Bezkresna SaharaPostanowiłem wrócić do swojego drugiego – po psychologii – hobby, a mianowicie podróży. Innymi słowy wracam do tekstów z kategorii „świat”, choć o psychologii też nie zamierzam zapominać. Zacznę od dokończenia tekstu o Mauretanii, który swoją drogą jest dłuższą, „reżyserską” wersją artykułu, który opublikowałem kiedyś w Angorze. W tekście „Mauretania – kraj inshallah” kończyłem opowieść na złapaniu autostopu przez Saharę. „Wyprawa przez sam środek pustyni, brzmi piekielnie ciekawie. Jednak z czasem okazuje się, że przewaga jest wyraźnie po stronie piekła.” 

 

Ruszamy na wschód, w kierunku oazy Chinguetti. Po drodze mijamy posterunki wojskowe, które skrupulatnie kontrolują praktycznie nieistniejący ruch na niewielkiej, bitej drodze. Jeden z żołnierzy prosi o podwiezienie. Po drodze bardzo nalega na poczęstowanie go jakimś europejskim lekarstwem. Schorzenie – guz na ręce. Dla niewykształconego Mauretańczyka zwykły paracetamol staje się uniwersalnym placebo. Zresztą cała lokalna medycyna zwykła opierać się na tym efekcie. Lepiej mieć wszelkie możliwe leki ze sobą, niż liczyć na sprawdzone metody miejscowych. Dla przykładu, na ukąszenie skorpiona polecają oni wypicie szklanki wody, w której moczony był stosowny werset Koranu. W tym względzie ujawnia się specyficzne położenie Mauretanii – między światem arabskim a afrykańskim. O ile Maroko sztywno trzyma się doktryny muzułmańskiej, nie pozwalającej na takie świętokradcze remedium, to sąsiadujący od południa Senegal traktuje Koran jako uniwersalny materiał do wyrobu wszelkiego autoramentu magicznych amuletów. Także ludność Mauretanii jest mieszana – część ma korzenie arabskie, część jest czarnoskóra. Na kolorze jednak różnice się nie kończą. To jaśni Maurowie trzymają władzę w swoich rękach i obsadzają główne stanowiska w kraju. Ludność murzyńska dzieli się na dwie kategorie: żyjących głównie na południu członków wolnych plemion oraz grupę zwaną Haratyni. Ci ostatni są potomkami czarnych niewolników, którzy od dawien dawna usługiwali arabskim panom. Choć oficjalnie czasy niewolnictwa skończyły się wraz z nastaniem protektoratu francuskiego, jest ono wciąż praktykowane w świadomości mieszkańców Mauretanii. Oficjalne przepisy nie mają znaczenia. Kto urodził się jako potomek niewolnika, sam jest niewolnikiem. Losy arabskich panów i ich zislamizowanych poddanych są wciąż nierozerwalnie splecione. Niewolnik mieszka ze swoim „właścicielem” pod jednym dachem, stając się częścią rodziny. Jego poddaństwo sprowadza się często do parzenia herbaty lub wykonywania innych obowiązków domowych. Teoretycznie jednak jest wolny i może odejść – jednak gdzie? Nikt go nie zatrudni. Nie ma realnego wyboru, musi zostać. Dzięki antyniewolniczemu prawodawstwu Haratyni przestali być oficjalnymi niewolnikami, a zostali kastą byłych niewolników, żyjącą tak samo jak poprzednio ich rodzice i dziadowie.

 

Arabski pan i murzyński niewolnik

 

Po kilku godzinach dojeżdżamy do Chinguetti, zaliczanego do najświętszych miast islamu. To niewielka, zasypana piaskiem osada, która w czasach swojej świetności stanowiła centrum kulturalne promieniujące na całą zachodnią Afrykę. Tutaj zatrzymywały się karawany łączące czarne ludy z południa z ośrodkami handlowymi nad Morzem Śródziemnym. Stąd też wyruszano do odległej Mekki. Z czasem, dzięki religijnym bibliotekom, sama oaza stała się miejscem świętym i celem pielgrzymek dla tych, którzy nie mogli pozwolić sobie na kilkuletnią wyprawę do świętych miast Półwyspu Arabskiego. Obecnie po starym mieście hula jedynie gorący wiatr. Ruiny dawnych domostw przysypane są piaskiem do wysokości nierzadko drugiego piętra. Budynki mają monotonny żółtawy kolor i zlewają się z otaczającymi oazę wydmami. Po dawnej świetności nie pozostało wiele. Z tłumu przysypanych piaskiem domków wyróżnia się jedynie niewielki meczet z kamiennym minaretem. Życie płynie tu wolno. Na placyku w centralnej części oazy, który przy odrobinie dobrej woli można by nazwać ryneczkiem, przycupnął mały, niewiększy od garażu sklepik. Jego zawartość to leżący leniwie na podłodze sprzedawca i dwie półki najpotrzebniejszych towarów – sardynki puszce, mąka, mydło, trochę innych podstawowych produktów spożywczych i puszki coca-coli, która w świecie arabskim jest nieco słodsza od tej, dostępnej w Europie. Największym skarbem miasteczka jest oczywiście woda. Studnie pozwalają ludziom przetrwać mimo piekielnych upałów męczących to miejsce przez cały rok. Choć dziś coraz częściej spotykane są wszelkiego typu wiaderka, konewki i kanistry, to jednak widok wypatroszonej i przerobionej na bukłak kozy nie jest tu wciąż niczym dziwnym.

 

Rynek Chinguetti

Starówka Chinguetti

Dom w Chinguetti

Studnia w Chinguetti

Worek na wodę - z kozy

Meczet w Chinguetti

 

Jednak największa atrakcja Chinguetti jest ukryta głęboko w starych murach. To średniowieczne biblioteki z islamskimi rękopisami. Lokalne podejście do tych bezcennych ksiąg może zaskakiwać. Właściciel pokazuje je nam bez najmniejszego skrępowania, przerzucając brudnymi rękoma kruszące się karty jak wczorajsza gazetę – choć prawdopodobnie tak świeże czasopismo byłoby na tym końcu świata jednak bardzo cenne. Papier nierzadko odłamuje się i kruszy – a to Koran z XI wieku. Wygląda na to, że księgozbiór wciąż jest własnością prywatną, należącą do spadkobierców starych rodów skrybów. Zapewne taki widok niejednemu europejskiemu muzealnikowi nie wyszedłby na zdrowie, niosąc widmo zawału. Ale to Mauretania właśnie.  

 

Antyczny Koran

 

Dalsza trasa wiedze nas prosto na południe. Na mapie, jedynej dostępnej, oznaczona jest jako droga krajowa nr 5. Jej widok to miód na polskie serce – więc jednak może być gorzej niż u nas. Ta droga po prostu nie istnieje. Nie ma żadnych znaków, asfaltu, ba – nie ma nawet drogi gruntowej. Kreska na mapie jest po prostu kierunkiem, po którym trzeba się poruszać, by dostać się do kolejnej oazy. Jedynie miejscowi wiedzą, którędy jechać. A i tych nie ma tu zbyt dużo – w ciągu 4 dni jazdy mijamy dosłownie dwa samochody. Kierujemy się więc GPS-em, korzystając z punktów nawigacyjnych pobranych z internetu i zapisanych przez osoby, które wcześniej już tej trasy próbowały. Niestety to dane sprzed trzech lat. Sahara jest ruchoma i tam, gdzie kiedyś był twardy grunt, są teraz skały, a wydmy przewiało gdzieś zupełnie indziej. Trzeba sobie jakoś radzić. Powoli wyszukujemy przyjazdu przez wydmy i skaliste góry. Co jakiś czas któryś z samochodów zapada się w piasek i trzeba go mozolnie wykopywać. Upał w cieniu dochodzi do 51 stopni i to jest temperatura, która naprawdę daje w kość. Tym bardziej, że w jednym z samochodów wysiadło chłodzenie silnika. Jedynym sposobem na jechanie dalej jest włączenie ogrzewania, by ciepło nawiewane do wnętrza pojazdu z silnika, chłodziło ten ostatni. W środku pojazdu jest co najmniej 70 stopni, bo przy prędkości 20 km/h z jaką przedzieramy się przez pustynię nie można liczyć na chłodzący pęd powietrza. 

 

Samochód zakopany na pustyni

 

Na czas podróży przygotowaliśmy po 3 litry wody pitnej dziennie na osobę. Choć nie wydaje się to mało, w tej temperaturze jest to dawka wystarczająca tylko na przetrwanie – organizm przestaje się pocić, a skóra szybko staje się cienka i odwodniona. Marnym pocieszeniem jest, że miejscowi znoszą taką aurę cały czas. Niestety im także nie wychodzi to na zdrowie. Po drodze mijamy kilka prowizorycznych osad. Stanowią je szałasy z łodyg, folii, w najlepszym wypadku z blachy falistej. Przy nich stoją bezcenne studnie sięgające głęboko brudnej, mętnej wody. Życie nie jest tu łatwe. Mieszkańcy zajmują się koczowniczą hodowlą wielbłądów i kóz. Bieda to za mało powiedziane. Pustynni Mauretańczycy są przeraźliwie ubodzy, chudzi, niedożywieni i zniszczeni warunkami bytowania. Czterdziesto latek wygląda tu na wiekowego starca.

 

Domy nomadów

Dzieci pustyni

Studnia

 

Pustynia ma w sobie coś tajemniczego. Wydmy sięgające horyzontu, zagadkowe kurhany skrywające doczesne szczątku jej pradawnych mieszkańców, wielkie pająki wychodzące nocą na żer czy bielące się w słońcu kości padłego wielbłąda. Natrafiamy też na szkielet terenowego samochodu wyścigowego. Prawdopodobnie to jakiś nieszczęśnik z czasów rajdu Paryż – Dakar. Po latach została z niego tylko pusta, wzmacniana karoseria – pustynia nie oddaje swoich łupów. Ostatecznie po trzech dniach docieramy do niewielkiej osady – Rachid, która może aspirować do miana miasteczka, z uwagi na kamienną zabudowę. Nie ma tu jednak prądu, poza agregatem używanym w sklepie do napędzania lodówki. Właściciel trzyma w niej mięso wielbłąda i 3 puszki coli – towaru na tyle luksusowego, że magazynowanie większej ilości byłoby marnotrawstwem. Dalsza droga wiedzie nas korytem wyschniętej epizodycznej rzeki do jednego z głównych miast kraju – Tadjikji. Przynajmniej tak wynika z mapy, bo mieszkańcy nazywają je Tiżigża i nie za bardzo wiedzą, co ta pierwsza nazwa ma oznaczać. Bez względu jak nazywane, jest to jednak wciąż tylko nieco większe senne, pustynne miasteczko. Jedynym plusem jest to, że połączono je asfaltową drogą ze stolicą kraju – Nouakchott. Tu też rozłączamy się z naszymi kierowcami, którzy dalej odbijają w stronę Mali. 

 

Niebo nad pustynią

Pustynny pająk

Wydmy Sahary

Wrak z wyścigu Paryż-Dakar

 

Udajemy się do stolicy. Droga zajmuje cały męczący dzień. Samo Nouakchott jest stosunkowo nowym miastem, trudno tu więc o ciekawe zabytki. Są za to ambasady, w których można wyrobić wizę potrzebną do dalszej podróży na południe. Niestety proceder ten trwa kilka dni. Mamy więc czas na zwiedzenie najbliższej okolicy. Wybieramy się do portu rybnego. Widok jest naprawdę oszałamiający. Na plaży, jak okiem sięgnąć, stoją małe, kolorowe łodzie rybackie. Część z nich buja się na falach na tle ciemnego, sztormowego nieba. Co jakiś czas któraś łajba podpływa i wyrzuca połów na brzeg. Stamtąd tragarze zanoszą go na głowach do garaży. Tam ryby ładuje się na otwarte przyczepy samochodów pamiętających jeszcze prawdopodobnie czasy kolonialne, które zapełnione po brzegi powoli toczą się przez pustynię. 

 

Łódź rybacka

Port rybacki w Nouakchott

Port w Nouakchott

Rybak z Noakchott

 

Po otrzymaniu wiz senegalskich, wyruszamy na granicę. Przejściem jest Rosso, zapyziała mieścina z rojem drobnych cwaniaczków oferujących swoje usługi przy przekraczaniu rzeki. Prom na senegalską stronę odpływa tylko trzy razy dziennie. Dobrze o tym wiedzą także celnicy, którzy tak długo trzymają nasze paszporty, aż ostatni tego dnia prom nie zaczyna przygotowywać się do odpłynięcia. Oczywiście chodzi o łapówkę. Na szczęście klasyczna technika „na głupa” – polegająca na udawaniu, że nie wiemy o co chodzi i robieniu wielkich proszących oczu – i tym razem nas nie zawodzi. Wraz z przepłynięciem rzeki Senegal, trafiamy do prawdziwie czarnej Afryki. Ale to już zupełnie inna historia.

 

Zachód słońca w Afryce

 

Powrót do części pierwszej „Mauretania – kraj inshallah”