Wielu czytelników zainteresowała postać “Człowieka z duszą w kagańcu”. Mam dla Was ważną informację – to realna postać. Nie wiem, dlaczego niektórzy uznali, że sam ją wymyśliłem, albo, że jest ona mną. Nie, to autentyczny człowiek, który czytał Wasze komentarze i bardzo je przeżywał. W sumie trudno się dziwić, bo – pomimo że pozostał anonimowy – to jednak opisał autentycznego siebie. Pomyślcie sami, jak byście reagowali na słowa, które dotyczyłyby Waszych najbardziej skrywanych i najmroczniejszych tajemnic. Tym bardziej cieszy mnie, że po publikacji na Trzecim dnie swojego listu, napisał do mnie raz jeszcze. A mówiąc dokładniej – napisał do Was.


Od siebie dodam tylko tyle, że wiadomość ta nieco mnie wzruszyła. Faktycznie to pierwszy raz, kiedy anonimowi z natury rzeczy internauci okazali swoje ludzkie oblicze i, zamiast szydzić oraz pogardzać, zwyczajnie zrozumieli, że oni także mogli znaleźć się na miejscu autora listu. Zrozumieli, albo zmilczeli, ponieważ nawet na Wykopie przeważały opinie wyważone i refleksyjne. To tak jakby głupota i płytkość w ten jeden dzień znalazły się w totalnym odwrocie. Dlatego uważam ten tekst za bardzo ważny dla Trzeciego dna i dziękuję, że tak wiele osób odważyło się spojrzeć na świat oczami osoby, którą prawdopodobnie przedtem pogardzaliby. Samemu autorowi gratuluję odwagi, bo na pewno nie było łatwo opowiedzieć o czymś tak trudnym, a wręcz dramatycznym. Mam nadzieję, że jego walka będzie konstruktywna i skuteczna. To prawda, że nie wydaje mi się możliwe, aby zoofilia była warunkowana przez geny – to zbyt skomplikowana konstrukcja, aby dało się ją spontanicznie stworzyć w obrębie genotypu. Dlatego polecam autorowi psychoterapię, najlepiej bliską psychoanalizie. Samemu nie jest się w stanie dotrzeć do przyczyn własnego zachowania, ponieważ mechanizmy obronne istnieją właśnie po to, aby chronić nas przed bolesną prawdą. Ale bez odkrywania i przeżywania prawdziwych uczuć i emocji nie może być mowy o głębokiej przemianie.

Warto pamiętać też o tym, że autor i bestia to faktycznie jedna osoba. W psychoanalizie mówi się o dysocjacji, czyli oddzieleniu części swojej osobowości od reszty, albo nawet od jakiejś części ciała. To sposób na radzenie sobie z trudnymi emocjami i doświadczeniami. Dlatego – wbrew temu, co napisał jeden z komentujących – bestia nie ma “zdychać”. Ona powinna dać się oswoić, a z czasem wręcz rozpłynąć – w osobie autora, a potem także w nicości. Do tego prowadzić może tylko długa i trudna droga, która wymagać będzie wielu wyrzeczeń i trudnej konsekwencji. Ale tego właśnie życzę osobie, która odważyła się publicznie zdjąć kaganiec i odezwać. I nie było to warczenie, ani ryk wściekłego zwierzęcia. Okazała się, że tzw. „bestia” ma bardzo ludzkie oblicze.

Poniżej e-mail, w którym znajdował się docelowy list:


Witam Panie Adamie,

W załączniku znajdzie Pan list, który przygotowałem dla Pana czytelników. Jego napisanie okazało się znacznie trudniejszym wyzwaniem, niż początkowo sądziłem – trudniejszym, niż napisanie wcześniejszej „spowiedzi”. Odsłania on całą drogę, jaką przeszedłem od momentu skontaktowania się z Panem, przez publikację materiału, przeżycia z nią związane, aż po dzień dzisiejszy.

List stanowi również moje osobiste podziękowanie dla ludzi, którzy okazali mi zrozumienie. Jest formą pożegnania się z nimi i swoistym wyrażeniem nadziei, że przy odrobinie samozaparcia wrócę do społeczeństwa jako zdrowy człowiek. Nie ukrywam, że chciałbym mieć możliwość spojrzenia im w oczy i powiedzenia słowa „dziękuję”.

Możliwe, że list znowu trafi na Wykop – czego tak bardzo się za pierwszym razem obawiałem. Niech trafi. Niech każdy, kto postawił minusika pod złośliwymi docinkami wie, że faktycznie pomógł realnej osobie. Że teraz, gdy zdobędę się na odwagę by przekroczyć próg odpowiedniego gabinetu i usłyszę pytanie: „Co pana do mnie sprowadza?”, odpowiem z podniesioną głową: „Jestem zoofilem. Chcę się leczyć”.

Korzystając z okazji, chciałbym spojrzeć w oczy ludziom, których wzroku dotychczas unikałem – swoim potencjalnym oprawcom. Według ankiety na Trzecim Dnie przeszło sto osób opowiedziało się za karą śmierci dla ludzi mojego pokroju. To może być dla nich ciekawe doświadczenie – spojrzeć w oczy człowieka, na którego wydali wyrok śmierci.

Chciałbym także raz na zawsze oczyścić Pana z zarzutów o sfabrykowanie listu. Proszę nie dokonywać zatem żadnej korekty stylistycznej i nie modyfikować ani jednego myślnika, kropki czy przecinka.

W liście użyłem komentarzy z dyskusji na o2.pl, aby dobitniej uświadomić co poniektórym niedowiarkom, jak wiele odwagi wymagało ode mnie przyznanie się do swoich tendencji. Swoją drogą ciekaw jestem, czy ludzie, którzy z takim zapałem pluli w komentarzach nienawiścią, poczują teraz ciężar trzymanych w rękach kamieni.

W tekście zamieściłem również komentarze czytelników Pana bloga oraz użytkowników Wykopu, którzy okazali zrozumienie. To jest wyraz mojej wdzięczności dla nich oraz dla ludzi, którzy podpisali się pod ich słowami. Ich wypowiedzi najchętniej wytatuowałbym sobie na nadgarstku, aby w momentach zwątpienia móc na nie spojrzeć i dalej walczyć z chorobą.

Jeżeli to możliwe, proszę mi pozwolić przemówić do swoich czytelników. Jestem gotowy.


A oto sam list:


Ostatnie tygodnie życia były dla mnie przeraźliwie wyczerpujące. Przeraźliwie wyczerpujące. Pisząc mój pierwszy list do twórcy Trzeciego Dna czułem się w pewnym sensie jak skazaniec, który wyznaje przed inkwizycją wszystkie swoje grzechy z nadzieją, że jeżeli wyjawi całą prawdę, uniknie tortur i zostanie zabity szybko i bezboleśnie. Każde słowo wysysało ze mnie energię i życie, choć zmniejszało również ciężar, jaki dźwigam na sobie w milczeniu przez całe moje życie. Niczym chemioterapia zabijająca w równym stopniu tak nowotwór, jak i samego pacjenta.

Kiedy autor bloga do mnie odpisał, odpowiadając na mój list i proponując publikację moich wynurzeń na łamach Trzeciego Dna, wystraszyłem się. Oczyma wyobraźni widziałem teraz nie ciemną i wilgotną komnatę inkwizycji, tylko publiczny pręgierz lub stos – pochodnie, baty, kamienie i kije – widziałem szafot i posępny widok szubienicy wznoszącej się za moimi plecami. Zaprotestowałem mówiąc, że zwierzenia człowieka o mojej naturze nie są nikomu potrzebne, że publikacja tego materiału będzie przysłowiowym „wsadzeniem kija w mrowisko”.

Autor jednak cierpliwie wytłumaczył, że upublicznienie mojej spowiedzi może mieć pozytywny wpływ nie tylko na mnie, ale również na czytelników – że może otworzyć oczy i pokazać coś, co nigdy wcześniej nie zostało pokazane w tym świetle. Choć targały mną potężne wątpliwości, których nie udało mi się rozwiać do tej pory, ostatecznie wyraziłem zgodę na publikację listu. Chociaż czułem – i nadal czuję – jak gdyby najbardziej bolesne i intymne fragmenty mojej duszy zostały wycięte ze mnie nożem, wsadzone do słoja i wystawione na publiczną ekspozycję z podpisem: „umysł dewianta – prosimy nie pluć”.

Odliczając ostatnie godziny przed publikacją nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca i chyba doświadczyłem uczucia, jakie przeżywa więzień na kilka godzin przed publiczną egzekucją. Chciałem uciekać. Kryć się. Biec. Niczym zwierzę słyszące wycie nadciągających ogarów z doborowym węchem i ostrymi zębami.

O ile pisaniu pierwszego listu towarzyszyła odwaga i nieposkromiona chęć zrzucenia z siebie ciężaru, o tyle pisząc ten list odczuwam przede wszystkim zmęczenie, ale także – co może się wydawać nieco dziwne – dumę i uczucie ulgi. O tak. Daleki jestem od stwierdzenia, że zdołałem swoją „bestię” oswoić, ale sama świadomość tego, że przestała być ona moją najgłębszą tajemnicą, pozwoliła mi spojrzeć na nią innym okiem. Z innej perspektywy. Pierwszy raz w życiu poczułem, że nie jest już tak cholernie… obca. Jak gdybym dopiero teraz zrozumiał, że jedziemy na tym samym wózku i moje cierpienie udziela się także jej. Że ona również odczuwa ból – ten sam co ja.

Do tej pory byliście biernymi słuchaczami rozmowy; cichymi obserwatorami spowiedzi, jakiej dokonałem przed twórcą Trzeciego Dna, choć część z Was zanegowała moje istnienie, posądzając twórcę o spreparowanie listu – bo czy jednostka owładnięta tak niskimi instynktami może napisać tak głęboką i dopracowaną autoanalizę? Dzisiaj posuniemy się o krok dalej. Skoro los dał mi zarówno dewiację, jak i pewną umiejętność obrazowego wysławiania się, nie będę żadnej z tych rzeczy tłumił w swoich wypowiedziach.

Dobrze znam smak pogardy i nienawiści. Choć nie uświadczyłem ich bezpośrednio na swojej osobie, gdyż całe życie trzymałem gębę na kłódkę i prawda o mojej naturze nigdy nie wyszła na jaw, byłem ukrytym i milczącym obserwatorem paskudnych wybuchów zbiorowej agresji, jakimi społeczeństwo szczuje ludzi, którzy odważą się publicznie przyznać do swoich zooseksualnych tendencji. Byłem świadkiem ohydnych scen przemocy, nabrzmiałych sadyzmem gróźb oraz drastycznych opisów tortur, które czekają ludzi dotkniętych tym samym co ja. Czyli – jakby nie było – czekają również i mnie, gdybym odważył się publicznie zabrać głos.

Jeżeli jednak moja spowiedź dotarła do tylu osób i wywołała emocje, które w pewnym stopniu naruszyły fundamenty przyjętych powszechnie poglądów, a mi przyniosły ulgę i wytchnienie, poczuwam się do obowiązku wejść na górę – na tę ponurą konstrukcję z nieheblowanych desek i grubych, surowych bel – i stanąć przed Wami twarzą w twarz. Choć mając w pamięci nienawiść, jaką ludzie mojego pokroju budzą w zdecydowanej większości społeczeństwa, nogi się pode mną uginają, a każdy stopień zdaje się być przeszkodą nie do pokonania. Gdybym potrafił wierzyć w Boga, to właśnie w tej chwili bym się do niego modlił.


Obleśne stwory! Takich świrów winno się izolować od społeczeństwa, do kamieniołomów wysyłać, żeby im się odechciało krzywdzenia zwierząt!”


Ci ludzie zaśmiecają nasze społeczeństwo! Nasze dzieci na to wszystko patrzą! Dla takich ludzi powinny istnieć obozy zagłady!”


Zoofil to wsza i żadną przylizaną gadką nikt nigdy nie przekona mnie, że jest inaczej!”


To jest chore! Zdjęcia zoofilów i pedofilów powinny być w Internecie na jakiejś rządowej stronie, aby ludzie wiedzieli kto jest chory psychicznie i mogli się przed tym bronić!”


Więc oto jestem. Stoję przed Wami, odziany w postrzępioną szatę mojego człowieczeństwa, która w miarę szczelnie zakrywa okropieństwa znajdujące się pod skórą: zwierzęcą sierść, ukryte szpony, gruczoły do oznaczania terytorium. Jest Was dużo. Więcej niż się spodziewałem. Według pewnych założeń: ponad 25.000. Chryste. Pół stadionu ludzi, którzy weszli do mojej głowy i ujrzeli świat moimi oczyma; którzy znaleźli się na moment w mojej skórze i założyli moje buty – buty wynaturzeńca. Jakie to uczucie? Co zobaczyliście? Czy było Wam do śmiechu?

Nie widzę Waszych twarzy, gdyż światło uwagi, skierowane na moją osobę – wymierzone we mnie niczym szereg armat gotowych na rozkaz wypalić i zdmuchnąć mnie z powierzchni ziemi – oślepia mnie i przeraża. Ale wyraźnie dostrzegam kamienie, które część z Was trzyma teraz w rękach. Dostrzegam pochodnie w tylnych rzędach i chyba wyczuwam woń smaru; czy dobrze myślę, że wysmarowaliście nim wiszący za moimi plecami sznur, aby zmniejszyć tarcie, gdy w jednym potężnym szarpnięciu lina zerwie mi rdzeń kręgowy? Dobrze myślę? Według ankiety na Trzecim Dnie, przeszło stu z Was opowiedziało się za karą śmierci dla ludzi mojego pokroju; sto osób gotowych wkroczyć na podium i nałożyć mi na ochotnika pętlę na szyję. A może jest inaczej – może nie stoi za mną szubienica tylko czuję zapach świeżo naoliwionych trybów maszyny do łamania kości; zespół kół zębatych z korbą i wałem, opalizujący od grubej warstwy smaru? Czy chcecie abym cierpiał przed śmiercią? Abym wyznał w jakich piekielnych odmętach się narodziłem? Boję się odwrócić i zobaczyć co dla mnie przygotowaliście. Boję się. A spoglądając na ciemną linię horyzontu widzę, że zbiera się na deszcz. Słyszycie nadchodzące grzmoty? Ja słyszę. Słyszę.


Zoofile są najgorszymi istniejącymi potworami, gorszymi od wszystkich istot demonicznych razem wziętych, jakie pełzają na tym świecie. Kiedyś byli oni co prawda istotami ludzkimi, jednak dopuszczając się “arcypotwornego do nieskończoności aktu”, jakim jest obcowanie ze zwierzęciem, bezpowrotnie utracili oni swoje człowieczeństwo, stając się gorszymi od samych demontów potworami – dlatego ich dusze po śmierci zostaną na zawsze unicestwione przez samego Boga.”

 

Obiecuję i przysięgam, że jak mi ktoś tylko wspomni np. na imprezie, że to wolny wybór i dlaczego nie, bez żadnych dyskusji wstaję i kopię delikwenta w zęby. Tacy ludzie to gorzej niż ścierwa.”

 

Wystrzelać ich wszystkich zboczeńców jednych, zoofilia jako orientacja seksualna – śmieszne! Zamknąć do obozu albo wyciąć w pień!”

 

Jak bym taką osobę dorwała to biedna by była. Takie skurwysyny to bym zajebała gołymi rękoma.”

 

Ich powinno sie nie dopuszczać do społeczeństwa. Chorzy ludzie!”

 

Chcę uświadomić każdemu, przynajmniej względnie dobremu człowiekowi, kim naprawdę są zoofile. Chcę uchronić przynajmniej jedną istotę ludzką przed utraceniem człowieczeństwa oraz stania się potworem. Jedynym “lekarstwem” dla potworów (w tym wypadku zoofili) jest śmierć – jeżeli zabije się jakiegoś stosunkowo szybko, zanim jeszcze swoimi arcyparszywymi czynami znieważy Boga, to wtedy można uchronić takiego potwora przed unicestwieniem jego duszy!”


Czuję się parszywie, stojąc tu przed Wami. Ludzie o moich tendencjach nie są dopuszczani przez społeczeństwo do głosu – i wcale się temu nie dziwię. Każde kolejne słowo sprawia, że zapadam się w sobie coraz głębiej i głębiej, zgarbiony w poczuciu winy. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Tak, jestem dewiantem. Jestem wynaturzeńcem, choć fizycznie nie dopuściłem się aktu bestializmu, zdoławszy utrzymać drzemiące we mnie bydlę na łańcuchu. Popełniłem natomiast „myślozbrodnię”, że tak się wyrażę operując orwellowską nowomową, i nie brak mi trzeźwości umysłu, aby nazwać swą dewiację po imieniu; czy człowieka pragnącego się zabić nazwiecie samobójcą, gdy zacznie przejawiać pierwsze autodestruktywne tendencje, czy zrobicie to dopiero po jego śmierci, gdy zdoła odebrać sobie życie? W tym kontekście jestem niedoszłym zoofilem. I jestem jednocześnie częścią Waszego świata, choć sam nie potrafię wyzbyć się niekiedy wrażenia, że jestem przedstawicielem obcego gatunku; jakimś zbłąkanym osobnikiem z innego układu słonecznego, który pomylił kierunek i przez pomyłkę trafił pod niewłaściwy adres. Czy wiecie kto mnie tu umieścił? Czy znacie współrzędne mojej planety? Czy jesteście w stanie nadać im w moim imieniu sygnał SOS? Chciałbym już wrócić do domu.

Chcę abyście wiedzieli, że niechęć, jaką w Was wzbudzam, jest w pełni zrozumiała. Wstręt jest bowiem naturalnym odruchem, biologiczną reakcją ciała na to, co budzi obyczajowy sprzeciw, bunt lub zwyczajnie odrazę. Ja również odczuwam wstręt: do przemocy, ekskrementów, kontaktów kazirodczych, złodziejstwa, pedofilii oraz wielu innych rzeczy. W dużym stopniu również do siebie samego, jako istoty ludzkiej. Ale wyjaśnijmy sobie jedno: ci z Was, którzy podpisali się pod głosem sugerującym, że to twórca Trzeciego Dna jest autorem listu, popełnili błąd – wymierzyliście oskarżycielski palec w niewinną osobę. To ja jestem autorem listu, choć nie widzę technicznej możliwości, aby udowodnić to bez narażenia się na zdemaskowanie. Przypuszczam, że rozumiem, co Wami kierowało: słysząc głos dewianta, który w rozpaczy odważył się opowiedzieć o swojej chorobie na głos, odczuwacie dyskomfort; ludzie mojego pokroju stanowią dla Was moralne zagrożenie, dlatego chcecie wiedzieć kim są, aby móc się przed nimi bronić. Czy dobrze trafiłem? Nie ma w tym nic dziwnego, to zdrowy i naturalny odruch. Część z Was zapewne powiesiła psy na twórcy Trzeciego Dna dla żartu – czy może być coś zabawniejszego, niż przypięcie komuś etykietki zboczeńca najcięższego kalibru?

Powtórzę to co napisałem w pierwszym liście: nie oczekuję od Was zrozumienia, gdyż sam nie jestem w stanie zaakceptować własnej natury. Nie liczę także na litość czy współczucie, ponieważ użalanie się nad sobą nie sprawia mi satysfakcji. Tym nie mniej – i chcę to podkreślić z pełną mocą – czytając pierwsze komentarze ludzi, którzy dostrzegli we mnie człowieka, poczułem, jak gdyby ktoś po raz pierwszy w życiu położył mi rękę na ramieniu – uczucie tak cholernie, cholernie obce – i szepnął łagodnie: „Rozumiem twój ból. Znam twoją tajemnicę. Nie czuję do ciebie wstrętu”. Byłem całkowicie zaskoczony. Zbity z tropu. W kraju, w którym nawet zwolennicy tych samych poglądów skaczą sobie do gardeł i próbują się nawzajem ośmieszyć, tak „podła kreatura” jak ja – jednostka wyposażona w instynkty, za które w wielu krajach grozi kara śmierci – usłyszała słowa otuchy z ust postronnych osób. Byłem wzruszony. Podbudowany. I zmotywowany do działania. Konsekwentnego i odważnego działania.

W artykule pojawiły się pierwsze głosy zooseksualistów. Doszukujecie się źródła mojego problemu nie w zoofilii, a w braku samoakceptacji. Powiedzcie mi: jak mam ją osiągnąć, skoro część mnie chce pieprzyć zwierzęta, a druga wrzeszczy „nie rób tego”? Zarzucacie mi naiwne spojrzenie na psychikę zwierząt. Owszem, psychikę koni znam tylko z teorii, ale dobrze wiem ilu lat potrzeba, aby nauczyć się „mówić w ich języku” i że nie każdy koń przejawia chęć kontaktu z człowiekiem. Czy to jednak w jakiś sposób neguje zapędy, jakie do nich odczuwam? Czy skrytykujcie postawę człowieka, który wiedząc o swojej „miłości” do dzieci świadomie unika z nimi kontaktu? A może polecicie mu zatrudnić się jako woźny w przedszkolu, aby przekonał się na własnej skórze, czy kontakt z nimi faktycznie mu odpowiada? Nie zapominajcie też, że każdy pedofil będzie zachwycał się pięknem i złożonością dziecięcego umysłu, podczas gdy finał tych wywodów kończy się w łóżku lub w krzakach. Jeżeli Waszym zdaniem przejawiam zadatki na typowego bestialistę, widzącego w zwierzętach jedynie tępe maszyny to pieprzenia, tym bardziej powinienem mieć się na baczności, nawet jeżeli zgodnie z Waszymi prognozami moja walka zakończy się w psychiatryku. Moje „urojenia” są ceną, jaką płacę za tłumienie instynktu. Wy realizujecie swoje popędy, ja trzymam je na łańcuchu. Dla Was kontakt ze zwierzęciem stał się czymś naturalnym, dla mnie stanowi barierę, której postanowiłem nigdy nie przekroczyć. Wy zaakceptowaliście swoją orientację, ja tego nie zrobiłem. Wiedzcie jedno: nie oceniam Was, nie potępiam, ani nie wrzucam do jednego wora. Jeżeli żyjecie w zgodzie z własnym sumieniem, a kontakt z partnerem odbywa się przy pełnej akceptacji obu stron – to Wasza decyzja. Ja podjąłem inną. Powstrzymajcie się zatem od dobrych rad, abym „zaczął od psa, bo pies umie nasz język”. I pamiętajcie, że nie wypowiadam się w Waszym imieniu, tylko w imieniu własnym.

Napisanie poprzedniego listu było dla mnie wyzwaniem. Ogromnym i wyniszczającym wyzwaniem, za które zapłaciłem powrotem do nikotyny – nałogu, od którego przez wiele lat byłem wolny. Po wysłaniu wiadomości byłem wykończony, rozstrzęsiony i miałem paskudne wahania nastrojów – lęk, ukojenie, panika, wstyd, apatia, radość, smutek – i tak na zmianę, jak gdyby tkwiąca we mnie bestia wpadła w furię dowiedziawszy się, do czego się posunąłem, mówiąc o jej istnieniu; oczywiście nie wiedziała i wiedzieć nie mogła, gdyż jest zbyt tępa, aby rozumieć takie pojęcia. Tym nie mniej wyczuła mój niepokój i zaczęła być niespokojna, szamocząc się w swej klatce niczym zwierzę schwytane w potrzask.

W noc poprzedzającą publikację nie zdołałem zmrużyć oka, a rano nie potrafiłem zwlec się z łóżka i przemóc się, by włączyć komputer. Za bardzo bałem się tego co tam zobaczę. W końcu jednak – wypijając ostatnie krople dzielności ze źródła odwagi, które po napisaniu ostatniego listu wyschło we mnie niemal całkowicie – odważyłem się wejść na stronę i ze ściśniętym gardłem zacząłem czytać pierwsze komentarze, spodziewając się jedynie drwin, butów, kamieni i ognia. Zastałem natomiast… zrozumienie. Zastałem słowa otuchy.


“Muszę powiedzieć, że wstrząsnął mną ten tekst. Myślę, że jestem w stanie zrozumieć autora, i muszę powiedzieć, że wspaniale daje sobie radę w zaistniałej sytuacji, chociaż nie mogę nawet domyślać się, ile go to kosztuje. Nie wiem, czy życzyłby sobie mojego czy czyjegokolwiek współczucia, ale współczuję mu. Bo z tekstu wynika, że o wiele lepiej czułby się bez swojej bestii pod skórą. Autorze – trzymaj się, Bestio – zdechnij!”

 

“Myślę, że każdego z nas równie mocno wstrząsnął, a jednocześnie poruszył ten list. Przedstawia nowe światło na grupę ludzi, którą wcześniej wrzucało się do jednego wora obrzydliwej bestii. A tu nagle takie dziwne połączenie – człowieka elokwentnego, świadomego swojej dewiacji, obawiającego się i nie dającemu w zupełności wodzy swoim pragnieniom ukrytym głęboko w psychice.”

 

“Dobrze, że autor listu mógł wreszcie z siebie zrzucić ciężar. Inaczej prawdopodobnie nie miałby w ogóle takiej możliwości… Podziwiam walkę i życzę powodzenia. Nie potępiam, nie oceniam, tylko szczerze współczuję rozdarcia psychiczno-fizycznego.”

 

“Przeczytanie tego tekstu sprawiło, że spojrzałam na tych ludzi inaczej – nie jako dewiantów krzywdzących zwierzęta, ale przede wszystkim ludzi – którzy jak wszyscy inni mogą postępować dobrze lub nie.”


“Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, jak to jest mieć pociąg do zwierząt. Jest to dla mnie i zapewne dla was wszystkich zbyt obce, by móc się o tym wypowiadać. Po tym artykule spojrzałam na to nieco inaczej. Moje poglądy się nie zmieniły, ale, paradoksalnie, ten człowiek dalej jest dla mnie człowiekiem, choć nigdy go nie zrozumiem.” 


Dziękuję wszystkim z Was, którzy dostrzegli we mnie człowieka. Nie zdajecie sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo podnieśliście mnie na duchu. Bez Waszego wsparcia na pewno nie znalazłbym w sobie dość odwagi, aby wejść dziś na to ponure podium i przemówić do Was ponownie, choć – przyznaję – nadal kryję się jak tchórz za autorem Trzeciego Dna, narażając go na kolejne szydercze docinki. Nie czuję się z tym dobrze, wierzcie mi. Autor przyjął niewdzięczną rolę mojego łącznika z Wami, za co jestem mu dozgonnie wdzięczny.

Pytacie, jak było z dzieciństwem, szukając istoty mojego problemu i miejsca, w którym bestia przyszła na świat. Warto byśmy się w tym miejscu dobrze rozumieli: nie twierdzę, że moje dzieciństwo było idealne. Stwierdzam jedynie – starając się patrzeć obiektywnie – że przebiegło ono w poczuciu względnego spokoju i bezpieczeństwa. Byłem cichym i wrażliwym dzieckiem o wyraźnych cechach introwertycznych. Miałem pewną skłonność do izolowania się od rówieśników. Ich towarzystwo najczęściej męczyło mnie i nudziło; zamiast biegać dookoła trzepaka z kijem w ręku, bawiąc się w wojnę, wolałem w zaciszu własnego pokoju rysować, malować lub czytać. Rodzice zachęcali do częstszych zabaw na dworze, ale nie wywierali na mnie presji. Akceptowali mój charakter i pomagali mi rozwijać moje zainteresowania. Żyli w zgodzie. Miałem kilku przyjaciół, z którymi lubiłem spędzać czas i z większością z nich przyjaźnię się do dziś. Nie czułem się samotny, potrafiłem sprawnie żyć w społeczeństwie. Nie przypominam sobie również żadnych dramatycznych wydarzeń z tego okresu, choć nie mogę wykluczyć, że to właśnie wtedy zrodził się czynnik, którego nie umiem sobie uzmysłowić, a który ostatecznie zaważył na tym kim jestem.

Pytacie, czemu nie poddałem się leczeniu. Odpowiedź jest trywialna: całe życie wychodziłem z błędnego założenia, że tendencje zooseksualne są genetyczne (bądź wywołane jakąś bliżej nieokreśloną wadą mózgu), przez co uważałem się za przypadek „nienaprawialny” – na co spory wpływ miały zapewne opinie innych zooseksualistów, głoszących kazanie według Św. Zoofila: „Kto urodził się zoofilem, ten zoofilem umrze, albowiem orientacji się nie wybiera i trzeba ją realizować”. Teraz okazało się to kłamstwem, co uświadomił mi dopiero twórca Trzeciego Dna.

Po napisaniu pierwszego listu zrozumiałem jeszcze jedną ważną rzecz. Wychodząc z założenia, że predyspozycje zooseksualne są dziedziczne, nałożyłem sobie kaganiec nie tylko na kontakty międzygatunkowe, ale także międzyludzkie, bojąc się głębiej angażować w związki – jakim bowiem musiałbym być potworem, aby świadomie przekazać swoje geny dalej i ryzykować, że obarczę dziecko swoją chorobą? Ryzykować, że bestia przedrze się na kolejne pokolenie i zamieszka w umyśle kolejnego człowieka? Teraz wiem, że to raczej niemożliwe. Że coś ją we mnie wywołało. Tym nie mniej w pewnym sensie dokonałem na sobie autokastracji, wykluczając swoje geny z obiegu.

Sprawa przedstawia się następująco: muszę odnaleźć w sobie siłę i odwagę, aby poddać się terapii – specjalistycznej terapii, gdyż na chwilę obecną kopię bez żadnej asekuracji w niebezpiecznym miejscu i podmokłym gruncie. Fundamenty mojej osobowości są przechylone, a na jej powierzchni zaczynają pojawiać się pierwsze pęknięcia. Ta budowla nie ma się zawalić; ona ma zostać poddana kontrolowanej implozji, odsłaniając szkielet konstrukcji, na której wzrosła przez te wszystkie lata, rzucając cień na całe moje życie. Skłamałbym jednak mówiąc, że jestem gotów na to w tej chwili. Boję się. Boję się tego co zobaczę, gdy pył opadnie. Co odsłonią zgliszcza? Co się stamtąd wyłoni? Co wylezie, gdy mur runie? Ile mnie pozostanie we mnie?

Tysiące razy próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie – w którym momencie się narodziła? W jakich pierwotnych szczelinach umysłu znalazła warunki by żyć? Skąd czerpała soki? Jeżeli niemożliwym jest – a tak twierdzi nauka i wykazałbym się ignorancją, negując to – aby inkubatorem tej istoty były predyspozycje genetyczne czy wrodzona wada mózgu, to co pociągnęło za spust i ostatecznie ją wyzwoliło? Co poszło nie tak? W którym miejscu?

Czy stoi za nią jakieś traumatyczne przeżycie z wczesnego dzieciństwa, zbyt szokujące dla niewinnego i bezbronnego umysłu, aby mogło w nim pozostać? Przeżycie, które zostało wyparte z pamięci i zrzucone w otchłań nieświadomości – do legowiska, w którym bydlę przyszło na świat? Czy była to scena przemocy? Scena brutalnego mordu ujrzana przez niedomknięte drzwi podczas emisji filmu z VHS, której umysł dziecka nie powinien zobaczyć, a którą przez chwilowy brak czujności obejrzał i wchłonął niczym gąbka, przyjmując całe jej okrucieństwo? Czy była to pornografia? Jeżeli tak – gdzie jest ta kaseta i co dokładnie zawiera? Czy to w niej tkwi klucz do rozwiązania zagadki? A może nie było żadnej kasety; może był po prostu żałosny widok dwóch uwalonych w błocie psów, wściekle kopulujących ze sobą na środku ulicy – warczenie, skamlenie, gryzienie, szarpanina, przeraźliwy pisk, a parę kroków dalej – płacz wystraszonego dziecka? A może nie było żadnego spustu i o narodzinach zaważył swoisty efekt motyla na jakiejś pozornie błahej i nieistotnej płaszczyźnie, która z biegiem lat wypuściła pędy i wyrósł z niej suchy, poskręcany badyl z jednym czarnym owocem – czy to z niego się wykluła? Nie wiem. Nie udało mi się tego ustalić, mimo całego wysiłku, jaki w to włożyłem. Jedno jest pewne: w jakiś sposób się narodziła, dorosła i ku mej rozpaczy stała się nieodłącznym towarzyszem mojego życia.

Jest ze mną gdy wstaję rano do pracy i gdy sięgam w sklepie po chleb. Jest ze mną gdy jadę samochodem i gdy spotykam się ze znajomymi w pubie. Jest ze mną kiedy myję zęby i kiedy kładę się spać, zmęczony wyzwaniami dnia powszedniego. Słyszę jej oddech, kiedy sen owija mnie milczącym całunem względnego bezpieczeństwa – względnego, gdyż często udaje jej się przedrzeć barierę i wleźć do środka, nawiedzając mnie w snach. W koszmarach. Może opuści mnie na stare lata, gdy upływający czas miłosiernie odbierze mi temperament i zdolność do prokreacji – kto wie? Jestem jednak pogodzony z myślą, że widok jej nienasyconych oczu – jej głodnych, spragnionych, zwierzęcych oczu – będzie mi towarzyszył aż po kres moich dni, stanowiąc być może ostatni obraz, jaki zobaczę, nim moje serce zatrzyma się na zawsze w martwym półuderzeniu.

Przez te wszystkie lata naszej wspólnej egzystencji – naszej trudnej, wyczerpującej egzystencji – nie zdołałem nauczyć jej dobrych manier. Nie powiodła się również próba nauczenia jej podstawowych komend. Och, do szczęścia wystarczyłaby jedna – „siad!” – ale nawet tej komendy nie zdołałem jej nauczyć. Nic a nic. A jednak musimy jakoś żyć. Razem. I teraz – gdy wypowiadam przed Wami kolejne słowa, wycinając krwawiące strzępy swej duszy – gdy obnażam się z tajemnicy swego człowieczeństwa, wyrywając z wnętrza kolejne zainfekowane partie żywego ciała – wyczuwam jej pobudzenie, wywołane moim bólem. Gdybym tylko zamknął oczy i odpowiednio się skupił, prawdopodobnie byłbym w stanie dostrzec jej cielsko siedzące za moimi plecami. Poczuć jej ślepia wbite w tył mojej głowy. Jej niepokój. Mój niepokój. A gdybym zdobył się na odwagę i odwrócił się gwałtownie, wrzeszcząc: „kim do cholery jesteś?!” - zauważyłbym, że krwawi. Że jest ranna. W tych samych miejscach co ja.

Tak naprawdę nie ma żadnego „ona”, ponieważ nie ma żadnego „ja bez niej” – jesteśmy jednym bytem, tkwiącym nierozerwalnie w tym samym organizmie. Tak jak chory malarz próbuje nadać swej chorobie realny kształt i oddać na płótnie całe jej okrucieństwo i bezwzględność, by choć na moment poczuć cień kontroli nad swoim losem, a cierpiący muzyk stara się wyrzucić lęk generując fale o określonej częstotliwości i strukturze – transformując to, co nienamacalne, w to, co fizyczne – tak ja wykreowałem jej obraz. Nie ma żadnej bestii. I nigdy nie było. Jestem tylko ja: sfrustrowana jednostka z uszkodzonym kompasem, broniąca się przed wewnętrznym chaosem, próbująca rozerwać to, co nierozerwalne. Oddzielić instynkt od rozumu. Namalować swoją chorobę. Poczuć nad nią kontrolę. Nałożyć jej kaganiec.

Pewien polski artysta, gdy zdiagnozowano u niego nowotór, zabronił bliskim nazywać swoją chorobę po imieniu. Prosił, aby – tak jak on – mówili na nią „jemiołka”. Nawet nie jemioła – jemiołka. U mnie podświadomie zadziałała ta sama siła, w tym samym kierunku, lecz mająca przeciwny zwrot; zamiast łagodzić obraz choroby i próbować ująć jej siłę, wykreowałem monstrum, gotowe pieprzyć, gryźć i zabijać, aby mieć się na baczności i wiedzieć z czym walczę, gdyż tylko ode mnie zależał wynik tego pojedynku. Pojedynku, którego areną jest moja głowa.

Ale jak walczyć z czymś co w rzeczywistości jest mną? Jak bombardować oddziały wroga, znajdujące się na własnym terenie? Każda próba ataku będzie formą autoagresji. Musiały zatem wystąpić jakieś tendencje autodestruktywne, jednak nauczyłem się urzeczywistniać je wyłącznie w sferze dokonań artystycznych, które nie są dla mnie niebezpieczne, a które pozwalały mi brać czynny udział w wewnętrznym konflikcie, osłabiając siły wroga. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie są to bezpieczne i zdrowe praktyki, ale – patrząc relatywnie – stanowiły nieporównywalnie mniejsze zło, niż inne rozwiązania tego typu. W ten sposób mogłem do woli prowadzić wojnę, nie narażając się na poważne obrażenia. I w pewien sposób robię to także teraz, stojąc przed Wami w tym posępnym miejscu.

I choć lina mojego człowieczeństwa jest nieustannie napięta, a w momentach słabości słyszę trzaski poszczególnych włókien, robię wszystko co w mojej mocy, aby wzmacniać ją tym, co zdołam znaleźć w życiu. Nićmi relacji międzyludzkich. Strunami muzyki. Dratwą pokory. Nicią wrażliwości. Sznurem wyzwań. Więzami przyjaźni. Włóknem kreatywności. Stalowym drutem zasad moralnych.

Powiadają, że cierpienie uszlachetnia. Nie wierzę w to. Spójrzcie w oczy ludzi na oddziałach onkologii bądź w oczy bliskich im osób, które bezradnie przyglądają się zza szyb temu bezsensownemu cierpieniu – czy to, co w nich widzicie, nazwalibyście szlachetnością? Cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie uwrażliwia. O tak. Nie zawsze i nie w każdym przypadku, ale pozwala niekiedy dostrzec rzeczy, których zdrowy człowiek nie widzi. Spojrzeć na życie z góry. Szczególnie, gdy odbywa się ono latami w niemej samotności, pośród uśmiechniętych twarzy bliskich osób i pytających spojrzeń: „Czemu się ciągle martwisz?”, „Co cię tak gnębi?”, „Czy coś cię w duszy boli?”. Tak, boli. Jak jasna cholera.

Nie jestem nikim szczególnym. Albo inaczej – jestem, ale nie w sposób, który bym sobie życzył. Wiem doskonale, że moje cierpienie jest kaprysem w porównaniu do tego, co przeżywają ludzie zmagający się z groźnymi chorobami i realnym bólem; kiedy największym marzeniem jest godzina wytchnienia i kwadrans upragnionego snu. I choć nie mam Wam do przekazania żadnej wiedzy tajemnej, chcę abyście pamiętali o jednym: w każdym z Was znajduje się miejsce, w którym potencjalnie może narodzić się to, co z jakiegoś powodu narodziło się we mnie. Dlatego dbajcie o siebie i swoich bliskich – szczególnie tych młodszych. Starajcie się chronić ich przed złem tego świata. Nie pokazujcie im dla zabawy drastycznych obrazów, jakimi zalany jest ten świat: nigdy nie możecie mieć pewności, w którym rejonie mózgu utknie pocisk, który dla żartu wystrzelicie w umysł innej osoby, ani w co się przepoczwarzy, gdy zacznie rdzewieć. Rozmawiajcie ze sobą często i na każdy temat. Pielęgnujcie swoją wrażliwość. Nie obwiniajcie się za całe zło tego świata. Realizujcie się. Doceniajcie swoją „normalność” i nie zarzucajcie sobie, że jesteście zbyt „zwyczajni”. Zwyczajność to wielki skarb. Chciałbym być zwyczajny. Ale – jak śpiewa pewien człowiek z półprzymkniętym okiem – „Jestem odmieńcem. Jestem dziwadłem. Co ja tu w ogóle robię? Nie pasuję do tego świata”. 

Obudziłem się kiedyś w środku nocy z pytaniem wrzeszczącym w głowie: „Dlaczego szukasz miłości tam gdzie nie powinieneś jej szukać?”. Do bladego świtu zastanawiałem się nad odpowiedzią i nie zdołałem jej odnaleźć. Prawdę powiedziawszy, nie potrafię tego zrobić nawet teraz. A może to właśnie tu tkwi klucz do rozwiązania zagadki? Być może – tylko być może, gdyż człowiek dotknięty dewiacją nigdy nie będzie w stanie obiektywnie spojrzeć na własną chorobę i zawsze będzie wymyślał do niej jakieś wydumane hipotezy – być może patrząc na całe zło tego świata chciałbym podświadomie wierzyć, że miłość istniała na ziemi zanim pojawił się na niej pierwszy człowiek? Że jest ona czymś przedwiecznym, co nie zrodziło się w nas, tylko powstało eony lat temu? Że to ona jest siłą z której powstaliśmy, a nie – jak wskazuje bezlitosna logika – szereg losowych warunków ustawionych przypadkowo we właściwej kombinacji? Jak sądzicie? Tak, to tylko dywagacje – smutne, ckliwe i raczej pozbawione sensu. Boga nie ma. Jesteśmy sami, choć każdy z nas dźwiga swój krzyż.

(to piosenka, którą autor listu chciał, abym podlinkował pod słowo “zło”, ale uznałem, że jest zbyt wymowna jak na link, w który mało kto kliknie i wrzuciłem tutaj – przypis autora bloga)


Zaczęło padać. I najwidoczniej pada już od dawna, gdyż dopiero teraz zauważyłem, że jestem przemoczony do suchej nitki, a mój płaszcz ciąży mi na barkach niczym wór mokrych szmat. Drżę z zimna. Deszcz powoli wymywa krew spod moich stóp, wypłukując żałosne strzępki porwanych myśli, których jak dotąd – przez te wszystkie lata swej samotnej, niemej, bezustannej szarpaniny – nie zdołałem poskładać do kupy. Mój czas dobiega końca. Dziękuję, że poświęciliście mi uwagę i pozwoliliście ponownie do Was przemówić. Dziękuję tym z Was, którzy zdołali zobaczyć we mnie człowieka; chcę, żebyście pamiętali, że Wasze słowa pomogły mi walczyć z chorobą i zmobilizowały do dalszej walki. Nie mam pretensji również do Was – ludzi, którzy obrzucili mnie błotem i zbudowali urządzenie wznoszące się za moimi plecami; wiem co to wstręt i znam jego smak. Nie mam nic więcej do powiedzenia. To do Was należy decyzja co zrobicie z kamieniami, które trzymacie w rękach.

Ja jestem już bardzo zmęczony. Chciałbym wrócić do domu.