Katarzyna Figura z synemWedług słownika jest to „środek ekspresji językowej wzmacniający emocjonalność, obrazowość języka, polegający na stosowaniu ozdobnych zwrotów lub wyrażeń”. Tak, ta definicja pasuje do Kasi Figury, nowo objawionej ikony ruchu feministycznego.

 


Zwykle nie interesuję się popkulturą, ale szum, który zrobił się nagle wokół nieco już przebrzmiałej aktorki jakoś mnie zaciekawił. Oto celebrytka, osoba znana i lubiana, opowiada o swojej traumie. Pomyślałem sobie, że to bardzo odważne i szlachetne. Ale tylko do czasu, kiedy przyjrzałem się, o co w tym wszystkim chodzi.


Jest coś niepokojącego w tym, jak wielkim zaufaniem obdarzamy celebrytów. Gdyby chodziło o jakąś tam panią Goździkową, to przed zawyrokowaniem o czyjejś winie chcielibyśmy wysłuchać obu stron konfliktu. Kiedy jednak łzy roni znana aktorka, sprawa staje się jasna i oczywista – to szlachetna i odważna kobieta, która była maltretowana przez męża. Nie mówię, że jest to niemożliwe, ale przed wydaniem wyroku warto by skonfrontować sprawę też z drugą stroną. Tymczasem media już okrzyknęły męża aktorki sadystą i zwyrodnialcem, a pani Figura z automatu stała się ikoną walki z męskimi tyranami. Nie było to trudne, bo wiele kobiet faktycznie jest w jakiś sposób pokrzywdzonych przez mężczyzn. I to te kobiety wciągnęły panią Figurę na sztandar, pod którym toczą małe wojenki ideologiczne na przeróżnych forach dyskusyjnych. To taki sam ekran projekcji, jakim niegdyś była księżna Diana. Z tą tylko różnicą, że na Dianę kobiety masowo projektowały swoje smutki, a z Figurą identyfikują swoje frustracje związane z (często jak najbardziej realnymi) męskimi tyranami.


Nie zamierzam tu nikogo bronić. Chciałbym tylko spróbować ustalić fakty. Istnieje podstarzała aktorka Katarzyna Figura, która od lat niestrudzenie zabiega o uwagę mediów. Zabiega w sposób bardzo różnorodny, niekiedy wręcz niesmaczny, czego ilustracją może być ta sesja zdjęciowa, zalatująca posmakiem podskórnego kazirodztwa. Uwieczniono na niej matkę i syna w pozach ewidentnie useksualnionych, gdzie wyglądają jak para kochanków. Nie widać tu jakichś wielkich ideałów ani wartości – dziecko staje się towarem, który można wcisnąć kolorowej prasie. Celebrytka dosłownie sprzedaje się za pieniądze, bo przecież za sławą idą dochodowe role i intratne kontrakty reklamowe. Historie opowiadane przez nią w mediach lepią się od lukru – wspaniały mąż, cudowna rodzina.


Idźmy dalej – aktorka od 3 lat nie mieszka już ze swoim mężem (który do niedawna cały czas był wspaniały), choć wciąż sprzedaje swój lukrowany wizerunek tabloidom. Przygotowuje się też do wydania autobiografii. Równolegle lansuje syna na celebrytę. Do tej pory wszystko się zgadza. Ale nagle następuje zwrot o 180, a właściwie to o… 360 stopni. Niby coś nowego, ale właściwie niewiele się zmienia. Ta sama aktorka sprzedaje dalej swoje życie prasie plotkarskiej, tyle, że z nowym, barwniejszym przesłaniem. No i w lepszym czasie antenowym. Oto okazuje się, że przez cały ten czas mąż ją bił i maltretował, a ona WŁAŚNIE TERAZ zdecydowała się o tym powiedzieć. Czy nie za dużo zbiegów okoliczności jak na zbieg okoliczności?


Świat wierzy łzom. Ale ja mam z tym niekiedy problemy. Wiecie, jak wygląda osoba roztrzęsiona przez targające nią emocje? Na pewno nie tak, jak pani Figura w programie Tomasza Lisa czy w wywiadzie dla TV Polonia. W tych odsłonach widzieliśmy kobietę wyprostowaną, kontrolującą swoją pozycję ciała, układającą nogi w klasyczne „kolanko”, zawieszającą z rozmysłem głos, kontrolującą swoje gesty i mimikę. Twarz Figury była napięta, sztywna, pojawiały się różne mikroekspresje. Także to, co było wypowiadane, znajdowało się pod kontrolą umysłu. Pojawiają się dźwięki sygnalizujące namysł, tok poszczególnych sentencji był zmieniany pod wpływem rozumowej refleksji, a nie na skutek odwoływania się do emocji. Wyglądało to raczej na przygotowane przedstawienie – zlinczujcie mnie, jeśli macie inne zdanie, ale ja to właśnie dostrzegam na tych filmach i chcę o tym głośno powiedzieć. Moim zdaniem to było przemyślane wystąpienie.

 

http://youtu.be/3Ae0KaCEfQk


Tutaj znajduje się też link do programu „Tomasz Lis na żywo”, w którym wystąpiła pani Figura ze swoim podejrzanie wyglądającym wyznaniem.


Poza tym odwołajmy się do faktów. Kobieta opowiada o wydarzeniach sprzed lat, a stara się reagować, jakby miały miejsce przed chwilą. Czy tak wygląda wyznanie osoby po przejściach, która odważyła się coś szczerego opowiedzieć? Wtedy w wypowiedzi dominowałby smutek, ton byłby powolny, ale stały, bez przerw na namysł, aby ułożyć kolejne puzzle w głowie i nie pogubić się w nich. Twarz wyrażałaby jakąś konkretną emocję – smutek lub ewentualnie lęk  czy obrzydzenie. Gdyby przebijały się jakieś bardzo silne emocje, głos mógłby się chwilami podnosić, a oczy stawałyby się szkliste i zaczerwienione. W programie Lisa tego nie było. Łzy, owszem, ale nie widzieliśmy przejawów prawdziwych, spontanicznych emocji. W wywiadzie dla TV Polonia był za to niezrozumiały gest odejścia od rozmówcy właściwie bez widocznego zalewu emocji. No i dziwnie nienaturalne gesty samopocieszania się – pocieranie palcami, które było niezborne, wyeksponowane i kontrastowało z doskonale kontrolowaną sylwetką. Moim zdaniem pani Figura nie jest nawet dobrą aktorką.


Był za to motyw, a nawet kilka. W tle toczy się rozwód, walka o dzieci. Kobieta, która ma na koncie wyrok za jazdę pod wpływem alkoholu, jest raczej na gorszej pozycji i dobrze jej zrobi zdyskredytowanie męża-rywala, prawda? W tym samym czasie przygotowuje się też do wydania autobiografii, która to książka dla dobrej sprzedaży potrzebuje rozgłosu. Mało? To popatrzmy na treść tych telewizyjnych oświadczeń. Co tak właściwie zostało powiedziane w trakcie tych rozmów trwających łącznie godzinę? Prawie nic, żadnych treści. Nie była to ani relacja, ani emocjonalny komunikat, ani apel, ani jakieś autentyczne katharsis dające psychiczne oczyszczenie. Po co zatem iść z tym do telewizji? Dla sławy? Pewnie też. Ale czemu miało służyć powiedzenie „mąż mnie gnębił” i zakończenie rozmowy wstawką, że już więcej nie będzie mówić o swoich prywatnych sprawach? W końcu było to tylko rzucenie oskarżeń bez pokrycia w szczegółach opowieści, ani nawet w głębokich emocjach, które wyglądały na udawane i prowokowane wysiłkiem woli.


Jaki więc to wszystko miałoby psychologiczny sens? Podobno kobieta zrobi wszystko, by chronić swoje dzieci. Może to o nie właśnie chodzi? Ale jakie miałoby to wtedy przełożenie na fakt, że pani Figura oddała uprzednio syna na wychowanie dziadkom, a sama pojechała robić karierę? A może to po prostu jej niestabilność emocjonalna? Czytając wywiady z aktorką nietrudno dojść do wniosku, że jej osobowość trąci jakimś chaotycznym  histrionizmem. Mówi w nich o tajemniczych siłach, które kierują jej życiem, przyrównuje się do Boga, odwołuje się do emocji, choć zalewa je sosem rodem z mydlanej opery. Wspomina też o swoich dzieciach (o imionach Koko i Kaszmir Amber, co też jest dość wymowne), ale czuć w tym jedynie płytką egzaltację. Czy nie pachnie Wam tu czymś niezdrowym?


Żeby była jasność – nie staram się tu rozsądzić, czy mąż ją faktycznie bił i poniżał. Chcę tylko zwrócić uwagę na pewne niepokojące niespójności w przekazie. Tymczasem wyrok  i tak został już wydany. Pani Figura była ofiarą „sadysty” i „zwyrodnialca”, jak orzekły media. Ten wyrok idealnie pasuje do stereotypu bitej kobiety, a także wizerunku szlachetnej celebrytki, która chce dodać otuchy innym ofiarom przemocy. Ale pasuje też do aktorki walczącej wszelkimi sposobami o prawo opieki nad dziećmi, jak i kolejne gaże oraz wyniki sprzedaży autobiografii.


Pikanterii sprawie dodaje jeszcze kwestia matki męża, która zabrała głos w programie Lisa. Wystąpiła ona przeciwko swojemu własnemu synowi, oskarżając go, że jest „niezdolny do miłości”. Prawdopodobnie nie była tego świadoma, ale było to po części też samooskarżenie. Kto, jak nie matka, jest bowiem za ten brak odpowiedzialny u własnego dziecka? Ale chyba nie o to tu szło. Pani Schoenhals wyraźnie przyznała, że syn nie chciał, aby widywała się z wnukami, a robi to tylko  dzięki pomocy synowej. Czy to nie dobry motyw do zemsty i zawarcia taktycznego sojuszu rodzinnego z synową? Równie niepokojący był uśmiech, który pojawił się na twarzy starszej pani po wypowiedzeniu oskarżenia odnośnie swojego syna. A kiedy tłumaczyła redaktorowi Lisowi, dlaczego pokłóciła się z synem, jej oczy podejrzanie błądziły po otoczeniu. Dość kuriozalnym otoczeniu zresztą, bo na tle tej dziwnej starszej pani widzieliśmy coś przypominającego witraż kościelny. Czy to wszystko wyglądało wiarygodnie?


Chciałbym tu rozróżnić jeszcze jedną rzecz, którą – zdaje się – pomylił Tomasz Lis. Zupełnie czymś innym jest samooszukiwanie się ofiar, które wierzą, że kat może się zmienić, niż publiczne opowiadanie lukrowanych historii, z których czerpie się zyski. To pierwsze jest w pełni zrozumiałe. Za drugie należałoby publicznie przeprosić, zanim stanie się na barykadach. Oczywiście jestem zdania, że należy wspierać akcje społeczne walczące z przemocą domową. Nie zgadzam się jednak z tym, że cel uświęca środki. Wciąganie na sztandar osoby grającej w brudne gierki, która nie raz oszukiwała PUBLICZNIE kłamiąc dla własnego zysku, jest jednak czymś odrzucającym. Przynajmniej dla mnie.


Na koniec chciałbym jasno zaznaczyć, że jestem ostatnim, który z założenia tłumaczyłby kata, a obwiniał ofiarę. Przemoc, także psychiczna, z samej definicji jest zła i tym samym zasługuje na pogardę (także publiczną) oraz uczciwą karę. Jednak w sytuacjach takich jak ta, staram się raczej mieć na uwadze postawę ostatniego ławnika z „12 gniewnych ludzi”. Czy sprawa naprawdę jest aż tak oczywista? Czy naoczni świadkowie są w pełni wiarygodni? Otóż według mnie nie. Także ich motywacje mają dyskusyjne podstawy – zaskakująca spójność interesów żony i teściowej, medialny “coming out” w kolorowej prasie w 3 lata (!) po zakończeniu wspólnego mieszkania z mężem, a w tle wielkie pieniądze i prawa do opieki nad dziećmi. No i ten irytujący status celebryty. Pani Figura przez lata kłamała na temat swój i męża, czerpiąc z tego korzyści materialne (bo jednak bywanie w Vivie i podobnych magazynach do nich prowadzi). Czy przeprosiła swoje fanki za okłamywanie ich? Nie. Czy ujawniła swój problem w poważnej gazecie, która dawałby jej szansę na poważną dyskusję? Nie. Czy uwiarygodniła jakoś swoją nową wersję wydarzeń? Nie. Cała ta medialna wrzawa oparła się na stereotypie, że faceci bijają swoje żony, więc i tak musiało być tym razem. A czy przypadkiem nie jest to przejaw damskiego szowinizmu?