Każdy bywa czasem smutny. Szczególnie jesienią i zimą, kiedy dzień jest krótki, często pada, jest ciemno, zimno i szaro. Są co prawda święta, prezenty i cały ten radosny klimat, ale – paradoksalnie – jest to broń obosieczna. Właśnie na Wigilię przypada najbardziej „samobójczy” dzień w roku. To przeklęty okres na oddziałach psychiatrycznych. W Święta Bożego Narodzenia lawinowo wzrasta liczba przyjęć osób po próbach samobójczych. Przypadek?


Oczywiście nie. Święta uważane są za czas, który należy spędzić w rodzinnym gronie. Ale nie wszyscy mają rodzinę. A nawet jeśli  mają – nie zawsze są z niej zadowoleni, delikatnie mówiąc. W ten sposób dla wielu osób święta są momentem, który konfrontuje ich z poczuciem osamotnienia i rozczarowania. Nie oszukujmy się – cała ta bożonarodzeniowa otoczka to jeden wielki mit. Czy słyszeliście kiedyś o ludziach, którzy traktowaliby tradycyjne „nakrycie dla wędrowca” poważnie i zapraszali do siebie obcych? Ja nie. Podobnie pasterka, czyli spęd ludzi chcących nierzadko jedynie pokazać się znajomym w odświętnym stroju. To wszystko budzi szczególną frustrację u osób, które przez pozostałą część roku wypierają z siebie poczucie osamotnienia i odrzucenia. Nie mogą ogrzać się w autentycznym cieple obcych ludzi, a ich własna rodzina budzi w nich poczucie rozczarowania, żalu lub nieutulonej tęsknoty.


Właśnie w Wigilię miało miejsce kilka słynnych samobójstw. O jednym z nich pisałem już dwa lata temu. Do dzisiaj uważam ten tekst – Śmierć i depresja – za bardzo trafny. Pominąłem tam jednak pewne ważne aspekty powstawania depresji. Pamiętam, że ktoś prosił mnie wtedy o rozwinięcie tego tematu, a ja obiecałem do niego wrócić. Faktem jest, że nie jestem „rychliwy”, ale w sumie całkiem słowny :)


Smutne geny

Przyjrzyjmy się więc dzisiaj depresji. Ale zacznijmy od poczucia jej głębi. W tym celu posłuchajcie chociaż przez chwilę ostatniej audycji Tomasza Beksińskiego. Miała miejsce w grudniu 1999 roku. Niedługo potem prezenter popełnił samobójstwo. Miało ono miejsce w… Wigilię.



Z jego słów bije smutek, a wręcz skrywana rozpacz. Ten głos drży, jest zdławiony przez zaciśnięte gardło. Tak zachowują się ludzie próbujący powstrzymać się przed wybuchnięciem płaczem. Nic dziwnego. Samobójstw nie popełniają osoby szczęśliwe, dla których życie jest pasmem przyjemności. Tomasz Beksiński cierpiał na depresję, choć był to raczej stan przewlekły i nie wymagający hospitalizacji. Takie objawy ma lub miewa stosunkowo dużo ludzi. Na tyle dużo, że na gruncie psychiatrii rozważa się wprowadzenie pojęcia osobowości depresyjnej, czyli takiego stanu, który nie jest już typowy dla przeciętnych ludzi, ale jeszcze nie jest też prawdziwą depresją w rozumieniu medycznym. Czy ma to sens? Dla psychiatrii tak, bo ona nie wnika w przyczyny zaburzeń, z definicji zakładając, że winne są tu geny, mające rzekomo mieć wpływ na pracę neuroprzekaźników w mózgu. Podobnie myślał też ojciec Tomasza Beksińskiego, który po samobójstwie syna doszedł do wniosku, że ten „pewnie już z taką skazą przyszedł na świat”. Nic bardziej mylnego.


To tragedia naszych czasów, że ludzie obecnie dominujący w naukach medycznych wszystko starają się tłumaczyć jakimiś mitycznymi genami. Mitycznymi, ponieważ genów mających rzekomo warunkować powstanie zaburzeń psychicznych nie udało się zidentyfikować. Tym niemniej to podejście powszechnie uchodzi za naukowe, w odróżnieniu od psychoanalizy, która jest z gruntu trudna do dowiedzenia w badaniach, a więc nienaukowa. Tymczasem wpływ genów byłby udowadnialny, ale ich bezpośredniego związku z zaburzeniami osobowości jak dotąd nie znaleziono. Ale współczesnej nauce w niczym to nie przeszkadza. A zatem ludzie skarżący się na problemy emocjonalne mają łykać tabletki, bo one działają.


Lek na całe zło

To prawda. Leki przeciwdepresyjne działają. Ale to niczego nie dowodzi, a przynamniej nie zaprzecza – w tym przypadku psychoanalizie. Leki nie naprawiają uszkodzonego systemu sterowania. One jedyne zmieniają sposób transmisji danych. To tak, jakbyśmy mieli wadliwie działający komputer sterujący pracą mechanicznego robota. I zamiast przeprogramować jednostkę sterującą, skupialibyśmy się na regulowaniu przepływu impulsów w kabelkach łączących procesor z silniczkami odpowiedzialnymi za wykonywanie ruchów mechanicznymi kończynami. Takie podejście też da rezultaty, ale będzie miało również swoje skutki uboczne – ramię robota będzie pracować mniej dokładnie, mogą pojawić się też jakieś niespodziewane ruchy, drgania.


Przenosząc ten przykład na świat ludzi – leki przeciwdepresyjne czy stabilizujące nastrój częściowo stępiają też inne odczucia niż te, na które uskarża się pacjent. Człowiek łykający tabletki może odczuwać mniejszy smutek czy niepokój, ale będzie też mniej skłonny do wzruszeń czy innych, zdrowych emocji. Co prawda chemiczna ingerencja w pracę neuroprzekaźników polepszy mu samopoczucie i ułatwi funkcjonowanie, ale wcale nie rozwiąże problemu. I niewiele zmienia tu świadomość, że jest to metoda stricte naukowa. Dość przypomnieć, że naukowym sposobem leczenia problemów psychiatrycznych przez długi czas była też lobotomia. To zabieg polegający na przecięciu nerwów łączących różne części mózgu. Też działa. Bardzo skutecznie redukuje procesy emocjonalne. Znikają natrętne myśli, halucynacje, wahania nastroju, depresja. Niestety, znika też poczucie ciągłości ja i inne przejawy własnej woli. Lobotomią przeprowadzoną na głównym bohaterze kończył się też „Lot nad kukułczym gniazdem”, jeśli ktoś czytał lub oglądał. Zabiegowi temu poddano dziesiątki tysięcy ludzi, robiono go nawet 4-letnim dzieciom. I była to metoda stricte naukowa, odnosząca się do neurologii, uhonorowana nawet nagrodą Nobla. Jacyś chętni? Nawet jeśli, to przykro mi – zabieg ten został ostatecznie zakazany.


Nie chcę tu porównywać wprost leków przeciwdepresyjnych do lobotomii, bo te pierwsze są jednak bardziej skuteczne i mające nieporównanie mniej efektów ubocznych, ale jest w tym pewna analogia. Metody uchodzące za naukowe też nie muszą być mądre, sensowne i racjonalne. Psychiatrzy powszechnie zakładają, że wszystkie zaburzenia wywoływane są przez geny warunkujące pracę neuronów. W lobotomii też akcentowano zjawiska neurologiczne. I oba podejścia – miejscowe uszkodzenie neuronów jak i modyfikowanie ich działania przez substancje chemiczne – niosą ze sobą pewne koszty. W przypadku antydepresantów jest to ogólne przytępienie emocji. Jednak wcale nie musi tak być. Zamiast próbować sztucznie modyfikować pracę neuroprzekaźników, można zmieniać program sterujący emocjami, którym jest nasza… psychika.


Język ludzkiej psychiki

Niestety, nie da się zrobić tego za pomocą żadnych leków. Trzeba znać język programowania, którym napisany jest program sterujący naszym mózgiem. Niestety, nie jest on ani prosty, ani jednoznaczny. Jest mieszaniną kilku kodów, z których najbardziej bazowym jest zapis ewolucji homo sapiens. Wszystko, co dzieje się w ludzkiej psychice, jest echem procesów, które przez miliony lat kształtowały nasz gatunek. Odszyfrowanie znaczenia i funkcji jakiegoś zachowania pozwala znaleźć nam drogę do wyjścia z problemu. Dobrym przykładem jest tu choroba sieroca, objawiająca się m.in. kompulsywnym bujaniem się w przód i w tył. Z czego ono wynika, pisałem dokładniej w tekście Kołysanka od nieznajomej. To problematyczne zachowane jest po prostu nieświadomą próbą zastępczego zrealizowania programu zapisanego w genach. Te dzieci naszych przodków, które płakały, kiedy nie czuły kołysania, częściej przeżywały. Po prostu nie pozwalały rodzicom o sobie zapomnieć i zostawić na dłużej bez opieki, kiedy mogły być zjedzone przez drapieżniki. Dzięki doborowi naturalnemu ta pozytywna cecha kumulowała się w kolejnych pokoleniach i współcześnie występuje praktycznie u wszystkich dzieci.


Kołysanie jest po prostu nieświadomym sygnałem, że niemowlę jest niesione przez matkę, a więc jest bezpieczne. Jesteśmy potomkami zwierząt prowadzących życie nomadów, więc to naturalny odruch, który nie zdążył się wyciszyć przez ten ułamek czasu w skali rozwoju naszego gatunku, jakim jest osiadły tryb życia. Stąd taki właśnie objaw choroby sierocej. Kiedy dziecko nie ma zaspokojonej archaicznej potrzeby odczuwania kołysania – reaguje niepokojem. Potem przez przypadek odkrywa, że niepokój ten opada podczas kołysania, więc zaczyna bujać się samo, realizując zastępczo komendę zapisaną w psychice językiem ewolucji.


To proste wytłumaczenie jest jednocześnie wskazówką, jak opanować stres sięgający dzieciństwa. Bujanie się uspokaja, zwłaszcza w towarzystwie bliskiej osoby. Dlatego jestem przekonany, że hamaki powinny być powszechnie na wyposażeniu gabinetów psychoterapeutycznych. Ten prosty odruch i zadawniona potrzeba mogą być kluczem do głębszego otworzenia psychiki pacjentów, którzy borykają się ze skutkami złej opieki rodzicielskiej we wczesnych fazach rozwoju. A takich ludzi jest naprawdę dużo. Poddanie pacjenta regresji i zastępcze zaspokojenie jego archaicznych potrzeb jest jedną z najlepszych rzeczy, które może zapewnić psychoterapia. Niestety, nie jest to powszechne przekonanie. Prawdopodobnie winne są schematy, w które wtłaczani są przyszli psychoterapeuci. W ramach określonych nurtów stosuje się konkretne techniki odwołujące się do sfery racjonalności, zapominając o fundamentach ewolucyjnych.


Na szczęście istnieją ludzie wrażliwi, którzy nie potrzebują wykształcenia, aby znaleźć właściwą drogę. Bardzo uradowało mnie, jak przeczytałem kiedyś wywiad z Henryką Krzywonos, jedną z bohaterek Solidarności. Na skutek pobicia przez bezpiekę poroniła i nie mogła mieć dzieci. Adoptowała więc cudze. I nieświadomie wpadła na genialny pomył, żeby kołysać je w wózku dziecięcym. Jedno po drugim, i młodsze i starsze – nawet siedmioletnie. Była przy tym obecna także ciałem oraz sercem – śpiewała tym bujanym dzieciom i przytulała je.


To zachowanie Henryki Krzywonos jest dla mnie urzeczywistnieniem powiedzenia, że mądrość zaczyna się tam, gdzie kończy wiedza. Z psychologicznego dystansu możemy powiedzieć, że poprzez kołysanie i bliskość ta prosta kobieta wpłynęła na osobowość dzieci, ratując je przed głębszymi skutkami traum, których doświadczyły poprzednio w życiu. Nieświadomie naprawiała skrzywdzoną psychikę maluchów w sposób niedostępny i niezrozumiały dla psychiatrii. Ale robiła to niejako wbrew pedagogice i zawężonej, prostackiej psychologii – czy wyobrażacie sobie, co by na to powiedziała samozwańcza Superniania? Nie musicie sobie wcale wyobrażać, wystarczy sięgnąć do książek i wypowiedzi tego chybionego autorytetu. W „Moje dziecko” Dorota Zawadzka przekonuje, że kołysanie jest szkodliwe, bo… kołysane dziecko nie może zasnąć. Nie wiem nawet, jak miałbym to skomentować – to jest po prostu żenujące, jak bardzo można skrzywdzić dziecko w imię skrzywionych, pedagogicznych wizji. Kiedyś zalecano na przykład łamanie woli maluchów, a nawet wiązanie ich. Zawadzka idzie właśnie w podobnym kierunku, kiedy poleca np. ignorowanie niektórych zachowań dzieci, takich jak właśnie pragnienie kołysania. To tak, jakby tłamsić w szczeniaku naturalny odruch zabawy. Oczywiście da się to zrobić i psiak przyzwyczai się do stawianych mu ograniczeń. Ale odbędzie się to kosztem tego, co można by nazwać psim zdrowiem psychicznym. Bardzo podobnie jest z dziećmi, których potrzeby są ignorowane. Od dawna otwierał mi się przysłowiowy nóż w kieszeni, kiedy stykałem się z programami pani Zawadzkiej. I w tym kontekście wcale nie zaskakują mnie ostatnie doniesienia prasowe, pokazujące, do czego w praktyce może prowadzić podobne wychowanie.


Ewolucja depresji

Wróćmy jednak do depresji, bo to jej miał być poświęcony ten wpis. Czy ona także jest uwarunkowana ewolucyjnie? Oczywiście, jednak w dość przewrotny sposób. U zwierząt występuje stan podobny do depresji. Jest on obserwowany wtedy, kiedy młode straci matkę i jest praktycznie skazane na śmierć. Staje się wtedy apatyczne, smutne, pozbawione inicjatywy, ale też strachu. Czasami w programach przyrodniczych możemy obserwować wspomniane sytuacje, kiedy drapieżnik zabije matkę, zostawiając jej potomstwo jeszcze przez jakiś czas przy życiu. Można to nazwać depresją opuszczeniową. Jak doszło do jej wykształcenia na drodze procesów ewolucyjnych? Paradoksalnie – przez zaniechanie. Niezależnie od tego, jak zachowywały się dzieci po śmierci matki, ginęły. Każde działanie i tak kończyło się śmiercią, więc nie pojawiła się żadna presja ewolucyjna, która premiowałaby potomstwo noszące w sobie geny powodujące zachowania agresywne lub inne.


Także ludzka depresja jest stanem podobnym do żałoby po śmierci kogoś najbliższego, bez kogo – jak subiektywnie możemy odczuwać – nie da się dalej żyć. Odkrył to już Freud w pionierskich czasach psychoanalizy. Zauważył on, że osoby w depresji są podobne do ludzi w żałobie. Z tą tylko różnicą, że ludzie w żałobie nie mają obniżonej samooceny i nie są tak wyprani z agresji, jak osoby w depresji.


Kod interpersonalny

W ten sposób wracamy do języka, w którym napisany jest program sterujący ludzką psychiką. Oprócz kodu ewolucji, który mamy wspólny ze zwierzętami, istnieje też kod relacji interpersonalnych. Ten jest typowy już tylko dla ludzi i wiąże się z pewnymi specyficznymi mechanizmami, które pozwalają homo sapiens na rozwój uczuciowości. Ta z kolei jest nam potrzebna do regulowania złożonych relacji międzyludzkich w naszych ogromnych stadach. W skrócie polega to na obserwacji, że rozwijające się dziecko już od najwcześniejszych dni życia przechodzi przez pewien specyficzny cykl rozwojowy, który na pewnym głębokim poziomie także jest zapisany w naszych genach. Jesteśmy zaprogramowani do wchodzenia w kolejne fazy dziecięcego rozwoju interpersonalnego, podczas których powinniśmy zdobyć konkretne doświadczenia i posiąść idące za tym umiejętności związane z budową odrębności, tożsamości i zdolności do komunikowania się z otoczeniem. Jest specyficzny czas na wykształcenie się świadomości odrębności swojej osoby względem matki i otoczenia, na nauczenie się tolerancji na frustrację, na zdobycie zaufania do świata, na doświadczenie poczucia siły, a potem także własnych ograniczeń. Pozytywne przejście przez ten cykl prowadzi do wytworzenia zdrowej, funkcjonalnej osobowości – przynajmniej na danym etapie, bo także w późniejszym życiu czeka na dzieci wiele pułapek (które omówię innym razem).


Całe książki o tym napisano, więc z pewnością nie uda mi się tu wszystkiego streścić w kilku zdaniach. Generalnie chodzi o to, że każde dziecko powinno gładko przejść przez pewne określone doświadczenia, co musi się odbyć w adekwatnym czasie i w pewien określony sposób – z empatią, miłością i zaangażowaniem ze strony rodzica. Niestety, u większości ludzi proces ten bywa nieco zachwiany. W zależności od tego, co i w jakiej fazie rozwoju nie zagrało, dany problem skutkuje powstaniem konkretnych zaburzeń osobowości. Pewne symptomy niepowodzeń rozwoju psychiki widoczne są już w dzieciństwie. Jednak w pełni objawiają się dopiero w dorosłości, kiedy można zdiagnozować konkretne charaktery, np. zależny, borderline, socjopatię, schizoidalność itp.


Niegojąca się rana

Generalnie osoby mające podatność na zaburzenia depresyjne to te, u których proces rozwoju dziecięcej psychiki został zakłócony, zanim zdążyło się wykształcić poczucie bezpieczeństwa i stałości. W tej przypadłości czuć echo straty obiektu pierwotnej miłości, najczęściej rodzica. Osoby depresyjne jako dzieci – kierując na kogoś całą swoją miłość – doznały rozczarowania. Choć może minąć wiele lat, psychiczna rana pozostaje w człowieku i sama z siebie nigdy się do końca nie goi. Wprost przeciwnie – otwiera się na nowo za każdym razem, kiedy dorosłą już osobę spotka jakiś interpersonalny zawód.


To jest właśnie paradoks, z którym ma problem medycznie ukierunkowana psychiatria. Praktycznie zawsze napad depresji rozpoczyna jakieś negatywne wydarzenie międzyludzkie. Jeśli ta przypadłość miałaby być tylko efektem czysto biologicznym, nie powinniśmy obserwować takiej zależności, prawda?


Ukryte koszty racjonalności

Ok, zanim wejdziemy jeszcze głębiej, podsumujmy to, co już ustaliliśmy. Osoby skłonne do depresji doznały w dzieciństwie zawodu ze strony osoby, na którą kierowały całą swoją miłość – czyli zazwyczaj rodzica. Jednocześnie w ich rozwoju nie dopełniły się pewne etapy, które normalnie prowadzą do wykształcenia poczucia bezpieczeństwa i stabilności. W efekcie toruje to drogę destrukcyjnemu mechanizmowi depresji, który u zwierząt wykształcił się z braku jakiejkolwiek alternatywy wobec nieuchronnej śmierci. U ludzi objawia się on jako proces psychicznego rozpadu – apatii, smutku i poczucia beznadziei.


Teraz dochodzimy do trzeciego z kodów „języka psychiki” – umysłowej racjonalizacji. Jako gatunek, który wykształcił zaawansowaną samoświadomość, musieliśmy dostać też od ewolucji coś, co pozwala nam podporządkować nasze pierwotne instynkty logicznemu myśleniu. Nazwałbym ten proces po prostu racjonalizacją. Polega on na nazywaniu naszych archaicznych odruchów i kontrolowaniu ich w sposób zrozumiały dla świadomości, czyli z wyłączeniem instynktu typowego dla zwierząt. Taka kolej rzeczy pociąga za sobą jednak pewne koszty. Tracimy kontakt z pierwotnymi potrzebami, które przecież często nie zostają w pełni zaspokojone w naszym dzieciństwie. Uczy się nas jednak, że dorosłym ludziom nie wypada kołysać się, krzyczeć jak niemowlę lub płakać – powinniśmy to wszystko tłamsić w sobie i racjonalizować. Tworzy się rozdźwięk, który co prawda pozwala żyć, ale formuje też klincz w naszej psychice objawiający się różnymi zaburzeniami. Przykładowe efekty opisywałem m.in. w poprzednim wpisie pt. Korzenie zła. Taki na przykład sadysta nie ma świadomości, że bije niewinną osobę za grzechy popełnione niegdyś przez swojego rodzica – najczęściej ojca.


Wyparta agresja

A czego nie wie osoba w depresji? Nie wie, że… nienawidzi. To jest treść wypartych emocji, zapisana w tym trzecim (po ewolucji i potrzebach interpersonalnych) kodzie psychiki. Paradoks, który widać w osobach cierpiących na depresję. Nie ma w nich agresji, złości. Chyba, że… wobec siebie samych. Samobójstwo jest tego skrajnym przejawem, ale autoagresję u osób pogrążonych w depresji można dostrzec też w uporczywym obwinianiu się za swoją rzekomą niegodziwość, bycie złym, niegodnym, do niczego itp. To jest coś więcej niż poczucie beznadziei. To efekt… racjonalizacji.


Pytanie – racjonalizacji czego? Wiemy to już od czasów Freuda, choć ostatnio chyba o tym zapomnieliśmy, uwiedzeni Prozakiem i innymi antydepresantami. Choć w wielu innych miejscach ojciec psychoanalizy mylił się, w przypadku depresji rozbił bank. Zauważył mianowicie, że osoby w żałobie mają stabilną samoocenę, a w depresji nie, choć wszystkie inne objawy wydają się podobne. W trakcie swoich badań znalazł przyczynę. Osoby w depresji czują ogromny – ale w pełni uzasadniony – żal i gniew wobec osoby, która ich zawiodła. Pierwotnym adresatem złości jest oczywiście rodzic, ale potem w jego roli może wystąpić każdy inny człowiek, którego zachowanie powoduje odnowienie ran związanych z zawodem doznanym w dzieciństwie. Tyle, że w przypadku osób ze skłonnościami depresyjnymi ten gniew jest kierowany… na siebie. To właśnie wspomniany paradoks. Osoba pogrążona w depresji wydaje się pozbawiona agresji, choć na poziomie nieświadomości jest nią przepełniona. Jednak racjonalny umysł (mechanizmy obronne ego się kłaniają) odcina osobę od tej złości i przekierowuje na samą siebie, co objawia się radykalnym obniżeniem samooceny, samoobwinianiem, a w skrajnych przypadkach – próbami samobójczymi. Zapewne pośredniczą tu procesy z kodu ewolucyjnego, które sprawiają, że utrata najbliższego opiekuna powoduje bierność i apatię, tak jak dzieje się to w przypadku osierocenia dzikich zwierząt.


Trzeba sobie jasno powiedzieć, że ta wyparta złość jest naturalna i słuszna. Czujemy ją wobec osób, które nas zawiodły i tak być powinno. Kiedy dominuje prawda uczuć, wtedy nie ma depresji. Jednak ludzie skrzywieni przez życie gubią się, nie ufają swoim odczuciom. Zamiast wyrzucać agresję na zewnątrz i obwiniać prawdziwych winowajców, zwracają się przeciw sobie samym. Nasza katolicka kultura jeszcze to ułatwia, każąc „czcić ojca swego i matkę swoją”, niezależnie od tego, czy na tę cześć faktycznie zasłużyli. W depresji oba mechanizmy zazębiają się. Człowiek czuje się załamany tym, że został zawiedziony i – w jakimś sensie – opuszczony przez osobę, którą tak bardzo kochał i na którą tak bardzo liczył. A im bardziej do niej tęskni, tym bardziej ją idealizuje i tym mniej ma ochotę wylewać na nią swoją – skądinąd słuszną – złość.


Ciekawie ilustruje to piosenka Dżemu pt. „List do M”. Człowiek wychowany w rodzinnym syfie w chwili tęsknoty za utraconą miłością pisze:

Myślałem, że Ty skrzywdziłaś mnie; A to ja, skrzywdziłem Ciebie.

Szkoda, że tak późno pojąłem to; tak późno to zrozumiałem, zrozumiałem to

Samotność to taka straszna trwoga; Ogarnia mnie, przenika mnie.

Wiesz mamo, wyobraziłem sobie; Że nie ma Boga nie, nie ma nie!




Autor tych słów przekierowuje swoją złość z matki na siebie. Zapada się w depresji. Rysiek Riedel zabił sam siebie. Jego autoagresja przybrała formę nie tylko smutnych piosenek pełnych rezygnacji, ale też wyniszczania się nałogami. W tym wszystkim była depresja, masochizm, rozczarowanie, samoobwinianie, desperacja. Mówiąc wprost – źle ukierunkowana agresja.


Droga wyjścia

Choć powyższy opis powstawania depresji brzmi bardzo ponuro, jest jednak pewną… mapą. W oparciu o nią można poszukać drogi wyjścia z problemu, a przynajmniej namierzyć przewodnika – psychoterapeutę, który nam ją pokaże. Jeśli rozumiemy, z czego biorą się problemy, możemy też znaleźć sposoby, aby coś na nie poradzić. I faktycznie – depresja jest wyleczalna dzięki dobrze poprowadzonej psychoterapii. Jej sensem jest dopuszczenie do siebie doznanego zawodu i pierwotnej straty, uświadomienie emocjonalnej ambiwalencji wobec najbliższych osób, zaakceptowanie skrywanej agresji i przekierowanie jej na właściwy obiekt. Nawet jeśli nie cierpi się na typową depresję, a jedynie na pewne jej symptomy spowodowane choćby poczuciem samotności i ogólną szarością, także można skutecznie wykorzystać tę wiedzę.


Jedną z doraźnych interwencji psychoterapeutycznych jest… sprowokowanie pacjenta do kłótni. Czasem sięga się po jakiś drażliwy temat tylko po to, aby osoba w stanie subdepresyjnym zaczęła się spierać z terapeutą. Uwalnia to agresję (oczywiście w jakiejś ograniczonej formie) i przekierowuje z siebie na zewnątrz. To działa. Dzięki tej wiedzy w pewnym zakresie można pomóc nawet sobie samemu. Jeśli czujemy się przygnębieni i zdemotywowani, wystarczy wejść na jakieś forum czy na portal informacyjny, gdzie zamieszczane są komentarze. Idiotów nigdy nie brakuje, więc na pewno znajdzie się ktoś, komu będziemy mieli chęć dosadnie wytłumaczyć, gdzie jego miejsce i jak bardzo mija się z rozumem. Kłótnia to forma interpersonalnej agresji, a więc jest wrogiem depresji! Nie jest to eleganckie zachowanie, ale przecież służy czemuś z gruntu pozytywnemu. Jestem wręcz przekonany, że spora część internetowych trolli nieświadomie „zalecza” w ten sposób swoje depresyjne objawy i poprawia w ten sposób samopoczucie. Nie przypadkiem dałem tutaj cudzysłów, ponieważ kłótnia jest jak tabletka od bólu głowy. Docelowo niczego nie rozwiąże, a jedynie chwilowo przekieruje na zewnątrz agresję, która w innym przypadku byłoby skierowana przeciw ego, powodując przygnębienie i obniżenie samooceny. Prawdziwe przepracowanie skłonności depresyjnych polega na uświadomieniu wypieranej złości i skierowaniu jej na prawdziwy – a nie zastępczy – obiekt, którym jest osoba z naszego dzieciństwa.


Druga strona medalu

Z depresją czasami związany jest inny problem psychiczny – mania. Kiedyś mówiło się o zaburzeniach maniakalno-depresyjnych, dzisiaj częściej używa się pojęcia zaburzenia afektywne dwubiegunowe lub cyklofrenia. Mania sama z siebie jest stanem nadpobudliwości psychoruchowej i generalnie podwyższonego nastroju. Dlatego przez samych pacjentów odbierana jest zwykle jako coś przyjemnego. W tym stanie ludziom wydaje się, że mogą góry przenosić. I faktycznie, często są wtedy w stanie dokonywać nadspodziewanych rzeczy. Artyści w chwili maniakalnego pobudzenia tworzą wyjątkowe dzieła, a ludzie mniej obdarzeni talentami mogą np. zajmować się wielkimi porządkami lub pracować ze zdwojoną siłą. Jeśli do manii dokłada się jakiś inny problem natury psychicznej, objawia się on w pełnej okazałości. Może to być cokolwiek, to już zależy od wewnętrznych konfliktów danego człowieka. Ktoś z osobowością schizotypową może podejmować dziwne działania pełne szaleństwa, ktoś inny być nadmiernie aktywny seksualne lub mieć urojenia prześladowcze. Generalnie jednak mania jest takim wyjątkowym pobudzeniem, połączonym zazwyczaj z subiektywnym poczuciem mocy, zawyżoną samooceną, zmniejszoną potrzebą snu i ogólną ekspansywnością. Wypisz wymaluj – przeciwieństwo depresji.


Niestety, sprawdza się w tym przypadku powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają. W zaburzeniach maniakalno-depresyjnych oba te stany następują po sobie. Czasem mania dominuje, ale nie da się być wiecznie nakręconym, więc prędzej czy później przychodzi dołek. Kuriozalne jest to, że wielu pacjentów zgłasza się na terapię lub leczenie z nadzieją, że pozbędą się depresji, ale mania pozostanie. To dlatego, że ten drugi stan jest przyjemny – fajnie jest mieć poczucie mocy i być nakręconym do działania. Jak się pewnie już domyślacie, tak się nie da.


Mania zaprzeczania

Czym tak naprawdę jest mania? Antytezą depresji, czyli jej przeciwieństwem i zaprzeczeniem. Można by wręcz powiedzieć, że jest mechanizmem obronnym wobec depresji. W tym przypadku pytanie, co było pierwsze – jajko czy kura – ma bardzo jednoznaczną odpowiedź – depresja. Aby wytłumaczyć, skąd się bierze mania, musimy wrócić do kodu interpersonalnego, czym nazywam tę sferę psychiki, którą kształtują doświadczenia międzyludzkie z czasów dzieciństwa. Tendencja do zaprzeczania poczuciu własnej słabości poprzez rozwijanie w sobie wrażenia omnipotencji (wielkiej siły) buduje się bardzo wcześnie. Ma to miejsce w okresie rozwojowym zwanym fazą ćwiczenia. To okres mniej więcej między 11 a 14. miesiącem życia. Dziecko żyje wtedy jeszcze w iluzji bezpiecznej jedności z matką i jest przekonane, że matka zaspokoi każdą jego potrzebę. Jednocześnie nagle odkrywa w sobie nowe „magiczne” moce. To okres, kiedy dzieci zaczynają chodzić, a więc po raz pierwszy mogą realizować swoje pragnienia bez pomocy rodziców. Następuje wtedy coś, co psychoanalitycy rozwojowi nazwali „romansem ze światem”. Dzieci są wtedy względnie nieczułe na urazy i nie płaczą po upadkach, przeżywają za to euforię i fascynację swoimi nowymi umiejętnościami. Tak rodzi się poczucie omnipotencji, czyli przyjemne – choć fałszywe – poczucie, że jesteśmy cudowni i wszechmocni. W pewnych przypadkach powraca ono do nas już w dorosłości – w epizodach manii, ale też narcyzmu czy borderline.


Dla ewentualnego rozwoju manii kluczowe są wydarzenia z fazy ćwiczenia i kolejnej, czyli tak zwanego zbliżenia do rzeczywistości. W ciągu tej ostatniej dziecko powinno zdać sobie sprawę, że jest podatne na zranienie, a jego możliwości posiadają granice. To okres, kiedy osobowość człowieka zyskuje umiejętność łączenia w sobie poczucia realnej mocy z nie mniej realnymi ograniczeniami. Niestety, nie zawsze droga przez kolejne etapy rozwojowe przebiega prawidłowo. U tych osób, które doznały rozczarowania ze strony obiektu uczuć (przyczyna depresji), a jednocześnie utknęły w fazie ćwiczenia, mogą wykształcić się obrony maniakalne. Chronią one przed doświadczaniem własnej słabości, niedoskonałości i podatności na zranienie.


Można powiedzieć, że mania polega na aktywnym zaprzeczeniu poczuciu dojmującego rozczarowania, które występuje w depresji. Dzieje się tak poprzez regresję do archaicznych doświadczeń z fazy ćwiczenia, które to cofnięcie przywraca u już dorosłego człowieka poczucie infantylnej wszechmocy i niezależności. Dlatego maniakalne pobudzenie i związane z tym wrażenie omnipotencji jest tylko maskowaniem innych, głębszych problemów. To taki psychiczny manewr, w wyniku którego depresyjne poczucie zawiedzenia zostaje zamienione na wrażenie wszechmocy, dzięki czemu wsparcie drugiej osoby (którego zabrakło w dzieciństwie) pozornie nie jest już potrzebne.


Dlatego nie da się pozbyć depresji i pozostać przy manii, na co narzekają czasem artyści poddawani psychoterapii. Tracąc zaburzenie i idącą za nim energię do tworzenia, tracą nieraz źródło utrzymania. Ale zyskują zdrowie, które tkwi w prawdzie i wewnętrznej równowadze.


Pragnienie śmierci

Skoro jesteśmy już przy artystach, wróćmy do początku tego wpisu, czyli do rodziny Beksińskich. Ojciec przyznał się, że nigdy nie przytulał syna. W ogóle go nie dotykał, bo nie potrafił. Chciał mieć w nim kumpla, ale Tomasz w oczach ojca był tylko ślimaczącym się pulpetem. To już samo z siebie dużo mówi o patologii tej relacji. I o zawodzie, którego musiał doświadczać Tomasz (przypomnę – zawód ze strony obiektu pierwotnej miłości jest przyczyną depresji). Tak zapewne powstała pierwotna rana, choć dla jasności przekazu pomijamy tu rolę matki, która też pewnie była niebagatelna. Ta rana rozrywała się i ropiała za każdym razem, kiedy Tomasz doznawał kolejnych rozczarowań w dorosłym życiu. Przed samobójstwem mocno doświadczyło go też rozstanie z partnerką, którą nazywał „Nadkobietą”, co już samo w sobie jest alarmujące.


Słynny dziennikarz muzyczny od dawna zafascynowany był wizją swojej śmierci. W miesięczniku “Tylko rock” drukował felietony, które zatytułował “Opowieści z krypty”.  Podpisywał się w nich jako Nosferatu lub Dracula. Był zafascynowany wampirami. W młodości rozwiesił nawet w mieście nekrologi informujące o swojej śmierci. Długo opowiadał też znajomym o planowanym samobójstwie. Niestety, nie brali oni jednak tych słów poważnie, choć Tomasz miał już na swoim koncie dwie nieudane próby.


Skąd ta fascynacja śmiercią? Jego ojciec tego nie wiedział. Ale wystarczy spojrzeć na prace Zdzisława Beksińskiego, by się domyślić.



Tych obrazów nie mogła stworzyć zdrowa osobowość. A że patologia rodzi patologię, jest przecież oczywiste. Zdzisław Beksiński sam był głęboko zafascynowany śmiercią i rozkładem. Swoją obsesją nieświadomie zaraził syna, u którego ta specyficzna przypadłość jeszcze przybrała na sile. Wzmocniło ją własne poczucie odrzucenia. Tomasz tuż przed śmiercią przyznał się swojej przyjaciółce: Ojciec brzydzi się mnie. Kiedy indziej zapisał: Tak! Ta nicość mnie pociąga. Starych biorę pod uwagę. Jestem świnia. Dokuczam starym.


Po przeczytaniu poprzednich rozdziałów domyślacie się już pewnie, na co warto zwrócić uwagę w tych wyznaniach. Na agresję, która częściowo była kierunkowana właściwie – czyli na rodziców – ale jednak źle wyrażana. Nie wprost, a biernie i w sposób zawoalowany, vide „dokuczam”. No i z nutką poczucia winy – „jestem świnia”. Ostatecznie agresja Tomasza Beksińskiego została skierowana na samego siebie. Wybrał samozniszczenie. Jak się już być może domyślacie, w jego liście pożegnalnym także można dopatrzeć się agresji. Autoagresji. Brzmi ona podobnie jak w słowach piosenki Ryśka Riedla skierowanych do matki. I to też nie jest przypadek.


Chcę Cię przeprosić za to wszystko. A już w szczególności za swój parszywy egoizm i brak zrozumienia dla Ciebie. (…) Ja już jestem martwy, Tato. To co zrobię i do czego przygotowuje się spokojnie od paru miesięcy, będzie tylko postawieniem kropki nad i…


Kurs na życie

Oni już odeszli. Tak Riedel jak i Beksiński. Zabiła ich agresja, której nie potrafili przekierować na właściwy obiekt. To przykre. I przygnębiające. Ale może to być także źródło inspiracji i siły dla innych. Oni nie znali prawdziwego źródła swoich problemów. Wy – jeśli także zmagacie się z depresją – coś już wiecie. Historie życia i śmierci tej dwójki mogą być Wam drogowskazem. Tak jak kikuty masztów rozbitych statków wskazują kolejnym żeglarzom, gdzie znajdują się skały. Omijajcie te skały i płyńcie przed siebie. Wbrew zimnym wiatrom, wysokim falom i sztormom zaburzającym Wasze życie. Sztormy miną, fale ucichną, wyjdzie słońce – jeśli tylko będziecie mieli wytrwałość, by płynąć we właściwym kierunku. Tego Wam właśnie życzę w nadchodzącym roku, a najlepiej od razu w całym życiu :)