Fetysz

W XXI wieku, w dobie telewizji i samochodów, trudno musi się żyć wyznawcom religii tradycyjnych. Nie mówię, że niepokalane poczęcie, czy kanibalizm pod postacią chleba i wina są pomysłami szczególnie naukowymi, ale modlenie się do zwierzęcej czaszki musi być chyba jeszcze trudniejsze. Jest taki region, gdzie islam współwystępuje z katolicyzmem, a obie te religie muszą jeszcze tolerować animistów, oddających oficjalnie cześć pradawnym bożkom. To Casamance (czyt. Kaasamaas), separatystyczny region na południu Senegalu.

Przez wiele lat toczyła się tu wojna z lokalną partyzantką. Ostatecznie separatystyczna armia została wyparta do buszu i swoją obecność zaznacza jedynie organizując od czasu do czasunapady na przejeżdżające samochody. Szczęściem zrezygnowali z zabijania turystów, bo miejscowa ludność zaczęła mieć dość wojny, a rozwój turystyki mógłby bardzo dopomóc temu biednemu, rolniczemu regionowi. Jedynym widocznym świadectwem przeszłości jest obecność wojska na posterunkach kontrolnych.

Stolicą prowincji skupionej wokół rzeki o tej samej nazwie jest Ziginchor. Centralne rondo tego miasta nosi nazwę… Jana Pawła II, który tu niegdyś gościł. Zupełnie nie przeszkadza to temu regionowi być największym skupieniem animistów w tej części Afryki. Pewnie jest to pokłosiem faktu, że trudno go było skolonizować z uwagi na opór miejscowych plemion. Poza wybrzeżem udało się opanować na dobre Casamance dopiero na początku XX wieku.

W przybrzeżnej części rezyduje wciąż wielki szaman, który świadczy swe usługi miejscowym wiernym – powróży z krwi zabitego kurczaka, doradzi. Moi rozmówcy określali go terminem „papież fetyszystów”, choć swojego ronda się jeszcze nie doczekał. Wioski w regionie nie są już obrazem rodem z XIX wieku. Po asfaltowych drogach jeżdżą samochody, jest prąd i telewizja. Nieco bardziej „swojsko” jest w głębi buszu. Jedynym środkiem komunikacji na mniej uczęszczanych drogach są zbiorowe samochody – najczęściej duże rozklekotane terenówki, bo asfalt tu nie dociera. Z braku miejsca trzeba często ratować się podróżą na dachu. Jazda wzdłuż pól ryżowych, które są główną gałęzią tutejszej gospodarki, nie jest szczególnie widokowa. Słońce grzeje mocno, jest duszno i parno, choć to już właściwie koniec pory deszczowej. .

 
Droga do Djembere
 
Afrykańskie pola ryżowe
 
Droga do Djembere

.

Wysiadamy w jednej z wiosek (o innych opowiem w innym wpisie). Nie jest to duża miejscowość – z dwa małe sklepy, trochę prostych domków krytych blachą falistą – typowa wioska współczesnej Afryki. Za wsią boisko. Trwa właśnie jakiś mecz – coś w stylu naszej polskiej ligi okręgowej. Wejście płatne. Na boisku bez ławek siedzi trochę kibiców z obu rywalizujących wiosek – na ziemi lub na przyniesionych krzesełkach. Jest też sanitariusz z apteczką i sędziowie. Pomijając kolor skóry zawodników – praktycznie to samo co u nas. .

 

Mecz

.

We wsi nie ma kościoła. Jest za to całkiem okazały fetysz. To miejsce pod świętym drzewem, otoczone powbijanymi kołkami i dzbanami na ofiary. W centralnym punkcie znajduje się konstrukcja ozdobiona przytwierdzonymi szczękami zwierząt i starym mieczem. To tu modlono się od wieków o pomyślność – na wojnie, w miłości i na polowaniu. Szczęki są dość solidne i uzbrojone w pokaźne zęby. Niestety nie znając ani słowa w narzeczu Diola, trudno było się dowiedzieć jakie zwierzę użyczyło swoich zębisk fetyszowi. Podejść za blisko i dotknąć też nie było można, by nie zbrukać świętości miejsca i nie narazić się na gniew bożka. .

 

Fetysz - miejsce kultu

.

Europejczykowi dość niezwykły mógł wydać się jedynie bałagan panujący wokół tego uświęconego miejsca. Praktycznie wszędzie walały się plastikowe butelki. Sprawa wyjaśniła się dopiero przy próbie kupna lokalnego specjału – wina palmowego. Niestety całe jego zapasy zostały wykupione, a winny temu był właśnie… mecz. Zawodnicy, chcąc dopomóc umiejętnościom, obdarowali swojego fetysza winkiem – a przynieśli je właśnie w tych walających się wszędzie plastikowych butelkach. Czy fetysz załatwił zwycięstwo – nie wiem, bo pojechałem dalej przed końcem spotkania.  Ale zapewne podniósł morale. Henryk Kasperczak, polski trener wielu narodowych reprezentacji Afryki, zawsze podkreślał, że takie magiczne zabiegi pomagają drużynie uwierzyć we własne siły. Ma facet rację. My, Polacy, dajemy na mszę, oni, Casamańczycy, polewają fetyszowi. „Bóg z nami”, fetysz z nimi, a wino z fetyszem. .

 

Fetysz - bożek z bliska
 
 
polecam także tekst Islam po afrykańsku