Anna Grodzka, były Krzysztof BęgowskiGatunek homo sapiens należy do ssaków, które z natury rzeczy są rozdzielnopłciowe. Mamy więc samice i samców. Teoretycznie. Ostatnio homo sapiens wyewoluował sobie bowiem nową płeć – nazywa się „nieokreślona”. Taki zapis od niedawna można znaleźć w dowodach i paszportach wydawanych w Australii. To pierwszy kraj, który wprowadził do prawa tzw. trzecią płeć, swoiste homo-niewiadomo.


Sprawa z podziałem na panie i panów była do niedawna jeszcze całkiem oczywista. Wszystkim zamieszała jednak teoria społeczna znana jako „gender studies”. Nie ma co ukrywać, nie wykluła się ona z dociekań naukowych, a motywacje do jej rozwoju były ściśle ideologicznie. Ten fakt oczywiście jeszcze nie przekreśla prawdziwości poniższych założeń, mówi jednak sporo o intencjach osób prowadzących dociekania nad społecznym podejściem do płci i przypisanych jej ról. Gender studies, czyli „rozważania nad płcią” były efektem tzw. drugiej fali feminizmu lat 70-tych. Po uprzednim wywalczeniu zmian w prawie, zrównujących status kobiety i mężczyzny, bojowniczki o równouprawnienie zaczęły kombinować nad inżynierią społeczną.


Samo pojęcie „gender” oddaje założenia tego nurtu. Oznacza ono nie tyle „płeć”, co „rodzaj”. Zwolennicy tej teorii postulują bowiem, że wiele z tego, co uważamy za kobiece i męskie, nie wynika z naszej biologii, ale z kultury, która jest patriarchalna i przez to nierówna. I od tej kultury chcieliby nas uwolnić, ponieważ według tego nurtu jest ona oparta na stereotypach i uprzedzeniach. Co na to wszystko psychologia? Powiedzmy, że częściowo się zgadza. Badania nad tożsamością płciową ujawniły, że nieprawdziwe jest widzenie kobiecości i męskości jako dwóch przeciwstawnych biegunów. Kiedy stworzono dwie odrębne i nienachodzące na siebie skale oparte na pytaniach o stereotypowe cechy płciowe, badaczom ukazały się po 4 grupy, tak mężczyzn jak i kobiet. Zacznijmy od płci pięknej (przepraszam za seksizm ;)


Mamy więc kobiece kobiety, czyli osoby zintegrowane ze swoją rolą społeczną i nie wykazujące cech typowych dla mężczyzn. Ta grupa jest więc troskliwa, emocjonalnie wrażliwa, szukająca oparcia w mężczyznach i akceptująca ich przewodnią rolę – próżno szukać tam zagorzałych feministek. Kolejną są męskie kobiety, czyli te przedstawicielki płci pięknej, które zachowują się, jak przystało na facetów – lubią rywalizację, są skłonne raczej do działania niż rozczulania się itp. Mamy osoby nieokreślone, czyli w tym przypadku kobiety, które nie wykazują ani cech stereotypowo męskich, ani stereotypowo kobiecych. No i na koniec są też kobiety androgyniczne, czyli takie, które uzyskały wysokie wyniki zarówno na skalach kobiecości jak i męskości.


Analogicznie jest z mężczyznami. Są typowi samcy – dominujący względem kobiet, lubiący rywalizację w męskim gronie, jeśli już pomagający, to raczej jednym heroicznym gestem niż długotrwałym poświęceniem. Jest też grupa kobiecych mężczyzn, powiedzielibyśmy – zniewieściałych, ze wszystkimi cechami, które społeczeństwo zwykło przypisywać kobietom. Konsekwentnie są też mężczyźni nieokreśleni (brak społecznych cech tak męskich, jak i damskich) oraz androgyniczni (odnajdujący w sobie cechy stereotypowo przypisywane obu płciom). Warto tu przy okazji jasno zaznaczyć, że w tych rozważaniach nie uwzględnia się orientacji seksualnej. Na przykład kobiecy facet równie dobrze może być zarówno homo jak i hetero – samo krzyżowe określenie swojej płci społecznej nie przesądza o popędzie biologicznym.


No i dobrze – tyle teorii. Znacznie ciekawsze są bowiem wnioski. W badaniach okazało się, że kobiety najczęściej chciałyby mieć partnera androgynicznego i to niezależnie od tego, jakim typem same są. Mężczyźni natomiast chcą, aby kobieta była… ładna. Nie znaleziono konkretnego wzorca wyboru, faceci najwyraźniej większą uwagę przykładają do wyglądu partnerki, niż do jej cech psychicznych. Ma to oczywiście swoje uzasadnienie. Kobiety chcą, aby facet je pociągał psychicznie i dawał poczucie bezpieczeństwa (był męski), ale jednocześnie pragną być rozumiane także w sferze emocjonalnej. Takie warunki spełnia mężczyzna androgyniczny, który potrafi być stanowczy i waleczny, ale nieobca jest mu też empatia, rozumie uczucia i jest opiekuńczy. Swoją drogą nie udało mi się znaleźć, jak rozkładają się te preferencje u osób homoseksualnych, co wydaje się nawet ciekawym pytaniem. Inna sprawa, czy u gejów nie następuje przypadkiem podział ról na tego bardziej męskiego i tego bardziej kobiecego, co też mogłoby komplikować jednoznaczność wyników takich badań.


Spróbujmy od razu rozróżnić kilka pojęć, które – choć brzmią podobnie – mają jednak nieco inne znaczenie. Zacznijmy od transseksualizmu. To po prostu pragnienie życia jako osoba płci przeciwnej. Tutaj najbardziej znanym przykładem jest posłanka Ruchu Palikota Anna Grodzka. Była mężczyzną, choć czuła się kobietą i ostatecznie upodobniła się do płci pięknej tak pod względem fizjologicznym jak i prawnym. Nieco mniej radykalne są pragnienia transwestyty. Pragnie on wcielić się w płeć przeciwną, ale tylko na chwilę. Transwestytyzm występuje w dwóch wersjach. Pierwsza jest po prostu takim okresowym transseksualizmem, w efekcie czego osoba czerpie psychologiczną przyjemność z chwilowego poczucia przynależności do płci przeciwnej. Drugim, bardziej popularnym typem, jest transwestytyzm fetyszystyczny. W tym przypadku przebieranie się w kobiece fatałaszki powoduje podniecenie i jest drogą do spełnienia seksualnego. Nieco osobnym i mniej zrozumiałym pojęciem jest transgenderyzm. Oznacza de facto czucie się trzecią płcią i nie identyfikowanie się ani z kobietami ani z mężczyznami. Mniej więcej w tym sektorze lokuje się nowy zapis o płci nieokreślonej, który może znaleźć się w dowodach tożsamości Australijczyków, o czym pisałem na początku.


Jak do tego się mają przytoczone wyżej badania? Średnio. Osoby adrogyniczne co prawda łączą cechy męskie i żeńskie, ale tylko w wymiarze osobowościowym, a nie tożsamościowym. Dlatego dalej identyfikują się ze swoją płcią biologiczną, po prostu poszerzając swoje cechy charakteru o atuty płci przeciwnej. Podobnie osoby nieokreślone, które posiadają niewiele cech tak męskich jak i żeńskich. One zwykle też nie negują swojej płci biologicznej ani roli społecznej. Dla odmiany osoby transseksualne, transwestytyczne i transgenderowe mają problem związany z tożsamością. Tak, myślę, że wyraz „problemy” jest tu jak najbardziej zasadny. Współczesna kultura, ale też medycyna i psychologia, idą w kierunku aktywnej akceptacji tych tendencji. Można by rzecz nawet afirmacji. Ja podzielam jednak pogląd tej bardziej konserwatywnej grupy psychiatrów, którzy argumentują, że „jeśli ktoś czuje się łabędziem, to nie wydłużamy mu szyi”, o czym dokładniej pisałem w tekście Zdrowo zaburzeni. W domyśle – sam fakt, że ktoś czuje się osobą płci przeciwnej, nie świadczy o tym, że jest to coś więcej niż zaburzenie tożsamości.


Kwestia jest zasadnicza – czy leczenie powinno zmierzać w kierunku zmiany postrzegania siebie, czy też ma polegać na zmianie penisa w waginę (lub odwrotnie, choć to w sumie jeszcze bardziej karkołomna operacja). Mnie nie przekonują wyjaśnienia, że ktoś czuł się osobą innej płci już od samego dzieciństwa. W jednym z poprzednich wpisów opisywałem kanibala Armina Meiwesa. On także rozwijał swoje mroczne fantazje od bardzo wczesnych lat. Czy fakt ten czyni kanibalizm zjawiskiem normalnym i zdrowym? Może więc w ramach równouprawnienia powinniśmy założyć sieć sklepów medycznych z ludzkim mięsem, pozyskiwanym np. od osób zmarłych lub takich, którym amputowano kończyny? Osobiście jestem sceptyczny – czy to też przejaw dyskryminacji osób o danych preferencjach kulinarnych? Chyba też nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie się doszukiwać w Meiwesie „genów kanibalizmu”. A jednak transseksualistów każe się nam traktować jako inną formę normy, względnie ofiary pomyłki genetycznej. Widzicie tu jakąś sprzeczność?


Te psychiatryczne rozważania, choć niepoprawne politycznie, są jednak czymś zupełnie innym niż wyśmiewanie i poniżanie posłanki Grodzkiej, tak typowe dla internautów jak i tzw. zwykłych ludzi. Wystarczy przeczytać komentarze pod którymkolwiek filmikiem z jej udziałem zamieszczonym na Youtube. Masa żółci, jadu i inwektyw daje do myślenia. W kwestii takiej jak ta trzeba sięgnąć do fundamentalnej zasady psychologii i oddzielić osobę od problemu. Możemy sobie dyskutować nad tym, czy jakieś zachowanie mieści się w normie, czy już poza nią wykracza, ale ta dyskusja nie powinna tykać się konkretnych osób tym problemem dotkniętych. Nieporozumienie bierze się z jednego fundamentalnego założenia – że człowiek sam wybiera, kim się czuje i jakie są jego preferencje. To ewidentna bzdura. Dlatego trzeba odłączyć człowieka od problemu i nie pastwić się nad kimś podwójnie. W końcu jeśli nawet uznamy, że ktoś jest dotknięty jakimiś trudnościami życiowymi, to dokopanie mu z tego powodu nic nie zmieni, tylko pogorszy jego i tak już nienajlepsze położenie.


No dobra, tyle moralizatorstwa z mojej strony. Jednak sam fakt odrzucania, a nawet szykanowania odmieńców, nie jest niczym zaskakującym. To proces z gruntu… naturalny, w który wyposażyła nas ewolucja. Także nasi małpi kuzyni odrzucają jednostki wybiegające w swoich zachowaniem poza normę. Obserwowano na przykład sytuacje, kiedy część szympansiej grupy zachorowała na polio. W efekcie chore zwierzęta zaczęły cierpieć na niedowład kończyn i ich ruchy stały się niezborne, dziwne. Reszta stada z czasem zaczęła podchodzić do odmieńców wrogo i ostatecznie przegnała ich od siebie, zmuszając do opuszczenia grupy. Niestety, było to zachowanie racjonalne z punktu widzenia procesów ewolucyjnych. Polio jest chorobą zakaźną i poprzez eliminację dziwolągów zdrowe małpy mogły się odseparować od chorych i nie narażać na ryzyko zakażenia. Ten mechanizm działa w nas cały czas i powszechne odrzucanie osób transseksualnych jest tego pokłosiem. Owszem, jest to fałszywy alarm, bo ten typ zaburzeń nie jest zaraźliwy, ale nasza zwierzęca natura ma wdrukowane pewne schematy, które działają automatycznie. Szympansy nie wnikały w to, dlaczego ich kuzyni zachowują się dziwacznie – odmienność wywołała odrzucenie w sposób instynktowny.


Tyle á propos genezy mechanizmu dyskryminowania. Całe szczęście, że jako homo sapiens mamy rozwiniętą korę mózgową i nie musimy reagować automatycznie. Chwila refleksji wystarczy, aby zablokować niechęć i zrozumieć, że osoby transseksualne – choć dziwne – w niczym nam nie zagrażają. To nie polio ani trąd, to tylko problem natury psychologicznej. Nawet jeśli coś wydaje nam się obrzydliwe i odrzucające, dość łatwo możemy się do wielu rzeczy przyzwyczaić. Nawet jeśli niechęć do nich jest zakodowana w genach. Przykładem jest archaiczny strach przed robalami i gadami. Dla naszych przodków wszelkie potencjalnie jadowite stworzenia były śmiertelnym zagrożeniem, więc mechanizmy ewolucyjne wykształciły w nas odruchy obrzydzenia i strachu względem pajęczaków, owadów czy węży. A jednak część odpowiednio zmotywowanych osób potrafi się na te sygnały znieczulić i hodować w domu te budzące pradawną grozę zwierzęta. Przełamanie strachu i obrzydzenia to tylko kwestia podejścia.


Żeby nie być gołosłownym, podzielę się z Wami historią ewolucji mojego nastawienia wobec gejów. Nie będę się wybielał – nic, co ludzkie nie jest mi obce, także odruch odrzucania. Geje zawsze wydawali mi się śmieszni i nieco obrzydliwi zarazem. Wybrałem się jednak kiedyś ze znajomymi do pewnego gejklubu. Na początku czułem się, jakbym był na jakimś safari. Do lokalu wchodziłem spięty i niepewny tego, co tam spotkam. Faktycznie, zawartość klubu mnie odrzuciła – mrowie silnie useksualnionych facetów, z których część kręciła tyłkami w sposób mogący zawstydzić wprawne tancerki go-go. Tańce tych panów uznałbym za niesmaczne, nawet gdyby połowa z nich była kobietami. Skoro już o kobietach mowa, to od razu mogę ostudzić facetów myślących podobnie do byłego posła Roberta Węgrzyna - bywalczynie gejklubów to raczej mało kobiecie dziewczyny o krótkich włosach, które nie przypominają odpicowanych gwiazd porno. Ale wróćmy do samych gejów. Co pewien czas chłopaki znikali w czeluściach darkroom`ów i to w naprawdę najróżniejszych konfiguracjach – widok pięciu facetów wchodzących tam w bardzo jednoznacznych zamiarach nie był niczym wyjątkowym. Takie otoczenia sprawiało, że byłem spięty i zdegustowany. Ale tylko do czasu. Choć na początku czułem się jak na safari, gdzie wszystko dookoła jest ciekawe i groźne zarazem, po kilku godzinach dżungla zmieniła się w mojej świadomości w nasz swojski park miejski. Idąc parkiem też widuję nieraz pieski parzące się gdzieś na trawniku, ale jestem do nich przyzwyczajony i ten widok po prosu mi wisi – ani nie mam ochoty do nich dołączyć, ani ich przeganiać. Ot, taka ich psia natura, nic mi do tego.


Wracając jednak do posłanki Grodzkiej, jej postać dalej mnie nieco bawi, ale daleki jestem od tego, by nią pogardzać. Kiedyś miałem okazję znaleźć się z nią w jednej kawiarni, dosłownie stolik obok. Choć nie chciałem jej w niczym uwłaczać, moje oczy dalej widziały w pani Grodzkiej wielkiego faceta w peruce i damskich fatałaszkach, więc tylko siłą woli udało mi się powstrzymać objawy wewnętrznego rozbawienia. I co więcej – wcale się tego nie wstydzę, bo, cokolwiek byście mi zarzucili, nie czuję się skrępowany wymogami poprawności politycznej. Nie chciałem jednak, aby pani Grodzkiej było przykro, bo uważam ją… za wartościowego człowieka. Tak, nie tyle kobietę czy mężczyznę, ale właśnie człowieka. Mogąc obserwować ją z bliska, potwierdziłem tylko swoje poprzednie odczucia wytworzone w trakcie oglądania jej w telewizji. To miły, łagodny, ciepły człowiek, w którego osobowości dominuje raczej smutek niż agresja. Trudno kogoś takiego nie lubić. W sumie to mi imponuje postawa pani Grodzkiej – nawet na najgorsze zaczepki i złośliwości reaguje spokojnie i z pewną taką życiową pokorą, której brakuje wielu krytykom posłanki.


Obejrzałem sobie ostatnio film „Trans-Akcja” dotyczący przemiany pana Krzysztofa Bęgowskiego w panią Annę Grodzką. I muszę przyznać, że ten dokument mnie poruszył. Nawet jeśli sama potrzeba zmiany płci jest wyrazem problemów z tożsamością, to fakt, że ktoś próbuje walczyć o realizację swoich marzeń wbrew przeciwnościom losu, godny jest podziwu. Jedna z końcowych scen podsumowujących przemianę dała mi do myślenia. Pani Grodzka jest już po wszczepieniu implantów piersi, ale przed ewentualną operacją korekty genitaliów. Mówi wtedy: „Marzyłoby się wiele i doskonale wiem, że można jeszcze wiele poprawić, ale… teraz to cieszę się tym, co mam.” Tak, taka postawa pogodzenia z losem, życiu tu i teraz, świadczy o dużej dojrzałości psychicznej, której przecież tak wielu „zdrowym” osobom brakuje.


Niezależnie od tego, jakie są nasze zapatrywania na genezę transseksualizmu, musimy się raczej pogodzić, że takich osób będzie przybywało. Płeć stała się ostatnio sprawą dyskusyjną. Pojawiły się rodziny, które wychowują dzieci w sposób „neutralny płciowo”. W efekcie mali chłopcy, jak i dziewczynki, chodzą co drugi dzień w sukienkach, dostają do zabawy tak lalki jak i samochody, ubierane są na równi w kwiatuszki i różowe fartuszki. Pojawiły się nawet przedszkola, które negują istnienie płci nie tylko dziecka, ale i otoczenia. W efekcie do przedszkola nie przychodzi z wizytą pan policjant, tylko „ono-policjant”. Na potrzeby języka szwedzkiego aktywiści stworzyli nawet nową, nieznaną w tym kraju formę bezosobową mogąca oznaczać zarówno kobietę jak i mężczyznę. To będzie eksperyment brzemienny w skutki, bo zachowania i reakcje dzieci, które są sprzęgnięte z biologią i hormonami, nieuchronnie muszą zostać zachwiane. Maluchy zostaną postawione w sytuacji konieczności wyboru tożsamości, co nie będzie dla nich równie naturalne, jak dla ich tradycyjnie wychowywanych rówieśników. To trochę tak, jakby każdego zmuszać do wyboru, czy chce być homo, czy hetero, a może wszystkim po trochu? Zwykle taka tożsamość pojawia się z czasem sama, nawet jeśli by miał nią być homoseksualizm. Celowe mieszanie w tożsamości to – moim zdaniem – niepotrzebny stres. Tym bardziej, że problemy z autoidentyfikacją i ewentualne operacje zmiany płci to przecież ewidentne i zbyteczne cierpienia, także fizyczne.


W sumie nie jest to pierwszy raz, kiedy radykalna ideologia składnia pewnych rodziców do przeprowadzania eksperymentów na własnych dzieciach. Kilkadziesiąt lat temu pewna grupa wyznawców (bo tak to chyba trzeba nazwać) Freuda, potraktowała jego teorie zbyt dosłownie. W efekcie wychowali swoje dzieci bez żadnych frustracji „seksualnych”. Maluchy mogły bawić się swoimi wydalinami, „uwolniono” także ich seksualność, nie kształtując w żaden sposób wstydu wobec pokazywania organów płciowych, jak i spontanicznego, publicznego masturbowania się. Eksperyment zakończył się katastrofą i został przerwany. Dzieci zupełnie wypadły ze swoich ról społecznych, pojawiała się u nich apatia, brak motywacji i inne problemy emocjonalne. Okazało się, że pewne ograniczenia są po prostu niezbędne to prawidłowego rozwoju społecznego. Tak też będzie zapewne i z płcią, która jest umocowana w biologii i genach, a dzieci – co wykazały badania – same częściej sięgają po zabawki zgodne z ich płcią. Jednak wiele z tego, co ma podłoże biologiczno-genetyczne, można zmienić odpowiednio dopasowanym treningiem. Tak jak możemy wyrugować z siebie wrogość wobec pająków, węży czy odmieńców, tak możemy zaburzyć postrzeganie swojej płci, czy polubić zabawy z własnymi odchodami. Możliwości jest wiele, ale którą drogą ostatecznie podąży gatunek homo – nie wiadomo.