Mam świadomość, że ta tematyka dość trudna do ogarnięcia. Niestety naszą psychiką rządzą skomplikowane procesy i żeby pojąć psychologię głębi, trzeba się trochę skupić. Zrozumienie prawdziwych motywów zachowania człowieka jest trudne i wymaga nie tylko specjalistycznej wiedzy, ale umiejętności przekładania jej na praktykę. Oczywiście ludzie wolą widzieć motywy zachowania innych i swojego własnego jako proste i oczywiste. Oskar Wilde powiedział, że jeśli ktoś mówi, że zna siebie w pełni, jest płytkim człowiekiem. Ja nie byłbym aż tak cyniczny, ale postawił na dosadność – jeśli ktoś myśli, że jego świat psychiczny jest prosty i jednoznaczny, jest zwyczajnie… głupi.

Aby uniknąć grzechu głupoty, warto wysilić się i poznać mechanizmy obronne. To ta część psychoanalizy, która została przyjęta powszechnie przez psychologię kliniczną, także przez kierunki z założenia przeciwne kierunkowi myślenia Freuda.

Pamiętam, że jak sam uczyłem się mechanizmów obronnych, to po przeczytaniu o każdym kolejnym robiłem sobie przerwę na przypomnienie przykładów, kiedy ja sam lub ktoś w moim otoczeniu korzystał z tego mechanizmu. To dobry trening i do tego ułatwia zapamiętywanie – polecam. Poniżej ostatnia porcja mechanizmów obronnych:

 

rozszczepienie – rozdzielenie obiektu na dobry i zły bez łączenia tych cech. Raz ta sama osoba jest idealizowana, raz dewaluowana. Mechanizm charakterystyczny dla osobowości borderline, która ma problemy z odczuwaniem abmiwalencji (czyli z tym, że osoby w naszym otoczeniu zawsze mają jakieś wady i jakieś mocne strony – ludzie nie są czarno-biali).

 

idealizacja – polega na dopatrywaniu się samych superlatywów w obiektach, które wcale taki idealne nie są (bo w końcu nikt nie jest idealny). Chroni przed przeżywaniem ambiwalencji – konfliktu między postrzeganiem kogoś jako dobrego i złego zarazem. Jest mechanizm stosowany często przez osobowość borderline (wtedy mówi się o „prymitywnej idealizacji” – widzeniu kogoś jako całkowicie dobrego), która ma problemy z postrzeganiem ludzie jako złożonych i często niejednoznacznych (kiedyś będę jeszcze o tym pisał). Dla przykładu – osoba bardzo samotna i spragniona uwagi może być skłonna idealizować swojego długo oczekiwanego partnera – widzieć w nim tylko dobre cechy, a nie dostrzegać złych. Część rodziców idealizuje także swoje dzieci, tworząc im podstawę do rozwoju cech psychopatycznych. Znowu wielu dorosłych idealizuje swoich własnych rodziców, by nie dopuścić do świadomości, jak bardzo byli przez nich skrzywdzeni.

 

dewaluacja – odwrotność idealizacji. Nieobiektywne przypisywanie obiektowi tylko złych cech. Dla przykładu osoba porzucona nagle może dostrzegać w byłym partnerze tylko złe cechy, by zmniejszyć poczucie straty, a tym samym zranienia – „on nie był mnie wart”.
 

acting-out – to kuriozalny mechanizm obronny, bo polega na wypuszczeniu z siebie impulsu, a nie blokowaniu lub przerabianiu go jak w przypadku innych mechanizmów. Szkopuł polega na tym, że uwolnienie impulsu jest tak szybkie i bezrefleksyjne, że chroni przed bolesnym uświadamianiem sobie jego znaczenia. Mechanizm ten jest typowy dla osobowości borderline lub socjopatów. Wyprowadzony z równowagi socjopata reaguje wyładowaniem impulsu – poprzez np. uderzenie człowieka zwracającego mu uwagę, by nie pluł na chodnik. Chroni go to przed dywagacjami na temat agresji i tym samym pozwala uciec od zdania sobie sprawy z tego, jak sam był bity i upokarzany bez powodu w swoim dzieciństwie.

 

dysocjacja – to sposób radzenia sobie z konfliktem poprzez (choćby częściową) dezintegrację psychiki. Nieakceptowany motyw zostaje odcięty od ciała, pamięci lub percepcji.

Żeby odwołać się do namacalnego przykładu, opowiem coś o sobie. Podczas własnej psychoanalizy zacząłem przeżywać silną, poprzednio nieuświadamianą nienawiść do ojca. Oczywiście także i przedtem była ona obecna w mojej psychice, jednak nie dochodziła do świadomości. Została wyparta, ponieważ była zagrażającym uczuciem. Było to na swój sposób przystosowawcze, ponieważ jako dziecko nie mogłem pozwolić sobie na przeżywanie nienawiści do ojca. Jej okazanie byłoby bowiem niemożliwe, bo  jakiegokolwiek przejawy nieposłuszeństwa lub buntu groziły bolesną karą.

Pamiętam wyraźnie pewną przykrą sytuację z wieku ok 4 lat. Ojciec bawił się ze mną w boks. Nie potrafił zdobyć się na prawdziwą zabawę, więc to ja byłem tym, który z założenia miał przegrać. Kiedy ogłosił koniec tych zmagań, jako dziecko nie potrafiłem szybko się wyciszyć i bawiłem się dalej po dziecięcemu boksując go dalej. Wtedy oberwałem mocno w twarz – zaliczyłem można by rzecz psychiczny knock-out. Odbiło to na mnie swoje piętno, bo w późniejszym życiu bałem się zaangażować w bójkę i walczyć z całych sił. Szarpiąc się kiedyś już jako dorosła osoba z jednym typkiem, przeraziłem się, bo zdałem sobie sprawę, że nie potrafię zadać mu zdecydowanego ciosu – piętno ojca, z którym nie da się wygrać wciąż we mnie było. Każdy mężczyzna w podobnej sytuacji (relacja walki) stawał się dla mojej psychiki ekwiwalentem ojca – w psychoanalizie nosi to nazwę przeniesienia. Im bardziej bym się stawiał mojemu tacie (choć jak bardzo może się stawiać kilkuletnie dziecko?), tym dotkliwiej ostatecznie obrywałem. W efekcie biorąc udział w karczemnej awanturze moja psychika „zobaczyła” w przeciwniku obiekt ojca, co sparaliżowało mnie na tyle, że nie byłem w stanie zachować się adekwatnie do sytuacji i przywalić mu solidnie w mordę.

Gdy te nieuświadomione wcześniej emocje doszły do mnie, miałem okres, że budziłem się w nocy ze zdrętwiałymi rękoma. Budziłem się i nie czułem ich, nie mogłem nimi ruszyć. Zdrowy odruch mojego „ja” chciał wreszcie dać w ojcu zasłużenie w mordę. Ten właśnie nieświadomy odruch realizował się bezpiecznie w trakcie snów. Ale wciąż gdzieś tkwiła blokada i przeświadczenie, że nie można z nim wygrać, bo stawianie się skończy się jeszcze większą tragedią. Owocowało to odcięciem impulsu agresji wraz z całymi rękami – traciłem z nimi kontakt, nie czułem ich. Następowała dysocjacja, impuls oddzielał się od ciała. Ostatecznie przerobienie tego konfliktu spowodowało, że mechanizm, który bronił moje ego przed tym konfliktem, okazał się już niepotrzebny i zwyczajnie zaniknął.

Ten sam proces może zachodzić także na silniejszym poziomie i może być bardziej stały w czasie (mi wracało czucie do rąk po chwili, kiedy sny ulatywały z pamięci).Gdy byłem na praktykach studenckich pewna pani psychiatra opowiedziała mi, co wisi jako trofeum w jej poprzednim szpitalu psychiatrycznym. Są to kule, takie pomagające przy chodzeniu. Ordynator odważnie zdecydował się na radykalne leczenie pacjenta cierpiącego na niemający realnych podstaw fizjologicznych niedowład nóg. Zwyczajnie i ordynarnie zwyzywał go. Młody chłopak, który widział się cały czas jako bierna, cierpiąca ofiara, został perfidnie zmuszony do odczuwania złości. Tak sprowokowany, poczuł furię, która przełamała dysocjację i jego oddzielony aspekt psychiczny wszedł znowu w kontakt z ciałem. Chłopak wstał, nawrzucał w odwecie wrednemu lekarzowi i… poszedł do domu. A kule wiszą do dzisiaj nad biurkiem ordynarnego pana ordynatora.
Poprzedni wpis o mechanizmach obronnych: W obronie koniecznej, cz.3 “Wolna amerykanka