Często wydaje nam się, że to, kim jesteśmy, zależy od nas samych, że jesteśmy kowalami własnego losu. To jeden z największych mitów naszej kultury. Pozwala nam jednak zachować dobre samopoczucie i wrażenie sprawowania kontroli nad własnym życiem , bez którego wielu popadłoby w depresję i odrętwienie. Można zakłamywać rzeczywistość i oszukiwać się, że sami ją kreujemy. W istocie realizujemy jednak pewien scenariusz, napisany dla nas już dawno temu. A jeśli faktycznie próbujemy być kowalami własnego losu, to i tak musimy kuć żelazo, które ktoś nam przekazał do obróbki w ramach międzypokoleniowego spadku.


Racjonalne kłamstewka

Samooszukiwanie się to bardzo przydatna umiejętność. To złudzenie, które pozwala żyć. Wielokrotnie udowadniano, jak wielka jest ludzka skłonność do racjonalizacji. W jednym z bardziej wymownych badań hipnotyzowano człowieka i dawano mu jakąś sugestię, którą wykonywał po wybudzeniu się. Pytano go potem, dlaczego to zrobił. Każda z osób badanych wymyśliła jakieś w miarę sensowne wytłumaczenie. I żadna nie powiedziała, że zrobiła daną czynność w efekcie sugestii podanej jej podczas hipnozy.

Znakomita większość ludzi bardzo podobnie przeżywa całe swoje życie – przypisując nieprawdziwe powody czynom i decyzjom, które wcale nie wzięły się z racjonalnych pobudek. Córka alkoholika wchodzi w kolejne związki z życiowymi wykolejeńcami i sadystami, choć tłumaczy to sobie pechem lub przeświadczeniem, że „on się zmieni”.

Istnieje też alternatywny wzór – niektóre osoby przyznają się przed sobą, że nie rozumieją, dlaczego robią coś, czego świadomie wcale robić nie chcą. To już pewien postęp, choć dalej tylko początek drogi. Ktoś może nie rozumieć, dlaczego ciągle ucieka, kiedy związek robi się poważny. Nie rozumie, więc szuka odpowiedzi. Wiele zależy od tego, na kogo ktoś taki trafi. Sporo jest na tym świecie szamanów wykorzystujących ludzką naiwność. Wróżek i szarlatanów, których wyjaśnienia brzmią atrakcyjnie, choć sensu w nich wcale nie ma. Czemu ktoś czuje właśnie tak? Ano dlatego, że np. urodził się przy takim, a nie innym, układzie planet. Mam nadzieję, że nie muszę tu nikomu tłumaczyć, jak wielką bzdurą jest ezoteryka i wszystko, co się z nią wiąże. Choć zwolennicy astrologii czasem faktycznie ocierają się o fakty w swoich obserwacjach, zupełnie nie rozumieją natury rzeczy, o czym pisałem kiedyś w tekście Horoskop (psycho)logiczny.

Drugą pułapką jest ślepe ufanie akademickiej nauce, która w istocie jest krótkowzroczna i często wewnętrznie sprzeczna. Wielu profesorów orientuje się tylko we własnej wąskiej działce, zupełnie tracąc szerszą perspektywę. Gdyby ktoś zaufał na przykład behawioryzmowi (skądinąd bardzo logicznemu), musiałby uznać, że jest istotą niewiele bardziej skomplikowaną niż pies. A jednak pies nie posiada świadomości istnienia i wszystkich związanych z tym problemów. Pies nie popełni samobójstwa, nie popadnie w schizofrenię. A człowiek już tak. I żeby nie było, że propaguję tu jakąś jedyną psychoanalityczną doktrynę – podobnie niemądre byłoby ślepe zaufanie psychoanalizie z całą tą jej tendencją do dzielenia włosa na czworo i topienia sensu w jałowych rozważaniach godnych teologii.


W poszukiwaniu źródeł Nilu

Jeśli nasza kontrola nad własnym życiem jest tylko iluzją, to co znajduje się pod nią?

Osobowość. Twór w istocie niezmienny w czasie, bo taka jest jego definicja. „Charakterystyczny, względnie stały sposób reagowania jednostki na środowisko społeczno-przyrodnicze, a także sposób wchodzenia z nim w interakcje.” Względnie, bo zmiana osobowości jest możliwa, głównie na skutek psychoterapii lub innych głębokich przeżyć emocjonalnych. Na przykład głębokiej miłości i innych znaczących relacji, ale też wypadków, wojen i różnych życiowych traum. Osobowość powstaje na gruncie temperamentu, czyli takiej wewnętrznej – większej lub mniejszej pobudliwości – o czym kiedyś już pisałem w tekście Zrozumieć drugiego człowieka. Nie można jednak mylić tych pojęć i tłumaczyć swoich obecnych zachowań genami. Nie ma genu zaufania, miłości czy lęku. Nie znaleziono nawet genów homoseksualizmu, choć naprawdę bardzo się starano.

W badaniach i książkach (popularno)naukowych często zapomina się jednak o pewnej ważnej rzeczy. Otóż osobowość powstaje już w bardzo wczesnym dzieciństwie. Choć mowa tu o rzeczach, które spotykały nas w „wieku” kilku miesięcy, to doświadczenia te sprawiły, że dzisiaj każdy z nas czuje i reaguje w taki, a nie inny sposób. Nie miałeś świadomości tego faktu? Nie przejmuj się, wielu psychologów też nie ma. Ignorancja jest do tego stopnia powszechna, że często służy do udowadniania nieistniejących zależności w czasopismach naukowych. Bada się na przykład bliźnięta jednojajowe wychowywane osobno i porównuje ich cechy. Podobieństwo między osobowościami ludzi o identycznych genach ma dowodzić przemożnego znaczenia czynnika biologicznego. Nikt jednak nie bierze pod uwagę, że wiele z tych dzieci rozdzielono nie w momencie urodzenia, ale nawet kilka lat później. A więc ich osobowość po prostu musi być podobna i to nie z powodu wspólnych genów, ale wspólnych doświadczeń. Tyle, że twardogłowa nauka – o której pisałem kilka akapitów wyżej – zwyczajnie nie bierze tego pod uwagę.

Tymczasem zręby osobowości można wyraźnie zaobserwować u dzieci już w wieku około jednego roku. I są one stałe, czego dowiodły badania podłużne. Stwierdzono w nich, że po dwudziestu latach 70% osób wykazywało te same cechy co w niemowlęctwie. Wyjątkiem były osoby, w których życiu zaszły jakieś poważne perturbacje, takie jak śmierć rodzica, rozwód lub przemoc. Wtedy zgodność występowała w 44%, co potwierdza obserwacje klinicystów na temat tego, że zmiany osobowości się zdarzają (także bez terapii), ale dzieje się tak jedynie na skutek bardzo głębokich przeżyć emocjonalnych.


Niepozorne źródełka

Co tak naprawdę stwierdzono u tych niemowląt? Ano to, że można u nich wyróżnić trzy protoosobowości, zwane w tym ujęciu stylami przywiązania. W serii eksperymentów obserwowano reakcję dziecka na matkę, jej wyjście z pokoju oraz powrót. Pewne niemowlęta były generalnie spokojne i czuły się bezpiecznie nawet bez rodzica. Potrafiły dalej bawić się i eksplorować swoje otoczenie, a na powrót mamy reagowały radością. Ten wzór zachowania nazwano bezpiecznym stylem przywiązania.

Inne dzieci na wyjście matki reagowały lękiem. Zaprzestawały zabawy i były wyraźnie zaniepokojone, ale kiedy rodzic wracał – ignorowały go lub reagowały złością i odrzuceniem. Ten styl nazwano lękowo-ambiwalentnym. Trzecia grupa dzieci była generalnie mało matką zainteresowana. Jej wyjście z pokoju przyjmowała ze względną obojętnością, tak jak i powrót rodzica. Ten styl nazwano unikającym.

Z czasem wyodrębniono jeszcze jeden schemat zachowań. Pewne dzieci po prostu zachowywały się dziwnie. Przeżywały lęk, ale reagowały na niego w sposób nietypowy, np. wpatrywaniem się z jakiś punkt, zastyganiem, przybieraniem dziwnych póz. W relacji z matką były zdezorientowane, tak jakby chciały być z nią blisko i jednocześnie się tego bały. Ten czwarty – dodatkowy – styl nazwano zdezorganizowanym.

A teraz rozejrzyj się dookoła, bo na pewno też jesteś w stanie przypisać ludzi ze swojego otoczenia do jednej z tych czterech kategorii. Niektórzy dobrze odnajdują się w związkach, nie czują obawy o odrzucenie ani lęku przed bliskością. Inni unikają bliskich relacji, wręcz zaprzeczając, że są nimi w jakikolwiek sposób zainteresowani. Kolejni tak bardzo boją się porzucenia, że czasem sami je prowokują zbytnią natarczywością lub reagują złością czy dąsami, zamiast jasno wyrażać swoje potrzeby. Jeszcze inni są po prostu dziwni, jacyś tacy nieprzewidywalni i nieadekwatni w zachowaniu. Jeśli jednak zapytasz dane osoby, dlaczego zachowują się właśnie tak, nie będą w stanie odpowiedzieć lub znajdą jakieś pozornie racjonalne wytłumaczenie, np. zwalając winę na poprzedni związek, w którym przecież zachowali się podobnie.

Te cztery postawy da się łatwo powiązać z wyróżnionymi przez psychologię i psychiatrię zaburzeniami osobowości. Styl bezpieczny znamionuje to, co – przynajmniej na polu relacji z bliskimi osobami – nazywamy zdrowiem psychicznym. Spokój, poczucie bezpieczeństwa, stabilność, brak lęku. Styl unikający to mniej więcej to samo co osobowość schizoidalna – uciekanie od bliskich związków, nierozumienie emocji, brak rozwiniętej empatii, strach przed bliskością. Lękowo-ambiwalentny styl przywiązania to de facto to samo co osobowość borderline. Ciągła skakanka między pragnieniem bliskości a odrzucaniem obiektu uczuć, między miłością i agresją. A styl zdezorganizowany do złudzenia przypomina to, co nazywa się osobowością schizotypową, czyli pewną dziwaczność zachowania, która nieco przypomina schizofrenię, ale jednak nią nie jest, pozostając na wyraźnie bardziej funkcjonalnym poziomie.


Matka – źródło życia i problemów

Pozostaje pytanie, co sprawia, że niektóre niemowlęta zachowują się w taki, a inne w zupełnie odmienny sposób. Zapewne dla większości czytelników to pytanie retoryczne, ale z naukowego punktu widzenia po prostu trzeba je zadać. Oczywiście kluczowa jest rola matki i jej zachowanie względem dziecka. Dowiodły tego te same eksperymenty, które pozwoliły na wyodrębnienie stylów przywiązania. Tak naprawdę obserwowano nie tylko dzieci, ale i matki. Mamy niemowląt wykazujących bezpieczny styl przywiązania były wrażliwe na potrzeby swoich pociech. Reagowały empatycznie na wszystkie sygnały. Szybko starały się nieść pomoc czy uspokajać swoje dziecko, kiedy wyczuwały pojawianie się u malucha jakiegoś dyskomfortu. Można powiedzieć, że mamy stanowiły „bezpieczną bazę”, z którego niemowlę mogło eksplorować otoczenie. Nawet kiedy opiekuna nie było w pokoju, maluchy miały przekonanie, że są bezpieczne i mogły skupić się na zabawie.

Matki dzieci wykazujących lękowo-ambiwalenty styl przywiązania same zachowywały się ambiwalentnie, czyli niestabilnie. Były nieprzewidywalne – w pewnych sytuacjach reagowały pomocą, a w innych były niedostępne. Można powiedzieć, że były bezradne w zaspokajaniu potrzeb swojego dziecka. Przekładało się to na zachowanie maluchów, które jednocześnie bały się samotności i wykazywały złość względem opiekuna, który nie spełniał ich potrzeb – w tym przypadku bezpieczeństwa.

Dzieci, u których stwierdzono unikający styl przywiązania, miały matki niedostępne i odległe emocjonalnie. W kontakcie między nimi zauważono nawet tłumioną złość, przejawianą także jako „intruzywność”, czyli nieempatyczne ingerowanie w zachowanie dziecka. Co znamienne, mamy tych niemowląt często przekierowywały uwagę maluchów na inne osoby i  przedmioty, jak gdyby odciągając ją od siebie.

Matki dzieci o zdezorganizowanym stylu przywiązania same były niejednoznaczne. Ich nieprzewidywalne zachowanie budziło niepokój w dzieciach. Wyglądało to tak, że maluchy nie widziały, czego się mają spodziewać po swoim opiekunie. Z jednej strony matka czasem wykazywała tendencje opiekuńcze, a czasem była odrzucająca. Odnosząc to do innej teorii psychologicznej – można tu przywołać obraz tzw. schizofrenogennej matki, która wysyła dziecku podwójne, sprzeczne komunikaty.


Jezus prawdę Ci powie

Mówiąc krótko – to nie geny są odpowiedzialne za to, jaki mamy charakter i jak odczuwamy otaczający nas świat. To doświadczenia nas kształtują, choć często zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, jak wczesne są to doświadczenia. Niestety, działa tu biblijna zasada: „Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.” (Mt 13,12) Innymi słowy świat nie jest sprawiedliwy, więc ten, kto miał szczęście być wychowywanym przez zdrowych, empatycznych opiekunów, sam będzie miał zdrową osobowość i szczęśliwe życie. Jeśli dostałeś dużo dobrego doświadczenia na początku swojej drogi, dostaniesz go jeszcze więcej w ciągu życia. Ale jeśli miałeś pecha urodzić się w rodzinnej patologii, będziesz cierpiał także w dorosłości, choć – bardzo możliwe – nigdy nawet nie zbliżysz się do zrozumienia źródła swoich nieszczęść.

To w istocie smutne wnioski, ale jednocześnie niosą wartościowe przesłanie. Wielu ludzi nie miało szczęśliwego życia, ale dalej może starać się, aby ich dzieci miały lepiej. Dobrze jest wiedzieć, gdzie się pilnować, na co zwrócić uwagę i w którą stronę podążać, wychowując swoje dzieci. I to już od najmłodszych lat, a nawet tygodni. Bo im też będzie dodane, jeśli to my na początku im damy.

Dlatego spędzajmy czas z naszymi dziećmi i dbajmy o ich komfort – choć nie mylmy tego z bezwarunkową akceptacją każdego zachowania, bo to inna z dróg do zaburzonej osobowości. I bądźmy względem nich empatyczni, bo tylko empatyczne reakcje pozwalają wykształcić bezpieczny styl przywiązania. Od kiedy prowadzę sklep z zabawkamiBavio.pl, chcąc nie chcąc, wniknąłem trochę w świat rodzicielstwa. Naprawdę zbyt często dzieci stają się przedłużeniem ego własnych rodziców. Zwłaszcza ostatnio, w dobie hipsterstwa i innych zaburzeń narcystycznych. Wiele matek myli swoich synków czy córeczki z laleczkami, które trzeba ładnie ubrać i uczynić wyjątkowymi, by się potem nimi pochwalić. Na tym polu też pojawia się wiele racjonalizacji. Choć w Bavio staramy się promować zabawki wyższej jakości – drewniane samochody, winylowe lalki czy edukacyjne roboty – wielu rodziców odpowiada, że inwestycja w zabawki nie ma sensu, bo dziecko i tak je zniszczy. Ale te same osoby dla siebie są jak najbardziej skłonne kupić drogi ciuszek czy okulary, które założą raz czy dwa w życiu. Taki wydatek wydaje im się już uzasadniony. W końcu chodzi o ich ego, którego dziecko jest tylko przedłużeniem. W pewnym sensie nawet mniej ważnym niż modna kiecka czy hipsterskie okularki. I to jest wielka tragedia naszej powierzchownej kultury, bo moda jest chwilowa, a dzieciństwo – choć pozornie trwa tylko chwilkę – jest na całe życie.