…czyli „Kości zostały rzucone”, powiedział Juliusz Cezar, przekraczając Rubikon. Słowa te wieściły koniec starego systemu republikańskiego, a początek Cesarstwa Rzymskiego. Jak wiadomo, historia lubi się powtarzać. W tym kontekście zabawna jest zbieżność słów wypowiedzianych przez Cezara z niedawnymi protestami w sprawie ACTA. Bo jedne i drugie kończą pewną epokę.

Z pozoru sprawa oprotestowania ACTA może wydawać się błaha. Ot, garstka młodych cierpiących na nadmiar wolnego czasu krzyczy sobie o prawie, którego w sumie nawet nie rozumie – zdawali się mówić rządzący. Nie mieli jednak racji, bo na wspomniane protesty trzeba spojrzeć w szerszej, makrospołecznej perspektywie.

 

Odskoczmy więc na chwilę od kontrowersyjnej umowy międzynarodowej i pomyślmy o mechanizmach kształtujących nasz świat. Zacznijmy może od banalnego stwierdzenia, że nasza teraźniejszość była przyszłością wiele lat temu. Jak ją sobie wtedy wyobrażano? Czy się sprawdziła? Jeśli nie, to dlaczego?

Jednym z bardziej znaczących wizjonerów przyszłości był (a właściwie wciąż jest) William Gibson. Pisarz ten jest twórcą nurtu science-fiction zwanego cyberpunkiem. Mimo uprawiania tego pozornie mało poważnego nurtu literatury, więcej było w jego twórczości „science” spod znaku techniki i inżynierii społecznej niż „fiction” typowego dla „Star Treka” czy innych „Gwiezdnych Wojen”. Gibson był wizjonerem, który wymyślił powszechnie używane dziś słowo „cyberprzestrzeń”. Opisał też koncepcję internetu i wirtualnej rzeczywistości już w latach 80-tych, czyli na długo przed wynalezieniem tych technologii. Z całą pewnością był więc osobą, która „czuła” przyszłość i potrafiła trafnie diagnozować trendy.

W zakresie zmian społecznych Gibson przewidywał stopniową komercjalizację wszystkich dziedzin życia. Przyszłość widziana jego oczami była brutalną rzeczywistością, w której sprywatyzowaniu ulega także służba zdrowia, a karetki pogotowia przyjeżdżają tylko do osób, które wykupiły stosowne ubezpieczenia. Miało to oczywiście swoje przełożenie na sytuację państw. Rządy w realiach cyberpunku tracą na znaczeniu, zyskują natomiast wszechobecne i coraz silniejsza międzynarodowe korporacje. Świat rozwarstwia się między biednych i bogatych, którzy żyją obok siebie, ale jednak ich światy praktycznie się nie przenikają. Miasta ewoluują w kierunku syndromu „ciastka z dziurką”, bo upodabniają się do niego swoją budową – dziurka to ekskluzywne centrum z drogimi restauracjami i centrami handlowymi otoczone przez okrąg dzielnic stanowiących biedne i niebezpieczne slumsy, na zewnątrz których znajdują się z kolei bogate i ogrodzone przedmieścia. Cały ten świat cyberpunka stanowił więc pole walki z jednej strony między korporacjami, ale z drugiej między bogatymi i biednymi, tymi co mają, i tymi co chcieliby mieć.

 

Czy społeczne wizje Gibsona sprawdziły się tak samo jak technologiczne? Tylko częściowo. Wiele miast w pewnym sensie naprawdę zaczęło przypominać ciastka z dziurką, jednak sytuacja została zażegnana dzięki działaniom władz. W takiej na przykład Warszawie zainicjowano ograniczanie przyrostu zamkniętych osiedli, wspierając za to budowanie plomb z nowych bloków w mniej cenionych dzielnicach oraz ułatwiając zmienianie co bardziej obskurnych ulic w oazy alternatywnej kultury, co jest widoczne choćby na starej Pradze.

Wizje Gibsona nie zmaterializowały się więc z kilku powodów. Po pierwsze – komercjalizacja została jednak pohamowana i rozwinięte gospodarczo państwa znalazły w sobie wystarczająco dużo mądrości, by nie rezygnować z fundamentalnych gwarantów bezpieczeństwa i rozwoju obywateli, takich jak choćby darmowa edukacja i podstawowa opieka medyczna. Praw nie ustanawia nam dzisiaj sam kapitał i posiadające go korporacje, ale wciąż czynią to rządy i samorządy. Mogą więc one korygować zastaną sytuację i zmieniać trendy, dyktując choćby politykę urbanistyczną.

Drugim powodem tego, że społeczne wizje Gibsona się nie ziściły jest to, jak faktycznie potoczyły się losy internetu. Sieć w realnym świecie stała się dużo bardziej wolnym medium, niż zakładał pisarz. W jego wizji cyberprzestrzeń była areną walki o dane i kontrolę nad nimi. Hakerzy stawali się terrorystami wykradającymi korporacjom bity informacji. Realny świat na szczęście okazał się dla nas dużo łaskawszy, bo internet to przede wszystkim sfera informacji, kultury i rozrywki, a nie kontroli nad danymi. Przynajmniej na razie.

 

Wiecie już chyba, do czego zmierzam. Nasza historia to tylko jedna z dróg, którymi mogły pójść losy świata. To, że druga wojna skończyła się klęską nazizmu, także było przypadkiem. Gdyby w 1941 roku wielkie mrozy nadeszły odrobinę później, czołgi Hitlera (których smary nie były przygotowane na rosyjską zimę) dotarłyby na czas do Moskwy i zdobyły ją. Żylibyśmy dzisiaj w sytuacji, która wydaje się niemożliwa, a była bardzo, bardzo realna. Poza tak dramatycznymi okolicznościami jak wojny, nasze losy kształtują przecież procesy powolne i niewidoczne, ale jednak kluczowe. Były nimi choćby powolny rozwój kapitalizmu rozpoczęty już w XVI wieku, rewolucja przemysłowa z XVIII w., czy narodziny idei socjalistycznych. Wszystkie te i wiele innych trendów rodziło się wolno i niezauważenie, choć ostatecznie zaważyły na losach ludzkości, zmieniając bieg świata.

Dzisiaj także toczy się cicha rywalizacja między różnymi odnogami alternatywnej historii. To, co stanowi przerysowany z obecnego punktu widzenia świat cyberpunkowy, wcale nie jest kompletnie nierealne. W jakim kierunku szedł świat ostatnimi czasy? Projekt ACTA stanowił krok w stronę budowania siły korporacji – był to cios przeciw tańszym lekom generycznym (nieoficjalnym zamiennikom o tym samym działaniu), tańszym częściom zamiennym, wolnej wymianie kulturalnej w internecie. W istocie było w tym coś z cyberpunku, bo kapitał i jego „prawa własności” zaczęły domagać się w tym projekcie prawa do „finansjalizowania” naszego życia. Finansjalizacja to proces zdiagnozowany przez genewskie Obserwatorium Finansów i polegający na postępującej zmianie różnych relacji w transakcje finansowe (pisał o tym wnikliwiej m.in. Jacek Żakowski w tym artykule). W efekcie pacjent staje się klientem, a lekarz dostawcą usługi medycznej, student przemienia się w nabywcę usługi edukacyjnej, kiedy jego wykładowca – w jej wykonawcę. Tym Gibson raczej nie byłby zaskoczony.

 

Nawet jeśli teza o dalekosiężnej roli przemian związanych z finansjalizacją (wraz z wpisującą się w niego umową ACTA) wyda Wam się przesadzona, spójrzcie na szerszy kontekst ostatnich zdarzeń. Borykamy się z kryzysem światowym, który sprowadziły na nas nieodpowiedzialne – a w gruncie egoistyczne – działania podmiotów finansowych. W efekcie przyszły tzw. Ruch Oburzonych (w tym amerykański Occupy Wall Street), London Riots (o którym pisałem tu już z nieco innej perspektywy) i teraz protesty przeciwko ACTA. W istocie to wszystko są konflikty o… prawo do konsumpcji. Zamieszki w Londynie były dosłownym zabieraniem korporacjom tego, co wyprodukowały i uczyniły trudnodostępnymi dla wielu mieszkańców Wysp. Oburzeni chcieli zachować przywileje socjalne, a przynajmniej wyrzygać swoją złość na władzę, która odbiera im, ale zachowuje sobie. Nie inaczej jest też z ACTA. Młodzi internauci bronią swojego „prawa” do bezpłatnego KONSUMOWANIA – filmów, muzyki, książek, gier, programów, wiedzy i wszystkiego innego, co można znaleźć w internecie.

Czy mamy prawo domagać się czegoś za nic? Czy prawo do powszechnej konsumpcji jest ważniejsze niż prawo do sprzedawania? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Jest jednak coś, co odróżnia sprawę ACTA od innych konfliktów na linii własność – konsumpcja. Zamieszki w Londynie oraz protesty Oburzonych dotyczą rzeczy materialnych. Bunt dotyczący ACTA koncentruje się jednak wokół internetu. To wielka różnica z punktu widzenia ekonomii, bo o ile konflikt o dobra materialne i ich podział między ludzi jest nierozwiązywalny, bo popyt na nie zawsze będzie większy od podaży, to dobra cyfrowe raz wytworzone mogą być praktycznie nieskończone. Kiedy ktoś kradnie Sony jej konsolę Play Station – rzecz faktycznie zostaje utracona. Kiedy jednak zgrywa jedynie piracką kopię gry, nic fizycznego nie ubywa korporacji.

Nic poza utraconymi zyskami. Potencjalnie utraconymi trzeba dodać, bo ACTA traktuje cyberprzestrzeń w sposób iście „cyberpunkowy”. W myśl tej umowy przestaje być ważne, jakie straty faktycznie poniósł właściciel praw autorskich, ani ile na tym zarobił „pirat”. Podstawą naliczania odszkodowań jest tam… cena detaliczna nielegalnie udostępnionych dóbr. Nie przypadkiem w protest zaangażowały się więc portale takie jak Kwejk czy Demotywatory. Obrazki zamieszczane przez internatutów na tych serwisach nie są przecież zwykle własnością osób, które je tam wrzucają. Często i gęsto dochodzi więc tam do naruszania praw autorskich, z czego czerpią zyski handlowe właśnie te portale, podpadając tym samym pod rygorystyczne zapisy ACTA. W myśl obecnie obowiązujących przepisów stratę naliczano by, próbując oszacować, ile pieniędzy rzeczywiście ubyło właścicielom praw do tych ilustracji i ile na tym nielegalnie zarobił portal. Według ACTA należałoby to robić, posługując się… ceną detaliczną takiego obrazka. Powiedzmy, że użytkownik umieścił na portalu wraz ze swoim podpisem jakąś ilustrację, do której nie miał praw. Pech chciał, że te ilustracje (np. czyjeś karykatury lub rysunki satyryczne) byłyby np. sprzedawane online. Wtedy portal mógłby zostać obciążony odszkodowaniem wyliczanym wg reguły: cena obrazka razy ilość użytkowników, którzy dostali do niego dostęp. Paradoks polega na tym, że być może nikt z osób przeglądających portal nie kupiłby tego obrazka za pieniądze, a ACTA i tak doprowadziłaby do naliczenia masakrycznie nieproporcjonalnego odszkodowania. W efekcie portale albo by upadły, albo same zamknęły działalność, będąc zmuszone do weryfikacji i cenzury treści zamieszczanych przez internautów.

To tylko jeden z przykładów, ale dobrze ilustruje straty związane z finansjalizacją. Mimo wszystko internet jest siłą kulturotwórczą – użytkownicy sieci inspirują się nawzajem, rozśmieszają, komentują rzeczywistość. Tworzą się relacje i więzi pokoleniowe, rodzą memy, kształtują opinie. To wszystko formuje pozytywną stronę naszego społeczeństwa, mimo że niekiedy wywodzi się ona z „piractwa”. Podobnie z nielegalnie ściąganymi filmami czy muzyką. To dobra kultury, które przecież rozwijają nas, odbiorców, czyli obywateli. Popatrzmy realnie – gdybyśmy całą muzykę, którą znamy, musieli kupić w sklepie, ile by tego było? Ile legalnych płyt lub filmów jest w stanie kupić rocznie przeciętny młody internauta? Brzmi to wszystko jak pochwała piractwa i okradania twórców (do których przecież sam się w jakiś sposób zaliczam), ale chcę przez to powiedzieć tylko tyle, że pewna doza „darmowości” jest społeczeństwu potrzebna. Darmowa edukacja, darmowa (przynajmniej podstawowa) służba zdrowia i… darmowa kultura, a przynajmniej jej część. Z punktu widzenia rządów w Warszawie, Brukseli czy Waszyngtonie protesty internatuwów to tylko inna forma bezpodstawnych żądań zachowania niesłusznie zdobytych przywilejów. Jest jednak coś, co różni przeciwników ACTA od przeciwników cięć budżetowych, palących samochody na ulicach Aten. Internet to przecież nie dobro materialne czy przywilej socjalny, ale kultura, informacja, wzajemna inspiracja. To wyjątek, w którym frommowski dylemat „być czy mieć” przestaje odnosić się do konfliktu, bo posiadanie dostępu do tych kwestii jest też elementem samorozwoju, a więc „bycia”.

 

Wszyscy znamy argumenty „okradanych” z praw autorskich. Jednak Hollywood jakoś się trzyma, podobnie jak i inne przedsiębiorstwa i grupy walczące o przyjęcie ACTA. Widocznie oficjalny obrót jest wystarczająco dochodowy – nie ma przecież pirackich kin, tak jak i nikt nie daje w prezencie płyt nagranych domową nagrywarką. Wydaje się, że obecnie istnieje pewna równowaga, którą kontrowersyjna umowa miała naruszyć na korzyść producentów i dystrybutorów. Pewne naginanie prawa jest jednak korzystne w skali kraju. To tak jak z łamaniem przepisów drogowych. Praktycznie każdy kierowca czasem to robi, inaczej droga między taką Warszawą a Krakowem czy Wrocławiem ciągnęłaby się w nieskończoność. W pewnym sensie zyskuje na tym także gospodarka, bo szybsza komunikacja oznacza choćby więcej transakcji handlowych.

Do czego zmierzam – gdyby ACTA weszło w życie i z czasem pociągnęło za sobą faktyczne zaostrzenie prawa, wzmocniła by się pozycja korporacji i innych właścicieli praw autorskich. I nie chodzi mi tu o jakiegoś przysłowiowego już Hołdysa, bo – szczerze mówiąc – w dupie mam jego melodyjki, których nawet za dopłatą nie ściągałbym z sieci. Rzecz idzie o kierunek, w którym pójdzie świat – nasz świat. Jasne, że dzisiaj ten tekst może wydawać się podszyty histerią na zapas, jednak procesy, które doprowadziły do pierwszego kryzysu finansowego też zaczęły się od niepozornych spekulacji. Cieszą mnie więc protesty w sprawie ACTA, bo oznaczają one, że – nawet pomimo zakulisowych decyzji rządów – cyberpunkowe wizje Gibsona wcale nie muszą się zdarzyć. Tak czy owak gra o naszą przyszłość już się toczy, a kości zostały rzucone. Problem w tym, że wciąż nie widzimy, ile na nich wypadło oczek i jaki wynik oznacza to dla graczy.