Józef Piłsudski wybitnym psychologiem z pewnością nie był. Miał jednak ten dar, że w kilku prostych, a niekiedy wręcz prostackich, słowach potrafił zawrzeć esencję całkiem skomplikowanych spraw. Jeden z jego słynnych bon motów brzmiał: Kto nie był buntownikiem za młodu, ten będzie świnią na starość.

 

 

 

 

W rzeczywistości słowa marszałka wypowiedziane po raz pierwszy były jeszcze bardziej dosadne. Buntownik był w nich zamieniony na „socjalista”, a świnia na „skurwysyn” (dyplomacja nie była nigdy mocną stroną Piłsudskiego). Wiązało się to z tym, że na początku XX wieku „socjalizm” nie był jeszcze tak obciążony komunizmem, stanowił jedynie przeciwwagę dla świata postszlacheckiego, w którym niewielu miało bardzo wiele, a cała reszta pozbawiona była realnych szans na poprawę swojego losu. Było się więc na co buntować, tym bardziej, jeśli wierzyło się nie w tradycję, ale w sprawiedliwość społeczną. Piłsudski ostatecznie dojechał czerwonym tramwajem socjalizmu tylko do przystanku „Niepodległość” i tam wysiadł, niemniej trafił w sedno. Okres buntu jest bardzo ważny dla samorozwoju każdego człowieka, nawet jeśli młodzieńcze ideały okazują się po czasie nieco zbyt radykalne.

 

Eric Erikson, psychoanalityk rozwojowy, wyróżnił 8 faz życia każdego człowieka. Pierwsza zaczyna się we wczesnym niemowlęctwie, ostatnia w wieku starczym. Każda z faz posiada oś konfliktu między dwiema przeciwstawnymi biegunami – pozytywnym i negatywnym. Wypracowanie równowagi między nimi wznosi nas na wyższy poziom samorozwoju. Natomiast porażka objawia się regresją, czyli cofnięciem w rozwoju i dezintegracją osobowości. Na okres buntu, czyli czas bycia nastolatkiem i młodym dorosłym, przypada konflikt między tożsamością a zagubieniem. To we wczesnej młodości wypracowujemy zręby swoich ideałów, przymierzamy się do różnych ról społecznych i określamy siebie. Często przy tym przesadzamy, histeryzujemy, błądzimy. Ale to normalne. Żeby złapać równowagę, trzeba wiedzieć, w którym momencie ją tracimy. A żeby wiedzieć, kim chcemy być, powinniśmy spróbować, choćby częściowo i na chwilę, zostać kimś innym.

 

Ja jako nastolatek byłem „metalem”. W stroju, niczym Henry Ford w swoim flagowym samochodzie Ford Model T, akceptowałem każdy kolor, pod warunkiem, że był czarny. Nie wyobrażałem też sobie wtedy, że moje poglądy mogą się zmienić. Cóż, myliłem się. Dalej słucham wielu kapel spod znaku ciężkiego rocka, ale już nie tylko ich. Zmieniłem też stroje, choć wciąż nie są to kolorowe dresy. Parafrazując Piłsudskiego, z czarnego tramwaju metalu wysiadłem na przystanku „Wolność”, z tym, że była to moja osobista wolność. Długie włosy i glany przestały mieć w tym względzie jakiekolwiek znaczenie. Niemniej nie uważam, że tamten burzliwy okres był pomyłką, bo stanowił właśnie próbę łapania równowagi i poszukiwania tożsamości. Bez niego nie byłbym dzisiaj tym, kim jestem.

 

Dlaczego przechodzimy – a przynajmniej powinniśmy – okres buntu? Odnosząc się do Eriksona, musimy wziąć pod uwagę aż 3 płaszczyzny – biologiczną, społeczną i psychologiczną. Kwestia tej pierwszej nie jest specjalnie trudna. W okresie pokwitania przechodzimy przez szybkie zmiany fizjologiczne. Zmienia nam się ciało, ale też poddana działaniom hormonów psychika. Powoduje to zachwianie obrazu „ja” i konieczność skonfrontowania tego, co się sądzi o sobie z odbiorem i oczekiwaniami otoczenia, które stanowią płaszczyznę społeczną. Do tego dochodzi zwykle zmiana towarzystwa, gdy idziemy do szkoły średniej lub zawodowej, a potem nierzadko na studia. Wchodzimy w coraz to nowe relacje, stając się częścią różnych grup i mogąc doświadczać siebie w kontakcie z nimi. To wszystko wymaga samookreślenia i jest nieraz bolesnym procesem. Jeden z moich znajomych należał już chyba do wszystkich możliwych subkultur, nie mogąc odnaleźć się na dłużej w żadnej z nich. Wciąż błądząc wśród różnych przebrań i przeglądając te nowe kreacje w oczach otoczenia, stracił kontakt ze sobą samym. Konflikt między tożsamością a zagubieniem okazał się dla niego – póki co – za trudny. Nie udało mu się osiągnąć cechy, która stanowi rezultat pozytywnie rozwiązanego kryzysu, a którą Erikson nazywa cnotą podstawową. W przypadku tego konfliktu jest nią „wierność”.  Odnosi się ona do wyznawanych wartości, przyjętej roli społecznej, identyfikacji seksualnej, ale przede wszystkim ogólnie pojętej tożsamości.

 

Czy mój znajomy na starość będzie więc, jak by powiedział Piłsudski, „świnią”? Niekoniecznie. Dopóki szuka siebie, ma szansę znaleźć, choć wymagałoby to przezwyciężenia innych obecnych w nim problemów. Kluczowy w pozytywnym przejściu tego okresu jest właśnie bunt. Bunt na schematy, na ograniczenia, na spętanie rodzicielskimi zakazami. Właściwa odpowiedź na pytanie „kim jestem?”, wymaga odpowiedzi na pytanie „kim nie jestem?”. A rozwiązanie tego dylematu możliwe jest tylko o tyle, o ile nie jesteśmy ograniczani już na samym początku i mamy możliwość szukania siebie na własną rękę. Właśnie dlatego Erikson podkreślał, że rodzice powinni pozwolić swoim dzieciom doświadczać i poznawać świat w zgodzie z ich własnym uznaniem, a nie tylko w zakresie ograniczonym poglądami samych rodziców.

 

Dlaczego to takie ważne? To prawda, że tożsamość można przejąć prosto od rodziców, uznając ich wartości jako własne. Tylko, że taki dorosły człowiek staje się osobą ubraną w kaftan nie swoich poglądów, który nie pozwala wziąć głębszego oddechu w obawie przed rozerwaniem go. To do tego typu ludzi odnosił się Piłsudski. Sztywne przyjęcie norm opiekunów prowadzi do wykształcenia się osobowości obsesyjno-kompulsyjnej (zwanej też kompulsywną) lub wariacji na jej temat znanych jako autorytaryzm i masochizm. A to, niestety, zaburzenia. Poszczególne typy osobowości przybliżę w oddzielnych wpisach, w tym przyjmijmy jednak tyle, że są to osoby  spętane powinnościami, formalizmem i poddaństwem wobec autorytetów. Wszystko to jest dla nich ważniejsze niż wyrozumiałość, umiejętność ważenia argumentów czy zwykła ludzka wspaniałomyślność. Wszyscy znamy przykłady takich „świń”, które – choć formalnie w porządku – potrafią dopiec swoją sztywnością. Może to być złośliwy profesor „upierdalający” dla zasady połowę roku lub policjant wypisujący mandat za wejście na pasy o sekundę za późno. W rzeczywistości są to osoby spętane wewnętrznymi ograniczeniami, którym nie pozwolono zbuntować się na rodziców i samemu odnaleźć swojej drogi życia. Formalizm staje się dla nich zewnętrznym stelażem osobowości, poza którym czują się niepewnie. Ten sam profesor, który z taką pieczołowitością wypełnia swoje obowiązki w pracy, pozą nią – kiedy nie jest już chroniony oficjalnymi regułami postępowania – może być zupełnie nieporadny i zalękniony. Życie nie nauczyło go, jak poruszać się po niepewnym świecie wymagającym elastyczności. Ponieważ nie przeszedł w młodości okresu buntu, nie potrafi zmagać się z wyzwaniami z otwartą przyłbicą, więc swoje frustracje tchórzliwie odreagowuje na słabszych – znajdujących się niżej w hierarchii i zależnych od niego.

 

O tym, co się dzieje z człowiekiem, który nie przeżywa swojego buntu do końca i poddaje się tłamszeniu, w piękny sposób opowiada utwór „Unforgiven” Metalliki. Tekst utworu napisał wokalista zespołu, James Hetfield. Nie miał on łatwego życia. Wychowany w surowej, ortodoksyjnej rodzinie, przeżył śmierć matki, która – z uwagi na wyznawaną religię – nie poddała się leczeniu, mimo zdiagnozowania u niej raka. Także ze strony ojca, który odszedł z domu, nie spotkał zrozumienia i akceptacji. Gdyby prześledzić napisane przez niego teksty, w których nie unika osobistych odniesień, łatwo zauważy się ewolucję artysty. Na pierwszych płytach jest zbuntowanym młodzieńcem. Jednak jego bunt z czasem wygasa, a on sam daje się ponieść sławie. Wpada w narcyzm i masochizm jednocześnie. Widzi się jako idola mas, jednocześnie niszcząc się alkoholem. W tekście „Unforgiven” bunt miesza się już ze świadomością nadchodzącej nieuchronnie porażki.



Tu jest link do tekstu z całkiem niezłym tłumaczeniem (trzeba je rozwinąć klikając w “Pokaż tłumaczenie” po prawej stronie)

 

Cały kłopot jednak w tym, że osoby obsesyjno-kompulsyjne, autorytarne i masochistyczne nie dostrzegają swojego problemu. Tak bardzo zrosły się z wewnętrznymi przymusami, że stały się one dla nich normą. Dla osoby kompulsywnej czymś chorym i budzącym odrazę jest swoboda innych ludzi. Choć czasem zazdroszczą one innym luzu potrzebnego na przykład do tańczenia, to jednak każdy przejaw braku perfekcjonizmu jest dla nich godny najwyższej pogardy, często bez względu na intencje popełniającego błąd. Ludzie autorytarni nie potrafią z kolei oprzeć się nakazom przełożonych, nawet gdyby były one głupie lub krzywdzące dla wykonującego. Podobnej bezrefleksyjnej wierności wymagają też od swoich podwładnych. Masochiści dla odmiany koncentrują się na niszczeniu siebie samych, tak jak i ich niszczyli krzywdzący rodzice.

 

Osobowość, skoro o niej mowa, uchodzi za w miarę ukształtowaną i stabilną dopiero po okresie buntu, czyli – powiedzmy – po ok. 22 roku życia. Wcześniej nie wiadomo do końca, w którą stronę człowiek pójdzie, czy wygra bunt, czy to, na co ktoś się buntuje. Optymalnie jest znaleźć dopasowaną do środowiska równowagę między jednym a drugim, o czym mówił Erikson. Niestety, nie ma tutaj żadnego złotego środka, bo wszystko zależy od bazy, z której dany człowiek startuje. Niektórzy z nas mieli naprawdę dobre rodziny, więc dobrze jest, kiedy ostatecznie wygrywają siły dośrodkowe. Gorzej, kiedy pierwotne doświadczenia są złe. Wtedy pozostaje walka, która – tak jak w przypadku Hetfielda – często jest przegrywana.

 

Całe szczęście, na skuteczny bunt nigdy nie jest za późno. W terapii osób obsesyjno-kompulsyjnych (między innymi) jest on normą, bez względu na wiek pacjenta. Odpowiednio głęboko przeżyty ma moc uzdrawiającą. Wyrwanie się z okowów starych, głęboko wdrukowanych zasad jest strasznie trudne. Budzi opór, strach i lęk. A pierwsze chwile uwolnienia tego zduszonego w młodości buntu bywają przesadzone. Ale to naturalny etap łapania równowagi. Po pierwotnym odreagowaniu, para uchodzi i człowiek „wraca do siebie”, ale jednak już innego, prawdziwszego. Ten wypuszczony na wolność gniew może przerażać. Trudno. Czasem lepiej jest „dać komuś w ryja”, a potem przeprosić, niż całe życie spędzić we własnym psychicznym więzieniu. Trzeba jednak mieć na uwadze, że ta złość wypływa z dziecięcych doświadczeń i prawdziwym jej adresatem są rodzice lub inni nasi opiekunowie z tamtego okresu. Niestety, nie zawsze jest to takie łatwe. Z jednej strony rodzice mogą już nie żyć, a w naszej kulturze pokutuje przekonanie, że „o zmarłym nie mówi się źle”. Ten szkodliwy przesąd trzeba pokonać w imię sprawiedliwości i własnego dobra. Podobnie blokujące jest IV przykazanie, nakazujące „czcić” (a to nawet więcej niż „szanować”, bo na szacunek trzeba sobie zasłużyć) rodziców bez względu na ich czyny. Niestety, dla osobowości kompulsywnych i pokrewnych przezwyciężenie go jest jedyną drogą na wolność.

 

Czy warto ją pokonać i wypuścić z więzienia swoją złość? To oczywiście pytanie retoryczne, ale każdy zainteresowany musi sam dojrzeć do odpowiedzi na nie. Wracając jednak to Metaliki. Hetfield wpadł w alkoholizm, pisanie muzyki się nie kleiło. Wtedy zespół zatrudnił… psychoterapeutę, który – choć skupił się głównie na relacjach wewnątrzgrupowych – uwolnił uwięziony w członkach zespołu gniew. W efekcie muzyk, zamiast atakować samego siebie, wyrzucił swój gniew na zewnątrz. Dało mu to energię do tworzenia i zerwania z nałogiem. Musiał jednak zaakceptować dławiące go negatywne uczucie i skierować na właściwy obiekt. W jego przypadku byli to oczywiście rodzice, a przynajmniej tak można interpretować fragment mówiący o duszeniu się medalikiem, czyli elementem typowym dla fundamentalistycznych, chrześcijańskich przekonań jego matki.

 

Gniew nie zawsze jest zły. Czasem bywa wręcz święty. Nawet jeśli nie wszyscy mieliśmy szczęście urodzić się w dobrych i wyrozumiałych rodzinach, zawsze możemy podnieść bunt w naszym małym wewnętrznym więzieniu. Bo więźniem się jest z wyroku otoczenia, ale buntownikiem – z wyboru.



St. Anger, Metallica


Saint Anger ’round my neck                      Święty gniew wokół mojej szyi

(You flush it out, you flush it out)             Wyciągasz go na wierzch (2x)

He never gets respect                             On nigdy nie zaznał szacunku


Fuck it all and no regrets,                       Pierdolić to wszystko i nie żałować

I hit the lights on these dark sets.           Rzucam światło na te ciemne sprawy

I need a voice to let myself                     Potrzebuję głosu, by pozwolić sobie

To let myself go free.                              By pozwolić sobie na wolność.

Medallion noose, I’ll hang myself.          Pętla z medalionu, powieszę się sam

Saint Anger ’round my neck                    Święty gniew wokół mojej szyi


I feel my world shake                               Czuję jak mój świat drży

Like an earth quake                                 Niczym trzęsienie ziemi

It’s hard to see clear                                Trudno rozstrzygnąć

Is it me? Is it fear?                                 Czy to ja? Czy to strach?


I’m madly in anger with you                   Jestem szaleńczo wściekły na ciebie


And I want my anger to be healthy       I chcę, aby mój gniew był zdrowy

And I want my anger just for me           I chcę swojego gniewu po prostu dla siebie 

And I need my anger not to control        I potrzebuję przestać go kontrolować

And I want my anger to be me              I chcę, żeby mój gniew był mną


And I need to set my anger free            Potrzebuję uwolnić swój gniew

Set it free                                               Uwolnić go !!!