Artysta – to  brzmi dumnie. „Nie wszystek umrę”, łudził się Horacy i tysiące mu podobnych egocentryków. Umarli wszyscy, a fakt, że kilka promili ludzkości zna jakieś ich słowa czy wytwory, niczego tu nie zmienia. Tak właściwe to, co nazywamy sztuką, jest często mieszanką psychicznej patologii twórcy z poznawczą naiwnością odbiorcy. Naga prawda nie zawsze jest piękna. A przynajmniej nie tak piękna, jak ubrana w „nowe szaty króla” z baśni Andersena.


Tania sztu(cz)ka

Zacznijmy od prostej uwagi, że nasze artystyczne przekonania są przede wszystkim kulturową ułudą. Jedne obrazy osiągają wartość kilku złotych, a inne dziesiątek milionów dolarów wcale nie dlatego, że jedno dzieło jest miliony razy lepsze od drugiego. To jak z piciem Whisky – dobry marketingowiec potrafi wmówić ludziom, że jeden bimber jest smaczniejszy (mniej odrzucający?) od drugiego, ale dalej wszystkie punkty na skali tej oceny są kwestią kulturowo narzuconych wartości. Siła sugestii jest tak wielka, że potrafi przezwyciężyć biologiczne odruchy. Na przykład tak kosztowne trufle praktycznie nie posiadają żadnego smaku, a zgniłe śledzie – będące drogim przysmakiem w Skandynawii – są wręcz odrzucające dla znakomitej większości populacji. Nie musimy nawet szukać daleko. Tak cenione przez smakoszy żółte sery są tylko skrzepniętym i zepsutym mlekiem, które dla przedstawicieli innych kultur są równie obrzydliwe, jak dla nas owady lub kacze embriony, gdzie indziej uchodzące za wykwintne pyszności. Skoro nawet smak jest subiektywny i oparty na kulturowej względności, to tym bardziej te mniej biologiczne przejawy subiektywnych wrażeń, które nazywamy sztuką.

Możemy oczywiście próbować tworzyć jakieś bardziej obiektywne kryteria sztuki, np. to, że pewne kreacje artystyczne wymagały większej staranności lub były wykonane wprawniejszą ręką. Możemy nawet uznać, że jakieś dzieła były bardziej przełomowe od innych, występujących w danej kulturze. Ale dalej jest to powtarzanie, że „Słowacki wielkim poetą był”, bo tak nas nauczono w szkole. Faktycznie, trudno podważyć, że Juliusz Słowacki bardzo dobrze dobierał rymy i był sprawny w tym, co robił. Ale czy na pewno był najlepszy? Zwykle nie potrafimy tego osądzić, więc bezwiednie zdajemy się na przekaz kulturowy.

O tym, jak bardzo naiwni jesteśmy w ocenie sztuki, najlepiej świadczy fakt, że dzisiejsi „Słowaccy” wcale nie byli cenieni przez im współczesnych. Vincent Van Gogh, który obecnie uważany jest za jednego z najwybitniejszych malarzy wszechczasów, za życia nie zdobył większego uznania. Czy zatem współcześni mu nie znali się na sztuce?

I tu dochodzimy do pierwszego paradoksu – dokładnie te same dzieła mogą nagle zostać uznane za milion razy bardziej wartościowe. I to w wartościach obiektywnych, jakimi są pieniądze. Dlaczego? Bo ludzie ulegają zbiorowym iluzjom. Kiedy coś – zwykle na skutek działań promocyjnych, które wcale nie są obce sprzedawcom dzieł sztuki – zaczyna być uznawane za wybitne, zwykle nikt nie odważa się podważać takiej opinii. Szczególnie jeśli wyrażają ją osoby uznane za autorytety. Działa tu odwieczny mechanizm opisany przez Andersena w baśni „Nowe szaty króla”. Ludzie nie chcą być uważani za ignorantów, więc bezwiednie przytakują wszystkiemu, co mówi ich otoczenie.

A moda? Czy naprawdę uważacie, że ludzie z natapirowanymi włosami w śmiesznych, błyszczących strojach z lat 80-tych nie mieli gustu, w odróżnieniu od współczesnych hipsterów, potrafiących docenić piękno bujnych męskich bród, dziwacznych tatuaży i dresowych spodni noszonych do marynarki?

Sztuka przez wielkie „S” jest tylko kulturową iluzją, która sprawia, że zachwycamy się tym, co wskazano nam za punkt odniesienia. Zapewne niewiele brakowało, aby obecny największy malarz wszechczasów – Vincent van Gogh – okazał się zwykłym szaraczkiem, jakich wielu. Jego wybitność wcale nie jest obiektywna. Jest zaledwie pewnym przekazem kulturowym, który naiwnie uznaliśmy za jedyny i oczywisty.


Zadziwiająca geneza sztuki

Ludzie tworzą rzeczy wykraczające poza zwykłe potrzeby użytkowe już od dziesiątek tysięcy lat. Począwszy od malowideł naskalnych, przez paciorki i inne ozdoby. Po co? Aby zadziwiać. To, co przez daną społeczność uważane jest za sztukę, zwykle jest po prostu czymś rzadkim i zdumiewającym. Dla ludów pierwotnych już proste, schematyczne przestawienie człowieka było osiągnięciem niezwykłym. Ktoś żyjący tysiące lat temu musiał być zadziwiony, dostrzegając na ścianie jaskini zbiór kresek i kropek, które przypominały mu rzeczy widziany na własne oczy. I to już była sztuka, choć wtedy jeszcze zapewne tak tego nie nazywano.

Z czasem dokładność wykonywanych podobizn ulegała wzrostowi, więc – aby zadziwiać – należało tworzyć wyobrażenia coraz bliższe naturze. Stąd w sztuce antyku ceniono wyjątkową dokładność odwzorowania otoczenia, widoczną choćby w rzeźbie. Z czasem zaczęto iść nawet dalej i poprawiać naturę w kierunku wyobrażonego ideału. Dyskobol wygląda nie tylko jak żywy, ale jak wyidealizowany obraz człowieka, który teoretycznie mógłby istnieć, gdyby sedno jego istnienia sprowadzało się do ćwiczenia ciała. W sztuce rozwiniętego antyku, aby zadziwiać, nie wystarczyło już tworzyć wyjątkowo dokładnych kopii rzeczywistości. Należało zdumiewać perfekcyjną nierealnością.

A potem cykl się powtórzył – w wiekach ciemnych większość zdobyczy antyku została zatracona, a we wczesnym średniowieczu do zadziwiania wystarczyły schematyczne figury ludzi lub zwierząt. Szczególnie wyraźnie to uwstecznienie było widoczne u ludów półdzikich, jak Słowianie, które dopiero w kontakcie z cywilizacją zachodnią rozwinęły sztukę z prawdziwego zdarzenia. Dla prostych ludzi z niedostępnych kniei już z grubsza ociosany bałwan z drewna czy kamienia o ledwie zarysowanych cechach ludzkich był fenomenem godnym najwyższego kultu.

W tym czasie – pierwotnie równie dzikie – plemiona germańskie były już artystycznie dużo bardziej zaawansowane, głównie wskutek zajęcia terenów dawnego Imperium Rzymskiego. Mimo olbrzymiego regresu kulturowego związanego z upadkiem Imperium Romanum, nowe ludy przejęły część osiągnięć swoich poprzedników, zyskując przewagę cywilizacyjną nad mieszkańcami wschodniej połowy kontynentu. Nawet w nazwie „sztuka romańska” – która dominowała w Europie w XI-XIII wieku – słychać źródło tej inspiracji. „Romańska” jest nazwą współczesną, ale za to jasno wskazuje na fakt wzorowania się średniowiecznych twórców z kręgu kultury zachodniej na osiągnięciach architektonicznych i artystycznych starożytnego Rzymu.

Z czasem poziom przedstawień znowu się rozwinął w kierunku dokładności. W malarstwie renesansowym dążono do jak najdokładniejszego odwzorowania tego, co może zobaczyć ludzkie oko. Jednak z czasem fotograficzna wręcz dokładność stała się już tak powszechna, że zainteresowanie zaczęły budzić różnego rodzaju dziwactwa. Tak wypłynął impresjonizm, postimpresjonizm, surrealizm, kubizm itp. Kiedy i to zaczęło stawać się już „ograne”, Europę ogarnęła moda na abstrakcjonizm, czyli kompletne oderwanie od rzeczywistości. A potem na sztukę nowoczesną, która wręcz bazuje na negowaniu tego, co oczywiste i zrozumiałe.


Hipsterzy i dresiarze

Gust masowy wykazuje podobną dynamikę. Pewni ludzie chcą budzić zainteresowanie swoją innością, więc zaczynają ubierać się w jakiś określny, zwracający uwagę sposób. Z czasem moda przenika do coraz szerszych mas, więc innowatorzy wymyślają coś jeszcze nowszego, aby znowu się odróżnić. Proces ten można wyraźnie zaobserwować nie tylko w wielkim świecie, ale nawet bezpośrednio na naszym podwórku. Najpierw pewne grupy – obecnie są to zwykle hipsterzy – zaczynają lansować nowy styl, np. fryzurę z ogolonymi bokami głowy, ale za to z taką śmieszną kituszką na czubku. Potem dane dziwactwo przenika do mas, by po roku stać się stylem obowiązującym wśród co bardziej wylansowanych dresiarzy. Sam podsłyszałem rozmowę u fryzjera (wróć – w „barbershopie”), że „teraz już tak nie tniemy, jak Cię obcięliśmy ostatnio, bo tak chodzą obecnie chłopaki z blokowisk”.

Tak naprawdę szuka, moda i generalnie gust jako taki mają wspólny mianownik. A właściwie dwa mianowniki – jednym jest pragnienie budzenia zadziwienia i zainteresowania, a drugim chęć nie bycia gorszym od otoczenia. Pewni ludzie – innowatorzy – odnajdują się w roli postępowej awangardy i próbują wytyczać nowe ścieżki, a przynajmniej szybko podchwytują rodzące się trendy. Druga grupa – nazwijmy ich autorytetami czy liderami opinii – przejmuje tę inność jako coś wyjątkowego i mniej lub bardziej świadomie promuje. A trzecia – czyli ogół – dopasowuje się, aby nie czuć się gorszymi. Ci pierwsi znowu uciekają, drudzy idą za nimi, a trzeci gonią. I tak w kółko. Moda, sztuka czy marketing, wszystko czerpie z tych samych mechanizmów.

Co jednak sprawia, że jedni ludzi zostają twórcami, a innym pisana jest tylko rola naśladowców? Zapewne odpowiedzią są czynniki psychiczne, mające swoje źródła w takich cechach osobowości jak konformizm z jednej i pewność siebie z drugiej strony. W końcu każdy innowator musi liczyć się z tym, że zostanie odrzucony, a może wręcz wyśmiany. Osoba konformistyczna wręcz odwrotnie – podąża za trendami, aby nie czuć się kimś gorszym i zyskać aprobatę w swojej grupie.


Na granicy szaleństwa

Od artystów oczekuje się wyjątkowości. Stąd tak dobrze odnajdują się w tym środowisku osobowości narcystyczne. W zaburzeniu tym uwaga i podziw ze strony innych ludzi są paliwem do życia. Zastępują autentyczną miłość i dośwaidczenie stabilnego poczucia własnej wartości, których zabrakło w dzieciństwie. Bez tego podziwu wielu artystów z czasem załamuje się i upada pod ciężarem swojej chorej ambicji. Nierzadko na skutek wyniszczenia alkoholem czy narkotykami – pierwotnie używanymi do rozbudzania wyobraźni, a potem do tłumienia własnych trudnych emocji. Tennessee Williams – słynny dramaturg – pod koniec życia narkotyki brał na śniadanie, obiad i kolację, próbując dogonić dawną popularność. Nie dogonił.

Choć wielu artystów przejawia cechy narcystyczne, to jednak nie one są źródłem twórczości. Narcyzm jest raczej źródłem motywacji do osiągania sukcesów, ale sam z siebie nie daje nic. Do twórczej kreatywności potrzebna jest wena. To ciekawy stan, który można porównać do wewnętrznego swędzenia, które prosi się o „podrapanie” poprzez ekspresyjne uwolnienie drzemiących w człowieku popędów, myśli czy uczuć. Jeśli ten mechanizm dotyczy głębokich i nieuświadomionych pokładów psychiki, spontaniczne tworzenie staje się jednocześnie… autoterapią.

W psychologii mówi się o regresji w służbie ego. Jest to proces polegający na swoistym zapadaniu się w głąb własnego umysłu, na schodzeniu w jego bardziej pierwotne warstwy – jak we śnie. Dotykająca artystów regresja przejawia się jako odrzucenie samokontroli w celu skontaktowania się z nieświadomymi, skrywanymi potrzebami, by potem odreagować je w procesie tworzenia. W efekcie powstałe w takim przypływie „szaleństwa” dzieło nierzadko mówi więcej o jego autorze, niż ten sam wie o sobie.

Kiedy regresja przebiega nieświadomie, mówimy o zaburzeniach czy wręcz chorobach psychicznych. W akcie tworzenia regresja jest jednak chwilowa i odwracalna. A wręcz korzystna – służy ego, stąd nazwa tego procesu. Po pierwsze taka regresja owocuje powstaniem jakiegoś dzieła, czegoś co można potem pokazać światu, wystawić, sprzedać, co ewidentnie sprzyja realizacji celów życiowych artysty. Ale dla samego twórcy akt kreacji ma jeszcze to jedno, mniej oczywiste znaczenie – pomaga funkcjonować jego psychice. Kiedy artysta zapada się w sobie i doświadcza wewnętrznych popędów, uwalnia tworzone przez te popędy napięcie. Choć artyście proces tworzenia przynosi ulgę, ale nie znaczy to, że jest to zmiana trwała. Nic nie ulega uświadomieniu, nie zmienia się struktura osobowości – uwalnia się jedynie nagromadzone napięcie, które z czasem znowu narasta, motywując do dalszego oddawania się sztuce. I wcale nie musi to być proces świadomy.


Po drugiej stronie życia

Popularny ostatnimi czasy – za sprawą filmu „Ostatnia rodzina” – Zdzisław Beksiński, wcale nie wiedział, co i po co maluje. Robił po prostu to, co dawało mu wewnętrzną ulgę. Tak naprawdę życie go przerastało, a jego ciągłym marzeniem było wrócić do domu, stanąć za sztalugą i malować – ulżyć swoim wewnętrznym konfliktom. A były one wielkie, jak można wnioskować po wypowiedziach artysty, które zostały ciekawie zilustrowane we wspomnianym filmie. Czuć w nich wypieraną agresję, jak również nieco mniej wypieraną autoagresję. Nie uderzył nigdy swojego syna, bo bał się, że mogłoby mu się to spodobać. Dzieli się za to fantazjami na temat tego, jak chciałby umrzeć – zakatowany przez piękną kobietę, która miałaby mu wyrywać paznokcie, łamać kości i torturować w inny sposób, podczas gdy artysta przeżywałby… kolejne orgazmy. Nawet jeśli uznać jego wypowiedzi za abstrakcyjne fantazjowanie, to wciąż jest to inny, dobrze znany mechanizm obronny – intelektualizacja. Odcinając popędy od myśli wcale nie sprawiamy, że to połączenie przestaje istnieć. Ono tylko pozornie przestaje być dostrzegalne, co jest właśnie celem tego mechanizmu obronnego.

Beksiński autentycznie zadziwia swoimi pracami. Budzą one przejmującą grozę, czasem nawet obrzydzenie. Jego twórczość jest bez wątpienia osobliwa. Ale nie jest tym, co ludzie – przyzwyczajeni do podziwiania „Słowackich” – próbują dostrzec w pracach artysty. Krytycy sztuki chcieli dopatrywać się w dziełach Beksińskiego jakiegoś komentarza do traumy holocaustu, do sensu życia, do przemijania. Ale sam autor nawet nie nadawał tytułów swoim pracom. Zapewne sam ich nie rozumiał, bo były przede wszystkim jego… autoterapią. Dla niego głowa to głowa, a fakt, że wygląda jak zgniła to tylko przypadek, zabieg mający uczynić obraz ciekawszym. Psycholog powiedziałby o tym wprost – wyparcie. Wyparcie uczuć, które są spychane gdzieś do nieświadomości, a na powierzchnię wracają dopiero w procesie tworzenia, kiedy są już poszatkowane i odcięte od swoich pierwotnych znaczeń.

Zarówno wyparcie jak i regresja w służbie ego są mechanizmami obronnymi – umożliwiają swoiste unieważnienie wewnątrzpsychicznych konfliktów. Nie pokonanie ich, ale właśnie uczynienie mniej rzeczywistymi, czyli mniej dotkliwymi. Sadystyczne i masochistyczne tendencje Beksińskiego stają się weną do tworzenia czegoś, co autentycznie zadziwia – a więc może zostać zaliczone do Sztuki przez wielkie „S”. Tylko czy ktokolwiek chciałby stanąć na jego miejscu i spoglądać na świat jego oczami?

A może to wszystko to tylko psychologiczna nadinterpretacja? Czy Beksiński naprawdę był zaburzony? A czy van Gogh był? A może Zdzisław faktycznie rysował sobie przypadkowe rzeczy, które tylko wyjątkowym zbiegiem okoliczności układały się w trupy i gnijące ciała, a Wincent odciął sobie ucho, bo go swędziało? Takie niejawne domniemanie jest popularne w środowiskach artystycznych i lewicowych (co właściwie na jedno wychodzi). Uważają one, że ludzi nie można oceniać, nazywać, kategoryzować, interpretować ich zachowania. Grupy te chcą wierzyć, że artysta jest kimś stojącym ponad normalnymi ograniczeniami. Że sztuka to coś więcej niż jeden z przejawów zwykłej, ludzkiej aktywności.  Ale… nie jest. Beksiński był zaburzony. I to głęboko, o czym świadczą nie tylko jego prace, ale przede wszystkim realne życie. W rodzinnym domu artysty brakowało granic, stabilnych reguł i punktów odniesienia, co zostało ciekawie zobrazowane w filmie. Syn Tomasz był odjechanym dziwakiem miotającym się między manią a depresją, bredzącym o „nadkobiecie”, nie umiejącym znaleźć oparcia w rzeczywistości. To, że obaj panowie byli sławni, nie zmienia faktu, że byli zaburzeni. „Po owocach ich poznacie”, jak mówi Biblia. Tomasz popełnił samobójstwo, a Zdzisław mu tego pogratulował. Ojciec był tak oswojony ze śmiercią, która jest wszechobecna w jego sztuce, choć przez samego artystę niedostrzegana, że nie wykazywał w tej kwestii żadnych typowych ludzkich reakcji – także przy okazji śmierci swojej matki czy żony. Żadnych łez, smutku, rozpaczy. W pewnym sensie Zdzisław Beksiński był martwy już za życia. Wyzbył się swoich emocji, wypierając je do nieświadomości, skąd potem je wypuszczał w formie poszatkowanej i odciętej od pierwotnych znaczeń. Ale wtedy te „zwymiotowane” problemy psychiczne nazywały się już sztuką i były warte miliony dolarów. Zadziwiały. Ale jakim kosztem…


Licencja na dewiacje

A co by się stało, gdyby takiego Beksińskiego poddać terapii? Czy utraciłby swój talent? Niestety, odpowiedź jest twierdząca. Kiedy artyści bazujący na twórczej ekspresji swoich wewnętrznych konfliktów trafiają na psychoterapię i udaje się rozwiązać trapiące ich konflikty, gdzieś zanika też dotychczasowa wena. Twórczość przestaje już wtedy być niezbędna do własnej, cyklicznej autoterapii obniżającej napięcie. Zdrowiejąc, tacy artyści tracą mimochodem swoje główne źródło utrzymania. A może tracą też coś więcej – poczucie wyjątkowości, które wielu osobom wydaje się być sednem własnej wartości. Z tym też trzeba sobie poradzić i przewartościować swój świat. Dla psychoterapeutów artyści to wyjątkowo trudni pacjenci, którzy zwykle chcą pozbyć się jakiejś życiowej uciążliwości, ale zachować swoją twórczą ekspresję, której nie łączą z problemem. Ale – niestety – nie można jednocześnie zjeść ciasteczka i mieć ciasteczka. Pół biedy, jeśli jest się wprawnym rysownikiem tworzącym na zamówienie, ale czy taki Beksiński sprzedałby swoje obrazy, gdyby nie zawarta w nich autentyczna groza?

Wyjątkowo częstym motywem psychogennej twórczości jest seks. Wszystko dlatego, że ten popęd jest nie tylko bardzo obwarowany normami kulturowymi, ale też łatwo poddaje się dewiacjom. Beksiński seks łączył ze śmiercią, jak w sumie wszystko w swojej twórczości. Ale taki na przykład Balthasar Kłossowski de Rola, znany także jako Balthus, wypłynął dzięki swojej… tendencji pedofilskiej. Zasłynął malowaniem młodych dziewcząt – często wręcz dziewczynek – w niejednoznacznych seksualnych pozach. W pewien sposób… zadziwiał. Miał więc patent, aby zostać uznanym za wybitnego artystę. Faktycznie został doceniony.  I to do tego stopnia, że w latach siedemdziesiątych XX wieku cieszył się sławą najdroższego żyjącego malarza na świecie. Co za ironia – gdyby był zwykłym człowiekiem, zostałby uznany za pedofila. Ale, że był artystą, budził podziw i uznanie. Choć mam wrażenie, że w kraju swojego pochodzenia (a jakże – w Polsce!) dalej jest jakby trochę… „niedoceniany” :)

Kolejnym artystą z problemami seksualnymi był Roland Topor. O tym panu też chyba nie ma za dużo na lekcjach poświęconych wybitnym rodakom, choć również jego rodzina miała polskie korzenie. Wystarczy rzucić okiem na kilka przykładowych prac, by domyślić się dlaczego.

Artyści mają swoistą dyspensę na bycie dewiantami, ponieważ swoje zaburzenia sublimują w akceptowany społecznie sposób. Czyli zamiast – na przykład – molestować dziewczynki pod szkołą, ładnie je malują, okolic intymnych nie omijając. Albo wyrażają swoje problemy w inny, powszechnie akceptowany sposób, co w psychologii nazywa się właśnie sublimacją. Prawdziwy problem zaczyna się, kiedy sublimacja nie wystarcza, a twóca zbyt mocno uwierzył, że jest ponad zwykłymi ludźmi. Pokutuje tu naiwne przekonanie, że „artystom wolno więcej”. Szczególnie tym wielbionym przez tłumy, czyli w dzisiejszych czasach głównie gwiazdom filmowym. Wtedy seks z trzynastolatką przestaje być przestępstwem, o czym uczy nas przykład innego rodaka – Romana Polańskiego.

Są jednak ikony kultury, przy których najsłynniejsze dokonanie Polańskiego (analny gwałt na dziecku) wydaje się – nomen omen – dziecinną igraszką. Weźmy na tapetę inną gwiazdkę kina o (przynajmniej częściowo) polskich korzeniach. Przed państwem uznany za jednego z najwybitniejszych aktorów wszechczasów Klaus Kinski – urodzony w Sopocie, honorowy obywatel tego miasta, pedofil, kazirodca.

Gwałcił mnie przez 14 lat, bił, rzucał o ścianę. (…) Ojciec nigdy nie miał wyrzutów sumienia z tego powodu. Nigdy mnie nie przeprosił. Jego oczy zawsze były metalowo zimne. (…) Doznawałam strasznego upokorzenia, gdy wysyłał mnie po prezerwatywy, których używał potem, gdy mnie gwałcił.

Tak opisuje go córka, która były wykorzystywana przez aktora od piątego roku życia. W sumie sam też tak się opisał – nawet powyższe zdjęcie zdaje się o tym krzyczeć. W autobiografiach pisał o seksie z nieletnimi, a nawet o tym, że „zdarzało mu się wykradać małą Polę jej matce, po czym za dnia chadzał z nią do ogrodu, a wieczorami do swojego pokoju w burdelu, gdzie ją mył i kładł spać.” I co? I nic. W końcu był artystą, im wolno więcej.


Naga prawda nie zawsze jest piękna

Kazik Staszewski śpiewał kiedyś, że „wszyscy artyści to prostytutki, w oparach lepszych fajek, w oparach wódki”. Może nie wszyscy, ale na pewno wielu. Bycie artystą w powszechnym mniemaniu oznacza bycie kimś wyjątkowym. Ale tak po prawdzie należałoby powiedzieć, że nie tyle wyjątkowym, co wyjątkowo zaburzonym. Czasem wszystko dzieje się w wyobraźni, obciążając tylko samego twórcę. A czasem problem promieniuje także na otoczenie artysty, infekując i niszcząc je przy okazji, jak w przypadku córki Kinskiego i syna Beksińskiego. To zestawienie może wydać się szokujące, bo – jak wiadomo – Beksiński wielkim artystą był. A jednak trudno jednoznacznie zawyrokować, czy lepiej być żyjącą ofiarą molestowania, czy nieżyjącym dzieckiem artysty, który w mniej lub bardziej nieświadomy sposób zarażał śmiercią.

Sztuka nierozerwalnie wiąże się z zadziwieniem. Warto jednak zdać sobie sprawę, że nie wszystko co zadziwia, jest warte… podziwu. Bo to dwie zupełnie inne kategorie, które zdecydowanie zbyt często mylimy.