Kiedy byłem na studiach i przerabialiśmy teorie bliskich związków, rozczarowało mnie stwierdzenie, że miłość przemija. Wykresy nie pozostawiały wątpliwości – prędzej czy później przychodzi czas, że związek staje się pusty. Możemy wtedy trwać przy drugiej osobie, o ile łączą nas z nią jakieś wspólne cele, np. wychowanie dzieci czy spłata mieszkania lub codzienne wzajemne przysługi, takie jak gotowanie obiadów i naprawianie samochodu. To okres „zobowiązania”, kiedy łączy nas już tylko dana obietnica. No i wspólne interesy.

 


Kiedy zabraknie i tego, związki rozpadają się. I faktycznie często można zobaczyć taki obrazek. Facet dochodzi do pieniędzy, żona się starzeje i kiedy przestaje być wygodna, bo stać go już na jedzenie na mieście i nie potrzebuje obiadków, jest zamieniana na nową. Rozpada się symetria współzależności i czynnik obietnicy przestaje mieć znaczenie. Podobnie dzieje się w małżeństwach, w których dzieci dorastają i opuszczają rodzinne gniazdo. Jeśli to one były głównym spoiwem, pusty związek stacza się w przepaść.


Psychologowie wyróżnili trzy składniki miłości. Poza potencjalnie najtrwalszym, zwanym zobowiązaniem lub zaangażowaniem, są to intymność i namiętność. W kulturze masowej szczególnie wyeksponowany jest oczywiście ten ostatni. Do tego stopnia, że wiele osób wręcz utożsamia miłość ze stanem zakochania. Głupawe komedie romantyczne są tego najlepszym odzwierciedleniem. Przedstawiają nam wyidealizowany obraz zakochania, które z założenia oparte jest na fascynacji fizycznej i pożądaniu. Wszystko fajnie, ale popatrzcie tylko na poniższy wykres. Namiętność rośnie szybko, ale równie szybko… spada. Zwykle nie trwa to dłużej niż dwa lata.

Namiętność to pragnienie połączenia się z partnerem, szybsze bicie serca na jego widok, chęć całowania, dotykania, pociąg fizyczny. To czynnik najmocniej związany z emocjami, bo poza podnieceniem i tęsknotą bardzo silna jest w nim także zazdrość. Namiętność to ten element miłości, który odpowiada za zakochanie. Stan bardzo ekscytujący, choć na dłuższą metę męczący. I z natury rzeczy nietrwały.


Trzecim czynnikiem jest intymność, czyli bliskość. Pod tym pojęciem kryje się wszystko to, co sprawia, że chcemy przebywać w obecności drugiej osoby i czerpiemy z tego emocjonalną satysfakcję. To pragnienie dbania o kogoś, ale też przeżywanie z tego powodu przyjemności. Intymność wiąże się także z zaufaniem i chęcią dzielenia się wspólnymi przeżyciami.


Pełnią miłości jest współwystępowanie tych trzech czynników. Jednak z badań wynika, że jest to stan wielce ulotny. To smutne, ale wystarczy spojrzeć dookoła, by zobaczyć, jak typowy jest to schemat. Najpierw wielkie zauroczenie, potem trochę bliskości, a na koniec czysto formalny związek, który znamy z dowcipów. Na przykład tego: Czym różni się seks pozamałżeński od małżeńskiego? Tym samym czym polowanie od świniobicia.


Dzięki zakrojonym na szeroką skalę badaniom udało się ustalić dynamikę miłości. Otóż zwykle ma ona kilka faz. Pierwsza to oczywiście zakochanie, której chyba jakoś specjalnie przybliżać nie trzeba. Zauroczenie jest wpisane w ludzką naturę i poniekąd jest mechanizmem uwarunkowanym przez ewolucję, o czym już kiedyś pisałem.  Dalej mamy fazę romantycznych początków, kiedy namiętność dalej rośnie, ale pojawia się też intymność. Trzeci okres to związek kompletny, kiedy do pożądania i chęci bliskości dołącza się jeszcze zaangażowanie. To etap, kiedy coś sobie obiecujemy i stawiamy wspólne cele. Ale i ta faza przemija. Kończy się namiętność, a i intymność wyraźnie spada. Miłość przechodzi w etap związku przyjacielskiego. Wtedy pozostaje nam już tylko intymność, choć i tak niezbyt wysoka. Kiedy ten ostatni czynnik spada do zera, zaczyna się okres zwany związkiem pustym. On może trwać bardzo długo – tak długo, dopóki obie strony decydują się kontynuować relację.


Wygląda to dość smutno, trzeba przyznać. Inna sprawa, czy w tym przypadku pojęcia związku i miłości naprawdę się pokrywają. O ile można zrozumieć wyrażenie „związek pusty”, jak rozumieć pojęcie „pustej miłości”, kiedy nie ma już śladu po pożądaniu czy bliskości, a została tylko ślubna obietnica „i że Cię nie opuszczę aż do śmierci”. Czy „miłość pusta” to przypadkiem nie oksymoron?


Jest jednak światełko w tunelu. Co prawda powyższy model powstał w oparciu o badania, ale to tylko… statystyka. Tak wygląda przeciętny związek. Ale jest pewien odsetek – choćby kilka procent – który wymyka się tym schematom. Niby niewiele, ale jednak.


Tak naprawdę nie jesteśmy przecież zwierzętami i potrafimy świadomie wpływać na nasze losy. Umiemy przewidywać i planować. Potrafimy podjąć wysiłek, by zmienić rzeczy pozornie naturalne. Pytanie tylko – czy mamy ku temu wolę i niezbędne umiejętności?


Do sukcesu na pewno potrzebna jest wiedza, którędy podążać. Niezbędne są też jednak umiejętności, zwane inteligencją emocjonalną. No i motywacja. To prawda, że natura uczyniła nas zwierzętami poligamicznymi, ale… nie do końca. Szympansy, nasi najbliżsi krewni, pieprzą się na potęgę, nie stroniąc także od kontaktów homoseksualnych. Kwestia w tym, że nie jest to jedyny model organizacji społecznej, która występuje u naszych małpich krewnych. Gibony są dla odmiany ściśle monogamiczne i całe życie spędzają w tych samych  parach, wspólnie wychowując dzieci, niczym przykładna rodzina z amerykańskich filmów. Człowiek ma możliwość wyboru, ponieważ natura otworzyła przed nami szeroki wachlarz zachowań, zależny tylko od lokalnej kultury i indywidualnych preferencji.


Czy warto być monogamistą? Myślę, że to zależy od… osobowości. Istnieją typy z natury pozbawione potrzeby bliskości. Dla nich istnieje tylko świat hedonistycznych przyjemności, a przynajmniej nie istnieje nagroda w postaci odczuwania szczęścia z bliskiej relacji. Dla takich osób monogamia to jedynie ograniczenie, za którym nie idą żadne większe zyski, może poza świadczonymi wzajemnie przysługami, o których już pisałem. Nie ma sensu wiązać się obietnicami, które niczego nie dają, a jedynie nas ograniczają. I taki układ jest OK, choć wymyka się powszechnie ujmowanej moralności. Kluczowe jest jednak to, aby postawić sprawę jasno i wchodzić w relacje jedynie z osobami o podobnym podejściu. Seks tak, bliskość nie – to coraz powszechniejszy model, zapewne związany z tym, że coraz więcej osób ma obecnie narcystyczną konstrukcję osobowości, co opiszę kiedyś w osobnym tekście. Niestety, osoby o tym charakterze mało przejmują się innymi, więc nie czują się zobowiązane do uprzedzania partnerów, co ich czeka, jeśli się zaangażują. Rodzi się w ten sposób wiele dramatów, kiedy druga strona wcale nie chce utrzymywać emocjonalnej odległości. Jednak kiedy oboje partnerzy mają podobnie „zimną” konstrukcję osobowości – związek otwarty wydaje się całkiem naturalnym wyjściem.


Jednak dla większości ludzi emocje mają znaczenie, a bliskość wiąże się z odczuwaniem przyjemności. Zdrada zabija bliskość, która z definicji jest przecież czymś wyjątkowym i wiążącym się z zaufaniem. Dlatego ta większość ludzi jest wierna, przynajmniej tak długo, jak długo w związku występuje jeszcze namiętność i intymność. Często wierność przedłuża się do fazy miłości przyjacielskiej. W okresie związku pustego jest już tylko przyzwyczajeniem lub wynika ze zwykłego braku okazji do skoku w bok lub zmiany partnera.


Morał z tego jest dość jednoznaczny – o ile chcemy być szczęśliwi w relacji, powinniśmy starać się za wszelką cenę zachować związek w stanie gwarantującym przynajmniej emocjonalne zaangażowanie. I faktycznie, to ono jest kluczowe dla naszego zadowolenia. Badania wykazały, że jedynym składnikiem miłości, który ma istotne znacznie dla poczucia szczęścia jest… intymność.


Odwołując się do psychologii, spróbujmy przestawić przepis na eliksir miłości. Nie zakochania, ale właśnie miłości, która jest czymś głębszym i dającym prawdziwą i stabilną satysfakcję. Oto składniki tego eliksiru:

1)      Zdobywanie. Bliskie relacje rozpadają się wtedy, kiedy przestajemy o siebie walczyć.

2)      Staranie się. Dbajmy o opinię naszego partnera, a nie postronnych ludzi.

3)      Przyjaźń. Udane, długotrwałe związki to związki przyjaciół. Nie ma miłości bez przyjaźni.

4)      Lojalność. Jeden zły uczynek waży tyle, co pięć dobrych.

5)      Empatia. Narcyzm jest wielkim wrogiem miłości.

6)      Autonomia. Namiętność w związkach symbiotycznych wypala się błyskawicznie.

7)      Szczerość. Złe emocje powinny być ujawnianie i czyszczone na bieżąco.

8)      Bycie ekscytującym. „Misiaki” szybko się nudzą.

9)      Wspólne hobby. Większe szanse mają te związki, które robią razem jakieś ekscytujące rzeczy.

10)  Celebracja. Warto pamiętać, by godnie uczcić ważne daty w naszym wspólnym życiu.

11)  Wyjątkowość. Nie warto porównywać swojego partnera z wyidealizowanymi wzorcami.


Pierwszy składnik to nieco przewrotne „zdobywanie”. Przewrotne, bo stojące w sprzeczności z obietnicą bycia razem aż do grobowej deski. Kiedy uznamy, że druga osoba jest z nami raz na zawsze niezależnie od tego, co zrobimy, nieświadomie staje się ona mniej cenna. To dlatego tak wiele małżeństw przechodzi w fazę związku pustego. Skoro ktoś musi być z nami „aż do śmierci”, jego osoba staje się czymś oczywistym. Tak samo tracą na znaczeniu wyświadczane przez partnera przysługi. Dobro powtarzane systematycznie staje się trywialne i nie cieszy już tak bardzo. Nie tylko obiady czy inna pomoc, ale także gesty. Ten sam komplement słyszany codziennie staje się zbyteczny, bo już nic nie wnosi. Odrobina niepewności jest niezbędna, aby nam się chciało. Dlatego nie warto oddawać się komuś w sposób niezależny od wszystkiego. Ziarnko niepewności sprawia, że będziemy cenniejsi dla partnera.


„Staranie się” brzmi trywialne, ale to właśnie z tym mamy największy problem. Przeciętne małżeństwa szybko przestają dbać o bycie pociągającym w oczach partnera. W domu czują się na tyle swobodnie, że zapominają o atrakcyjnym wyglądzie. Kobiety malują się tylko przed opuszczeniem domu, a faceci potrafią łazić w gaciach i brudnym podkoszulku. Za to przed wyjściem „do ludzi” oboje starają się zachować pozory i wyglądać atrakcyjnie. To właśnie jest ten paradoks, który tak szybko zabija namiętność. Dokładamy wysiłków, aby wyglądać atrakcyjnie przed obcymi, a nie przed tą osobą, na której teoretycznie najbardziej nam zależy. Z wykresu faz miłości wynika, że namiętność spada do zera. Ale wcale nie musi tak być. Namiętność z czasem nieuchronnie osłabnie, ale może przez bardzo długi czas pozostawać na zadowalająco wysokim poziomie. Znakomitej większości ludzi po prostu nie chce się o to dbać, co poniekąd wynika z braków z punktu pierwszego, czyli z tego, że drugą osobę traktujemy jako daną raz na zawsze. Warto więc uświadomić sobie priorytety i odpowiedzieć na pytanie, na czyjej ocenie tak naprawdę nam zależy.


Przyjaźń wydaje się oczywista, ale nie każdego na nią stać. Wynika to w dużej części z tego, że najzwyczajniej w świecie źle się dobieramy. Nie z każdym damy radę się zaprzyjaźnić. Z czasem pociąg seksualny osłabnie, a pozostanie wszystko inne. Dlatego przed wyborem partnera warto zapytać siebie samego, czy to jest człowiek, z którym zaprzyjaźnilibyśmy się, gdyby był tej samej płci co my.


Lojalność to fundament zaufania. Znam opowieść o kobiecie, która przyszła na terapię roztrzęsiona, że mąż ją zdradził. Z czasem okazało się, że on ją zdradził na polu seksualnym, ale przedtem ona go na wszystkich innych. Obgadywała go przed koleżankami i kolegami, wyśmiewała, sprawiała inne przykrości. Zło i dobro są asymetryczne. Badania wykazują, że jeden zły uczynek może wyrównać dopiero pięć dobrych. Dlatego – chcąc utrzymać szczęśliwy związek – musimy często samemu gryźć się w język i dbać, by nasza lojalność była niepodważalna.


Empatia. Jeśli akcent pada na „ja”, zanikamy „my”. Badania wykazują niezbicie, że narcyzm to cecha bardzo zbieżna z tendencjami do zdrady.  Narcyzm jest cechą osobowości, a jedyne, co możemy z nim zrobić, to „humanizować” go. Sprowadza się to do rozwijania empatii kosztem przeświadczenia, że nasza wartość jest funkcją tego, jak ocenia nas otoczenie. Warto zdać sobie sprawę, co tak naprawdę jest istotne w życiu – czy podziw ze strony innych ludzi i płytka przyjemność, czy może bliskość z kimś naprawdę ważnym.


Autonomia. Wielkim złem, które możemy uczynić naszemu związkowi, jest zagłaskiwanie partnera. „Misiakowanie” bywa miłe, ale to pułapka, która zabija pożądanie. Dostrzeganie w partnerze jedynie nieporadnego dziecka czy słodkiego misia do przytulania to efekt niemądrego przeniesienia emocji z relacji rodzic-dziecko na sferę dorosłego życia. Nie przez przypadek mamy wdrukowane silne tabu kazirodztwa. Podobne mechanizmy włączają się także wobec „misia”, który traci dla nas seksualny kontekst. Dlatego warto zachować pewną sferę prywatności i pilnować, by nasze relacje nie stały się zbyt symbiotyczne.


Szczerość wobec siebie po prostu musi prowadzić do spięć. Nie jesteśmy tacy sami, więc tak czy inaczej w każdym związku pojawiają się frustracje. Nie warto ich jednak w sobie „kisić”, bo się nawarstwią i wybuchną ze zwielokrotnioną siłą. Jak najbardziej można się kłócić, tyle, żeby nie mówić wtedy rzeczy obraźliwych i poniżających, o czym pisałem już w akapicie o lojalności. Szczerość wymaga mówienia o trudnych rzeczach, czyli o tym, co nas boli i co nam przeszkadza w drugim człowieku. Zamiatanie pod dywan działa tylko na krótką metę.


Bycie ekscytującym dla wielu osób jest szczególnie trudne. Większość ludzi jest dość nudna i daleka od samorozwoju. W tym właśnie problem. Intrygują nas osoby nowe, bo stanowią pewną niewiadomą. Jednak nawet dobrze znani ludzie potrafią zaskakiwać, rozwijać się. To klucz do podtrzymania zainteresowania także wtedy, kiedy jesteśmy ze sobą już długo. Zaskakujące zachowanie od czasu do czasu może tylko pomóc, w końcu nic tak nie zabija namiętności jak rutyna. Nawet małe rzeczy potrafią dodać relacji rumieńców  - nagła zmiana fryzury, zorganizowanie spontanicznego wyjazdu czy fikuśna bielizna mogą być tym, co sprawi, że będziemy wracali do domu z nutką ciekawości, co też może się wydarzyć tym razem.


Wspólne hobby – niby banał, ale jednak bardzo ważny. Badania wykazują, że w lepszym stanie są związki, w których partnerzy robią razem ekscytujące rzeczy – chodzą po górach, podróżują, uprawiają razem sport itp. Wspólne przeżycia zbliżają. No i na pewno pomagają przyjaźnić się i cenić nawzajem.


Celebracja. Nie przez przypadek wszystkie ważne święta wiążą się z podniosłą atmosferą. To, co wartościowe, musi być obchodzone w sposób wyjątkowy. Jeśli związek jest dla nas cenny i chcemy, żeby taki pozostał, świętujmy ważne rocznice – ślubu, pierwszej randki, czy innego ważnego wydarzenia. Nie zapominajmy też o innych okazjach. Takie niby banalne walentynki też są dobry powodem, by jeszcze raz przypomnieć sobie i jasno dać do zrozumienia, że dalej nam na sobie zależy.


Wyjątkowość. To szczególnie trudny składnik eliksiru miłości. No bo jak sprawić, żeby druga osoba była dla nas wyjątkowa? Otóż można temu dopomóc. Po prostu nie porównując jej z innymi. To oczywiste, że z czasem będziemy się starzeć i tracić na atrakcyjności. Tym samym coraz więcej osób z otoczenia stanie się – obiektywnie – ładniejsza od naszego partnera. Ale warto sobie zdać sprawę, że takie porównywania nie mają sensu. Wymowny eksperyment pokazał, że jeśli dać komuś najpierw do oceny zdjęcia bardzo ładnych ludzi, to własny partner wyraźnie straci w jego oczach. Jeśli badani nie byli wcześniej konfrontowani z modelkami, znacznie wyżej oceniali atrakcyjność swoich dziewczyn. Zatem, będąc w związku, warto, abyśmy pamiętali, że nasz partner należy do zupełnie innej kategorii ludzi niż wszyscy dookoła i porównywanie go po prostu nie ma sensu.


Oczywiście, łatwo mi o tym wszystkim pisać, ale realne życie nie zawsze jest takie jednoznaczne. Sam też popełniałem na tym polu wiele błędów. Nie zawsze postępowałem najmądrzej i – patrząc z perspektywy czasu – dostrzegam związki, które mimo wszystko mogły się udać. Myślę jednak, że na samorozwój nigdy nie jest za późno – czego i Wam życzę.


EPILOG

Zacząłem ostatnio bawić się portalami randkowymi i dość szybko doszedłem do wniosku, że ludzie bardzo często stoją na straconej pozycji w kontekście tego, o czym pisałem powyżej. Prawie nikomu nie chce się uzupełnić profilu i napisać choćby kilku słów o sobie. Wydźwięk jest chyba jasny – liczy się tylko wygląd. Jednocześnie za tą powierzchownością idzie często narcystyczne oczekiwanie, że taką pannę „kilka ładnych zdjęć” z kropką lub uśmiechem w miejscu opisu będzie się zagadywało w sposób wielce wyszukany. Zwykłe „cześć” to za mało, choć tak naprawdę nie ma się do czego odnieść. Za to w rubryce hobby i zainteresowania aż nazbyt często pojawiają się „zakupy” oraz marki odzieżowe i inne dobra luksusowe. Czy nie świadczy to trochę o tym, że tracimy kontakt z tym, co naprawdę ważne i wartościowe?


Dla kontrastu jest też portal „dla ludzi z wartościami”. W domyśle… katolickimi. To też ciekawostka, bo całkiem powszechnie można spotkać tam 30-letnie dziewice, które w przyrodzie już praktycznie nie występują. Choć z prawdziwością takich deklaracji to też pewnie różnie bywa, bo natrafiłem na profil osoby „nie uznającej seksu przedmałżeńskiego” o statusie „panna”, która miała… dziecko. Co prawda był już podobno jeden taki przypadek w historii, ale wtedy działy się dziwne zjawiska astronomiczne i można było zaobserwować wzmożony ruch królewskich orszaków. Wracając jednak do meritum, na tym z kolei portalu wielu ludzi też zdaje się równie pokracznie rozumieć miłość, choć to niezrozumienie ma kompletnie przeciwny biegun. Często i obficie jest tam ona porównywana do samopoświęcenia i trwaniu w raz podjętej decyzji „aż do śmierci”. Miłość jako wyrzeczenie się siebie? Nie, to uczucie z założenia ma być dopełnieniem, i to dla obu partnerów w podobnym stopniu.


Trudno się potem dziwić, że długoletnie, szczęśliwe związki wyłamujące się ze schematu nakreślonego wykresem miłości stanowią „tylko 10%”. Może właściwiej byłoby powiedzieć „aż”.