trudno spodziewać się, aby dało się nakłonić dzieci wychowane razem do wykasowania swoich wdruków i zaczęcia postrzegania siebie nawzajem jako obiektów seksualnych. Nie mamy badań w tym względzie, są jedynie relacje terapeutów. Przy czym od razu odrzuciłbym tu raporty pochodzące od zwolenników tzw. terapii reparatywnej, którzy zwykle wywodzą się ze środowisk religijnych. Ich wizja świata oparta jest na ideologii zaczerpniętej z dogmatów wiary i jest równie mało wiarygodna jak narracja środowiska LGBT. To de facto przeciwne strony tej samej monety, bo obie grupy mają silną emocjonalną motywację do naginania faktów w wygodnym dla swoich przekonań kierunku.

Generalnie neutralni terapeuci są raczej sceptyczni co do możliwości zmiany orientacji seksualnej w wyniku terapii. Kiedy byłem na studiach, obowiązywała już doktryna, że nie wolno nad tym tematem pracować. Dlatego wykładowcy-praktycy mówili nam o zagadnieniu terapii osób homoseksualnych niejako poza sylabusem, po cichu. Z tych relacji wynikało, że czasem podejmuje się próby zmiany orientacji, ale ich skuteczność zależy gównie od stopnia, w jakim homoseksualizm stał się u danej osoby popędem dominującym. Jeden z bardzo znanych seksuologów stosował nawet zastrzyki z testosteronem, ale i one ostatecznie nie dały pożądanych rezultatów. Na pozytywne efekty można liczyć tylko wtedy, kiedy klient znajduje się gdzieś na stanach pośrednich między homo i heteroseksualizmem. Wtedy – jak wynikało z tych dodatkowych wykładów – terapeuta psychodynamiczny może próbować przebudować wewnętrzne doświadczenie klienta, także w sferze tożsamości płciowej. Jak często to się udaje? Trudno powiedzieć, jedyne dane na temat skuteczności udało mi się znaleźć u terapeutów psychoanalitycznych, którzy zachowują spory sceptycyzm wobec możliwości zmiany orientacji płciowej. W przypadku tej metody furka pozostaje otwarta głównie w przypadku gejów, których ojcowie byli obecni, ale nie wykazywali życzliwości i zainteresowania. Przekładając to na zagadnienie imprintingu tożsamości seksualnej – proces ten mógł zajść,  choć nie do końca lub fragmentarycznie. W tym przypadku psychoanalitykom z grupy Irvinga Biebera udało się doprowadzić do heteroseksualizmu 7 z 13 pacjentów-gejów. Jak przyznaje sam autor – jest to najwyższym osiągniętym wskaźnikiem spośród wszystkich grup homoseksualistów, z którymi pracowali. Zatem nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach proces ten jest trudny i nie rokuje pewnych sukcesów. Sam Irving pisze: „Wydaje się, że jeśli ojciec nie jest obojętny w stosunku do syna, to pomimo innych niewłaściwych aspektów nastawienia ojcowskiego, syn taki będzie w stanie rozwinąć w sobie komponent psychiczny, który ma znaczenie w wyjściu w homoseksualizmu, a w przypadku heteroseksualistów – może umocnić ich nastawienie heteroseksualne”.

Na pewno nie można oczekiwać, aby poddawano psychoterapii wszystkich gejów, jak życzyliby sobie tego zwolennicy „zakazu pedałowania”. Skutecznie mogą przejść przez ten proces raczej jednostki niż masy. I to tylko te, których orientacja nie jest jednoznacznie spolaryzowana. Ale pewną nadzieją napawają doniesienia (i to również od samych wyleczonych), że dzięki psychoterapii udało się ludziom wyjść nawet z zoofilii, która też jest coraz częściej uznawana za orientację seksualną.


Najciemniej pod latarnią

Jest jednak wielka różnica między uczciwym nazywaniem orientacji homoseksualnej po imieniu – a zwie się ona „zaburzenie” – a wykrzykiwaniem ideologicznych haseł typu „zakaz pedałowania”. Po pierwsze, orientacja seksualna nie jest aktem woli, więc bycie gejem nie może być wyrazem braku patriotyzmu czy innych pożądanych z punktu narodowca cech. Po drugie, jej zmiana zwykle nie jest możliwa, a zabranianie ludziom realizowania popędu seksualnego byłoby okrucieństwem (przynajmniej o ile nie szkodzi ona innym – co wyłącza poza nawias pedofilię). Po trzecie wreszcie, homoseksualizm nie jest tak bardzo obcy naszemu gatunkowi, jak mogłoby się to wydawać. Także sami narodowcy mają w sobie jakąś, choćby niewielką, gotowość to gejowskich zachowań. Taka już nasza zwierzęca natura, co wcale nie znaczy, że wszyscy jesteśmy zmuszeni przejawiać tendencje homoseksualne.

Musimy jednak akceptować fakty. A są one takie, że ludzka seksualność składa się z różnych wymiarów, a jednym z nich jest ten rozciągający się między homo i heteroseksualnością. I tak właściwie to nie ma w tym nic złego – tacy po prostu jesteśmy. Świetnie byłoby, gdyby obie strony barykady mogły to zaakceptować. Narodowcy to, że geje też mają prawo do szczęścia, a geje, że sam fakt, że ich orientacja jest zaburzona, nie czyni ich jeszcze podludźmi, więc nie muszą na siłę udowadniać swojej normalności. Środowisko LGBT czyni wiele starań, aby wpisać swoje zaburzenia na listę norm. Służą do tego teorie genetyczne i podobne. Ale co złego jest w założeniu, że homoseksualizm czy transseksualizm jest efektem problemów z tożsamością seksualną? Zaburzenia psychiczne w różnych formach są u ludzi powszechne i znakomita większość ludzi wykazuje jakieś, choćby w sferze stylu charakteru. To także bardzo „demokratyczne” wyjaśnienie. Znaczy, że każdy mógłby być homoseksualistą, gdyby spotkały go takie, a nie inne doświadczenia. Także ja czy Ty (oczywiście o ile już nie jesteś).

Ważne jest, aby umieć się akceptować, także swoje zaburzenia. Paradoksalnie wydaje się, że spory problem mogą mieć z tym… zwolennicy „zakazu pedałowania”, czyli osoby czynnie zwalczające homoseksualistów. Psychologia psychodynamiczna opisała koncepcję mechanizmu obronnego zwanego reakcją upozorowaną, który można streścić jako „najciemniej pod latarnią”. Chodzi o to, że ludzie, którzy wypierają z siebie jakieś impulsy, mogą – po wyprojektowaniu ich na zewnątrz – bardzo zawzięcie je zwalczać. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do własnej orientacji i nie potrafi zaakceptować w sobie pierwiastka homoseksualizmu, może poradzić sobie z tym dysonansem poprzez aktywną negację swojego problemu, często połączoną z agresją przeciw jego zewnętrznej reprezentacji.

Do niedawna zwolennicy „zakazu pedałowania” mogli odpierać te zarzuty, mówiąc, że to tylko „domysły Freuda i jego kolegów”. Jednak z odsieczą psychologii psychodynamicznej przyszły… komputery. Dzięki nim możemy badać nieświadome preferencje i konfrontować je z jawnymi deklaracjami. Na początku takiego  eksperymentu proszono badanych o określenie na 10-stopniowej skali swojej orientacji seksualnej oraz stosunku do homoseksualizmu jako zjawiska społecznego. Sprawdzano, czy ktoś jest zwolennikiem wprowadzenia antygejowskich praw, np. surowszego karania homoseksualnych sprawców drobnych przestępstw. Następnie przystąpiono do drugiego etapu, w którym badany miał jak najszybciej określić, czy wyświetlane mu zdjęcia ludzkich par lub wyrazy (np. „gej”)  wiążą się z homo czy heteroseksualizmem. Jednak każdorazowo przed głównym przekazem przez 35 milisekund eksponowano napis „ja” lub „inni”. To na tyle długo, aby umysł był w stanie zauważyć przekaz, ale jednocześnie na tyle krótko, aby nie został on uświadomiony. Obserwuje się wtedy tak naprawdę czas reakcji. Nie jest trudno odróżnić całującą się parę gejowską od damsko-męskiej, ale kiedy w umyśle aktywuje się pojęcie „ja”, czas reakcji jest krótszy w przypadku oceny obrazu zgodnego z naszym własnym „ja”. Czyli gej szybciej potwierdzi, że widzi homoseksualistów, kiedy aktywuje się z nim nieświadomy komunikat „ja”, a wolniej klinie w przypadku widoku pary heteroseksualnej. Jak się można było spodziewać, u części badanych nastąpił rozdźwięk. Ok. 20% osób, które w kwestionariuszu określiły się jako jednoznacznie heteroseksualne, w badaniu wykazywało przeciwne tendencje. I były to osoby, które jednocześnie deklarowały największe poparcie dla idei wprowadzenia przepisów represjonujących homoseksualistów. Tak oto nowoczesne eksperymenty udowodniły twierdzenia psychoanalizy.

Jednak samo życie pisze jeszcze zabawniejsze scenariusze, choć czarny to humor. Niejaki Joerg Haider był słynnym niegdyś przywódcą nacjonalistycznej partii Austrii. Właściwie to prawie narodowo-socjalistycznej, ponieważ znany był z pochwalania polityki Hitlera. Był, ponieważ zginął w wypadku samochodowym. Jednak śledztwo, które po tym zdarzeniu przeprowadzono, ujawniło dużo więcej. Potwierdziły się plotki o homoseksualnych kochankach austriackiego narodowca. Tej feralnej nocy, kiedy zginął, spędził wieczór w klubie gejowskim. Wyszło na jaw, że zastępca Haidera, nota bene młodszy od niego o ponad 30 lat, był jednocześnie jego kochankiem, co – rzekomo – nie przeszkadzało żonie zmarłego polityka. Widać więc, że nie był to jednorazowy wybryk, tylko drugie życie przywódcy skrajnej prawicy. Swoją drogą podobne plotki krążą przynajmniej o jednym znanym polskim polityku, który bywa w klubach gejowskich, choć oficjalnie piętnuje homoseksualizm. Dość powiedzieć, że jest z PiSu.


Łabędzi śpiew

Jakiekolwiek by było nasze prywatne zdanie o homoseksualizmie, zjawisko to będzie coraz powszechniejsze i po prostu musimy się z nim pogodzić. Stanie się tak nie tylko dlatego, że geje wychodzą z ukrycia. Przede wszystkim coraz więcej będzie rodzin sprzyjających wykształceniu się orientacji homoseksualnej. Na przykładzie badań socjologicznych w USA widać, jak silnej erozji ulega tradycyjny model rodziny. Procent dzieci wychowywanych przez samotnego rodzica wzrósł z 9% w 1960 roku, do 19% w 1980 i 34% w 2013. Coraz wyraźniejsze jest też hedonistyczne podejście do posiadania potomstwa – dzięki dostępności zapłodnienia in vitro decyduje się na to coraz więcej samotnych kobiet (bogaci geje korzystają z surogatek). Nierzadko są to też pary lesbijskie, w którym to układzie męski wzór jest nieobecny z definicji i nieodwołalnie. O konsekwencjach homoadopcji dla dzieci pisałem w poprzednim artykule.

Możemy się więc spodziewać dalszego wzrostu ilości zaburzeń tożsamości i orientacji seksualnej. W ten sposób środowisko LGBT doprowadzi do samospełniającej się przepowiedni. Akceptacja zaburzeń oznaczonych tymi czterema literkami (Lesbijki, Geje, Biseksualiści, Transseksualiści) doprowadzi do zaakceptowania warunków, które danym problemom sprzyjają – wychowanie w modelu neutralnym płciowo, samotne macierzyństwo, adopcja przez pary jednopłciowe. Nie bez znaczenia jest także propaganda homoseksualna, która coraz pewniej czuje się w placówkach oświatowych. Jeśli jako gatunek ludzie mają pewną skłonność do zachowań biseksualnych, da się ich namówić do eksperymentów, szczególnie w młodym wieku. Co prawda nie można zmienić czyjejś orientacji płciowej, kiedy jest jasno spolaryzowana, ale da się ją rozchwiać, kiedy mieści się bliżej środkowej części skali. Podobnie byłoby i z innymi zaburzeniami – gdyby zacząć publicznie pochwalać kontakty zoo czy pedofilskie, pewna część populacji dałaby się namówić, ponieważ ma ku nim predyspozycje. Tyle, że ukryte. Rzekłbym jednak – choć może to trącić nietolerancją – i dobrze, że ukryte.

Oczywiście środowisko LGBT będzie argumentować, że tylko wypuściło tych ludzi z szafy, ale tak naprawdę będzie to głównie efekt samospełniającej się przepowiedni – zaakceptowanie homo i transseksualizmu jako normy spowoduje przyrost ilości ludzi o tych zaburzeniach. Ale może taki los jest po prostu pisany ludzkości, a szczególnie zachodniej kulturze? Joe Haldeman – wybitny pisarz science-fiction – w „Wiecznej wojnie” opisywał świat zdominowany przez homoseksualizm. Był to efekt zaplanowanej polityki rządów, chcących przeciwdziałać przeludnieniu. Wygląda jednak na to, że Haldeman się mylił, bo w przypadku Europy należałoby mówić raczej o wyludnianiu się naszego kontynentu. Zawsze możemy jednak liczyć na rzesze imigrantów, którzy homoseksualizmem się od nas na pewno nie „zarażą”. Ich religia nakazuje eliminować wszelkich odszczepieńców, także seksualnych –  Zabij tego, który to robi i zabij tego, z którym jest to robione (hadisy; źródło szariatu). Iran, Arabia Saudyjska, Państwo Islamskie, Sudan itd. nie silą się na tolerancję, różnią się jedynie sposobem egzekucji. Krótka piłka z ich strony – geje do piachu. Lesbijki też, bo Homoseksualizm kobiet jest jak cudzołóstwo. Także ostatni człon nazwy LGBT – transseksualiści – nie może liczyć na taryfę ulgową: Przeklęty jest mężczyzna, który nosi kobiece ubrania i kobieta która nosi męskie ubrania. Patrząc na rozwój sytuacji w Europie można mieć wrażenie, że środowisko LGBT jeszcze kiedyś zatęskni za naszymi poczciwymi – bo względnie umiarkowanymi – narodowcami. Logo „przeklętych przez Allaha, cudzołożących i zasługujących na śmierć sodomitów” stanowi kolorowy łuk. Ale dziwna to tęcza, bo wyszła… przed burzą. Czarne chmury dopiero nadciągają. Z południa.