Za odkrywcę „genów patriotyzmu” uznaje się… posła PiS Marka Suskiego. Zapraszał on na listy wyborcze swojej partii ludzi, których przodkowie walczyli w powstaniach. A to dlatego, że uznał patriotyzm za cechę dziedziczną. Choć powszechnie pogląd ten wzbudzał salwy śmiechu, nie był do końca odosobniony. Poniekąd podobnego zdania jest też (uwaga!) znany psycholog Jacek Santorski. 

 

 

 

 

Jak ujawnił rok temu w wywiadzie dla Wprost, przyczyny obecnej bierności naszego społeczeństwa można upatrywać w tym, że odważni Polacy wyginęli podczas wojen i powstań. Przeżyli ci, którzy byli bardziej tchórzliwi i mniej skorzy do działania. To oni wydali więc na świat potomstwo, które obecnie dominuje w społeczeństwie. Logicznie wnioskując ze słów Santorskiego, aby odbudować potencjał waleczności w narodzie, należałoby wesprzeć niedobitki „genetycznych patriotów”, tak usilnie promowane przez posła Suskiego. Może więc tędy droga?

 

Na początek odpowiedzmy sobie na pytanie, czym tak właściwie jest patriotyzm? Wyraz ten pochodzi z łacińskiego „patria”, czyli „rodzina”. Patriotyzm jest niczym innym, jak preferowaniem grupy własnej wobec grupy obcej. A to jeden z podstawowych mechanizmów ewolucji grupowej. Wybieranie „swoich” może działać na wielu płaszczyznach, czy to na poziomie bezpośredniej rodziny, plemienia, narodu czy jakiejś innej dowolnej grupy. Odpowiada za niego bardzo stary mechanizm ewolucyjny – selekcja krewniacza. Jeśli nasi przodkowie pomagali swojej rodzinie, pomagali też niejako „swoim” genom, które przecież w dużym stopniu pokrywają się z genami członków rodziny. Tym bardziej, im pokrewieństwo jest bliższe. 

 

Tu jednak pojawia się pewna ważna okoliczność. Kiedyś selekcja krewniacza polegała na wspieraniu sąsiadów. Ludzie żyli w grupach jednorodnych, gdzie kluczowe było zajmowanie wspólnego terytorium. Skoro on tu mieszka, to jest swój, a nie obcy – z czym wiązało się też to, że był to osobnik spokrewniony genetycznie i pomaganie mu dawało profity naszej wspólnej grupie genów. Ludzie jednak z czasem zaczęli się mieszać i tworzyć grupy nieraz bardzo różnorodne. I tu zaczął się problem, bo zdefiniowanie tego, kto jest „swój”, a kto „obcy”, stało się bardziej karkołomne. 

 

Procesy ewolucyjne są bardzo powolne i w pewnym sensie wadliwe, zwłaszcza w sytuacji szybkich zmian. To, co sprawdzało się w przypadku naszych przodków i do dzisiaj sprawdza się u małp, czasem nie działa najlepiej współczesnych ludzi. Jesteśmy zaprogramowani na wspomaganie krewnych, a walczymy często za przypadkowe osoby, z którymi przez przypadek dzielimy czas i miejsce życia lub tylko poglądy. Nasz sąsiad nie jest zwykle naszym bliskim krewnym, a czasami pochodzi nawet z zupełnie innej grupy etnicznej. Bywa więc, że dzielimy z nim mniej wspólnych genów niż np. z Rosjaninem tak znienawidzonym przez patriotów spod sztandaru Radia Maryja. Nasze geny się pogubiły, bo nastąpiło coś nigdy wcześniej niespotykanego w historii ludzkości – stworzyliśmy kraje oparte o wspólnotę terytorialną, a często i religijną. 

 

Podobne błędy robią też zwierzęta. Pies zżywa się z właścicielem, bo z kolei jego geny każą mu być wiernym stadu. W praktyce na przestrzeni milionów lat nie zdarzało się, żeby członkami wilczej watahy byli przedstawiciele innego gatunku, więc ewolucja nie miała potrzeby, aby wykształcić bardziej skomplikowany proces selekcji „swój-obcy”. Wszystko to w myśl zasady, że najlepsze jest najprostsze działające rozwiązanie. 

 

Wróćmy jednak do konfliktów grupowych. Linia podziału jest chwiejna i zależy od naszego pojęcia wspólnoty. Muzułmanie przez całe wieki wojowali z chrześcijanami, ale już od samego początku wojowali też ze sobą nawzajem. Wojny i bitwy zaczęły się już kilka lat po śmierci Mahometa i trwają do dzisiaj, choćby w postaci zamachów terrorystycznych, w których sunnici mordują się z szyitami. Podobnie było w innych religiach, buddyzmu nie wyłączając. Niecałe 20 lat temu konflikty wyznaniowe rozbiły Bałkany i z praktycznie jednego narodu o wspólnym języku i wyglądzie powstały trzy mordujące się nawzajem armie. Wróg to pojęcie względne dla każdej grupy. Przez zmianę trybu życia gatunek ludzki pokrzyżował szyki ewolucji. Poczucie jedności przybrało bardziej abstrakcyjną formę niż wspólnota genów. 

 

Czy nie jest tak, że np. podczas zawodów sportowych kibicujemy bardziej Polakowi niż komuś z innego kraju? Teoretycznie powinniśmy chcieć, żeby wygrał lepszy, ale jednak życzymy sobie w duchu, by tym lepszym był „nasz”. W praktyce nic nas z żadnym z tych sportowców nie łączy. Nasze indywidualne geny mogą być bliższe temu drugiemu, „obcemu” zawodnikowi, ale jednak wolimy tego, o kim myślimy że jest „swój”. To trochę jak z psem broniącym swojego właściciela przed innymi psami. Ewolucja nie wyposażyła go w mechanizmy weryfikujące realne spokrewnienie, choć na dobrą sprawę w interesie genów kierujących wspomnianym czworonogiem byłoby wspólne zagryzienie człowieka.

 

Tak więc patriotyzm mamy zapisany w genach. Czy jednak jesteśmy zmuszeni wypełniać wszystkie te ewolucyjne polecenia? Oczywiście nie. Ciężko by nam było przestać faworyzować swoją rodzinę, ale nawet to jest możliwe. Choć byłoby to trudne, to dobry, uczciwy nauczyciel mógłby uczyć klasę, w której znajduje się także jego dziecko i nie dawać mu lepszych ocen (lub gorszych – gdyby przesadzał z dbałością o „obiektywizm”). Tym bardziej możemy więc wyzbyć się patriotyzmu na poziomie dalszych grup. Tak wiele się mówi o „dumie narodowej”, ale co tak właściwie ona znaczy? Czy powinniśmy być bardziej dumni z tego, że urodziliśmy się Polakami, niż bylibyśmy, gdyby przyszło nam urodzić się np. Niemcem, Słowakiem czy Peruwiańczykiem? To kluczowe pytanie. Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, zatem możemy zrezygnować z tej dziwacznej „dumy narodowej”, ponieważ tak naprawdę jest to jedynie „duma ludzka”, przynależna każdemu człowiekowi, bez względu na miejsce urodzenia.

 

Jeśli odpowiadamy: „Nie, lepiej być Polakiem niż kimś innym”, to mamy problem, bo oto cofamy się w rozwoju cywilizacyjnym i wpadamy w objęcia naszych przodków, także małpich. My jesteśmy lepsi, bo jesteśmy „stąd”, za czym tak właściwie kryje się genetyczny przekaz „jesteśmy lepsi od reszty, bo mamy wspólne geny”. Tyle, że – jak już wspomnieliśmy – te geny nie są wcale takie wspólne. W ciągu wieków gościli u nas Szwedzi, Niemy, Rosjanie, Węgrzy, Litwini, Tatarzy i inne grupy etniczne, które przy okazji najazdów i podbojów gwałciły i zostawiały swoje geny w naszym hmm… narodzie. 

 

Zastanawiające jest też to, dlaczego „patriotyzm” i „służba ojczyźnie” wyrosły na naczelne cnoty Polaków. Czy patriotami nie byli też nasi nazistowscy najeźdźcy? Walczyli dla dobra swojej ojczyzny, to przecież oczywiste. Jej dobro stawiali ponad swoje, w końcu ryzykowali i często poświęcali dla niej życie. Także byli zdania, że lepiej być Niemcem niż Polakiem i odważnie wcielali tę ideę w życie, robiąc z nas pracowników przymusowych, a co bardziej krnąbrnych rozstrzeliwując. Wszystko to w imię dobra własnych genów, zwanych wtedy aryjskimi. Nasi prehistoryczni przodkowie byliby z nich dumni. Gdyby miały świadomość, to cieszyłyby się też geny etnocentryzmu, bo wreszcie zaczęły wypełniać prawidłowo swoje funkcje, wspierając swoich kosztem obcych.

 

Nawet gdyby prawdą było, że geny patriotyzmu zostały przetrzebione podczas wojen światowych (bo najgorliwsi patrioci najsowiciej tymi genami obdarzeni częściej tracili życie), to ja bym się tym za bardzo nie martwił. Wspomniane geny wyginęły by bowiem po wszystkich stronach – także tej niemieckiej, rosyjskiej i innych. Osobiście wolę żyć w świecie o osłabionym patriotyzmie, w którym widzimy w sobie nawzajem bardziej CZŁOWIEKA, niż Polaka, aryjczyka, czy katolika. Nie obchodzi mnie bowiem, w jakim urodziłeś się kraju, jakie geny w sobie nosisz, czy Cię ochrzczono czy obrzezano – ważne, jakim jesteś człowiekiem. Nie jestem więc „genetycznym patriotą”, a Małyszowi kibicowałem głównie dlatego, że to naprawdę fajna osoba. Czy jestem więc wybrakowany genetycznie? Może. A może po prostu zrobiłem krok dalej niż poseł Suski, odchodząc od małpy, od której przecież obaj pochodzimy. Ale w końcu – skoro ustaliliśmy, że nie jestem „prawdziwym patriotą” – nic dziwnego, że nie szanuję przodków.